Raz na jakiś czas pojawia się gra, która na nowo definiuje swój gatunek. Bez zbędnego wstępu napiszę więc tylko, że Renegade Ops jest właśnie jednym z takich tytułów. Produkcją, do której przez jakiś czas będziemy porównywać wszystkie kolejne klony różnych Cannon Fodderów i Desert Strike'ów taplających się w sosie a la G.I. Joe.
Avalanche Studios to ekipa odpowiedzialna między innymi za serię Just Cause i jakkolwiek przygody Rico Rodriqueza plasują się gdzieś na drugim biegunie świata zręcznościowych strzelanin, tak już w kilka sekund po uruchomieniu pierwszej misji w Renegade Ops z pewnością zauważycie podobny klimat, jaki posiadają obie gry. W dużej mierze to zasługa silnika napędzającego te produkcje, czyli Avalanche Engine w wersji 2.0. Ba! Przez pierwsze minuty zabawy ma się wręcz wrażenie, że autorzy po raz kolejny rzucili nas w otwarty świat, który został stworzony tylko po to, by roznieść go w drobny mak. Co prawda aż tak dobrze nie ma, ale każdy z dziewięciu poziomów, na których toczymy zmagania, jest wystarczająco wielki, by móc się w nim pogubić, gdyby nie możliwość włączenia konturowej mapki czy stale aktywnego GPS-u, bardzo precyzyjnie wskazującego drogę do wyznaczonych celów.

No dobrze, ale czym właściwie jest ta gra? Najprościej rzecz ujmując, to połączenie Cannon Foddera, w którym zamiast oddziału żołnierzy mamy pojazd i sterowanie rodem z Geometry Wars – jedna gałka analogowego pada służy do nadawania kierunku maszynie, druga do kierowania ogniem. Niezwykle prosta idea powleczona tonami frajdy płynącej z rozgrywki.
Fabuła w tego typu grach niby nikogo nie powinna obchodzić, ale w tym przypadku jest nieco inaczej. To zasługa głównie świetnie przygotowanych plansz komiksowych, które towarzyszą zabawie nie tylko pomiędzy misjami, ale często pojawiają się w mniejszej formie także w trakcie wykonywanych zadań. Oczywiście nie ma się co nastawiać na jakieś głębsze refleksje, bowiem wszystko podane jest w postaci przyswajalnej bez problemu przez ośmiolatka. I jest to zabieg w pełni świadomy. Jesteśmy jak G.I. Joe! Jak filmy sensacyjne klasy Ż z połowy lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku. I dobrze nam z tym – mówią autorzy. I wiecie co? Mnie też.
Żeby nie było za monotonnie, do wyboru mamy kilka postaci charakteryzujących się odmiennymi umiejętnościami specjalnymi. Moim zdaniem szczególnie widowiskową zdolność posiada Roxy, która raz na jakiś czas może wezwać wsparcie z powietrza. Po kilku sekundach od oznaczenia miejsca zrzutu flarą ekran pokrywa się feerią wybuchów i następuje totalna jatka. Inna z postaci może na przykład aktywować na chwilę osłony pojazdu, odbijając w ten sposób nawet wystrzelone weń rakiety, a jeszcze inna powoduje, że na kilka sekund broń przeciwnika milknie. Takie podejście sprawiło, że jak w mało której grze miałem ochotę przechodzić pewne misje kilka razy. A to naprawdę rzadko mi się zdarza.


















