Polecamy Recenzje Przed premierą Publicystyka Warto zagrać
Recenzja gry 21 września 2022, 16:34

autor: Karol Laska

Recenzja Return to Monkey Island - to (nie) jest gra dla starych ludzi - Strona 2

Return to Monkey Island to gra, w której w końcu, po tylu latach, wielu z nas odkryje sekret Małpiej Wyspy. Prowadzi do niego ciepła, kolorowa i nostalgiczna przygoda zamknięta w pomysłowej, świetnie napisanej, metatekstualnej przygodówce.

Sekretem jest doświadczenie

Okej, tak rozbudowana warstwa „meta” to trochę niespodziewany, acz fajny dodatek, ale czy Return to Monkey Island broni się jako pełnoprawna gra powstała w 2022 roku? Jeszcze jak. Zapewne kojarzycie stare przygodówki z ciągiem zagadek bez ładu i składu, wymagających od gracza sporych pokładów cierpliwości, regularnego zaglądania do solucji oraz monotonnych interakcji z wszelkimi elementami otoczenia i ekwipunku metodą prób i błędów. Jakże celnie ujął to mój współredaktor Adam: „Musimy odgadnąć, co wymyślił twórca podczas posiedzenia na klopie”. Nowa Małpia Wyspa jest na szczęście najbardziej przystępną pod względem mechanicznym i logicznym grą z całej serii.

Składa się na to przede wszystkim znaczne uproszczenie interfejsu i uczynienie go tak czytelnym i minimalistycznym, jak tylko się da. Uprzejmie przypominam, że w pierwszych dwóch odsłonach mieliśmy do czynienia z szeregiem komend typu „pociągnij”, „popchnij”, „chwyć”, „weź”, „zobacz” czy „porozmawiaj”. Tymczasem w Powrocie na Małpią Wyspę mamy jeden, maksymalnie dwa typy akcji przypisane do dwóch przycisków myszy (bądź klawiszy na Switchu). Możemy ponadto podświetlać przedmioty, z którymi da się cokolwiek zrobić, a te bardzo często nie są nazywane jedynie „beczką” czy „liną”, a „beczką, która zupełnie mi się nie przyda” lub „liną doskonale nadającą się do wspinaczki – liny są super”. Element informacji i narracji zawarty w sposobie podpisywania przedmiotów to rzecz genialna w swojej prostocie.

JAK UŁATWIĆ SOBIE ŻYCIE?

Aby ograniczyć do minimum liczbę momentów, w których kręcimy się kółko, szukając sposobów na otwarcie zamkniętych drzwi, kradzież potrzebnych krakersów czy rozwiązanie wielowarstwowych zagadek, wystarczy wybrać easy mode, a przy okazji nie zapomnieć o książce ze wskazówkami, która pojawia się w naszym ekwipunku już na samym początku gry. Podpowiedzi stopniowo naprowadzają na odpowiednią drogę, by ostatecznie konkretnie wskazać, co należy podnieść i z czym połączyć. Jeżeli więc kogoś interesuje tylko fabuła, może bez wyrzutów sumienia skorzystać z dostępnych ułatwień.

Dobra książka o żartach z demonicznych zaświatów pomaga zabić czas pracy.

Konserwatywnych graczy może zaboleć nieco fakt zmniejszenia się ogólnego poziomu trudności gry względem dwóch pierwszych odsłon cyklu oraz backtracking, który zakłada powracanie do tych samych lokacji i rozwiązywanie zagadek w podobny sposób w trakcie wszystkich pięciu aktów. Im jednak dalej w bezkresne wody, tym więcej kreatywnych łamigłówek, oferujących nie lada satysfakcję przy samodzielnym ich rozwikłaniu. Powtarzalność niektórych miejscówek da się przeżyć – tym bardziej że ulegają one dynamicznym zmianom, a do gry dodano też parę innych odmiennych wysp, które aż proszą się o eksplorację i szabrownictwo.

Świetnie wypadają szczególnie zagadki słowne, polegające na doborze właściwych bądź wystarczająco kreatywnie zestawionych linii dialogowych. W znalezieniu rozwiązania pomaga zwykle dostosowanie się do danej sytuacji, poczucie humoru oraz cięta ironia, a więc nie bójcie się niekonwencjonalnych odpowiedzi – te zresztą jak zwykle doprowadzają do najzabawniejszych kulminacji.

Gameplayowo mamy więc do czynienia z rasowym point’n’clickiem – co do tego nie mam najmniejszych wątpliwości. Przestarzałe gatunkowe klisze zostały jednak odpowiednio przeprojektowane, co uczyniło z gry przygodówkę na miarę naszych czasów, a jednocześnie zgoła inną od produkcji Telltale czy interaktywnych filmów. To coś więcej niż pachnący naftaliną i grogiem korsarz w modnych ciuszkach, choć te też są niczego sobie.

Gra chciała mi przypomnieć szczęśliwsze czasy. Wpychała mi nostalgię do buzi, a ziemniaczki kazała zostawić.

Sekretem jest piękno

Audiowizualnie bowiem mucha nie siada, choć przecież toksyczni internauci mieli tyle obiekcji co do nowego stylu graficznego, że Gilbert uciekł z social mediów na trochę i zamknął się w sobie ze względu na hejt. Produkcji tej na podstawie trailerów zarzucano, że wygląda jak tania animacja stosowana przez korporacje w celach instruktażowych i marketingowych. Porównanie być może po trosze uzasadnione, ale nigdy nie rozumiałem, dlaczego od razu miałoby stawiać grę w pejoratywnym świetle. Uwierzcie mi, naprawdę warto było dać pracować twórcom w spokoju i im zaufać – bo mamy do czynienia z pięknym, kolorowym ptakiem.

DRUGA OPINIA

Recenzja gry Return to Monkey Island - odkryłem sekret Małpiej Wyspy - ilustracja #3

Moim zdaniem Return to Monkey Island jest idealnym powrotem i być może oficjalnym zwieńczeniem serii. Zachowuje rozgrywkę i klimat oryginału, jednocześnie dodając coś od siebie. Początkowo miałem obawy, co do oprawy graficznej, ponieważ twórcy zdecydowali się mocno karykaturalną stylistykę. Ostatecznie wyszło bardzo dobrze i grę uważam za obowiązkowy zakup, tym bardziej, że kosztuje mniej niż sto złotych.

Zbigniew Woźnicki

Monkey Island nigdy nie przywiązało się do konkretnej stylistyki – zaczynało od szczegółowej i przełomowej dla gier wideo „pikselozy”, potem uciekło w kreskówkowość, następnie w raczkujący trójwymiar, a remaki klasycznych odsłon cieszyły oczy pastelowymi barwami. I pod względem kolorystyki to właśnie im najbliżej do Return of Monkey Island, które oczarowuje każdym swoim tłem, efektem wizualnym czy projektem postaci. No, może postawiłbym na prawdziwe oczy zamiast czarnych kropek, ale na brak estetycznego wyczucia designerów naprawdę narzekać nie można. Vibe Małpiej Wyspy tu po prostu jest, wszystkie wizualne elementy składają się na klimat znamienny dla tej serii, który opatuli każdego złaknionego przygód i morskich wojaży gracza niczym najcieplejsza kołderka.

Wspomniany klimat nie byłby jednak możliwy do uzyskania bez Dominica Armato i Petera McConnella. Ten pierwszy wrócił jako aktor głosowy Guybrusha i, cholera, jak dobrze go słyszeć. Jego ciepły, sympatyczny ton głosu, pokraczne słowotoki oraz wyczucie każdej emocji czynią z niego perfekcyjnego towarzysza podróży w poszukiwaniu sekretu Małpiej Wyspy. McConnell z kolei ponownie raczy nas melodiami, do których niejednokrotnie pogwizdywaliśmy i marzyliśmy o świecie piękniejszym i spokojniejszym od naszego. A i nowych, równie relaksujących utworów nie zabrakło.

Sekretem jest też na pewno powinność podatkowa. I zdolność kredytowa.

Sekretem jest przygoda

Wszystkie te piękne obrazy, zagadki i dialogi składają się na naprawdę zacną grę wideo, niemuszącą wstydzić się swoich gatunkowych korzeni. To coś więcej niż produkt żerujący na nostalgii siwych szczurów lądowych, to również dzieło stojące na własnych nogach. Magiczne, radosne, tętniące życiem, wyrywające z okowów nużącej codzienności na dobre dziesięć godzin. A przede wszystkim mające do zaoferowania prawdziwą przygodę, bogatą w wiele znaczeń, i to na tyle licznych, że każdy odczyta je inaczej i znajdzie coś dla siebie

Była więc różyczka w Obywatelu Kanie, wielką rolę w popkulturze odegrała także walizka z Pulp Fiction, a teraz swoją historię najpewniej domyka sekret z Małpiej Wyspy. Kolejny wielofunkcyjny MacGuffin, kręcący się gdzieś pomiędzy definicjami przedmiotu i idei, służący formowaniu się fascynującej opowieści i przeżywaniu intensywnej przygody. I choć przez wiele ostatnich lat wydawało się, że rozwiązanie tej tajemnicy nie będzie nam dane, ta wróciła – bardziej pociągająca i emanująca mocą niż kiedykolwiek wcześniej. Dzięki niej poczułem się jak dziecko na wakacjach. Jak śniący cuda na jawie. Jak Guybrush Threepwood, the mighty pirate, na pokładzie łajby Sea Monkey. Słuchajcie, chyba odkryłem sekret Małpiej Wyspy. Jest nim...

PARĘ SŁÓW OD AUTORA

Curse of the Monkey Island przechodziłem jako dzieciak wielokrotnie, do dziś pamiętając każdy urywek tej przygody – nie może ona wylecieć mi z głowy. Dwie pierwsze odsłony nadrobiłem stosunkowo niedawno, bo parę miesięcy temu, ale oczarowały mnie błyskotliwą narracją, przy okazji kojąc każdym żartem, tekstem czy widokiem. Return to Monkey Island to zwieńczenie prawdziwie godne i spełnione.

Zachęcam do śledzenia mojego konta twitterowego.

ZASTRZEŻENIE

Egzemplarz gry do recenzji otrzymaliśmy od firmy Cosmocover.

Karol Laska | GRYOnline.pl

Karol Laska

Karol Laska

Swoją żurnalistyczną przygodę rozpoczął na osobistym blogu, którego nazwy już nie warto przytaczać. Następnie interpretował irańskie dramaty i Jokera, pisząc dla świętej pamięci Fali Kina. Dziennikarskie kompetencje uzasadnia ukończeniem filmoznawstwa na UJ, ale pracę dyplomową napisał stricte groznawczą. W GOL-u działa od marca 2020 roku, na początku skrobał na potęgę o kinematografii, następnie wbił do newsroomu, a w pewnym momencie stał się człowiekiem od wszystkiego. Aktualnie redaguje i tworzy treści w dziale publicystyki. Od lat męczy najdziwniejsze „indyki” i ogląda arthouse’owe filmy – ubóstwia surrealizm i postmodernizm. Docenia siłę absurdu. Pewnie dlatego zdecydował się przez 2 lata biegać na B-klasowych boiskach jako sędzia piłkarski (z marnym skutkiem). Przesadnie filozofuje, więc uważajcie na jego teksty.

więcej