Gry na licencji filmowej mają bardzo często jedną wspólną cechę: traktują scenariusz wyrywkowo, przedstawiając fabułę jako ciąg wyjętych z kontekstu scen, toteż tylko po wcześniejszej wizycie w kinie człowiek jest w stanie połapać się, co, po co i dlaczego? Premiera Przygód Tintina przed nami (a przynajmniej przede mną, bo filmu jeszcze nie widziałem), a pomimo to po ukończeniu gry z powodzeniem mogę sobie z sensem odpowiedzieć na wszystkie postawione wyżej pytania. Wam oczywiście tychże odpowiedzi nie zdradzę, ale z chęcią przybliżę nieco ten bardzo sympatyczny tytuł.
Przygody Tintina są adaptacją znanej serii komiksowej autorstwa belgijskiego rysownika Hergé. Kinowy obraz nie skupia się na przedstawieniu konkretnej z ponad dwudziestu historyjek obrazkowych z nastoletnim reporterem w roli głównej, a kompiluje kilka części, tworząc z nich jedną opowieść. Tym samym tropem podąża gra, którą przygotował Ubisoft. I to zarówno pod względem fabuły, jak i gatunkowej różnorodności, której dominującym elementem jest co prawda dwuwymiarowa platformówka, jednak w trakcie zabawy nie brak także fragmentów, w których sterujemy samolotem podczas burzy czy kierujemy motocyklem w pełnym 3D, by następnie ostrzelać ścigających nas rywali, siedząc w jego koszu. Oprócz tego kilka razy po prostu sobie swobodnie biegamy, a nawet rozmawiamy w iście przygodówkowym stylu z mieszkańcami arabskiego miasteczka.

Tintin nie podróżuje sam, bowiem wszędzie towarzyszy mu pies Miluś (kilka razy wcielamy się także w tego sierściucha) oraz w późniejszej fazie kapitan Baryłka. Jak nietrudno zgadnąć, Tintin pełni w tej ekipie rolę mózgu, pies bez problemu wciśnie się tam, gdzie nikt inny się nie zmieści, a marynarz ma dość siły, by przebić się przez niektóre ściany.
Tytułowy bohater, choć jest osobą młodą, też nie da sobie w kaszę dmuchać. Jak trzeba, to i z piąchy przyłoży, tak że nacierające nań karki raz, dwa nakryją się nogami. Poza tym Tintin bardzo dobrze radzi sobie ze skradaniem. Warunkiem jest zajście delikwenta od tyłu. Jedna chwila i nie ma co zbierać.
Przez większość czasu akcję obserwujemy z boku. Wyznam szczerze, że po pierwszych kilku minutach gra bardzo mocno zaczęła przypominać mi świetne Shadow Complex, ale od biedy można także podeprzeć się skojarzeniami z Trine czy Another World. Przynajmniej pod względem sposobu obserwacji otoczenia, bo już niekoniecznie wykonywania samych czynności.
Przede wszystkim Przygody Tintina nie wymagają małpiej zręczności. Tutaj raczej na wszystko jest czas i często wręcz zamiast działać na zasadzie „huzia na Józia” lepiej przez chwilę zastanowić się, jak poradzić sobie z przeciwnikami na danym ekranie. Ci nie są specjalnie lotni (ich umysłów nie mąci w żaden sposób nawet najmniejszy przebłysk inteligencji) i kiedy znikniemy im z oczu już po dwóch sekundach udają, że nic się nie stało, ale trzeba pamiętać, że to przede wszystkim pozycja dla młodszych graczy.


















