Filmomaniak.pl Newsroom Filmy Seriale Obsada Netflix HBO Amazon TvFilmy

Filmy i seriale

Filmy i seriale 4 kwietnia 2020, 08:41

autor: Marek Jura

Niedawno wieczny student, teraz jeszcze wieczniejszy fan RPG. Próbuje być Kingiem, ale nie potrafi.

Dlaczego Dom z papieru skradł serca Polaków?

Im bliżej premiery Domu z papieru 4 na Netflixie, tym większe emocje wzbudzał powrót Profesora. Google ugina się pod ciężarem teorii o martwych postaciach, a na YouTubie zaroiło się od analiz serialu. Tylko czy jest się czym ekscytować?

Obiektywnie Dom z papieru to serial podziurawiony fabularnie co najmniej tak bardzo jak klatka piersiowa jednego z głównych bohaterów. Co rusz scenariusz potyka się o własne nogi, genialny Profesor ma więcej szczęścia niż rozumu, a efektowne zwroty akcji można wyjaśnić tylko nagłym kaprysem twórców. A mimo to nie sposób nie ulec urokowi historii o rabusiach okradających opresyjne państwo. Dlaczego? Być może ma tu miejsce podobny mechanizm co w przypadku Jokera i Parasite – większość z nas nierówności społeczne zaczynają denerwować na tyle, że w gruncie rzeczy wolelibyśmy znaleźć się w gangu Profesora niż w szeregach próbującej go dopaść policji. A może chodzi po prostu o marzenia, które boimy się spełniać w prawdziwym życiu?

Zrobiłem wśród znajomych małą ankietę – zapytałem ich, co najbardziej podoba im się w Domu z papieru. Odpowiedzi trudno było mi uporządkować, uzyskując jakieś statystyki, ale niemal nikt nie wspomniał o technikaliach – wszyscy skupiali się na emocjach, jakie serial wywołuje. Pomijając już fantazje o upojnych nocach spędzonych z Tokyo, Berlinem, Profesorem czy Nairobi, na pierwszy plan wysuwały się wyraziste charaktery, marzenie o oszukaniu systemu i odczucie, jakby przeżywało się napad razem z gangiem.

Dom z papieru nie ma w sobie krzty realizmu. Począwszy od planu, który zakłada skrajną intelektualną niedołężność służb porządkowych, poprzez niekończące się sceny efektownych starć, w których kule szczęśliwie omijają wszystkich tych, których ominąć mają, i trafiają tych, którym pisana jest dramatyczna śmierć, aż po absolutnie niemożliwy finał. Postacie zaś to czyste archetypy: genialny i nieśmiały Profesor, uwodzicielska i uzależniona od wrażeń Tokyo, socjopatyczny, ale niedający się nie lubić Berlin i ze wszech miar irytujący Arturito. Mimo ciekawej origin story niektórych bohaterów i kilku niegłupich rozwiązań fabularnych scenariusz nie należy do najmocniejszych stron tej produkcji.

To, co stanowi o sile Domu z papieru, to niespełnione marzenia. Marzenia widza o buncie przeciwko systemowi, o idealistycznej batalii wbrew rozsądkowi, wbrew zasadom, wbrew wszystkiemu, co kojarzy się z powagą i dorosłością. Dom z papieru wpisuje się w ramy historii o sprzeciwie wobec zastanego porządku społecznego, o walce klas, podobnie jak zupełnie różne pod względem stylistyki hity 2019 roku – Joker i Parasite. Tylko że w hiszpańskim serialu, mimo niewątpliwie mniejszej wartości artystycznej, jest coś więcej. Tym czymś jest właśnie marzenie.

Kibicujemy rabusiom, bo na czas seansu sami znajdujemy się w drużynie Profesora, sami wyprowadzamy w pole cały system i śnimy na jawie sen o rewolucji, której w prawdziwym życiu nigdy nie odważymy się przeprowadzić.

I może dlatego wciąż nabieramy się na te same sztuczki, ignorujemy scenariuszowe dziury i bez mrugnięcia okiem wierzymy, że Profesor naprawdę wszystko przewidział. Może romantyczna historia o gangu rabusiów marzycieli to naiwna mrzonka. Ale co z tego, skoro to mrzonka tak piękna, że można się przy niej zmieniać w naiwniaków bez końca.

Dom z papieru to nie jedyny hiszpański serial, który święci ostatnimi czasy w Polsce prawdziwe triumfy. Do tej grupy należą zarówno starsze, jak i nowsze produkcje. Co je łączy? Tak naprawdę głównie język i klimat regionu. Tematyka jest w każdym zupełnie inna – Telefonistki to urokliwy serial rozgrywający się w latach 20. XX wieku, La Zona to całkiem zręczny mariaż filmu katastroficznego i kryminału, a Toy Boy to barwnie przedstawiony świat zdrad, morderstw i codziennych problemów pokazany z perspektywy tancerza erotycznego.

A to przecież wciąż nie wszystkie propozycje. Czy to znaczy, że Polacy tęsknią za latem? Za swobodą wyrażania emocji? Czy dźwięcznym brzmieniem języka hiszpańskiego? Albo może te seriale są po prostu dobre? O ile fenomen Domu z papieru da się wytłumaczyć, o tyle inne pytania muszą chyba na razie pozostać bez odpowiedzi. Jedno jest faktem – Polacy hiszpańskie seriale po prostu uwielbiają.

Na koniec mała niespodzianka. Sprawdźcie, jakim fanem Domu z papieru jesteście, i napiszcie o tym w komentarzach!

Berlin – wysmakowany i zawsze elegancki. Ogląda serial z lampką wina i w drogim szlafroku. Uważa to wprawdzie za guilty pleasure, ale i tak katuje nim wszystkich domowników. W gruncie rzeczy jednak lubi heroizm, więc tuż przed czwartym sezonem wykupuje całej bliższej i dalszej rodzinie abonament na Netflixa.

Tokyo – najpierw ogląda cały sezon w jeden wieczór, a potem męczy się z trzema odcinkami przez miesiąc. Na początku chce sukcesu gangu, a później kibicuje policji. Na końcu ładuje laptopa z włączonym Netflixem na motor i efektownie wjeżdża do gabinetu szefa, rzucając na stół L4.

Profesor – od miesięcy planuje seans, ale chce najpierw wszystko dopracować. Ma już pomysł, jak napisać genialną recenzję i otrzymać zaproszenie na przedpremierowy pokaz piątego sezonu. Nie może tylko zrozumieć, czemu sąsiadka spod trójki tak dziwnie na niego patrzy.

Nairobi – pierwszy sezon ogląda po łebkach. Nie do końca łapie, o co tu chodzi, i ma z tego powodu wyrzuty sumienia. Drugi ogląda z chłopakiem i udaje, że wszystko wie, ale tak naprawdę tylko robi dobrą minę do złej gry. Za to w trzecim staje się absolutną ekspertką, zawstydza w konkursach wiedzy największych fanów serii. A w czwartym…

Denver – wprawdzie nie rozumie z serialu za wiele, ale dobrze się przy nim bawi. Nieistotne są dla niego scenariuszowe niuanse – najważniejsze to dotrzeć razem z gangiem do szczęśliwego finału.

Arturito – chwali się znajomym, jakim to nie jest ekspertem, jeżeli chodzi o Dom z papieru i… wszystkie inne seriale w sumie też. Zapewnia także, że od początku kibicował drużynie Profesora. W rzeczywistości jednak zawsze stał po stronie policji.

O AUTORZE

Dom z papieru to moja guilty pleasure. Uwielbiam Berlina, katowałem na YouTubie Bella Ciao w nieskończoność. Ba! Zrobiłem sobie nawet karty z wizerunkami bohaterów. To trochę taka moja miłość wbrew rozsądkowi – nawet widząc wszystkie wady tego serialu, nawet wypunktowując je w recenzji, nie jestem w stanie odmówić Profesorowi udziału w kolejnym napadzie.

Marek Jura

TWOIM ZDANIEM

W serialach kibicujesz policjantom czy złodziejom?

68,9%
Złodziejom!
31,1%
Policjantom!
Zobacz inne ankiety