Polecamy Recenzje Przed premierą Publicystyka Warto zagrać
Recenzja gry 6 czerwca 2017, 09:01

autor: Przemysław Zamęcki

Gra we wszystko na wszystkim. Fan retro gratów i gier w pudełkach, które namiętnie kolekcjonuje.

Recenzja gry DiRT 4 – w pół drogi pomiędzy DiRT 3 i DiRT Rally

O ile DiRT Rally dogadzał przede wszystkim fanom wymagających symulacji rajdowych, o tyle DiRT 4 próbuje pogodzić ze sobą zwolenników hardkoru i fanów beztroskiego zamiatania kuprem auta szutrowych poboczy. I nie wychodzi mu to idealnie.

Recenzja powstała na bazie wersji PS4. Dotyczy również wersji XONE

PLUSY:
  1. udana próba pogodzenia arcade z symulacją dzięki dość rozbudowanym możliwościom wyboru poziomu trudności;
  2. po wyłączeniu wszystkich wspomagaczy w trybie symulacyjnym świetnie odczuwa się wszelkie siły fizyczne oddziałujące na samochód;
  3. tryb zręcznościowy dla fanów DiRT-a 2 i DiRT-a 3;
  4. pomyślnie zaimplementowane zarządzanie własnym zespołem w trybie kariery;
  5. prosty proceduralny generator nowych odcinków, którymi można podzielić się ze znajomymi...
MINUSY:
  1. ...a nawet banalny, którego umieszczenie w grze nie tłumaczy tylko pięciu lokacji w trybie Rally;
  2. powtarzalność proceduralnie generowanych tras;
  3. paskudna jakość roślinności na PlayStation 4...
  4. ...plus brak porządnego antyaliasingu – mimo to podczas powtórek gra i tak potrafi delikatnie chrupać (i to na PS4 Pro).

Kiedy półtora roku temu Codemasters oddało do naszych rąk grę DiRT Rally, większość zainteresowanych odetchnęła z ulgą. Brytyjski deweloper porzucił bowiem festynowe klimaty i nie tylko umiejętnie przygotował wspaniały model symulacyjny, ale także świetnie uchwycił ducha poważniejszego współzawodnictwa.

Rally to tytuł, który idealnie wstrzelił się w oczekiwania fanów, znużonych serwowaną papką. Niezwykle efektowną i bez reszty wciągającą niewymagających pełnego realizmu amatorów szybkich samochodów, ale jednak papką. Szczerze mówiąc, po oddechu świeżości, jaki zaserwował DiRT Rally, spodziewałem się, że „czwórka” podąży wytyczoną przez części drugą i trzecią ścieżką. I w pewnym sensie tak się stało, ale nauczeni doświadczeniem twórcy tym razem jednak spróbowali pogodzić ogień z wodą (czy też może hamburgera z sałatką warzywną), co wyszło im... nawet dobrze. Tylko i aż.

Symulacja vs arcade

Rozpoczynając przygodę z DiRT-em 4, możemy wybrać, czy chcemy bawić się w trybie zręcznościowym, czy też wolimy odrobinę realizmu w zachowaniu auta na drodze. To pierwszy znak świadczący o tym, że twórcy zmienili podejście do serii, pragnąc prawdopodobnie w ten sposób wykorzystać dziesiątki tysięcy linijek kodu przygotowanych na potrzeby DiRT-a Rally. Samo wybranie trybu symulacyjnego nie załatwia jednak sprawy, bo jeśli marzymy, by poczuć się niemal jak w prawdziwym rajdowym samochodzie, na wyłączenie czeka jeszcze kontrola trakcji, wspomaganie hamowania i kilka innych czynników mających wpływ na tor jazdy.

Recenzja gry DiRT 4 – w pół drogi pomiędzy DiRT 3 i DiRT Rally - ilustracja #1
W przeciwieństwie do DiRT 3, czwórka doczekała się widoku kamery sponad deski rozdzielczej.

Zmiana każdego z ułatwień bardzo wyraźnie oddziałuje na zachowanie pojazdu, czym część fanów powinna być zachwycona, bo to trochę tak, jakby otrzymać od „Codies” nieplanowaną niespodziankę w postaci drogiego bonusu do DiRT-a Rally. Świetnie daje się odczuć wagę i bezwładność auta – coś, czego niemal pozbawiono poprzednie edycje.

Implementując do gry porządną fizykę, nie zapomniano jednocześnie o ludziach oczekujących wyraźnej kontynuacji. Nie będę się wiele rozpisywać w tym przypadku na temat modelu jazdy, bo jest on niemal identyczny jak w poprzednich częściach. Bączki kręcą się same, w hairpiny wchodzimy bezbłędnie, a rajdówka dosłownie je nam z ręki. To bardzo przyjemne uczucie, mieć tak dużą kontrolę nad pojazdem, co jednak nie do końca współgra z resztą programu. Bowiem pomimo implementacji tak zabawowego trybu, czwóreczki w tytule i możliwości uczestniczenia w zmaganiach typu Land Rush oraz Rally Cross – luzu, barwnych flag, Kena Blocka i Travisa Pastrany próżno tutaj szukać. Cyrk na kółkach odjechał, została smutna rzeczywistość początkującego rajdowca.

Recenzja gry DiRT 4 – w pół drogi pomiędzy DiRT 3 i DiRT Rally - ilustracja #2
Prosty i nieciekawy generator proceduralnych tras.
Recenzja gry DiRT 4 – w pół drogi pomiędzy DiRT 3 i DiRT Rally - ilustracja #3
Tak, WD-40 może się przydać w takich klimatach.

Kariera rajdowca

Codemasters zaproponowało w trybie kariery coś, co nazwano Akademią DiRT. Jest to pełen starych magazynów plac o powierzchni dwustu pięćdziesięciu tysięcy metrów kwadratowych, po którym możemy do woli szaleć w posiadanych pojazdach, stawiając czoła licznym wyzwaniom w stylu gymkhany, rozwalając piankowe bloki i jeżdżąc po dachach kontenerów, ale przede wszystkim, co zalecane jest na samym początku, mamy tu szansę nauczyć się podstaw rajdowej jazdy w przygotowanych przez twórców lekcjach. Nie ma ich może wiele i zazwyczaj są niezbyt wymagające, jednak warto się z akademią zapoznać. Część zajęć to czysta teoria polegająca na przeczytaniu jakiegoś tekstu lub obejrzeniu filmiku wideo. Podobne lekcje odrabialiśmy w nieśmiertelnej grze Richard Burns Rally, a ostatnio w bardzo dobrej, aczkolwiek słabo zauważonej, pozycji Sebastien Loeb Rally Evo.

To miejsce to jednocześnie siedziba naszego zespołu, o ile w końcu zdecydujemy się go założyć. Nie ma jednak takiej potrzeby, bo jeżeli ktoś sobie tego życzy, wszystkie imprezy spokojnie da się odblokować w wypożyczonych samochodach lub nawet w swoich, po ich wcześniejszym zakupieniu za zarobione na rajdach kredyty. Gra ma jednak pewien haczyk i dopóki nie zainwestujemy we własny zespół, nasz garaż pomieści tylko cztery wozy. Dopiero zatrudniając za grubą forsę odpowiednich fachowców, możemy zacząć się rozwijać. W zamian nasze auta będą ulepszane, naprawy w strefach serwisowych potrwają krócej, my otrzymamy niezawodny pojazd, zaś sponsorzy poczują zadowolenie z osiąganych przez nas wyników.

Recenzja gry DiRT 4 – w pół drogi pomiędzy DiRT 3 i DiRT Rally - ilustracja #4
Peugeotem po krzakach. Gra nie posiada satysfakcjonujących uszkodzeń wizualnych, ale mechanicy i tak będą mieli masę roboty z doprowadzeniem auta do stanu używalności. Trochę szkoda jednak, że w czwórce kibice nie wyskakują przed maską na środek drogi.

Mokry sen „borowika”

W garażu trzymamy posiadane fury. Część z nich zdobywamy, wygrywając różne mistrzostwa, ale resztę trzeba kupić. W menu u dilera możemy przebierać w około dziesięciu klasach, od buggy począwszy, poprzez stadionowe ciężarówki i crosscarty, a na R2, R5, NR4/N4 i supersamochodach RX skończywszy. Auta są jednak dość drogie i w grze pojawiła się wzorowana chociażby na Gran Turismo sekcja pozwalająca na nabycie samochodu używanego. Albo jakiegoś starszego, jednak za niebotyczną kasę.

Tu klas jest jeszcze więcej, a decyzja o zakupie takiego pojazdu jak Lancia Delta S4 z przebiegiem dwunastu tysięcy kilometrów za kwotę czterokrotnie przewyższającą cenę nowego Subaru WRX STI NR4 musi być dobrze przemyślana. Co więcej, część wozów może trafić na wyprzedaż, więc warto od czasu do czasu tu zaglądać. Z deklaracji deweloperów wynika, że w grze znalazło się pięćdziesiąt modeli aut – choć sam ich nie liczyłem, najprawdopodobniej nie mijają się oni z prawdą. Są nowości, są starocie jak Mini Cooper S z 1964 roku. Lepiej być nie mogło.

Recenzja gry NFS Heat – nowy Need for Speed dowozi... i nie dowozi
Recenzja gry NFS Heat – nowy Need for Speed dowozi... i nie dowozi

Recenzja gry

Need for Speed: Heat to najlepszy NFS, ale tylko na tle dwóch ostatnich odsłon. Zapamiętamy go jednak na zawsze dzięki wyjątkowym przygodom z policją. Uberpolicją!

Recenzja gry Forza Horizon 4 – tak się wygrywa bitwę o Anglię
Recenzja gry Forza Horizon 4 – tak się wygrywa bitwę o Anglię

Recenzja gry

Forza Horizon 4 zmienia się w pełnoprawne, samochodowe MMO. To bardzo dobra gra, która błyszczy na tle konkurentów, a zawiedzie odrobinę jedynie weteranów serii.

Recenzja gry The Crew 2 – odtwórcza rewolucja
Recenzja gry The Crew 2 – odtwórcza rewolucja

Recenzja gry

To, co zrobił Ubisoft z The Crew 2, zakrawa niemal na skandal. Takiego recyklingu w sandboksach jeszcze nie było. Ale wiecie co? Nie chce mi się podnosić larum, bo jeżdżenie po USA (a także latanie i pływanie) wciąż potrafi być nad wyraz przyjemne.