Forum Gry Hobby Sprzęt Rozmawiamy Archiwum Regulamin

Forum: Weź udział w konkursie Assassin's Creed Origins i wygraj konsolę XBOX ONE X

30.10.2017 18:39
1
3
Suomi
17
Look at you hacker

Weź udział w konkursie Assassin's Creed Origins i wygraj konsolę XBOX ONE X

Witamy Was ponownie w kolejnym konkursie na GRY-OnLine.pl!

Wspólnie z Ubisoft Polska przygotowaliśmy dla Was pisarską zabawę dotyczącą najnowszej growej premiery. Tym razem głównym zadaniem jest opisanie jednego z podanych na stronie konkursowej wydarzeń historycznych z perspektywy Asasynów lub Templariuszy.
Oddajemy do Waszej dyspozycji pięć wielkich wydarzeń, między innymi bitwę pod Grunwaldem czy oblężenie Zbaraża.

Do wygrania oprócz konsoli XBOX ONE X są także gadżety z serii Assassin's Creed, edycja kolekcjonerska gry oraz słuchawki bezprzewodowe Focal - łącznie 10 zestawów nagród!

By wziąć udział wystarczy tylko zarejestrować się i zacząć tworzyć historię.

Konkurs trwa od 30 października do 17 listopada. Wszystkie informacje, zasady oraz Regulamin znajdziecie na stronie: http://origins.gry-online.pl/

Zapraszamy i powodzenia!

post wyedytowany przez Suomi 2017-10-30 18:42:06
31.10.2017 17:14
2
1
odpowiedz
przemkod21
2
Centurion

15 Lipca 1410 roku. Tego dnia miała zacząć się bitwa pod Grunwaldem z Zakonem Krzyżackim. Król zwoływał swoich żołnierzy i sojuszników. Nasz Mentor, Książe Witold, postanowił do niego dołączyć. Moi bracia szykowali swoje ukryte ostrza i broń. Wcześniej, kiedy wyjeżdżaliśmy, nasz Mentor poprosił mnie na stronę. Zlecił mi ważne zadanie, niemal najważniejsze z naszej działalności: Zabić Wielkiego Mistrza Zakonu Krzyżackiego Ulricha von Jungingena, który był jednocześnie wielkim mistrzem zakonu Templariuszy. Niełatwe zadanie biorąc pod uwagę to, że dowodził całą armią krzyżaków i ich sojuszników. Był straszny upał. Król zasugerował, żebyśmy skryli się w lesie. Mentor powiedział mi, żebym nie wychodził z ukrycia, dopóki nie przybędzie Wielki mistrz zakonu. Jedyne co mogłem to strzelać z łuku lub czekać. Król postanowił dowodzić armią ze wzgórza niczym azjatycki wódz. Z oddali widać było nacierające wojska krzyżacko-niemieckie. I zaczęła się bitwa. Najpierw wyruszyła lekka kawaleria litewsko-tatarska z naszym mentorem na czele. Wciąż czekałem. Z bombard wroga udały się tylko dwie strzały. Na szczęście wielu z naszych ludzi nie zginęło. Następnie zaatakowała kawaleria wroga. Patrzyłem, jak nasi ludzie i moi bracia umierali na polu bitwy a ja nic nie mogłem zrobić. Zastanawiałem się, czy nie lepiej wkroczyć na pole bitwy i pomóc mentorowi. Mimo wszystkiego postanowiłem czekać. Tymczasem, naszym nie powodziło się zbyt dobrze. Nasza kawaleria się załamała a Krzyżacy nieomal nie zdobyli wielkiej chorągwi królewskiej. Na szczęście wojska polskie szybko wkroczyły i pomogły lekkiej kawalerii. Po 3 godzinach, wkroczył Wielki mistrz Krzyżacki ze swoimi ludźmi. Teraz nie było odwrotu. Długo trwała podróż do niego, bo prawie każdy chciał się na mnie rzucić. Złamali mój miecz i tarczę. Zostało mi ukryte ostrze, łuk i topór. Bo 20 minutach byłem strasznie zmęczony. Witold dzielnie walczył z krzyżakami podczas gdy Ulrich wydawał się oddalać. Ostatkiem sił, wybiegłem tak szybko jak mogłem, unikałem każdego ciosu aż nie dobiegłem do Mistrza Krzyżackiego. Nagle rzucili się na niego inni żołnierze armii polskiej. To ja dostałem za zadanie zabicia go, nie oni. Jednak wszystko poszło dobrze. Ogłuszyli go a ja strzeliłem z łuku i powaliłem templariusza. Gdy Żołnierze udali się zdobyć obóz krzyżacki, przebiłem ukrytym ostrzem serce Ulricha, by być pewnym jego zgonu. Dokonało się. Wygraliśmy. Przeżegnałem się za moich braci i udałem się do mentora. Książe gratulował mojego sukcesu. Powiedział mi, żebym wrócił do domu widząc moje zmęczenie i z powodu walki i z gorąca. Udałem się do siedziby bractwa w Gnieźnie i czekałem na przybycie Witolda i wiadomości o tym, że Siedziba Templariuszy i Krzyżaków - Malbork- został zdobyty. Mam nadzieję, że templariusze są załamani śmiercią ich mistrza. Tylko nurtowało mnie jedno: Czemu nie wykorzystali rajskiego jabłka którego zdobyli templariusze niedawno czy innego fragmentu edenu. Jakby wszystko było zaplanowane. Jestem jednak pewien, że nic złego się nie stanie.

31.10.2017 19:44
3
6
odpowiedz
1 odpowiedź
kys
48
Centurion

Chciałbym XBOX ONE X bo mój xbox one się wiesza ciągle podczas grania. jak zwykle gwarancja wygasła i się zaczęło je**ć.

01.11.2017 20:35
3.1
5
boojan27
89
The Hound

Konkurs możemy zamykać. Mamy zwycięzcę!

31.10.2017 19:47
4
odpowiedz
Nve
3
Legionista


Ukrywamy się, czekając, nie wiedząc na co. Chodzimy po wystawie, patrząc czy aby na pewno komuś nie puszczą nerwy. Prezydent Gabriel Narutowicz ogląda obrazy, wydaje się nie być spiętym. Dziwne, że ktoś może utrzymać taki spokój kiedy co róg ulicy ktoś chce go zabić. Jesteśmy tu na zlecenie Piłsudskiego, templariusze też tu są. Wszyscy wiemy, że jeśli nie utrzymamy spokoju, to nikt go z nas mieć nie będzie. Łasimy się przy nogach marszałka tylko aby zdobyć jakieś polecenie, tylko aby zdobyć jakieś wpływy. Asasyni i templariusze w jednym pokoju, pilnujący jednej osoby. Zażartość aż czuć w powietrzu. Na wszelki wypadek mamy ostrza, chociaż nie pozwolono nam ich używać. Nasi rywale mają natomiast skrycie ukryte rewolwery pod ubraniem. Prezydent przechodzi dalej, naprawdę nie wie, że tu jesteśmy. Nie chciał ochrony, ale inni wiedzą lepiej co jest dla niego dobre. Nikt nie wygląda tu podejrzanie, przecież to artyści. Malarz Edward Okuń, ambasador angielski z żoną, prezes salonu z wystawą, premier i wiele innych osób. Niektórzy już rozmawiali z prezydentem. Widzę Jana podchodzącego do mnie, ma czerwony krzyż na pasie.
-Co sądzisz ?- pyta
-Sądzę, że dziwnym jest to, że ktoś taki jak ty, mnie o to pyta. Po co to nosisz ? Mamy XX wiek.
-Krzyż ?
-Tak
-Stare przyzwyczajenia, po starszych z zakonu. Jeśli sądzisz, że nie dzieje się tu nic ważnego, to może porozmawiamy ?
-O czym ?
-Na przykład o obrazach.
-Nigdy nie znałem się na sztuce.
-Sztuka, to nie tylko obrazy. Bądźmy szczerzy istnieje wiele rodzajów sztuk, a wy chyba najbardziej znacie się na sztuce zabijania ? Wiesz, zabójstwa z ukrycia, skoki na ofiarę, słyszałem nawet coś o stogach siana.
-Lepiej zamij się pilnowaniem celu- odrzekłem zdenerwowany.
Odszedłem od Jana a, ku mojej stronie w szybkim kroku ruszył Stanisław, przyjaciel z bractwa.
-Nie ma dzisiaj Eligiusza, a tak bardzo prosił o te zadanie- powiedział wściekły – zwykły rekrut, do tak ważnej misji, po powrocie go zleje.
-Przesadzasz, pewnie stchórzył, nie wytrzymał napięcia na ulicach. Wydaje mi się, że go dziś widziałem.
-Co nie zmienia faktu, że mamy dziurę w ochronie.
Stoimy tak przez chwilę obserwując przechodzących ludzi
-Jest malarzem, spodobałoby mu się tutaj – rzekłem
-Zapewne.
Chwila ciszy
-A co sądzisz o...
Strzał, i kolejny, i kolejny. Wydawać się może, że wszystkim nam nagle stanęły serca. Człowiek zaczyna osuwać się na podłogę, wszyscy wiemy, że to prezydent Narutowicz. Rozglądam się, próbuje uspokoić oddech, czuje jak adrenalina buzuje. Po chwili widzę kto jest sprawcą, Eligiusz stoi wyprostowany z rewolwerem celując w postrzelonego Narutowicza. Biegnę, ze mną prezes salonu i jakiś malarz. Łapie sprawcę i go rozbrajam, poddaje się bez oporu.

Później spotykam Eligiusza w celi przed rozprawą. Przyjaciele z bractwa dali mi możliwości rozmowy z nim, miałem także zdobyć informację. Wchodzę i pytam.
-Więc ?
-Kazała mi. Wyciągnie mnie. Naprawdę piękna, Juno. Mówiła mi, że jeśli to zrobię to będę z nią na zawsze, że da mi pieniądze, władzę i wenę. I zrobiłem to, bo się z nią zgadzałem. Ten człowiek powinien już dawno zginąć, był złem dla Rzeczypospolitej.
-Ta „Ona” dała ci coś ?
-Nie, ale wyciągnie mnie z tej celi i będziemy na zawsze szczęśliwi, nie jak wy.
-Nie martw się. Twoją Juno znajdziemy, a ciebie będzie czekać coś innego.
-Co ?
-Rozstrzelanie.

31.10.2017 22:14
5
1
odpowiedz
Khatolic
5
Junior

16.12.1922 r.
Dzień po zamachu. Do najwyższego dowództwa zakonu, Paryż.
Zawiedliśmy.
Mógłbym skończyć mój raport już tutaj, jednak pozwólcie Panowie, że wyjaśnię co się stało.
Czasy w których żyjemy są doprawdy zdumiewające, mam wrażenie, że priorytety zakonu uległy zmianie.

Dzisiaj jedynie templariusze mogą powstrzymać chaos przelewający się przez Polskę. Bractwo zdaje się kompletnie zatraciło swoją misję walki z zakonem, na rzecz destabilizacji oraz siania chaosu. Być może jest w tym jakiś większy plan. Nasza rywalizacja przestała być honorowa, nie ma już miejsca na granie w otwarte karty. Szpiegostwo, podstęp, dezinformacja i manipulacja stały się naszymi podstawowymi narzędziami.

Dość jednak moich przemyśleń. Jako komórka zakonu w Polsce mieliśmy doprowadzić ustabilizowania sytuacji politycznej w tym kraju, mieliśmy wprowadzić względny „ład i porządek”.
Cel nie był sprecyzowany, więc postanowiliśmy, że w nadchodzących wyborach prezydenckich doprowadzimy do wyboru Gabriela Narutowicza. Zapytacie, dlaczego on? Od miesięcy wiedzieliśmy, że w Polsce działa bractwo, wiedzieliśmy też, że ma ono na tym terenie dwóch mistrzów. Narutowicz jako jedyny kandydat był bezpartyjny, co dawało nam nadzieję na to, że nie jest powiązany z żadnym obozem asasynów. Do tej pory nasza misja przebiegała nad wyraz pomyślnie, nie byliśmy świadomi w jakim jesteśmy błędzie.

Narutowicz został wybrany z pomocą zakonu, udało nam się nawet zidentyfikować jednego z wcześniej wspomnianych mistrzów bractwa – Józefa Hallera. Przekonani, że asasynów będziemy dalej szukać w kręgu prawicy straciliśmy czujność.
Mimo oficjalnego wyboru Narutowicza na prezydenta sytuacja w Polsce wcale nie uległa poprawie. Kolejne protesty, propaganda środowisk prawicowych i nacjonalistycznych, podburzanie tłumów przez Hallera oddalały nas od sukcesu i upragnionego porządku. W tym momencie skupiliśmy się na dwóch celach: ochronie Gabriela oraz identyfikacji drugiego mistrza bractwa. Po pamiętnym przemówieniu Hallera i Ks. Lutosławskiego 10 grudnia przyjęliśmy, że to Lutosławski jest drugim mistrzem w polskich strukturach sekty asasynów. Dziwiło nas dlaczego ksiądz przystał do sekty wywodzącej się z bliskiego wschodu? założyliśmy jednak, że bractwo zawsze miało konotacje religijne, z drugiej strony kto by podejrzewał duchownego?

Tego samego dnia do Gabriela zgłosił się znany polski malarz Eligiusz Niewiadomski. Zaprosił on prezydenta na otwarcie salonu sztuki w Zachęcie. Była to miła odmiana od ciągłych protestów. Narutowicz potrzebował poczucia akceptacji jego osoby na stanowisku prezydenta. Poprosił mnie abyśmy razem odwiedzili galerię, zrezygnował również z ochrony więc tym bardziej nie mogłem mu odmówić.

16.12.1922 po kilku kurtuazyjnych spotkaniach, wraz z prezydentem, przybyliśmy do Zachęty. Tłumy wiwatowały, trafiliśmy do innej rzeczywistości. Czułem, że jesteśmy blisko akceptacji Narutowicza, elity go kochały. Sytuacja uległa rozluźnieniu, postanowiliśmy poobcować ze sztuką.

Wtedy rozległy się strzały.

Wszystkie trzy były precyzyjnie wycelowane w Gabriela, zbyt precyzyjnie jak na amatora.
Pośród panikującego tłumu zobaczyłem kto strzelał, zamarłem. Moim oczom ukazał się Eligiusz Niewiadomski, malarz, człowiek kultury i sztuki stojący z pistoletem w dłoni.
Byłem w szoku, dopóki nie usłyszałem z jego ust: „ nic nie jest prawdziwe, wszystko jest dozwolone”.

Szpiegostwo, podstęp, dezinformacja i manipulacja. Drugi mistrz bractwa ujawnił się sam.

S. Car

post wyedytowany przez Khatolic 2017-10-31 22:16:42
01.11.2017 10:11
6
odpowiedz
Postawny
0
Junior

Ich wolność była pewna. Polska wróciła na mapy. Aby ich zniszczyć Armia Czerwona postanowiła przeprowadzić bitwę od której miała zależeć przyszłość świata. Daremnie. Rosjanie nie potrafili przebić się przez tych przeklętych Polaków, sierpnia w 1920 roku w bitwie określanej jako Cud nad Wisłą. Mieliśmy znaczną przewagę liczebną i artyleryjską, lecz dla nich… To nic. Przez tę bitwę nie powiódł się plan przechodu komunizmu na zachód Europy. Przejęlibyśmy Niemcy i Francję tworząc z Rosji mocarstwo godne bogów. Myśleliśmy, że nasza pomoc ze strony Zakonu Templariuszy okaże się pożyteczna. Jednak z Leninem szło się jeszcze jakoś dogadać, nie mówiąc o jego żołnierzach. Bolszewicy nawet między sobą nie mogli się porozumieć. Umowa z caratem polegała na zwycięstwie Rosji nad Polską. Rosjanie otrzymali od nas wsparcie, a w zamian mieliśmy dostać część ziemi dzięki której mieliśmy odbudować Zakon i posługiwać się Rosją jak marionetką. Gdyby nie Polska przejęlibyśmy cały kontynent. Postanowiliśmy się zemścić. Przez lata z Wielkim Mistrzem staraliśmy się biało-czerwonych utopić we krwi. Wiedzieliśmy, że to nie będzie łatwe. Do czasu gdy do władzy doszedł pierwszy prezydent Rzeczpospolitej, Gabriel Narutowicz. Postanowiliśmy go zabić. Zaplanowaliśmy zamach, który miał być karą za przeciwstawienie się nam. Miałem dowodzić całym wydarzeniem. Nadszedł dzień burzy. 16 grudnia 1922 roku wraz z żołnierzami wybraliśmy się do Warszawy. Przebieramy polskie mundury udając Polaków, lecz było to trudne nie znając ich ojczystego języka. Przedarliśmy się na otwarcie wystawy gdzie Narutowicz przeglądał obrazy. Podczas obmyślania dodawaliśmy własne plany zamachu:
-Proponuję podłożyć ładunek wybuchowy i uciec-zaproponował wspólnik.
-Nie-odparłem cicho ze złością
-To musi być ciche zabójstwo. Bez udziału osób trzecich. Zrozumiano?
-Tak jest-odparli wszyscy.
-Do dzieła.
Staliśmy wszyscy podparci ścian udając ochronę. Wszystko szło powoli ze względu na to, że wokół Narutowicza zbierało się dużo arystokratów i artystów chętnych opinii dzieł. Do czasu gdy prezydent postanowił osobiście przejść dalej. To była nasza szansa. Zakradliśmy się powoli, ale dostrzegliśmy dwóch ludzi z zakrytymi przez kaptury twarzami idącymi powoli za nim. Wiedzieliśmy, że byli to Assasyni. Chronili go. Chcieli pokrzyżować nam plan. To bractwo wtyka palce w nie to gniazdo pszczół co trzeba. Szybko ich zneutralizowaliśmy, lecz Narutowicz nas zauważył i zaczął krzyczeć uciekając:
-Pomocy mordercy!
-Zabić go i przynieść chwałę Zakonowi! -wydarłem się.
Po krótkiej gonitwie z ciemnego kąta wyszedł mężczyzna strzelając z rewolweru trzy razy zabijając prezydenta na miejscu. Podeszliśmy do niego i zapytaliśmy:
-Co to miało być? Czemu go zabiłeś?
-Jestem Eligiusz Niewiadomski. Wielki Mistrz przysłał mnie z pomocą, aby Polacy po zabójstwie nie zaczęli węszyć i odkryć prawdę.
-Co masz na myśli przez pomoc? Przecież dalibyśmy radę sami.
-Nie wątpię w to, ale przyznam się do zbrodni. Dla spokoju Zakonu.
-Eligiuszu, nie zapomnimy cię.
Nagle zaczęliśmy słyszeć zbliżające się kroki. Byli to żołnierze, którzy usłyszeli strzały.
-Uciekajcie teraz-odparł Eligiusz.
Po jego słowach uciekliśmy, a on został przy ciele czekając na pojmanie. Przyznał się do morderstwa, ale nie zdradził nasz Zakon podczas rozprawy sądowej 30 grudnia 1922 roku, a miesiąc później 31 stycznia został rozstrzelany. Po tym wydarzeniu mogliśmy dalej planować z Rosją jak zniszczyć Polskę, przejąć Europę i przywrócić Zakonowi jego dawną świetlność.

01.11.2017 12:28
7
1
odpowiedz
1 odpowiedź
BlaskOgnia
5
Chorąży

Stali w niewielkiej izbie. Czerwcowe słońce wpadało przez otwarte okiennice wprost na duży, dębowy stół.

- Czy postąpiliśmy właściwie bracie?
- Co przez to rozumiesz?

Podszedł do okna. Zerknął na przywiązanego po drugiej stronie drogi konia i pomyślał, że mimo skwaru, nie dane im będzie odpocząć. Wydarzenia ostatnich miesięcy wypełniły go wątpliwościami. Czuł, że czeka ich daleka i wycieńczająca podróż. Nie wiedział nawet, czy dożyje jutra. Jeśli jego przypuszczenia okażą się słuszne…

- Mówię o zamachu na Poniatowskiego. Czy gdyby zginął… sprawy nie potoczyłyby się inaczej?
- Nie wiem. Możliwe, ale nie nam to oceniać. Mieliśmy jeden cel, doprowadzić do uchwalenia konstytucji. Poniatowski NIE MÓGŁ zginąć i co do tego wszyscy się zgodziliśmy. To zadanie przypadło Tobie i wywiązałeś się z niego perfekcyjnie. Król przeżył, zamachowcy gniją w ziemi, a konstytucja została podpisana. Przecież gdyby zamach się powiódł, nie mielibyśmy żadnych szans na sukces!

Gniew wezbrał w nim gwałtownie, a dłonie mimowolnie zacisnęły mu się w pięści. Odszedł od okna i obrzucił brata wyzywającym spojrzeniem.

- Może tak byłoby lepiej! Może nie doszłoby do rozbioru! Przecież Katarzyna ruszyła na nas właśnie z powodu tego, co się stało i doskonale wiesz, że to ONA najęła ich do zabicia Króla. Od kilkudziesięciu lat Templariusze rozszerzają swoje wpływy w Rosji i jestem pewien, że jeden z zamachowców, któremu poderżnąłem gardło, był przeze mnie widziany parę lat temu u boku Katarzyny! Zresztą jak dowiedziałeś się o jej planach? Skąd wiedziałeś, że mają próbować go zabić?

Odniósł wrażenie, że przez twarz brata przemknął cień strachu, jakby zapytał o tajemnicę, z której istnienia nie powinien zdawać sobie sprawy.

- Wiesz przecież, że mamy swoich szpiegów wśród Templariuszy.

Brat cofnął się o krok, obrócił i podszedł do stolika, na którym stała karafka z winem. Zaczął nalewać do kielichów jakby chciał udać, że nie przejął się niespodziewanym obrotem rozmowy.

- Nie słyszałem byśmy mieli szpiegów umieszczonych bezpośrednio w najwyższych szczeblach władzy Templariuszy, a to tam zapadają decyzje w sprawach tak ważnych jak zabójstwo władcy sąsiadującego państwa.

Wiedział, że żadnych szpiegów nie było i nie ma. Teraz miał już pewność, że jego przypuszczenia były słuszne. Jego brat zdradził. Brakowało mu tylko jednego fragmentu układanki. Skoro Katarzyna chciała śmierci Króla i fiaska rozmów o konstytucji, dlaczego Templariusze z pomocą jego brata udaremnili ten zamach. Przecież mogli zrzucić odpowiedzialność na opozycję doprowadzając tym samym do chaosu, a pogrążony w nim kraj byłby słaby i niegroźny.

Zalśniło ostrze. Przecinając powietrze wbiło się w kręgosłup nieco poniżej karku. Zdrajca bezwładnie osunął się na ziemię i opadł w ramiona brata. Przecięta tętnica powoli uwalniała z niego życie dając im jednak odrobinę czasu.

- Odpowiesz za swoją zdradę. Oczyść się z win. Żałuj swych czynów.

Brat spoglądając na niego gasnącym spojrzeniem wyszeptał.

- Zamach był pomysłem Katarzyny. Głupia dziewczyna. Nie mogliśmy na to pozwolić. Potrzebowaliśmy pretekstu… do wojny.

03.11.2017 00:56
7.1
BlaskOgnia
5
Chorąży

Wróciłem na moment do mojego posta i pomyślałem, że warto byłoby tę historię dopowiedzieć poza konkursem, bo wpadła mi do głowy w zasadzie pod wpływem prowokacji jaką było to konkursowe zadanie. Pal sześć nagrodę, ale sam pomysł może się komuś spodoba.

Templariusze rozszerzający swoje wpływy w Rosji natrafili na twardy grunt jakim była Katarzyna. Fakt faktem po części podzielała ich poglądy, ale sama nigdy templariuszką nie została. Ze względu na ich ogromne wpływy powstało coś na wzór sojuszu. W praktyce Katarzyna sądziła, że może wykorzystać Templariuszy do umocnienia swojej władzy, a tym samym rozszerzenia wpływów, ale jak się okazało, była wobec nich za słaba.

Kiedy dowiedziała się o planach utworzenia w Polsce nowego ładu, którego podwaliną miała być Konstytucja, natychmiast zrozumiała, że jeśli w Polsce szlachta straci swoje wpływy, te idee mogą rozszerzyć się na inne państwa, w tym Rosję. Obmyśliła plan zabicia polskiego króla i wykonania tego zamachu tak, by wyglądało na ewidentną winę opozycji. Chciała pogrążyć kraj w chaosie. Jeśli według "oficjalnej wersji" króla zabije opozycja, Polska stanie się krajem całkowicie niezdolnym do jakiegokolwiek zjednoczenia, a już tym bardziej oporu.

Jednakże Templariusze usłyszawszy o tym planie uznali, że jest on na wskroś głupi. Ich celem była władza absolutna, ale nie nad Rosją, ale całym światem. Morderstwo króla polskiego i uznanie opozycji winną zdrady, sprawiłoby, że Rosja straciłaby niepowtarzalną szansę do wywołania wojny pod na tyle mocnym pretekstem, by rosyjska szlachta go poparła. Problem w tym, że Templariusze nie mogli przeciwstawić się otwarcie Katarzynie. To by zerwało ich sojusz. Postanowili upiec dwie pieczenie na jednym ogniu i z jednej strony przyklasnąć (oficjalnie) Katarzynie, a z drugiej zagrać na nosie Assasynom. Przedstawili Katarzynie idealnego kandydata na dowódcę niewielkiej, kilkuosobowej grupy mającej zabić króla. Był nim wspomniany w powyższej historii brat. Templariusze nie wspomnieli jedynie Katarzynie o jednym drobnym fakcie. Ów człowiek był bowiem jednocześnie Assasynem, grającym swoją rolę na tyle dobrze, że z jego osobą liczyła się większość braci. Otrzymał on od Katarzyny polecenie zabicia polskiego króla, ale jego bezpośrednimi zwierzchnikami byli Templariusze i to ich zadanie było dla niego nadrzędnym. Nakazali mu przekazanie Assasynom informacji o planowanym zamachu. Miał ich poinformować, że przeniknął do grupy zabójców, zdradzić im trasę podróży, czas i miejsce najbardziej dogodne do ich zlikwidowania. To też zrobił. Wszystko przebiegło sprawnie, szybko i bez świadków. W momencie ataku braci, ów Assasyn ujawnił się jako przeciwnik Templariuszy przed grupą mającą zabić króla, doszło do krótkiej i zwycięskiej walki.

Katarzyna otrzymawszy informację o fiasku wpadła w furię, a czasu było już na tyle mało, że nie miała możliwości zaplanowania kolejnego ataku, tym bardziej że ten, który zawiódł miał na celu wykorzystanie podróży, którą odbywał polski król. Zaatakowanie go w zamku było praktycznie niemożliwe, więc nawet gdyby udałoby się wysłać kolejną grupę, z pewnością by zawiodła. Katarzyna odstąpiła od kolejnej próby, po części dlatego, że nie chciała ryzykować zdemaskowania zabójców. Stąd pogodziła się z porażką i pozwoliła wydarzeniom biec własnym torem.

Tymczasem w Polsce jeden z braci naszego Templariusza / Assassyna mając spore wątpliwości odnośnie szczerości jego intencji rozpoczął śledztwo na własną rękę. W jego wyniku dowiedział się, że ów brat ma niejasną przeszłość. Postanowił go zdemaskować, a historia opisana w ramach konkursu jest momentem ich spotkania. W ramionach śmierci Templariusz przyznał, że Assassyni zostali wykorzystani, a historia biegnie zgodnie z ich oczekiwaniami. Konstytucja stała się idealnym pretekstem do wojny, a później drugiego rozbioru. Później miał nastąpić trzeci, również zainicjowany przez Templariuszy.

01.11.2017 13:50
8
1
odpowiedz
BoroXpompA
1
Junior

Spoglądam na gładką taflę wody. Przede mną rozpościera się jezioro. Śmierć, zniszczenie i ból odcisnęły tu swoje piętno… Dryfujące ciała nigdy wcześniej nie wydawały mi się bardziej żywe. Uśmiechają się w wodzie, szczęśliwe, że wszystko się skończyło. Czyżby? W odmętach czerwieni rozpościerają się zhańbione chorągwie. Polska zostanie zabrana i zawiśnie niedługo nad mogiłami bohaterów, strzegąc ich kości… Ale czy ktoś widzi tę drugą? Widniejący na niej symbol już dawno wtopił się w krwistą czerwień, która zalała sprawiedliwą biel – część herbu, część zakonu.
Nieskończoność wołyńskich równin potrafi pobudzić człowieka do rozmyślania nad przeszłością. To miejsce bez pozwolenia wchodzi do serca i wydobywa z niego najmroczniejsze wspomnienia, które przywołane po czasie, wyrządzają jeszcze większy ból. Czasem wydaje mi się, że siedzi tu obok mnie. Asasyn… Tak na niego wołali. Pomyśleć tylko, że mój największy wróg stanie się dla mnie przepustką do wielkiego splendoru, którego sam nie wiem czy udźwignę. Jeżeli przeżyję podróż, pragnę, aby wszyscy Templariusze z Warszawy usłyszeli o tym co się wydarzyło pod Żółtymi Wodami, Korsuniem, Piławcami… A zakończyło tutaj, pod Zbaraską twierdzą.
Od najmłodszych lat byłem szkolony na obrońcę tajemnic i historii zakonu. Wielu przegrywało walkę ze swoimi słabościami i odchodziło, lecz ja, kłaniając się przed wizerunkiem Jakuba de Molay’a wiedziałem po co tu jestem i do czego się zobowiązałem.
Dobrze pamiętam dzień, w którym zostałem wysłany, by tłumić powstanie Chmielnickiego. Miało to być przełomowe wydarzenie w służbie zakonowi. Czas wtajemniczenia i zaparcia się samego siebie. Czas walki dla czerwonych krzyży.
Pod Żółtymi Wodami byłem spokojny. Wiedziałem, że żadna kozacka hołota nie jest w stanie pokonać niezwyciężonej husarii. Niestety Chmielnicki posiadał broń znacznie potężniejszą niż setki uskrzydlonych wojowników. Posiadał cień… Tak go wtedy nazywałem. Zobaczyłem go po raz pierwszy ze wzgórza. Przechodził między buntownikami, którzy jakby go nie zauważali. Z orłem na ramieniu i kapturem na głowie pokonywał kolejne zastępy Polaków. Tak samo pod Korsuniem… Tak samo pod Piławcami…
Zanim przybył pod Zbaraż, jako osobisty ochroniarz Księcia Jeremiego Wiśniowieckiego, który również był Templariuszem, przestudiowałem wiele ksiąg o wszystkich zabójcach, jakich znał świat. Miałem niewiele czasu, lecz znalazłem to, czego szukałem. Znak przypominający literę „A”, taki sam jak na jego czarnym płaszczu. Zrozumiałem, jakie było moje prawdziwe zadanie na kresach. Miałem poznać największego wroga Templariuszy – Zakon Asasynów, skrytobójców, bez których Kosiński, Nalewajka i inni byli miażdżeni przez Rzeczpospolitą, a którzy przynieśli triumfy Chmielnickiemu i Tatarom.
Pod Zbarażem miałem się trzymać blisko Księcia, aby móc go obronić w razie ataku tej chodzącej śmierci. Walki trwały wiele dni. Szala zwycięstwa raz była po naszej, raz po ich stronie. Z początkiem sierpnia ujrzałem go ponownie, przechodzącego przez fortyfikacje jak przez sadzawkę – niewzruszonego, wbijającego ukryte ostrze w plecy kolejnych piechurów. W końcu stanęliśmy twarzą w twarz, zaraz po tym jak pokonał najbliższych mi kompanów. Książe uciekał przerażony, a ja stanąłem do walki… Nie pamiętam jak długo to trwało. Może minutę, może godzinę. Wiem tylko, że była to najcięższa walka w moim życiu. W końcu padł… Jego orzeł latał nad nami, a ja, wyczerpany, usiadłem, uśmiechnąłem się i już wiedziałem… Wiedziałem, że jestem prawdziwym Templariuszem.

01.11.2017 15:20
9
odpowiedz
Indiana18
31
Centurion

1 lutego 1923
Minął rok od największej (jak do tej pory) porażki naszego Zakonu na tym terenie. Wczoraj został stracony Eligiusz Niewiadomski. Za co? Oto odpowiedź.
Wszystko zaczęło się 10 grudnia, gdy Gabriel Narutowicz otrzymał anonimowe listy z groźbami. Nie przejął się nimi choć mogło to zaważyć na jego życiu. Następnego dnia ja i kilku moich towarzyszy zostaliśmy zaproszeni do domu samego marszałka Józefa Piłsudskiego, który obserwował wszystko z boku i jeśli trzeba było mówił nam co mamy robić. Dziś nadszedł kolejny taki moment. Mieliśmy z ukrycia ochraniać prezydenta. O każdej porze dnia i nocy mieliśmy być w pogotowiu. Nie zdziwiło nas to. Anonimy mogły w końcu pochodzi od lokalnej grupy Templariuszy, a tego w żadnym wypadku nie mogliśmy zignorować.
Po powrocie do naszej głównej siedziby podzieliliśmy się na dwie 4 osobowe grupy grupy: jedna pilnowała prezydenta w dzień, a druga w nocy. Ja byłem w tej pierwszej. Przez następne dni wszystko szło gładko. Pilnowaliśmy prezydenta dzień i noc. Żadnych incydentów, anonimów i tym podobnych. Może to była Ich celowa zagrywka? Wtedy nie myśleliśmy nad tym. Skupialiśmy się wyłącznie na zadaniu. I tak nadszedł dzień 15 grudnia. Następnego dnia prezydent miał pojechać otwarcie dorocznego salonu sztuki w galerii „Zachęta”. Zaplanowaliśmy wszystko od trasy przejazdu aż po plan wizyt i dyskretnie dostarczyliśmy go do gabinetu prezydenta. Jednak ponownie jak w przypadku wizyty u marszałków Sejmu i Senatu Narutowicz zabronił powiadamiać policję o swoich planach. Dla nast. Było to sporym utrudnieniem, gdyż musieliśmy być jeszcze ostrożniejsi.
W końcu nadszedł ten dzień 16 grudnia 1922 roku. Byliśmy świetnie przygotowani: dostaliśmy nowe, mniejsze, ale równie skuteczne ukryte ostrza z wbudowanym pistoletem oraz strzałki z trucizną by pozbyć się kogoś bez wzbudzania podejrzeń. Prezydent zgodnie z planem udał się najpierw do kardynała Aleksandra Kakowskiego. Po krótkiej wizycie mieliśmy się udać do galerii. Rozdzieliśmy się na dwie grupy: jedna ochraniał prezydenta w czasie drogi, druga zaś czekała już w galerii i w razie konieczności miała wcześniej pozbyć się wszelkiego zagrożenia. I znów spokój. Nic się nie wydarzyło. W końcu dotarliśmy do galerii. Jako, że nie byliśmy ochroną prezydenta musieliśmy zdobyć zaproszenia co nie było trudne. Po przybyciu do galerii podążaliśmy za prezydentem w dość dużych odstępach by mieć pod kontrolą większy obszar. Ale nawet to nie pomogło. Dotarliśmy do obrazu niejakiego Teodora Ziomka. Prezydentowi wyraźnie się spodobał. Nagle padły trzy strzały. Prezydent upadł. Jeden z moich towarzyszy usłyszał jak premier wzywa lekarza. Podał się za dr Śniegockiego i próbował ratować prezydenta. W tym czasie dostrzegliśmy zamachowca, jednak nie zdążyliśmy nic zrobić, ponieważ za chwilę został zatrzymany przez trzy inne osoby. Okazało się, że był to Eligiusz Niewiadomski. Dlaczego go nie zauważyliśmy? Mogliśmy coś zrobić. Ale teraz musieliśmy się wycofać i zawiadomić o wszystkim Zakon oraz Józefa Piłsudskiego. Marszałek był wściekły. Nie pozostawił na nas suchej nitki. Nie dziwię mu się. Dać się tak podejść jakiemuś malarzowi…
Po tym wydarzeniu zaufanie do nas w Polsce bardzo spadło. Byliśmy od teraz bardzo ograniczeni i nie dostawaliśmy już misji takiej wagi. Nie wiem, czy kiedykolwiek odbudujemy to wszystko co straciliśmy.

01.11.2017 16:01
10
1
odpowiedz
Rafbeam
0
Junior

16 GRUDNIA 1922 ROKU, SOBOTA, PAŁAC TOWARZYSTWA ZACHĘTY SZTUK PIĘKNYCH, SALA NR. 1, WARSZAWA

Tego dnia niebo było pokryte szarą osłoną burzowych chmur. Drobne krople deszczu uderzały raz po raz w szklane okna pałacu. Wewnątrz budynku kłębiło się kilka setek ludzi. Wybrany w listopadzie, pierwszy prezydent Rzeczypospolitej - Gabriel Narutowicz stał w tłumie. Ale było też tam wiele innych osobistości, większość – Templariusze. Niektórzy oglądali wystawę, inni chcieli się spotkać z prezydentem, a jeszcze inni trzymali się na uboczu, kilka osób obserwowało. Nie wystawę, ale Gabriela.
Maurycy Zamoyski, szanowany członek Bractwa, sunął cicho w stronę polityka. Eligiusz Niewiadomski szedł za nim. Zatrzymali się, byli trzy metry od celu.
- Maurycy. - Zawołał szeptem Niewiadomski.
- Chwila.
- Zamoyski, nie możemy go przecież zabić!
- Eligiusz. Rozmawialiśmy o tym wieczorem.
- Tak, ale ja nie mogę na to pozwolić!
Maurycy cofnął rękę. Przed chwilą sięgał do kieszeni płaszcza.
- Jeżeli nie dasz rady, to możesz się wycofać. – Odpowiedział.
W tym momencie Zamoyski poczuł lekkie szturchnięcie w plecy, rewolwer.
- Eligiusz?!
- Nie mogę na to pozwolić! Wolę zginąć dla Zakonu, niż zabić jego członka!
- Czyli zdradziłeś? Wiesz, że mógłbym cię łatwo rozbroić?
- Żartowniś? Myśl sobie co chcesz. To ja przykładam ci naładowany rewolwer do pleców.
Wystarczyła lekka wibracja lufy, aby Zamoyski wiedział, że ma szansę. W mgnieniu oka kucnął i wykonując obrót, podciął nogi zdrajcy. Tłum się rozstąpił, ukazując prostą drogę do piersi Narutowicza, do pulsującego serca. Wystarczył jeden strzał, jedno dźgnięcie sztyletem. Nie miał ostrza. Został mu rewolwer.
Oszołomiony Niewiadomski podniósł się z ziemi, wcelowując rewolwer w Maurycego. Pół sekundy. Zamoyski właśnie w takim czasie kopnął Eligiusza w rękę. Rewolwer wypalił. Oboje patrzyli na osuwającego się na ziemię prezydenta. Z jego piersi tryskała krew, co każde uderzenie serca strumień nasilał się. Jednak uderzenia słabły. Maurycy wyciągnął rewolwer z kieszeni, wiedział, że Gabriel nie ma najmniejszej szansy przeżyć. Jednak oddał dla pewności dwa dodatkowe strzały. Szybko schował rewolwer, oczy wszystkich były skierowane na Niewiadomskiego, nikt nie patrzył na Zamoyskiego, chwilę później rozpętało się piekło.
Ludzie uciekali, wrzeszcząc i uniemożliwiając tym samym ochronie dojście do zwłok. Maurycy podniósł się z ziemi, powalił zdrajcę, wyciągnął dwa naboje z bębna jego rewolweru i skierował do wyjścia. Chwilę później obezwładniony przez policję Eligiusz leżał na ziemi, a Zamoyski spokojnym krokiem oddalał się od miejsca zbrodni.
Zadanie było zagrożone niepowodzeniem. Tak jak każde. Cel został zabity. Zdrajca opuścił szeregi Bractwa. Niewiadomski będzie milczał, nie chce, aby Templariusze dowiedzieli się, że grał na dwa fronty. I tak nie udowodni swojej niewinności.
Zadanie zostało wykonane.

8 STYCZNIA 1923 ROKU, PONIEDZIAŁEK, PAŁAC BELWEDERSKI, WARSZAWA

LIST LEOPOLDA BLUMENTALA DO STANISŁAWA WOJCIECHOWSKIEGO W SPRAWIE ELIGIUSZA NIEWIADOMSKIEGO

Szanowny Panie Prezydencie!
Ja, Leopold Blumental, zasłużony członek Zakonu Templariuszy, przekazuję Panu najserdeczniejsze pozdrowienia i gratuluję zostania prezydentem Rzeczypospolitej Polskiej.
Zakon Templariuszy zajmuje się zwalczaniem Zakonu zwanego "Bractwem Asasynów", którego członkowie z zimną krwią mordują niewygodnych sobie ludzi.
Jednym z jego członków jest niejaki Eligiusz Niewiadomski, o którym mógł pan usłyszeć dzięki głośnym wydarzeniom, które nastąpiły w grudniu zeszłego roku.
Moi zwierzchnicy uważają, że Pan Niewiadomski powinien ponieść karę śmierci za swój okrutny czyn. Możliwe, że zapobiegnie to występowaniu tego typu wydarzeń w przyszłości.
Zakon Templariuszy pragnie nawiązać z Panem więź współpracy i ma nadzieję, że będzie ona bardzo mocna.

Pokładam w Panu ogrom nadziei.
Brat rycerz Zakonu Ubogich Rycerzy Chrystusa i Świątyni Salomona, Leopold Blumental.

01.11.2017 16:04
11
odpowiedz
2 odpowiedzi
Rafbeam
0
Junior

16 GRUDNIA 1922 ROKU, SOBOTA, PAŁAC TOWARZYSTWA ZACHĘTY SZTUK PIĘKNYCH, SALA NR. 1, WARSZAWA

Tego dnia niebo było pokryte szarą osłoną burzowych chmur. Drobne krople deszczu uderzały raz po raz w szklane okna pałacu. Wewnątrz budynku kłębiło się kilka setek ludzi. Wybrany w listopadzie, pierwszy prezydent Rzeczypospolitej - Gabriel Narutowicz stał w tłumie. Ale było też tam wiele innych osobistości, większość – Templariusze. Niektórzy oglądali wystawę, inni chcieli się spotkać z prezydentem, a jeszcze inni trzymali się na uboczu, kilka osób obserwowało. Nie wystawę, ale Gabriela.
Maurycy Zamoyski, szanowany członek Bractwa, sunął cicho w stronę polityka. Eligiusz Niewiadomski szedł za nim. Zatrzymali się, byli trzy metry od celu.
- Maurycy. - Zawołał szeptem Niewiadomski.
- Chwila.
- Zamoyski, nie możemy go przecież zabić!
- Eligiusz. Rozmawialiśmy o tym wieczorem.
- Tak, ale ja nie mogę na to pozwolić!
Maurycy cofnął rękę. Przed chwilą sięgał do kieszeni płaszcza.
- Jeżeli nie dasz rady, to możesz się wycofać. – Odpowiedział.
W tym momencie Zamoyski poczuł lekkie szturchnięcie w plecy, rewolwer.
- Eligiusz?!
- Nie mogę na to pozwolić! Wolę zginąć dla Zakonu, niż zabić jego członka!
- Czyli zdradziłeś? Wiesz, że mógłbym cię łatwo rozbroić?
- Żartowniś? Myśl sobie co chcesz. To ja przykładam ci naładowany rewolwer do pleców.
Wystarczyła lekka wibracja lufy, aby Zamoyski wiedział, że ma szansę. W mgnieniu oka kucnął i wykonując obrót, podciął nogi zdrajcy. Tłum się rozstąpił, ukazując prostą drogę do piersi Narutowicza, do pulsującego serca. Wystarczył jeden strzał, jedno dźgnięcie sztyletem. Nie miał ostrza. Został mu rewolwer.
Oszołomiony Niewiadomski podniósł się z ziemi, wcelowując rewolwer w Maurycego. Pół sekundy. Zamoyski właśnie w takim czasie kopnął Eligiusza w rękę. Rewolwer wypalił. Oboje patrzyli na osuwającego się na ziemię prezydenta. Z jego piersi tryskała krew, co każde uderzenie serca strumień nasilał się. Jednak uderzenia słabły. Maurycy wyciągnął rewolwer z kieszeni, wiedział, że Gabriel nie ma najmniejszej szansy przeżyć. Jednak oddał dla pewności dwa dodatkowe strzały. Szybko schował rewolwer, oczy wszystkich były skierowane na Niewiadomskiego, nikt nie patrzył na Zamoyskiego, chwilę później rozpętało się piekło.
Ludzie uciekali, wrzeszcząc i uniemożliwiając tym samym ochronie dojście do zwłok. Maurycy podniósł się z ziemi, powalił zdrajcę, wyciągnął dwa naboje z bębna jego rewolweru i skierował do wyjścia. Chwilę później obezwładniony przez policję Eligiusz leżał na ziemi, a Zamoyski spokojnym krokiem oddalał się od miejsca zbrodni.
Zadanie było zagrożone niepowodzeniem. Tak jak każde. Cel został zabity. Zdrajca opuścił szeregi Bractwa. Niewiadomski będzie milczał, nie chce, aby Templariusze dowiedzieli się, że grał na dwa fronty. I tak nie udowodni swojej niewinności.
Zadanie zostało wykonane.

01.11.2017 16:08
11.1
Rafbeam
0
Junior

Nie wiem jak edytować komentarze. To dlatego są dwa. :/
Jeden ma ok.2500 znaków, a drugi ok. 3400.

01.11.2017 16:11
11.2
Rafbeam
0
Junior

Mój wcześniejszy komentarz miał za dużo znaków. :(
Nie wiem jak go usunąć, ale mam nadzieję, że ten zostanie rozpatrzony.

01.11.2017 16:56
12
1
odpowiedz
Gremlinek
19
damian1996PL

Wydarzenie: Uchwalenie Konstytucji 3 maja (3 maja 1791)
Z wykorzystaniem perspektywy posła kaliskiego i jego syna, ówcześnie użytego jako narzędzie protestu.

Sprawy rodzinne.

- Postradali oni zmysły! A to mnie wariatem nazywali, kiedy własnemu synowi byłem gotów w dobrej sprawie gardzisko poderżnąć. W naszej sprawie! Mieszczanin winien słuchać i słowem się nie odzywać! Gdyby nie ci załgani sympatycy Asasynów u władzy, wszystko ułożyłoby się jak zawsze. Podziały od wieków były obecne, to naturalne dla rasy ludzkiej, jaką jesteśmy. Aż dziw bierze, że popełniliśmy tyle nagannych błędów i doprowadziliśmy do czegoś tak prostackiego w swych założeniach. To niewybaczalne. Jakimże zaskoczeniem dla wszystkich było, co spotkało ich później, jak Katarzyna II Wielka opowiedziała się za nami. Mimo to ten sam lud, nad którym panowaliśmy, zdecydował o powieszeniu mnie i pobratymców in effigie. Ino zebrali się wieszcze i Bóg wie co jeszcze… - odchrząknął, muskając twarz swego zabójcy. ,,Te kości policzkowe… Dotykałem tej samej twarzy lata temu, z troską, z delikatnością. Synu. Mój synu! Chodziło o dobro, o nasze wspólne. Nie zrobisz tego ojcu, nie jesteś bez duszy jak reszta tej piekielnej sekty!’’, krzyknął, w międzyczasie jak najdyskretniej stękając z cierpienia.

- Byłeś gotów mnie zabić – rzekł niewzruszony.
- Nie, to nie—

- Powiedziałeś to chwilę temu. I ja sam dobrze pamiętam, widziałem ten obłęd w oczach. Byłeś od tego o krok. No przyznaj… Ganc egal. Właściwy wyrok śmierci dojrzał już resztę z konfederacji. Pozostałeś tylko ty, ostatnia niezałatwiona sprawa. Ojciec. Mój ojciec. Pomyśleć, że miałeś być dla mnie wzorem, kiedy spoufalałeś się z Templariuszami. Lud winien być wolny i takie same prawa posiadać. Waszemu zakonowi zawsze zależało jedynie na wyższości, choćby ludzie z głodu umierali wkoło. Konstytucja była krokiem ku prawdzie, ale nie ostatnim, bractwo nie zaprzestanie. Wciąż nie możemy spać spokojnie, bo wy nie śpicie. Wiadomo jednak, że światu brak stąpających po nim takich potworów służy. Wierzymy, że pokój i równowagę na nim można osiągnąć bez terroru. – widząc ojca próbującego zaczerpnąć powietrza przerwał mu. ,,Nie próbuj. Nie musisz mówić nic więcej. Zrobię to, czego nie odważyłeś się zrobić ze mną na tamtej sali wśród tych wszystkich ludzi. Myślisz, że chłopi stanęliby teraz w twojej obronie? We własnym imieniu wbiliby ci to ostrze za lata przymusu. Wy tchórzliwi ciemięzcy zginęliście od miecza, którym wojowaliście. Czasy prawdziwej niewoli dobiegną końca wraz z rozwiązaniem tego parszywego zakonu.’’

Wkrótce potem niegdysiejszy poseł wyzionął ducha, a syn jego w ostatnim geście ściągnął zmęczone powieki denata w dół zaraz po wyjęciu z ciała sztyletu. Zdrajcy skończeni. I nie powrócą - taką przynajmniej miał nadzieję młody Asasyn rozliczający swoją i ojczyzny przeszłość.

01.11.2017 18:17
13
odpowiedz
RiicoszetWTico
0
Junior

Sytuacja zaczęła się zaostrzać kiedy templariusz Ulreich dowiedział się że bractwo asasynów bardzo zaprzyjaźniło się z Zawiszą Czarnym, który podczas walki na Węgrzech wiedząc co się dzieje w Polsce wraz z paroma ludźmi wracał zawalczyć pod królewskim sztandarem. Zawisza zawsze wspominał na imprezach zorganizowanych przez Króla, kim są asasyni i jak szlachetni oni są. Pochodzili oni z południa Węgier i Włoch. Kiedy Zawisza uratował mistrza szermierki wraz z bratem z rąk złodziei. W ramach rekompensaty zaproponował im nauki u siebie (gdzie wiadomo było że dostanie się do mistrza było niemożliwe). Na samym rozpoczęciu praktyk młody Zawisza poznał chłopca imieniem Claudio. Claudio był starszy od młodzieńca z Polski dużo wyższy, umięśniony i wydawać by się mogło że nie szuka przyjaźni. Jego determinacja i wkład jaki poświęcał na nauki imponowało wtedy młodemu chłopakowi i za wszelką cenę chciał być taki sam. Pomimo tego jak bardzo Claudio nie lubil Zawiszę bo zawsze był faworyzowany przez mistrza, w ostatnich miesiącach nauk zaczęli się przyjaźnić ze sobą co było ogromnym zaskoczeniem. Włoch należał do bractwa asasynów i przekonał Polaka żeby też dołączył do nich bo przyda im się ktoś w Polsce wiedząc jaka sytuacja jest na Pomorzu i że Polacy coraz bardziej zaczynają kłócić się z krzyżakami (templariuszami). W Watykanie odbywa się tajne spotkanie gdzie skorumpowani urzędnicy templariusze i księża zastanawiają się co zrobić z Polską. Podczas powrotu Zawiszy do Polski wraz z Claudio wspominają sobie stare czasy. Opowiadają o tym jak on i Zawisza po wyjściu z nauk szermierki zaczął z Claudio jeździć do Rzymu jako jeden z asasynów. Po 3 latach tam spędzonych poznał naszego króla który w tamtych czasach płacił największe podatki do Watykanu. Jagiełło doskonale wiedział czym już nasz dorosły Zawisza się zajmuje i bardzo to cenił w nim. Zawisza Czarny marzył by wrócić do ukochanej Polski, więc gdy usłyszał od bractwa że może wrócić do ojczyzny by tam założyć bractwo, odrazu się spakował i pojechał w kierunku Polski nie zważając na nic. Claudio dogonił go i kazał mu uważać na siebie bo wpływy Templariuszy są ogromne w Polsce. Nasz Dzielny rycerz jechał ponad 3 miesiące i zatrzymał się w Warszawie gdzie tam zaczął swoje prace nad bractwem a Claudio raz na jakiś czas przez kolejne 3 lata go odwiedzał. Na koniec już kiedy wszystko było gotowe dostał wiadomość o wojnie na Węgrzech i zabójcy którzy tam się osiedlili nie dają już rady. Nasz Asasyn pojechał walczyć. Niestety templariusze kontrolujący przepływ gotówki w Europie dowiedzieli się że bractwo jest w Polsce. Bardzo się zdenerwowali. Kazali królowi zamknąć to pajacerke a wielkiego Zawiszę powiesić w imię Boga, lecz ten ze spokojem w głosie powiedział że za Pomorze i objetnice odejścia z Polski. Oczywiście można było się spodziewać że nie spodoba im się to, więc zagrozili wojną na którą Jagiełło uśmiechnął się i mruknął coś w stylu "Do Zobaczenia" pod nosem. 15 lipca lipca. Niebo bezchmurne a król patrzył jak wielką armia templariuszy stoi i czeka na walkę. Nagle król słyszy pogłoski że Zawisza wraca ale nie sam. Król popatrzył na posłańca z uśmiechem na ustach po czym odwrócił głowę do przeciwników i zaczął myśleć co by tu zrobić . Wygnał całe wojsko w las gdzie wiadomo było że asasyno łatwo będą mogli ich niszczyć. Husaria została wysłana na boki by wprowadzić wojsko wroga jak do zagrody do lasu gdzie Zawisza ,Claudio oraz asasyni z Włoch i Węgier już zakładali zasadzki w lesie. Po wszystkim zaczęli templariusze się przybliżać powoli nie wiedząc co ich czeka. W jednej chwili Polacy ruszyli do walki na czele wraz z Zawiszą wbijając się rycerzy jak kiedyś za młodu uczył ich mistrz. Zeskoczył z konia i wbił swoje ostrza schowane w nadgarstku które gładko przeszły przez ciężka zbroje oponentów przebijając tetnice.po wielogodzinnej walce zolnoerze wroga zaczęli powoli opadać z sił a nasze wojsko cięło ich po kolei. Ulrich von Jungingen mistrz zakonu krzyżackiego i wierny pupil templariuszy nakazał odwrotne stronę lasu gdzie czekał na nich Claudio oraz reszta asasynów w stworzonej sprytnie zasadzce. Husaria zaczęła jechać w stronę krzyżaków którzy już wbiegali w las. Claudio naciągnął cięciwy które obcięły głowy rycerzom a resztę wytłukli nasi zabójcy z bractwa. Von Jungingen uciekając w drugą stronę nadział się na Zawiszę który wziął swój miecz który dostał od bractwa i zaczął z nim walke. Niestety mistrza krzyżaków czekała śmierć ponieważ widać było że opadł z sił uciekając a sam Zawisza na oczach naszego króla i reszty wojska przeciwnika uciął mu łeb który potoczył się w stronę asasynów. Po tej walce Polacy powiedzieli w Watykanie że nie będą mieli skrupułów aby wyżynać kolejnych krzyżaków i że pomorze należy do nas, a jak się nie dostosują to mogą przestać płacić na kościół. Papież będąc pod ścianą przyznał nam dostęp do morza a sam Zawisza stworzył bractwo niedaleko Portu gdzie mogli na spokojnie wraz z resztą asasynów kontynuować walkę o dobre imię Narodu. Koniec.

01.11.2017 18:22
14
odpowiedz
czarekmilek
0
Junior

Zakon Krzyżacki. A może raczej Zakon Templariuszy? Nasi bracia już w 1226 roku wiedzieli, że jest to tak naprawdę przykrywka dla Templariuszy, którzy założyli go na wypadek, gdyby krucjaty nie poszły po ich myśli. Dlatego wybrali się do Węgier w 1225 roku, skąd ich przepędzono, a następnie udali się do Konrada Mazowieckiego, który podarował im ziemię chełmińską. Od tamtej pory Krzyżacy chcieli coraz więcej, aż w 1409 roku doszło do wybuchu wojny między Zakonem i Polską. Winny temu jest zdrajca Bractwa - Władysław z Wizny. Za jego namową Ulrich von Jungingen zaatakował Polskę i przejął kryjówkę Bractwa na ziemi dobrzyńskiej. Od tamtej pory Bractwo otwarcie walczy z zakonnikami, a dziś – 15 lipca 1410 roku dojdzie do największego dotychczas starcia z wrogiem.
Rankiem zauważyłem wojska wroga na horyzoncie. Bez wątpienia dojdzie do starcia, oni nie poddają się tak łatwo. Udałem się do naszego Mistrza – Zawiszy Czarnego, aby uzgodnić moją rolę w zbliżającym się starciu. Zastałem go w namiocie.
- Ach, Witaj Mściwoju. Podejdź – rzekł do mnie mentor.
Podszedłem posłusznie do mapy, a rycerz wskazał mi rozległy, trawiasty teren.
- Tutaj odbędzie się bitwa – mówił – Ja wraz z większością braci zaatakujemy z chorągwią królewską, natomiast ty zaatakujesz Wielkiego Mistrza Zakonów Templariuszy i Krzyżaków, gdy tylko ten zaatakuje. Twoim zadaniem jest zabić go, a jeśli podczas bitwy spotkasz Władysława z Wizny zabij i jego.
- Tak jest, mentorze – odpowiedziałem.
Wyszedłem z namiotu i rozpocząłem przygotowania do bitwy.
W południe stałem już naprzeciwko armii krzyżackiej. Mój rumak parsknął niespokojnie. Rycerze wznieśli swe kopie, a ja dobyłem miecza.
Lekka kawaleria ruszyła galopem wprost na wroga, a ja z nią. Ktoś ciął mi w konia, ale ja zeskoczyłem z niego i zabiłem zaskoczonego napastnika, a mój rumak pogalopował prosto w szeregi krzyżaków, dezorientując ich. Wykręciłem szybko młyńca i zabiłem dwóch rycerzy. Nagle ktoś wykrzyknął moje imię. Był to Władysław – wielki i silny mężczyzna, którego musiałem zabić. Zaszarżował na mnie z toporem, lecz ja go uniknąłem. Moją przewagą nad nim były szybkie i celne cięcia, a jego słabą stroną wolne i niecelne uderzenia. Gdy po raz drugi wykonał szarżę podstawiłem mu nogę, przewaliłem go na ziemię i wtedy dobiłem ukrytym ostrzem.
Wtedy ujrzałem von Jungingena. Starałem się do niego dotrzeć, wykonywałem szybkie uniki i cięcia, aż w końcu stanąłem naprzeciw jego przybocznym. Rzuciłem miecz na ziemię, wyciągnąłem łuk i zabiłem ich. Ulrich miał grubszy pancerz, więc strzały nie zrobiły mu nic, dlatego podniosłem miecz i stanąłem z nim do pojedynku. Był on najlepszym szermierzem z jakim przyszło mi walczyć, lecz po godzinie walki udało mi się go ostatecznie pokonać. Rozejrzałem się w około i zobaczyłem, iż bitwa się skończyła, a Polacy i Litwini triumfują.
Następnie potwierdziłem śmierć obydwu celów. Uczyniłem to zgodnie z tradycją naszego Bractwa - jedno orle pióro zamoczyłem we krwi Ulricha, a drugie we krwi Władysława.
Podszedłem do Zawiszy rozmawiającego z Władysławem Jagiełłą i zameldowałem śmierć Wielkiego Mistrza. Król udał się do swojego namiotu, mentor natomiast pochwalił mnie, wziął ode mnie pióra i podarował mi piękny miecz. Ukłoniłem się z szacunkiem i ruszyłem do braci świętujących zwycięstwo. Asasyni wygrali z ich największym wrogiem.

01.11.2017 22:04
15
odpowiedz
1 odpowiedź
kwacz18
0
Junior

15 lipca 1410 Bitwa pod Grunwaldem
Wtorkowy poranek 15 lipca 1410 roku był chłodny. Po całonocnej
ulewie pozostał tylko niewielki deszcz. Wiatr był na tyle silny, że zrezygnowano z rozstawienia królewskiego namiotu kaplicznego. Na trzeci sygnał trębacza, 40-tysięczna armia polsko-litewska dosiadła koni i ruszyła polnymi drogami na wschód.Piętnastokilometrowy marsz prowadził przez płonące wsie, podpalone przez straż przednią. Minięto Jankowice i Gardyny. Stąd wojsko zakręciło na północ, by przez Turowo i Browinę dotrzeć do położonego nad jeziorem Łubień Ulnowa. Dochodziła godzina ósma. Deszcz przestał padać, zza chmur wyszło słońce. Król Władysław Jagiełło zdecydował się na postój. Na wzgórzu u południowego skraju jeziora czeladź obozowa zajęła się rozstawianiem królewskiego namiotu, bowiem Jagiełło każdy dzień rozpoczynał od wysłuchania mszy.Otoczone lasem jezioro nie było widoczne z oddali. Porastający wzgórze las oraz sąsiadujące z nim zadrzewione wzniesienia nie pozwalały na głębsze wejrzenie w przedpole. Jeszcze przed mszą ubezpieczenia doniosły, że od zachodu zbliżają się główne siły krzyżackie. Król przyjął tę wieść ze spokojem. Zanim zagłębił się w modlitwie, nakazał zaalarmować wojska oraz wysłać kilka chorągwi pod dowództwem marszałka Zbigniewa z Brzezia, by uchwyciwszy kraniec lasu i obserwowały poczynania Krzyżaków.
Spokój króla nie był udawany. Zgodnie z planem wojny ustalonym z wielkim księciem litewskim Witoldem podczas zjazdu w Brześciu Litewskim w grudniu 1409 roku, planowano połączenie armii polskiej i litewskiej oraz wyruszenie wprost na krzyżacką stolicę, Malbork. Prawdziwym zamiarem nie było obleganie tej potężnej twierdzy, lecz zmuszenie przeciwnika do stoczenia walnej bitwy. Oczekiwana bitwa właśnie nadchodziła.Przyjęty w Brześciu plan kampanii zakładał starcie generalne. Dotąd wojny Polski z Zakonem miały charakter ograniczony. Do pierwszej z nich doszło na początku XIV wieku, 80 lat po sprowadzeniu Zakonu na ziemie polskie. Począwszy od przybycia Krzyżaków w 1226 roku aż po zajęcie przez nich Pomorza Gdańskiego w roku 1309, Zakonu nie uważano za wroga. Zgodnie z oczekiwaniami księcia Konrada Mazowieckiego, Krzyżacy ujarzmili Prusów, uwalniając Mazowsze od najazdów kłopotliwych sąsiadów z północy.
Przyszłość pokazała, że zwalczanie Prusów z pomocą Krzyżaków było jak przysłowiowe gaszenie ognia benzyną. W miejsce konglomeratu plemion, u północnej granicy Polski wyrosło scentralizowane państwo o zasobnym skarbcu i dużych zdolnościach mobilizacyjnych. Samych braci-rycerzy w Zakonie Krzyżackim nie było więcej niż 1500. Jeśli jednak doliczymy do nich służących Zakonowi współbraci, miejscowe rycerstwo zobowiązane do służby wojskowej, najemników i zagranicznych gości, to zdolność mobilizacyjna Zakonu sięgała kilkunastu tysięcy ludzi. Co więcej, Zakon miał ambitne plany poszerzania swych posiadłości. Już w XIII wieku, zanim jeszcze opanowano w całości kraj Prusów, Krzyżacy uzyskali monopol w dziele nawracania na chrześcijaństwo pogańskich Litwinów. Rzecz jasna chodziło o nawracanie z bronią w ręku, jak przystało na zakon rycerski.W 1309 roku Zakon wystąpił przeciw atakującym Gdańsk Brandenburczykom interweniując na prośbę wiernych Władysławowi Łokietkowi obrońców miasta. Odpędziwszy najeźdźców, zakonnicy zajęli miasto i gród, a 13 listopada dokonali rzezi obrońców i mieszczan. Rok potem Zakon zajął całe Pomorze Gdańskie, a wielki mistrz przeniósł się na stałe z Wenecji do Malborka.
W ten sposób rozpoczął konflikt polsko-krzyżacki o Pomorze. Wojna z lat 1327-1332 oraz kilkakrotne procesy między Polską a Zakonem nie przyniosły rozstrzygnięcia. Biorąc pod uwagę siłę Zakonu król Kazimierz Wielki zdecydował się zawrzeć z Krzyżakami pokój w Kaliszu w 1343 roku. Na jego mocy Pomorze pozostawało przy Zakonie jako „wieczysta jałmużna”.
Sytuacja zmieniła się radykalnie po unii polsko-litewskiej zawartej w 1385 roku. Litwa schyłku XIV wieku nie była już niewielkim państwem. Dzięki ekspansji na tereny księstw ruskich stała się rozległym państwem wręcz imperium, o powierzchni 600 tys. km kw, kilkakrotnie przekraczającej powierzchnię Polski, nie mówiąc już o terytorium Zakonu. Oficjalnie pogańska, miała Litwa pod swą władzą licznych prawosławnych poddanych, których nie zmuszano do porzucenia chrześcijaństwa. Rosnąca potęga Litwy była neutralizowana przez Zakon dzięki wykorzystaniu rywalizacji między potomkami księcia Giedymina. Zaangażowanie Litwinów na wschodzie powodowało, że rycerze zakonni wspierani przez cudzoziemców przybywających by walczyć z poganami, pustoszyli północną część kraju.15 lipca, około 8, wojska polsko-litewskie stanęły u południowego wybrzeża jeziora Łubień. Od zachodu nadchodzili Krzyżacy. Król wysłuchiwał dwóch mszy, podczas gdy wojska litewskie szykowały się do bitwy na prawym skrzydle, a polskie na lewym i w centrum. Krzyżacy nadeszli od Fryngowa. Między Stębarkiem, Łodwigowem i Grunwaldem rozbili obóz, ubezpieczając namioty powiązanymi przez łańcuchy wozami. Ukrytych w zaroślach sił polsko-litewskich nie było widać.Wielki mistrz czekał 4 godziny aż sprzymierzeni przystąpią do bitwy. W tym czasie Jagiełło wysłuchał kolejnych mszy, dokonał pasowania na rycerzy, wydał dyspozycje do bitwy, a nawet zadbał o rozstawienie wart z zapasowymi końmi, na wypadek konieczności odwrotu.. Krzyżacy nie zdecydowali się na atak. Nie widząc przeciwnika, bali się zasadzki. Oba wojska rozdzielała licząca około 5 km, pagórkowata przestrzeń. Przez środek pól grunwaldzkich płynął, nieistniejący już dziś Wielki Strumień.Gdy król kończył swe poranne czynności i zakładał hełm, doniesiono mu o pojawieniu się w polskim obozie dwóch heroldów. Jeden z nich był wysłannikiem cesarza Zygmunta Luksemburskiego, drugi reprezentował księcia szczecińskiego Kazimierza, przebywającego w krzyżackim obozie. Przybysze wręczyli Jagielle i Witoldowi dwa miecze i zadeklarowali gotowość do cofnięcia szeregów krzyżackich, by Polacy i Litwini mogli wyjść na odkryty teren. W całej ceremonii nie byłoby nic nadzwyczajnego, gdyby nie obraźliwe słowa, jakimi przedstawili swe propozycje:
„Wielki mistrz pruski Ulryk” – mówili – „śle tobie i twojemu bratu przez nas, swoich heroldów, te dwa miecze w pomoc do zbliżającej się walki, abyś przy tej pomocy i orężu nie tak gnuśnie i z większą niżeli okazujesz odwagą wystąpił do bitwy; a iżbyś się nie chował w tych gajach i zaroślach, ale na otwartym polu wyszedł walczyć”.Miecze przyjęto, a hardą wypowiedź puszczono mimo uszu. Zapamiętali ją za to historycy, zarówno autor anonimowej Kroniki konfliktu Władysława króla polskiego z Krzyżakami, powstałej krótko po wojnie, jak i Jan Długosz. Zinterpretowali to jako zapowiedź krzyżackiej klęski. Rycerze z czarnymi krzyżami popełniali w ten sposób najcięższy z możliwych grzechów – superbię, czyli grzech pychy.
Skierowany na północny-zachód front polsko-litewski liczył około 3 km szerokości. Wojska stały pogrupowane chorągwiami. A tych było 51 polskich i 40 litewsko-ruskich. Głębokość ugrupowania na lewym, czyli polskim skrzydle, wynosiła zapewne do 3 km, na skrzydle zaś litewskim – 2. Witold pozostał wśród swoich na prawym skrzydle, król Władysław zaś odjechał w towarzystwie niewielkiej chorągwi na pobliski wzgórek, skąd mógł obserwować przebieg wydarzeń.
Dzisiejsze wyobrażenia, każą widzieć bitwę grunwaldzką jako starcie odzianych w zbroje ze stalowych płyt rycerzy. Tymczasem stanowić oni musieli mniejszość. W armii krzyżackiej pełne zbroje płytowe posiadali bracia-rycerze, być może część cudzoziemców. Większość natomiast, stanowili lekkozbrojni, strzelający z kuszy, lub z konia walczący na miecze. W armii polskiej, udział rycerzy z pełnym wyposażeniem była zapewne większy. Być może sięgał nawet 30 proc. wszystkich kombatantów. Owi najlepiej wyposażeni, tworzyli szpicę swych chorągwi, decydującą o jej sile uderzeniowej. Za nimi szła ława lekkozbrojnych, których zadaniem było pogłębianie wyłomów w szeregach przeciwnika.Około południa obie strony były już w pełni uszykowane, a ich szeregi dzieliła licząca 200-300 metrów przestrzeń. Na środku owej ziemi niczyjej stało sześć potężnych dębów, na których konary wspięli się żądni sensacji widzowie, zapewne z czeladzi obozowej. Na sygnał trąby szeregi sprzymierzonych zaintonowały Bogurodzicę.Jako pierwsze do szarży ruszyło prawe, litewskie, skrzydło. Trudno orzec czy był to efekt porywczości Witolda, czy też siła obyczaju, nakazującego rozpoczynać bitwę od ataku prawego skrzydła. Krzyżacy dali dwie salwy z bombard, które narobiły nieco huku, ale nie wyrządziły atakującym żadnych szkód. Zaraz potem sami ruszyli do szarży. Zwarciu szeregów towarzyszył zgrzyt słyszalny nawet w oddalonym o 3 km od pola bitwy polskim obozie. Impet Litwinów był tak wielki, że szereg przeciwny cofnąć się miał aż o 800 metrów. Chwilę później zwarły się szeregi lewego skrzydła. Uporczywa walka, toczona w niewielkim, ciepłym deszczu, trwała niespełna godzinę. Po tym czasie lepiej wyposażone wojska krzyżackie zyskały przewagę. Coraz więcej rycerzy litewsko-ruskich uchodziło z pola bitwy, aż wreszcie szyk załamał się i runął w tył. Do dziś trwa spór historyków, czy ucieczka Litwinów była spontaniczna, czy może zaplanowana, by wzorem mongolskim, wciągnąć przeciwnika w pościg, w którym załamie się jego szyk bojowy, co umożliwi eliminowanie pojedynczych wrogów. Wraz z Litwinami uchodzili też niektórzy rycerze polscy z chorągwi uszykowanych w bezpośrednim sąsiedztwie litewskim. Tyły podali nawet czescy najemnicy, skupieni pod chorągwią św. Jerzego, która cofnęła się aż po polski obóz, gdzie zbeształ ich za niegodną postawę podkanclerzy królestwa, ksiądz Mikołaj Trąba. Widać to podziałało, bowiem wkrótce potem Czesi, potępiwszy swego dowódcę, znów znaleźli się w pierwszej linii, w sąsiedztwie polskich oddziałów.Atakujący zbliżali się do pagórka, na którym stał król Władysław. Widząc to sekretarz królewski, Zbigniew Oleśnicki pędem dopadł do obserwujących manewry wielkiego mistrza rycerzy chorągwi krakowskiej, błagając ich o pomoc. Ci jednak zignorowali prośby, argumentując, że jeśli wyruszą w kierunku królewskiego pagórka, to ściągną nań uwagę Krzyżaków.
Wielki mistrz i jego ludzie przemknęli obok króla. Podobno sam wielki mistrz okrzykiem herum! herum! zakazał swym rycerzom zbaczania ku nieznacznemu pocztowi polskiemu. Jedynie Łużyczanin Dypold von Kokeritz oderwał się od swoich i ruszył pod górę. Czoła stawił mu osobiście 60-letni Jagiełło i celnie zamierzywszy się kopią, trafił atakującego w twarz. Dogorywającego Dypolda dobił Zbigniew Oleśnicki, przez co starając się w latach późniejszych o godności kościelne, musiał prosić papieża o dyspensę.Zwarcie chorągwi prowadzonych przez wielkiego mistrza z Polakami zakończyło się klęską Zakonników. Już w pierwszym starciu poległ Ulryk von Jungingen, a wraz z nim większość wielkich urzędników krzyżackich. Do klęski przyczyniło się uderzenie polskiego odwodu w skrzydło atakujących.Walczące jeszcze szeregi krzyżackie coraz bardziej cofały się w kierunku obozu. Na dodatek, na pole bitwy powracało coraz więcej Litwinów, którzy uderzyli na lewe skrzydło i tyły broniących się jeszcze Zakonników. Dochodziła czwarta popołudniu., gdy walka przemieniła się w bezładną ucieczkę, a ta w rzeź trwającą aż do zapadnięcia zmroku.
Obóz krzyżacki zdobyto szybko. Według Jana Długosza, wystarczył na to zaledwie kwadrans. Znacznie dłużej trwało za to plądrowanie i rzeź obrońców, których nie oszczędzano, bo czeladź obozowa nie przedstawiała wartości jako jeńcy. Plądrowanie trwałoby dłużej, gdyby nie rozkaz królewski, nakazujący natychmiastowe zniszczenie znalezionych w obozie zapasów alkoholu „do którego żołnierstwo po pogromie nieprzyjaciół, znużone walką i skwarem letnim, rzuciło się było z chciwością dla ugaszenia pragnienia; jedni kołpakami, drudzy rękawicami, inni trzewikami nabierali wina i pili. Ale Władysław król polski, obawiając się, aby wojsko upojone winem nie obezwładniało [...] kazał wszystkie beczki porozbijać i wino wypuścić”.Liczono jeńców, z których część uwolniono na znak łaski królewskiej, część – w tym niektórych braci zakonnych – odesłano do Polski, by tam czekać na stosowny okup. Straty krzyżackie szacuje się na 8 tysięcy poległych, w tym 203 braci-rycerzy, spośród 250 w bitwie uczestniczących. Łączne straty armii zakonnej, wraz z jeńcami ocenia się na 10-12 tysięcy. Straty polskie nie są znane. Trudno uwierzyć w relację Jana Długosza, który Krzyżakom przypisuje aż 50 tysięcy zabitych, a Polakom zaledwie dwunastu. Wydaje się, że straty litewskie mogły sięgać nawet połowy kontyngentu, polskie zaś były niższe, choć nieznane. Świadczy to, że bitwa miała charakter starcia kawaleryjskiego, złożonego z serii szarż i pojedynków, ale stosunkowo mało krwawego. Do rzezi doszło dopiero po załamaniu się sił krzyżackich i podczas ucieczki.Zwycięstwo grunwaldzkie uznano w Polsce i na Litwie za przełom w zmaganiach z Zakonem. Już w 1412 roku, dzień 15 lipca uznano za święto państwowe. W kościołach należało odprawiać uroczyste msze. Zachowana do naszych dni, Kronika konfliktu króla polskiego Władysława z Krzyżakami, dotarła do nas właśnie w formie kazania, wygłaszanego podczas owych uroczystych mszy.

02.11.2017 15:47
15.1
piokos
73
27 do 1

za ctrl+c ctrl+v konsol nie dają

02.11.2017 07:57
17
odpowiedz
Isgenaroth
0
Junior

Grudzień 1922 Cytadela Warszawska
- Witaj Eligiuszu. - Mistrz uścisnął dłoń młodego zakonnika.
- Na dzisiejsze spotkanie wybrałem Bramę Straceń i wybór ten nie był przypadkowy. Zadanie, które muszę Ci powierzyć, związane jest bowiem ze śmiercią. Musisz…
To, czego słuchałem, miało zmienić moje życie. Miejsce wybrane na spotkanie przez Mistrza pewnie także wpłynęło na kolejne wydarzenia. Miałem kogoś stracić, ale pomyślałem też, że prawdopodobnie sam zostanę stracony. Nie zważałem jednak na konsekwencje swoich czynów. Najważniejsze było doprowadzenie do anarchii w Polsce, a zarazem pokonanie Assasynów. Wyrok wydany przez Templariuszy na prezydenta Polski, Gabriela Narutowicza, był jednym z wielu kroków, podjętych przez Zakon na drodze do zwycięstwa.

11 grudnia 1922
Na trasie przejazdu Narutowicza do miejsca zaprzysiężenia organizujemy bojówki, które na Alejach Ujazdowskich ustawiają barykadę, uniemożliwiającą przejazd orszaku. Działaniom przypatruje się policja - Strażnicy świetnie wykonali swoją robotę. Mój cel - zatrzymać pojazd Narutowicza i zabić go przed zaprzysiężeniem. Widzę, że Narutowicz podróżuje odkrytym powozem. Będzie łatwiej - myślę. Tłum, widząc nadjeżdżającego prezydenta, rzuca wyzwiska. Widzę też, że Narutowicz otrzepuje się ze śniegu, kilka śnieżek dosięgło celu. Uśmiecham się, widząc spadający z jego głowy cylinder - starzał będzie bardziej czysty. Jest coraz większe zamieszanie, co dla mnie jest rewelacyjną sytuacją. Jestem coraz bliżej powozu, szukam miejsca do oddania strzału. Protesty nasilają się, wszyscy prą, aby dosięgnąć powozu, który dojechał do barykady. Wtedy interweniuje policja. Przeklinam pod nosem - łapówki nie zawsze docierają do właściwych kieszeni. Tłum zostaje rozgoniony, a barykada usunięta. Pozbawiony ukrycia, wycofuję się chwilowo. Jeszcze nie przegraliśmy!

14 grudnia 1922
Jesteśmy blisko celu. Działania Zakonu zmierzają w bardzo dobrym kierunku. Udaje nam się doprowadzić do sytuacji, w której Polska pozbawiona zostaje rządzących. Dzięki sprytnym szantażom wpływamy na rząd Juliana Nowaka, który składa na ręce Narutowicza rezygnację. Polska pozbawiona jest premiera i współpracujących z nim ministrów. Pomimo tego Mistrz nakazuje mi wywiązanie się z zadania i zabicie Narutowicza.

16 grudnia 1922
Wieści pochodzące od moich nieocenionych braci - wywiadowców - mówią, że nowo wybrany Prezydent złoży wizytę kardynałowi Aleksandrowi Kakowskiemu, a potem odwiedzi warszawską Zachętę, gdzie będzie wizytował otwarcie wystawy. Tam wykonam swoje zadanie.

Warszawska Zachęta godz. 12:12
Widzę Narutowicza stojącego przed obrazem przedstawiającym budynek, w którym się znajdujemy. Mój cel wita się z jakimiś ludźmi. Spokojnie wyjmuję rewolwer i strzelam trzy razy bez głębszego zastanowienia w kierunku celu. Widzę, że Narutowicz osuwa się na ziemię, a wszyscy zebrani zaczynają krzyczeć. Już mam zrywać się do ucieczki, jednak przypominam sobie miejsce mojego spotkania z Mistrzem - Bramę Straceń - zostaję w miejscu wykonania zadania. Natychmiast zatrzymuje mnie jeden człowiek. W ręku trzymam dymiący jeszcze hiszpański rewolwer.

30 grudnia 1922 Sąd Okręgowy w Warszawie
- Proszę wstać, sąd idzie.
Podnoszę głowę i czekam na słowa sędziego, który informuje mnie i zebranych o tym, o czym ja wiedziałem już w chwili spotkania z Mistrzem przy Bramie Straceń. W tej sytuacji wyrok może być tylko jeden - śmierć. Od tej pory będę rozpamiętywał minione wydarzenia i oczekiwał na ratunek, który być może nadejdzie od moich braci.

02.11.2017 08:09
18
odpowiedz
7 odpowiedzi
Fizzly Pizzly
14
DiRT Lounge

Niektorym osobom Word chyba coś błędnie znaki zlicza.
Na razie czysta grafomania... hi hi.

post wyedytowany przez Fizzly Pizzly 2017-11-02 08:10:48
02.11.2017 10:54
18.1
1
Gremlinek
19
damian1996PL

Miałem wrażenie, że większość tych nowych kont są ze sobą powiązane i/lub te prace nie należą do nich, być może były prezentowane w innych konkursach i nie chciało im się tej pracy ucinać. Nie wiem.

kwacz18
https://www.google.pl/search?client=opera&q=rozstawianiem+królewskiego+namiotu,+bowiem+Jagiełło+każdy+dzień+rozpoczynał+od+wysłuchania+mszy.&sourceid=opera&ie=UTF-8&oe=UTF-8

Ale wiem, że praca tego użytkownika jest skopiowana.

Mam nadzieję, że organizatorom konkursu taka sprawa nie umknie. Ja generalnie nie lubię konkursów z udziałem nowych użytkowników, bo spokojnie można założyć, że przychodzą tu tylko dla nagrody i nie powrócą więcej, nie wiem komu ta promocja służy. Mimo to samemu próbuję szczęścia.

post wyedytowany przez Gremlinek 2017-11-02 10:55:02
02.11.2017 17:08
18.2
1
boojan27
89
The Hound

Te konkursy mają przyciągać nowych użytkowników, także to nie jest problem. Problemem jest wybieranie tych, co mają na koncie jeden komentarz z własnie pracą konkursową i tyle ich widzieliśmy... ;) Liczę, że bierze się pod uwagę to, czy ktoś wypluł właśnie jeden komentarzyk i czeka na nagrodę, czy też jednak odwiedza tą stronę i się udziela. Pomijając fakt, że wiele z nich to pewnie multikonta... ;)

post wyedytowany przez boojan27 2017-11-02 17:23:39
02.11.2017 18:55
18.3
Gremlinek
19
damian1996PL

No właśnie.

Dla przykładu: http://paladins.gry-online.pl

PlayStation 4 Slim 500gb wygrał użytkownik mkwietnik http://www.gry-online.pl/user.asp?ID=1228033

Jedyny post jaki napisał to pod konkursem z pracą i tyle go widziano.

post wyedytowany przez Gremlinek 2017-11-02 19:00:48
07.11.2017 22:10
18.4
sedziej
0
Junior

@boojan27, @Gremlinek sugeruję przekazać takie sugestie do organizatora konkursu i umieszczenia takiego zapisu w regulaminie.
Być może kiedyś będzie taki konkurs, że wygra osoba z największą ilość komentarzy, ale pewnie potem zostanie to skomentowane, że nastukał byle jakich postów i tyle go widzieli. Więc padnie pomysł na wprowadzenie rankingu jakości komentarzy.
Też będzie okey, do momentu aż ktoś zwróci uwagę, że pewnie koledzy/koleżanki/rodzina i/lub multikonta nastukały mu licznik.
Jestem za tym, by liczyła się treść zwycięskiego tekstu.

07.11.2017 22:56
18.5
sedziej
0
Junior

Swoją drogą, jakby Dukaj, Grzędowicz, Piekara lub inny ze współczesnych pisarzy pokusił się o popełnienie tekstu konkursowego, to miałbym mieszane uczucia. Z jednej strony byłaby możliwość przeczytania kawałka niezłej literatury, a z drugiej, to jak wpuszczenie lisa do kurnika.

13.11.2017 12:00
18.6
Karollek26
0
Junior

Niektórym może niepotrzebne było konto na forum, żeby móc czytać recenzje, zapowiedzi, wiadomości o grach i inne ciekawe artykuły. Nie wszyscy potrzebują wyrażać swoją opinię w komentarzach, gdzie "znafców" jest nie mało.
Szanujmy się - niezależnie od ilości komentarzy w profilu. Organizatorzy na pewno starannie podejdą do oceny zgłoszeń.

14.11.2017 11:28
18.7
Gremlinek
19
damian1996PL

Tak właśnie postąpiłem sedziej pisząc o tym tutaj.

Karollek26 rzecz w tym, że jest jeszcze forum i można pisać o wszystkim (własnych zainteresowaniach, serialu itd.) bez ,,znafców'', ale hej, a bad excuse is better than none. Dla mnie konkursy powinny być organizowane dla społeczności, coby wynagrodzić im jakoś aktywność i jej tworzenie. Wówczas upiecze się dwie pieczenie na jednym ogniu, bo:

1. Społeczność GRY-OnLine.pl poczuje się doceniona,
2. Konkurs wciąż spełni swój cel w ramach akcji promocyjnej. Nowi zarejestrują się i zostaną, i później będą brać udział w konkursach bez większych zmartwień organizatorów o kilka kont czy o to, że ktoś zgarnie nagrodę wartą kilka tysięcy i nie da nic od siebie, choćby podziękowań.

Pamiętam, że użytkownicy nawet z abonamentem Premium narzekali kiedyś na to, że wyjątkowo rzadko coś im się trafia. Wyobraźcie sobie to szczęście i miłe wspomnienie z GOLem użytkownika, który regularnie odwiedza stronę, jest zarejestrowanym i coś napisze, i wygrywa dzięki swojej pracy konkursowej jakąś nagrodę. Lepsze to wspomnienie korzystając z niej niż wspomnienie z aukcji na Allegro SPRZEDAJĘ, BO WYGRAŁEM W KONKURSIE, NÓWKA SZTUKA ZAFOLIOWANA.

Każdy rozsądny zdaje sobie sprawę, że absolutna większość przychodzi tylko dla nagrody. Takie jest środowisko konkursowiczów. Na całe szczęście coraz częściej różne portale i różni twórcy organizują konkursy dla wcześniej zarejestrowanych i aktywnych, kiedy do wygrania są właśnie tego typu nagrody jak konsola, smartfon z górnej półki czy inne drogie rzeczy. Ale rozumiem, że to może obchodzić tylko tych, co sami na to pieniądze wyłożyli, a nie dostali od sponsora.

Takie też jest moje zdanie, żeby liczyła się treść i przede wszystkim dobra zabawa. Nie sprowadzajcie tego do konkursu w którym liczą się lajki czy ilość komentarzy, bo to nadęte. Chodzi rzeczywiście o ludzi, którym zależy na czymkolwiek innym niż tylko wzbogaceniu się.

post wyedytowany przez Gremlinek 2017-11-14 11:35:41
02.11.2017 09:52
19
odpowiedz
XTheMichalX
19
Rasista

Bitwa pod Grunwaldem (15 lipca 1410)
Obudziłem się rano była zima patrze przez okno a przed moim domem zgraja przebierańców ubranych w ciężkie żołnierskie pancerze nawala się jeden za drugim pomyślałem sobie kurde oni chyba odgrywają jakąś scenę z world of warcraft po jakimś czasie postanowiłem zapytać poległego przed moim domkiem w co się bawią, jak sam twierdził to nie zabawa a prawdziwa wojna opowiedział mi, że Władysław Łokietek postanowił zdradzić Polskę i przyłączyć się do krzyżaków choć sam nie mogłem w to uwierzyć pośmiertelnie zostawił mi swój rewolwer na kapucynki. Pomyślałem no dobra pora skopać d#pę kilku Niemcom, pierwszy magazynek wystrzelałem w pół minuty i już naliczyłem 8 killstreaków w ostateczności wyjąłem biblię i zacząłem rzucać czary po Hebrajsku. Nagle ni stąd ni zowąd zobaczyłem piękną i latającą niewiastę która wręczyła mi miecz Wałęsy który dawał plus 500 do obalenia komuny, użyłem go i niczym piorun rozsadziło wszystkich krzyżaków i polaków a także w tym zdrajcę Łokietka który jako jedyny uszedł z życiem ale postanowiłem go udu#ić za to co zrobił mojej ojczyźnie bartom i siostrom. Po tych wstrząsających wydarzeniach postanowiłem wyjechać z kraju i zamieszkać gdzieś w Zimbabwe w okolicznej dżungli, po kilkunastu latach zarobiłem tam swój pierwszy milion i wybudowałem tajne laboratorium w którym tresowałem swoich czarnoskórych wojowników.

02.11.2017 17:00
20
odpowiedz
Demugitus
0
Junior

17 grudnia 1922.
Upiorna grudniowa noc. Moje demony unosiły się na zewnątrz, za drewnianą okiennicą i w ciasnym, ciemnym pokoju. Nie miałem odwagi rozjaśnić go choćby płomieniem świecy. Stało się. Narutowicz nie żyje. Zabiłem Narutowicza...

Dzień wcześniej.
Zakon Templariuszy zawsze pragnął władzy. Twierdził uparcie przez wieki, że zależy mu na porządku i rozwoju ludzkości, ale zawsze chodziło o władzę. Dla Zakonu był to miecz obosieczny - to nienasycone pragnienie zawsze ostatecznie prowadziło Zakon do upadku. Powstawali raz za razem, aby znów popełniając te same błędy, zejść do podziemia. Mój ojciec często mi o tym opowiadał. Zdobywanie władzy w nowo powstałych krajach było wyzwaniem - Zakon próbował tego w rewolucyjnej Francji, w zbuntowanych brytyjskich koloniach. Po Wielkiej Wojnie przyszła kolej na młode europejskie państwa. Templariusze doceniali zapał narodu polskiego. Byli jak my, skryci w cieniu, aby nagle wyjść i zamanifestować swoją sprawę. Nic dziwnego, że Zakon postanowił nimi rządzić. Odkryli Narutowicza w Zurichu, bezpiecznej przystani zgromadzenia. Wysłany do Polski, szybko zrobił karierę polityczną i został prezydentem. Bał się tego stanowiska, ale Wielkiemu Mistrzowi Templariuszy nie wolno było odmawiać. I tak Templariusz objął władzę w II Rzeczpospolitej. I dlatego zdecydowano, że musi zginąć. Asasyni wierzyli w młody naród. Narutowicz w dniu objęcia stanowiska stał się celem. Spojrzałem na swoje odbicie w lustrze. Długi, jasny płaszcz miał na tyle głębokie rękawy, że zamocowane ostrze było całkiem niewidoczne. Czy broń biała mogła być skuteczna w czasach karabinów i czołgów? W okopach Francji zrozumiałem, że ludzie już nie wierzą w ukrytą broń, dlatego zupełnie się jej nie spodziewają. Broń Asasynów znów stała się atutem. Czy prezydent zginie dziś od ukrytego ostrza? Zależało to wyłącznie ode mnie.

Bractwo dobrze wywiązało się z przygotowań. Dzień wcześniej namówiono prezydenta, aby zrezygnował z ochrony policji. Nikt nie był kontrolowany przy wejściu. W pierwszej sali galerii nie było tłumów, każdy skupiony był na Narutowiczu, nie na obrazach. Dostrzegłem jednego z braci Asasynów, rozpoznałem po wybrzuszeniu na prawym przedramieniu, wybrał płaszcz ze zbyt ciasnego materiału. Stanąłem obok niego, lekko unosząc rękaw. Asasyn był spięty, ale na widok kompana rozluźnił się. Szepnął do mnie, że nadeszła ta chwila. Miał rację. Ostrze wysunęło się bezdźwięcznie i przebiło serce i płuco. Asasyn zachwiał się i oparł o ścianę. Nie wydał nawet westchnięcia. Nikt nie spojrzał w naszą stronę. Naprawdę nie spodziewali się, że będziemy chronić prezydenta? Naszego prezydenta?
Trzy krótkie wystrzały. Tylko tyle wystarczyło, aby nasze plany legły w gruzach. I abym ja wyszedł na głupca. Dwóch? Wysłali dwóch? I to według ideologii Mędrca, że dobrze jest poświęcić swoje życie i wolność wykonując zadanie? Nawet się nie bronił, poddał się od razu. Co za ironia, że Templariusz ginie od kuli, a nie ostrza. Wszystko się zmienia, nawet nasza wojna.

17 grudnia 1922
Zamieszanie pozwoliło mi uciec nim zamknięto galerię. Siedzę wpatrzony w mrok. Zawiodłem. Pozwoliłem, aby Narutowicz zginął. To niemalże tak, jakbym sam go zabił. Słyszę kroki na korytarzu. Nie pukają, więc to nie policja. To moi bracia z Zakonu. Nie wybaczą mi tego, Mistrz tego nie wybaczy. Ukryłem ostrze. Niegdyś należało do mojego ojca, nie pozwolę, aby ktoś poza moją rodziną go używał. Słyszę odgłos wytrychu w zamku. Nadszedł czas. Niech mnie prowadzi Ojciec Zrozumienia, bowiem zawiodłem.

02.11.2017 17:05
21
odpowiedz
1 odpowiedź
R3TR0
0
Junior

Zakon Krzyżacki. A może raczej Zakon Templariuszy? Nasi bracia już w 1226 roku wiedzieli, że jest to tak naprawdę przykrywka dla Templariuszy, którzy założyli go na wypadek, gdyby krucjaty nie poszły po ich myśli. Wybrali się do Węgier w 1225 roku, ale ich przepędzono, więc udali się do Konrada Mazowieckiego, który podarował im ziemię chełmińską. Od tamtej pory Krzyżacy chcieli coraz więcej, aż w 1409 roku doszło do wojny między Zakonem i Polską. Winny temu jest zdrajca Bractwa - Władysław z Wizny. Za jego namową Ulrich von Jungingen zaatakował Polskę i przejął kryjówkę Bractwa na ziemi dobrzyńskiej. Dziś – 15 lipca 1410 roku dojdzie do największego starcia z wrogiem.
Rankiem zauważyłem wojska wroga na horyzoncie. Musi dojść do starcia, oni nie poddają się tak łatwo. Udałem się do naszego Mistrza – Zawiszy Czarnego, aby uzgodnić moją rolę w zbliżającym się starciu. Zastałem go w namiocie.
- Ach, Witaj Mściwoju. Podejdź – rzekł do mnie mentor.
Podszedłem posłusznie do mapy, a rycerz wskazał mi rozległy, trawiasty teren.
- Tutaj odbędzie się bitwa – mówił – Ja wraz z większością braci zaatakujemy z chorągwią królewską, natomiast ty zaatakujesz Wielkiego Mistrza Zakonów Templariuszy i Krzyżaków, gdy tylko ten zaatakuje. Twoim zadaniem jest zabić go, a jeśli podczas bitwy spotkasz Władysława z Wizny zabij i jego.
- Tak jest, mentorze – odpowiedziałem.
Wyszedłem z namiotu i rozpocząłem przygotowania do bitwy.
W południe stałem już naprzeciwko armii krzyżackiej. Mój rumak parsknął niespokojnie. Rycerze wznieśli swe kopie, a ja dobyłem miecza.
Lekka kawaleria ruszyła galopem wprost na wroga, a ja z nią. Ktoś ciął mi w konia, ale ja zeskoczyłem z niego i zabiłem zaskoczonego napastnika, a mój rumak pogalopował prosto w szeregi krzyżaków, dezorientując ich. Wykręciłem szybko młyńca i zabiłem dwóch rycerzy. Nagle ktoś wykrzyknął moje imię. Był to Władysław – wielki i silny mężczyzna, którego musiałem zabić. Zaszarżował na mnie z toporem, lecz ja go uniknąłem. Moją przewagą nad nim były szybkie i celne cięcia, a jego słabą stroną wolne i niecelne uderzenia. Gdy po raz drugi wykonał szarżę podstawiłem mu nogę, przewaliłem go na ziemię i wtedy dobiłem ukrytym ostrzem.
Wtedy ujrzałem von Jungingena. Starałem się do niego dotrzeć, wykonywałem szybkie uniki i cięcia, aż w końcu stanąłem naprzeciw jego przybocznym. Rzuciłem miecz na ziemię, wyciągnąłem łuk i zabiłem ich. Ulrich miał grubszy pancerz, więc strzały nie zrobiły mu nic, dlatego podniosłem miecz i stanąłem z nim do pojedynku. Był on najlepszym szermierzem z jakim przyszło mi walczyć, lecz po godzinie walki udało mi się go ostatecznie pokonać. Rozejrzałem się w około i zobaczyłem, iż bitwa się skończyła, a Polacy i Litwini triumfują.
Następnie udałem się potwierdzić śmierć obydwu celów. Uczyniłem to zgodnie z tradycją naszego Bractwa - jedno orle pióro zamoczyłem we krwi Ulricha, a drugie we krwi Władysława.
Podszedłem do Zawiszy rozmawiającego z Władysławem Jagiełłą i zameldowałem śmierć Wielkiego Mistrza. Król poradził mi wskazać ciało zakonnika jego sługom i udał się do swojego namiotu. Ukłoniłem się z szacunkiem mentorowi i ruszyłem do braci świętujących zwycięstwo. Asasyni wygrali z ich największym wrogiem.

post wyedytowany przez R3TR0 2017-11-02 17:07:07
02.11.2017 17:07
21.1
R3TR0
0
Junior

Na moim koncie czarkmilek zamieściłem owo opowiadanie, lecz pomyliłem się w sprawie liczby znaków, więc zamieszczam tu wyedytowaną wersję. Jeśli ktoś mi nie wierzy niech sprawdzi adres e-mail obydwu kont i dane

post wyedytowany przez R3TR0 2017-11-02 17:09:24
02.11.2017 18:22
22
odpowiedz
GS7
0
Junior

Grunwald 15 Lipca 1410 roku

Tego dnia obudziłem się bardzo wcześnie. Miałem przeczucie że, dzisiaj wkońcu będę mógł wykonać zadanie. Grunwald. To tu miałem wreszcie pozbyć się jednego z moich głównych celów. Byłem już wystarczająco zmotywowany.
Wreszcie Książe Witold zwołał wszystkich nas do walki. Niecałą godzinę później byliśmy już zwarci i gotowi. Staliśmy naprzeciw wojsk krzyżackich oraz ich Wielkiego Mistrza , Urlicha , powodu mojej obecnościu tutaj.
I czułem że nie jest to jedyna funkcja jaką pełni. Choć nie zdążyłem go jeszcze dostrzec to wiedziałem że niebawem się pojawi. Spojrzałem w lewo i w prawo. Wszyscy w gotowości. Rozejrzałem się wokół siebie, widziałem to skupienie i chęć zwycięstwa.
Zbliżało się południe i czułem że już za chwilę się zacznie.
Nasi przeciwnicy byli oddaleni o długość lotu strzały.
Wkoćnu, nareszcie rozpoczeło się. Stanąłem do walki w raz z moimi ludź. Zgodnie z naszymi ustaleniami lewym skrzydłem pierwsi uderzyli Polacy. Rozbili pierwsze oddziały wroga , wtedy nadszedł czas na nas. Ruszyliśmy do boju i wnet zobaczyłem główny powód mojego pobutu tutaj. Ostrze miałem już przygotowane lecz w pierwszej kolejności musiałem zbliżyć się do niego. Koniec mojej misji był już bardzo blisko.
Kilka godzin trwało nim zbliżyłem się do Mistrza na tyle blisko aby wypełnić misję.
Moi ludzie z trudem poradzili sobie z jego osobistym oddziałem. To dało mi pewność że mam do czynienia z kimś więcej niż tylko Mistrzem Zakonu Krzyżackiego. To jeszcze bardziej zachęciło mnie do pokonania go oraz dodało pewności że obrałem za cel właściwą osobę . Wreszcie stanąłem naprzeciw niego. Nie mogłem się już doczekać aż moje ostrze zakończy jego żywot. Był arogancki i bardzo pewny siebie mówiąc mi że nigdy sie do niego nie zbliżę a co za tym idzie nie uda mi sie go zabić. Zdradził mi też iż wielu takich jak ja próbowało tego dokonać. Ucząc się jednak na błędach moich poprzedników udało mi ukończyć misje i moje ostrze dokończyło dzieło. 15 Lipca 1410 roku, Ja Dżalal ad-Din, Syn Tochtamysza, Asasyn, wreszcie ukończyłem misje. Przed śmiercią Wielki Mistrz ostrzegł mnie przed bardzo bliską mi osobą, moim bratem. Nie wiem dokładnie co miał na myśli. Przyznał sie również iż to on był jednym z mistrzów Templariuszy.
Bitwa była już roztrzygnięta na naszą korzyść. Mogłem wreszcie wrócić w moje rodzinne strony których od tak dawna nie oglądałem.
My Asasyni odnieśliśmy kolejne ważne zwycięstwo w tej wielowiekowej walce z templariuszami,
lecz ciągle towarzyszyła mi myśl co miał na myśli mój przeciwnik mówiąc o moim bracie.

02.11.2017 19:34
23
odpowiedz
Kom1110
0
Junior

Wielka wojna dosięga zenitu. Rozpoczyna się bitwa, która stanie się w przyszłości symbolem Polskiej historii.
Grunwald.
Oczywistym jest, że w centrum tych arcyważnych wydarzeń, będą brały udział zakony, które były zwaśnione od wieków. Assasyni i Templariusze.
Chowając się wpośród drzew na granicy pomiędzy lasem a polem, na którym toczyła się bitwa, Radosław bacznie obserwował sytuację. Powinienem powoli się przygotowywać - pomyślał. Z uwagą sprawdził swój inwentarz, a następnie założył charakterystyczny, biały jak śnieg kaptur.
Fale wojsk obu stronnictw zderzyły się, wydając z siebie huk, potężny niczym grom. Słońce biło swym światłem zawzięcie, jakby samo ono chciało dołączyć do bitwy.
Radosław ocierając się z potu zobaczył swój cel, Wielki Mistrz Zakonu Krzyżackiego - Ulrich von Jungingen, potajemnie kolaborujący z Templariuszami. Był tuż za pierwszą linią wojsk krzyżackich, zawzięcie wykrzykiwał rozkazy. To dobry moment. Assasyn zeskoczył z drzewa miękko jak piórko i powoli wkraczał w obręb bitwy. Przechodząc uważnie obok centrum batalii, nikt mnie nie zauważy i łatwo dopadnę mistrza – zaplanował dokładnie. Zaczął już zmierzać w kierunku swojego celu, gdy nagle zobaczył coś, co zszokowało go niespodziewanie. Jego brat zakonny Janek, który był jego wiernym przyjacielem, zmierzał powoli na Króla Polski, Władysława Jagiełłę, z wysuniętym ostrzem. To niemożliwe! Czyżby Janek był zdrajcą? Cichym człowiekiem Templariuszy? Znieruchomiał na moment, po czym bezmyślnie rzucił się w kierunku Janka. Widział jak król w bitewnym zgiełku krąży pomiędzy wojskami, nie zwracając uwagi na assasyna, który podążał za nim jak cień. Radosław biegł z całych sił. Jest już blisko. Ledwo uniknął konnego jeźdźca, który przybiegł z boku i prawie przez przypadek staranował Radka. Już Janek miał rzucić się na króla, wtem szybszy Radosław dogonił go i przewrócił na ziemię.
- Jak mogłeś? - Spytał Radek z niedowierzania.
- To nic osobistego, życie Jagiełły tylko pogorszy sprawę – Janek odpowiadając, starał się wyglądać na opanowanego.
- Działasz na zlecenie Templariuszy, prawda? Ty głupcze! Zdradziłeś nas! Stoisz po złej stronie barykady!
- Kto ci niby powiedział, że Templariusze to ta zła strona konfliktu? – zaśmiał się przerażająco. - Przewaga Państwa Zakonnego w rejonie jest wymagana, aby zapanował na tych ziemiach porządek.
- Nie masz pojęcia o czym mówisz! Złoto Templariuszy cię oślepiło!
Radek wysunął ukryte ostrze.
- Przykro mi bracie, ale stałeś się zagrożeniem. Zagrożeniem, które muszę wyeliminować. - Powiedział, po czym natychmiastowo wbił ostrze w pierś Janka. - Żegnaj.
Umierający Janek zaczął gwałtownie pluć krwią. Krew obryzgała twarz Radka, a ten siedział sparaliżowany. Co się właściwie stało? - Po chwili pytał sam siebie. Czy ja dobrze zrobiłem? Mogłem przecież jeszcze nawrócić go na dobrą drogę.
Sięgnął ręką i wytarł krew z twarzy.
Nie.
Zrobił dobrze. Gdyby nie on, Władysław Jagiełło już dawno by nie żył. Zrobił dobrze. Teraz nastał czas, by wypełnić zadanie, zlecone przez bractwo.
I chociaż Radkowi udało się w trakcie bitwy zabić Ulricha von Jungingena, to w jego głowie ciągle brzmiały słowa nieżyjącego Janka. „Kto ci niby powiedział, że Templariusze to ta zła strona konfliktu?” Wiedział, że zrobił to, co należało, ale słów umierającego Janka nie mógł zapomnieć do końca życia.

02.11.2017 20:17
24
odpowiedz
Wolvertino
3
Junior

Co się odwlecze…

18 lipca 1898 r., godzina 23:41. Siedziba Templariuszy. Paryż.

- Mistrzu, zgodnie z Twoimi zaleceniami prowadzimy stałe obserwacje Marii Skłodowskiej-Curie. Dzisiejsze sympozjum okazało się ogromnym wydarzeniem. Wynaleziony przez tę kobietę pierwiastek… - Młody templariusz otworzył ściskany nerwowo notes, poprawił okulary i odczytał jedyne zapisane słowo. - … polon, ma ogromny potencjał, by stworzyć truciznę, która na przestrzeni kilkudziesięciu dni dokona zniszczeń w organizmie każdego człowieka. Bez żadnych dowodów, śladów. Myślę, że odpowiednie stężenie…

- Chcę mieć tę kobietę tutaj, Florianie. – Odpowiedział starszy mężczyzna.

- Oczywiście.

***

26 grudnia 1898 r., godzina 10:26, Uniwersytet Paryski. Paryż.

- Niesamowicie się stresuję, Gustave. Jeżeli nasze badania zostaną dobrze przyjęte i wszystko pójdzie po naszej myśli, być może uda się uratować wiele istnień. To może być ogromny krok dla ludzkości. Gustave, dlaczego nic nie mówisz?

Siedzący dotąd tyłem do Marii mężczyzna nieoczekiwanie podniósł się z fotela. Odległość dzieląca go od celu była na tyle niewielka, że bez problemu złapał ją za ramię, przekręcił i zakrył usta nim ta zdążyła w jakikolwiek sposób zareagować.

- Powiedzmy, że Gustave jest w tej chwili… nieco zajęty. Pani Mario, mam dla Pani propozycję nie do odrzucenia. Dosłownie, nie do odrzucenia.

Maria szarpnęła się, jednak Florian bez problemu po raz drugi udowodnił jej, że jest ona na przegranej pozycji. Mimo drobnej postury na jego ręce widoczna była żyła, która przy każdym ruchu chemiczki napinała się, odbierając jej chwilowo dopływ tlenu i zmuszając do głębokiego oddechu, gdy tylko był on możliwy. Niespodziewanie uścisk stał się lżejszy. Maria poczuła na szyi ciepłą strugę krwi. Metaliczny zapach momentalnie wypełnił całe pomieszczenie, a ciało mężczyzny, który jeszcze przed chwilą wydawał się panem jej życia, opadło na ziemię. Maria odruchowo uklękła przy nieznajomym, by dostrzec skrawek białej szaty znikający za tylnymi drzwiami sali, w której się znajdowała. Chemiczka zauważyła, że obok martwego mężczyzny leży kawałek papieru.

Rób co do ciebie należy. Wszystkim się zajmiemy.

***

- … Dlatego też jesteśmy przekonani, że rad można wykorzystać do leczenia raka.

Na cichej przez ostatnie dwie godziny sali nagle można było usłyszeć nieśmiałe brawa, które po chwili przerodziły się w głośne owacje na stojąco. Maria uśmiechnęła się do Gustavea, wciąż zastanawiając się, czy ten również przeżył dziś coś niesamowitego. Rozglądając się po twarzach zebranych na sali uczonych, nagle w drzwiach dostrzegła mężczyznę odzianego w biały płaszcz. Zakapturzona postać ukłoniła się delikatnie i opuściła pomieszczenie.

***

23 listopada 2006 r., godzina 19:58, Filia Abstergo Industries. Rosja.

- Jak podają służby medyczne, w organizmie Aleksandra Litwinienki znaleziono silnie radioaktywny izotop polonu 210. Wszystko wskazuje, że podpułkownik został zatruty. Nie znamy jednak w tej chwili żadnych dodatkowych informacji. To wszystko w tym wydaniu Wiesti, a teraz zapraszam Państwa na…

Władimir wyłączył telewizor i uśmiechnął się pod nosem.

- Czasem warto pozwolić wydarzeniom biec własnymi torami, Aleksandrze.

post wyedytowany przez Wolvertino 2017-11-02 20:19:01
03.11.2017 08:47
25
odpowiedz
Wielki Gracz od 2000 roku
102
El Kwako

2 maja 1791 - wieś około 5 kilometrów od Warszawy

Została ich już tylko dwójka. Ostatni z Bractwa na ziemiach Rzeczypospolitej. Templariusze nie dawali im chwili wytchnienia, jednak musieli dać z siebie wszystko. W końcu jutro czekał ich ważny dzień - ważyły się losy ich kraju.

3 maja 1792 - godzina przed głosowaniem

Obserwują okolice Zamku Królewskiego. Wiedzą, że muszą być czujni. Agenci wroga byli gotowi do działania. Wpatrują się w tłum stojący przed zamkiem, wyszukując najmniejszych oznak wskazujących na próbę przerwania dzisiejszych obrad. Kątem oka zauważa jak jego towarzysz schodzi z budynku i po chwili znika w tłumie. Po chwili znów go znajduje. Przeszedł przez tłum i kieruje się teraz wzdłuż ściany na tyły zamku. Wtem jego ciało napręża się gwałtownie po czym pada na ziemię. Czuję narastający żal i wściekłość. Nie ma czasu. Zamyka te emocje w głębi siebie. Trzeba działać, powstrzymać Templariuszy. Skacze do znajdującego się przed nim wozu z sianem. Lądowanie nie było najlepsze, czuję ból w ręce. Nie jest w pełni sprawna. Szlag by to trafił. Mimo to rusza dalej. Wchodzi w tłum. Patrzy na zegarek. Głosowanie już się zaczęło. Musi być szybszy. Przeciskając się przez tłum czuję ból w ręce. Ignoruje go. W końcu dostaje się do zamku. Nie wie dokąd ma iść. Skup się, użyj wzroku. Szybko wchodzi na wyższe piętro i patrzy w dół. Przeczesuje tłum. Nikogo. Wtedy coś mu miga po drugiej stronie. Uchyla się przed rzuconym nożem. Rusza w pościg, mija kolejne sale, wie że niedaleko stąd jest balkon z widokiem na Salę Senatorską. Tak mało czasu. Wie jednak, że musi się śpieszyć. W dole widzi króla, obok niego stoi Potocki. Głosowanie trwa. Dostrzega Templariusza. Stoi w cieniu, celuję z karabinu w króla. Rusza szybkim krokiem wzdłuż ściany, chowając się za ludźmi. Już jest za nim, wysuwa ostrze. Przeciwnik nie jest sam. Drugi atakuje go od tyłu. Pada na ziemię. Odturla się na bok i szybko wstaje. Wróg wciąż nie strzela. Uchyla się przed kolejnym ciosem i uderza przeciwnika zranioną wcześniej ręką. Błąd. Czuję łamiący się nadgarstek. Próbuje ignorować ból i atakuje sprawną ręką. Markuje atak, po czym wbija ukryte ostrze w udo przeciwnika. Ten pada na ziemię chwilowo unieruchomiony. Szybko obraca się w stronę drugiego Templariusza. Dopada do niego i wbija mu ostrze w kark tuż przed wystrzałem. Kula trafia w okno. Strzału nikt nie słyszał, zagłuszył go wybuchać radości. Głosowanie zakończyło się pozytywnie. Ledwo stoi i choć mocno cierpi to udziela mu się panująca radość. Udało mu się. Wtem czuję przeszywający ból w kręgosłupie. Słyszy jak ktoś szepcze mu do ucha - "Odwlokłeś nieuniknione. Wkrótce Rzeczpospolita upadnie, a zakon zyska kolejne wpływy dzięki carycy. Szkoda, że tego nie zobaczysz." Czuje jak ostrze opuszcza jego ciało. Ostatkiem sił odwraca się i wbija mu pieść w gardło. Drugi Templariusz zaczyna się dusić. Assassyn pada na kolana. Zadanie zostało wykonane. Nadchodzi błogi mrok, a wraz z nim odpoczynek.

post wyedytowany przez Wielki Gracz od 2000 roku 2017-11-03 08:54:51
03.11.2017 19:00
26
odpowiedz
Sethlan
74
Oorah!

Katedra warszawska powoli zapełniała się tłumem, idącym pochodem wprost z zamku królewskiego. W oddzielnej, zaciemnionej sali słychać jedynie dźwięki dochodzące z ulic i wnętrza samego przybytku - "Wiwat 3 maj, wiwat konstytucja, wiwat król!" - głosy pełne nadziei i radości nie przestawały wybrzmiewać stłumione przez granitowe ściany komnaty.
- Wiwat król... - postać siedząca przy mosiężnym stole drgnęła niespokojnie, podnosząc wzrok w ciemny kąt, skąd pochodził ironiczny głos.
- Pionek, przestawiany z miejsca na miejsce na szachownicy, zgodnie z zamysłem gracza - kontynuowała tajemnicza postać, której twarz powoli rozświetlał płomień świecy.
- Branicki. - powiedział król.
- Mieliśmy wobec ciebie plany Stanisławie, zamiast tego wybrałeś tchórzostwo - skwitował Branicki stojąc tuż przed stołem, patrząc niewzruszenie na Augusta Poniatowskiego.
- Tchórzostwo! - król podniósł się z miejsca - Doprowadziłem ten kraj do ładu, dałem mu reformy, dałem mu konstytucję, nadzieję...
- Doprowadziłeś ten kraj do ruiny, Poniatowski! - wtrącił Branicki - Pod butem carycy jedyne co byłeś w stanie zrobić, to przedłużyć rewolucję na zachodzie kontynentu. Mogłeś osiągnąć pokój, przywrócić kraj na odpowiednie tory, na tory które przysłużyłby się naszemu celowi.
- Daję ludziom wolność, czyż to nie jest pokój
- Wolność to jedynie zaproszenie do anarchii. - stwierdził Branicki.
- A jednak ludzie podjęli swoją decyzję, konstytucja to wspólny wysiłek.
- To nie ludzie zdecydowali. Cała wasza farsa to tylko i wyłącznie teatr uprzywilejowanych, szukających zysku bogaczy. Nie różnicie się niczym względem tych, którymi sami gardzicie. Stałem tam, słuchając wybrakowanego sejmu, który w imię wolności podjął decyzje, które doprowadzą do kolejnej rewolucji, do gry o władzę punktowanej w ilości przelanej krwi. To według ciebie jest pokój! - Franciszek Ksawery Branicki ledwie powstrzymywał swój głos, aby nie zaalarmować stojących za drzwiami strażników.
Król podszedł do okna, spoglądając na wiwatujący tłum
- Gorzkie słowa, a jednak spójrz na tych ludzi. To wszystko dla nich... - słowa przerwał Branicki
- Możecie ubrać to w piękne mowy. Kiedyś podążaliście za znacznie bardziej rozsądnym celem, nie różniliście się tak bardzo względem nas, ale tym razem cena jest zbyt wysoka.
- Wojna to wciąż szansa. - odpowiedział Poniatowski.
- Wojna, która da kontrolę carycy Polska jest mapą do artefaktu, kto jest u władzy, ten jest w stanie go posiąść. Zapomniałeś o tym! - zapytał Branicki.
- To już ponad moje, czy twoje siły Franciszku.
- Uległeś dla wątpliwej obietnicy Dlatego do nich dołączyłeś, mimo tego, że daliśmy ci szansę - Branicki zauważa sztylet na nadgarstku Poniatowskiego i momentalnie chwyta go za rękę.
- Nie powstrzymasz zakonu! Nie powstrzymasz tego, na co tak długo pracowaliśmy! - wykrzyczał król. W tym samym momencie do pomieszczenia weszli strażnicy. Branicki zdołał uderzyć Poniatowskiego tak, że ten stracił przytomność. Wyjął dwa pistolety i celnie postrzelił strażników. Nie miał zbyt wiele czasu. Podszedł do stołu i wziął do ręki leżący na nim list:
"Interesuje nas tylko Królestwo. Dostaniecie nasze wsparcie, powtarzam jednak, nie interesuje nas wasza 'wojna',
Caryca Katarzyna II"
Sprzedali naszą jedyną nadzieję... - pomyślał Branicki, wychodząc przez tajemne przejście, prowadzące z powrotem do zamku królewskiego - "Niech prowadzi nas Ojciec Zrozumienia." - przypomniał sobie słowa składanej przysięgi i prosił w duchu właśnie o to, słysząc za sobą królewskich grenadierów.

03.11.2017 19:06
27
odpowiedz
mich20071
1
Junior

Zamach na Gabriela Narutowicza 16 grudnia 1922 Assassiny zostali oblężeni walczyli do końca żeby obronić Gabriela Narutowicza krzyżacy zaczeli się przebijać przez bramy i weszli do środa zamku kiedy assassiny zauważyli że nadchodzi wsparcie musieli grać na zwłoke więc jeden z assassinuw wyrzucił broń i powiedział że się poddaje ale templarjusze nie zauważyli że nie zdjął ukrytego ostrza kiedy podszedł do niego przywódca templarjiuszy spróbował wbić mu ukryte ostrze ale przywódca się tego spodziewał i wbił mu miecz kiedy spróbował zaatakować. wtedy inni stracili wiare w to że uda im się obronić Gabriela nagle wsparcie nadeszło jeden z assassinuw trzymał złote jabłko i się sklonował templarjusze nie mogli dojrzeć który jest prawdziwy asz nagle zza pleców przywódcy wyłonił się assasin który wyglądał jak altair i wbił przywódcy ostrze potem zniknoł jak by był duchem asassiny dzierżyli każdego rodzaju broń i templarjusze nie mieli wyjścia musieli się poddać. jednak jeden z nich zdołał uciec i pobiegł do łodzi gonił go jeden z assassinuw ale mu uciekł nagle zauważył że na statku jest jeden z assassinuw okazało się że to był zdrajca nagle usłyszał wybuch który dobiegał z zamku okazało się że tam też byli zdrajcy którzy zniewolili assassinuw i uciekli powozami jeden znich upuścił klucze do klatki na powozie więc assassin który miał na imię albahim złapał za broń i wsiadł do powozu i dogonił ich nagle skoczył na kolejny powóz podał innym klucze i przeskoczył na kolejny tym razem porwał powóz starał dogonić tych którzy porwali Gabriela ale nie zdążył ich dogonić aż przeszedł czas na egzekucję Gabriela albahim wiedział co robić więc zaatakował mistrza templarjuszy który miał dokonać egzekucji w końcu nadszedł czas prawdy którą usłyszał od mistrza templarjuszy wtedy dowiedział się o historii dwóch stron okazało się że żadna nie była godna posiadanie artefaktuw więc albahim powiedział że nadszedł czas zemsty

post wyedytowany przez mich20071 2017-11-03 19:08:59
03.11.2017 19:58
28
odpowiedz
Runnersan
166
Senator

- Bonjour, madame Curie! Trudno panią ostatnio spotkać – głos wyrwał z zamyślenia kobietę która siedziała za biurkiem. Pułkownik Filip de Sable rozejrzał się po gabinecie. Na ziemi leżało mnóstwo porozrzucanych książek, a papiery walały się niemal wszędzie, zostawiając niewiele miejsca dla rudego kota, który uznał, że najlepszym miejscem na legowisko będzie kilka kartek, leżących w kącie pokoju. Żołnierz skupił wzrok na kobiecie w fartuchu. Praca z materiałami, które przekazał jej Zakon, nie służyła urodzie. Przedwczesna siwizna, chorobliwy kolor cery, ale za to bardzo inteligentne spojrzenie, które świdrowało pułkownika na wylot. Nie było to przyjemne uczucie, ale przecież oficer, członek zakonu Templariuszy, nie może sobie pozwolić na okazywanie strachu przed jakąś kobietą. De Sable uznał, że Curie nie planuje odpowiedzieć na jego powitanie, zatem kontynuował. - Madame, to nieładnie gdy ktoś, kto korzysta z przyjaźni Zakonu nagle zaczyna milczeć. Zapomina o swoich dobroczyńcach. Tym bardziej gdy zdarza się to po raz kolejny. Czyżby znalazła pani przyjemność w swym życiu jako wdowa? Ten wypadek… - Kobieta zaczęła mrużyć oczy.
- Niech pan już zamilknie Sable. Myśli pan, że zapomniałam co zrobiliście mojemu mężowi?
- Co on sam sobie zrobił – wtrącił Templariusz, doprowadzając do pojawienia się pierwszego rumieńca na ziemistej cerze kobiety. De Sable chciał ją zdenerwować, ale nie planował wysłuchiwać jej napadów furii. - Sprawa była prosta madame. Otrzymaliście od Zakonu Templariuszy bezcenne artefakty. Mieliście z mężem przeprowadzić badania. Wasz sukces z 1898, polon, rad, ta cała radioaktywność to wielki krok dla ludzkości, ale przecież to nie wszystko co można z tych artefaktów uzyskać. Otrzymujecie zaszczyty, Templar... Przepraszam, Szwedzka Akademia przyznała państwu nagrodę Nobla i co? Prosimy, zachęcamy, a państwo milczycie. Ignorujecie Zakon. Musieliście ponieść karę... - Kobieta kipiała z oburzenia. - A przecież Zakon robił to dla dobra ludzkości. Pani badania wprowadzą ludzi w nową epokę postępu! - De Sable złapał się na tym, że i jego ponoszą emocję, choć właściwie powodu po temu nie było. Postanowił, że nieco się uspokoi, ale tym samym dał szansę Polce do kontrataku.
- Zakon ma gdzieś dobro ludzkości. Myśli pan, że jestem tak głupia i nie widzę do czego prowadzą te badania. Liczyliście, że opracujemy dla was broń totalnej zagłady. Ale nie doczekanie wasze. WYNOCHA STĄD! - W stronę de Sable poleciała jedna książka, a potem kolejna. Kobieta miała gorącą krew i Templariusz uznał, że się wycofa, ale na pewno nie zapomni tej zniewagi.

Oficer wyszedł wściekły, ale Maria Curie-Skłodowska nie zważała na to. Usłyszała skrzypnięcie ukrytych drzwi, mniej więcej w pobliżu legowiska jej kota. Wyszedł z nich młody żołnierz.
- Proszę się nie martwić, madame. Assasyni zajmą się panią i pani rodziną.
- Mam nadzieję... – Maria przypomnieć sobie nazwisko młodego chłopaka.
- De Gaulle, madame, Charles de Gaulle.
- Zatem, mam nadzieję, panie de Gaulle.

post wyedytowany przez Runnersan 2017-11-03 20:17:57
03.11.2017 20:09
29
odpowiedz
Belizariusz
1
Junior

3 maja 1791 roku
Stojąc za rogiem karczmy “Biały miś”, przysłuchiwałem się szlachcicom, którzy rozprawiali tylko o jednym - obradach sejmu, który trwał już prawie 3 lata. Moim celem z owej grupy był Seweryn Rzewski, podejrzewany o spiskowanie przeciw królowi.

- Trzeba przyznać, że dobrze to król rozplanował, przyspieszył obrady, by opozycja nie wróciła ze swych dworków po świętach. Łatwo mu będzie wprowadzić zmiany - rozprawiał grubszy jegomość

- Nie zmiany, a zamach na naszą wolność szlachecką! Wszak nie na hulanki przybył pod zamek książę Poniatowski komandorując Gwardią Królewską, nikt nie będzie się mógł przeciwstawić - gniewnie odparł Rzewski

- A więc nasza wolność idzie na zatracenie, kraj pogrąży się w despotycznej władzy Augusta

- Nie wszystko stracone, bracia Polacy - zaczął patetycznie Rzewski - wszak Caryca zobowiązała się pilnować porządku praw i obyczajów w naszym kraju, mamy jej pełne poparcie do walki o naszą wolność. Proszę was, byście przekonali kogo można do przedłużania obrad, dacie mi potrzebny czas do działania.

- Za chwilę zostanie rozpoczęte posiedzenie

- Ruszajcie zatem - rozkazał Rzewski

Podążałem za Rzewskim w nadziei, że doprowadzi mnie do pozostałych spiskowców. Podejrzewałem ambasadę rosyjską, lecz Seweryn udał się do księgarni Tropińskich. Nie ryzykowałem i wszedłem drugimi drzwiami, usłyszałem głosy z piwnicy, przygotowałem się do walki.

- Plan nie uległ zmianie, Suchorzewski powinien dać radę przetrzymać obrady. Mam swoich ludzi w Gwardii, wpuszczą Cię z bronią na salę obrad. Pokaż tylko ten sztylet.

Dietriew tutaj? Nie wątpiłem w to, że Templariusze maczają palce w spisku, ale obecność Dietriewa wzbudziła moje zaniepokojenie, walczyłem z nim co prawda, ale w każdej potyczce mało brakowało, a pozbawiłby mnie życia. Napsuł nam wiele krwii, a teraz nadszedł idealny moment, by zapobiec dalszym knowaniom.

- Słuchaj Rzewski, może być ciężej niż się spodziewaliśmy, w Warszawie pojawili się moi przeciwnicy.

- Jacy przeciwnicy? O tym nie było mowy. Teraz nie ma odwrotu, musimy zlikwidować Poniatowskiego!

Nie mogłem zwlekać, wskoczyłem do pomieszczenia, jednego zdążyłem zlikwidować zanim się zorientowali. Drugi, Rzewski, rozpaczliwie próbował się bronić szablą, ale na nic się ona zdała w małym pomieszczeniu. Pozostał tylko Dietriew, który czym prędzej pognał w kierunku zamku. Rzuciłem się za nim w pogoń, byłem szybszy, zrozumiał to i stanął ze mną do walki na małym placu.

- Królem zajmę się potem, czas z Tobą skończyć, za wiele razy mi przeszkadzasz.

Nic nie odpowiedziałem, dobyłem swej szabli. Ludzie wokół zaczęli się zbierać, by obejrzeć kolejny pojedynek szlachciców. Ktoś pobiegł po Gwardię. Walka nie była długa, Dietriew nie był przygotowany na walkę z assasynem. Decydujące uderzenie wyprowadziłem po sparowaniu ciosu templariusza, ciąłem z góry na prawy bark. Ostrze nie napotkało oporu i Dietriew po chwili leżał w narastającej kałuży krwi. Ktoś wrzasnął z widowni. Chciałem uciec z miejsca, ale dostrzegłem nadciągającą Gwardię z Kościuszko na czele.

- Witaj Janie, jak widzę, sam Dietriew mieszał się w próbę królobójstwa.

- Nie będzie nam już sprawiał kłopotów - odparłem obojętnie.

- On i owszem, ale przygotuj się na kolejne zadania, Caryca wraz z Templariuszami nie przyzwoli na reformy Kołłątaja i Potockiego

- Kto jest jeszcze spośród nas? - spojrzałem znacząco na Tadeusza

- Jesteśmy tylko my

No tak, dla bractwa sprawy Europy Środkowo-Wschodniej nie grały dużej roli.

04.11.2017 14:14
30
odpowiedz
Lucky._.Luke
5
Junior

Zbaraż, 17 lipca 1649
Na wzgórzach szalały zastępy Tatarów. Ich wzbierająca fala zalewała armie wodzów Rzeczpospolitej. Słońce świeciło krwawym blaskiem, skrzydła husarii rzucały na ziemię cień śmierci. Mikołaj Skrzetuski stał pod sztandarem, milczący i gniewny, jakby zatopiony w zadumie nad dawno minionymi sprawami, lecz oczy lśniły mu niczym gwiazdy, które błyszczą tym jaśniej, im ciemniejsza jest noc. Na szczycie wzgórza stał Chmielnicki, tak dumny i zimny, że nie rzucał cienia. Szturmujące wojska kozackie zalewały wzgórza, wśród zgiełku i szczęku broni ich głosy huczały jak rozszalałe morze.
Nad Zbarażem zawisło wielkie zwątpienie i strach. Piękna pogoda i jasne słońce wydawało się drwić z ludzi, którzy stracili niemal wszelką nadzieję i każdego dnia spodziewali się wieści o klęsce. Ich władca umarł, jego ciało spłonęło, w cytadeli spoczywały zwłoki króla Jana Kazimierza, wraz z którym pochowano niezwykłą księgę. Majestatyczny wolumin zawierający tajemną wiedzę, która przez wiele lat pozostawała ukryta przed wzrokiem Zakonu Templariuszy.
Mimo zmęczenia Girej nie mógł zasnąć. Miał za sobą cztery dni jazdy niemal bez odpoczynku, a narastające ciemności jego duszy wprawiały go w coraz większe przygnębienie. Zaczynał się zastanawiać, co takiego skłoniło go do tego szaleńczego postępku, podczas gdy wszystko, nawet rozkaz Mistrza, przemawiało za tym, żeby został na tyłach. Marzył o tym, żeby zamienić z kimś parę słów, brakowało mu Chana, o którego bardzo się niepokoił. Biedny Chan, uwięziony w wielkim kamiennym forcie, samotny i przerażony. Girej pragnął być tak wysoki jak Chmielnicki, zagrać na rogu i pogalopować na ratunek przyjacielowi. Usiadł, nasłuchując bębnów, które warczały coraz bliżej.
"Nic już nie będzie takie samo bez niego" - powiedział sobie w duszy. On w przeszłości dwa razy ratował go z opresji, teraz nadszedł czas na rewanż. Nie czuł potrzeby zdobycia woluminu - sprawy zakonu nigdy nie były dla niego priorytetem. Liczyło się dla niego tylko wyzwolenie przyjaciela z niewoli. Mistrz wiele ryzykował wysyłając po księgę właśnie jego - nie znał bowiem prawdziwego powodu dla którego Girej tak ochoczo zgłosił się na tę, jak się mogło wydawać, samobójczą misję, z góry skazaną na porażkę. Czy jeniec, którego uprzednio uprowadzili, faktycznie wskazywał sekretną drogę do serca cytadeli, czy też była to tylko przynęta, która miała za zadanie zwabić najlepszych zwiadowców w pułapkę? Przecież Chan był najlepszym z nich, był tym, który dla zakonu niejednokrotnie wykonywał misje niemożliwe. Dlaczego tym razem miałoby być inaczej?
Pytania mnożyły się w głowie Gireja, podczas gdy ten zbliżał się do sekretnego wejścia do zbarażowej twierdzy. Mistrz Zakonu Templariuszy potrzebował jedynie tajemniczej księgi, powodzenie oblężenia zamku nie miało dla niego większego znaczenia. Bycie chorążym ma swoje zalety, Mistrz dobrze o tym wiedział. Niewiedza głównodowodzącego na temat jego faktycznych pobudek wzięcia udziału w oblężeniu, tylko pomagała w osiągnięciu celu. Oczy Gireja rozważały pełne groźby informacje: ujrzały jasną łunę, co chwilę odwiodło myśli od wszystkiego innego; cała potężna twierdza, od bramy do bramy, od wieży do wieży, spowita była posępnym milczeniem.

04.11.2017 14:24
31
odpowiedz
zgredek147
0
Junior

Rok 1649, trwa oblężenie Zbaraża. Pod murami twierdzy zbierają się siły nieprzyjaciela, ponownie zuchwali Templariusze podnoszą rękę na dobra Zakonu Assassynów. Tym razem czynu tego dopuścił się Bohdan Chmielnicki, Templariusz z dużymi umiejętnościami strategicznymi – nie bez przyczyny dowodzi Kozakami, tylko on może ich opanować i poprowadzić, oraz Chan Krymski Islam III Girej z poparciem Tatarów. Obaj wysoce silni, poważni i sprytni, Zakon Templariuszy nie mógł wybrać lepiej. Jednakże po drugiej stronie, polskiej husarii przewodniczy najlepszy z Assassynów, Książę Jeremi Wiśniowiecki, mój Mistrz. Jest on nie tylko doskonałym wodzem i strategiem, ale także wojownikiem który jeszcze nigdy nikogo nie zawiódł. Pewnego ranka, po serii pozorowanych ataków Templariuszy, wezwał mnie przed swe oblicze.
- Mistrzu, wzywałeś mnie.
- Tak, widzisz dobrze, że oblężenie twierdzy przez Templariuszy ma na celu zblokować nas i doprowadzić do poddania, nie chcą oni zniszczyć twierdzy.
- Mistrzu, głupotą byłoby zrujnowanie zamku w którego odmętach kryje się tak wielka wiedza, skarb i mądrość której tak pragną. Templariusze nie są głupi, przebiegli, ale nie głupi.
- Widzę, że pojmujesz w lot moje rozumowanie. Dobrze wykorzystujesz pozyskaną ode mnie wiedzę.
- Mistrzu, wciąż stanowisz dla mnie źródło mądrości i doświadczenia, czerpać je będę zawsze dopóty mi na to pozwolisz.
- Teraz ja pragnę wykorzystać Twoje umiejętności. Jak wiesz nie możemy dopuścić aby Zbaraż wpadł w ręce Templariuszy, musi być nadal w polskich rękach, w naszych rękach. Dlatego też konieczne jest sprowadzenie pomocy z zewnątrz, która bez odpowiedniej motywacji nie przybędzie sama.
- Mistrzu, jak rozumiem mam udać się po pomoc do Króla Jana Kazimierza.
- Zgadza się, jego doradcy sami tego nie zaproponują, czekają na pozostałych Assassynów z pospolitego ruszenia, ale ich przybycie jest nadto opóźnione, a my nie możemy czekać.
- Kiedy mam wyruszyć, Mistrzu?
- Pójdziesz w nocy, przedrzesz się przez mokradła. Nie muszę cię pouczać, wiesz doskonale jak to wykonać, ukryte ostrze jeszcze nigdy Cię nie zawiodło.
- Mistrzu, rad będę z twoich uwag na ten temat.
- Jesteś nader skromny, ale wiem, że zdajesz sobie sprawę z tego, że umiejętnościami przewyższasz niejednego z naszych braci. Ale dość o tym, chce abyś przedarł się niezauważony, po drodze zbliż się do namiotu Templariuszy, mam niejasne wrażenie, że coś planują. Postaraj się zdobyć jak najwięcej informacji i wrócić z odsieczą.
- Tak mistrzu, wyruszę jeszcze dzisiaj po północy.
Zgodnie z rozkazem Księcia Wiśniowieckiego, wyruszyłem do króla Jana Kazimierza. Nie było tutaj wielu przeszkód, bowiem o tej porze Kozacy i Tatarzy oddają się pewnym uciechom, przy czym wcale nie patrzą na swoje otoczenie. Inaczej rzecz się miała w namiocie dowódców, planowali drugie wyjście. Spodziewali się odsieczy.
Nazajutrz wycieńczony dotarłem do Króla. Ten zaś po wysłuchaniu krótkiego raportu ruszył natychmiast pod Zbaraż. Kiedy tam dotarliśmy, zdałem ponownie raport, relacjonując ze szczegółami drugi plan Chmielnickiego. Dlatego też, kiedy poseł Templariuszy przybył z prośbą o rozejm, wiedzieliśmy czego się mamy spodziewać. Dostałem kolejny rozkaz od Mistrza.
- Kiedy podpiszemy ugodę, zajmij się Chanem Krymskim. Śledź go, by zobaczyć co wiedzą o fragmentach Edenu.
- Tak mistrzu.
Ugoda, krucha, ale ważna dla nas Assassynów. Zbaraż został utrzymany, biblioteka i fragment Edenu nienaruszony. Ja zaś ruszam po dalsze informacje, śledząc nic niepodejrzewającego Chana krymskiego.

04.11.2017 14:48
32
odpowiedz
Wojownik616
5
Junior

Bitwa pod Grunwaldem w dniu 15 lipca roku 1410 grupa Templariuszy podjęła się sił razem z wojskiem Polsko-Litewskim zjednoczyć zakon Assasynów.
Niestety podczas bitw obie armie z samego ranka większość rycerzy poległa,wtedy Templariusze wykorzystali tajne przejście do zakonu,a Assasynowie zdołali uciec już z Zamku.

04.11.2017 14:56
33
odpowiedz
kamaczi112
1
Junior

15 lipca 1410 roku. To wtedy miała zacząć się największa bitwa w dziejach historii. Polacy szykowali się ostatniego i najmodniejszego starcia z Zakonem Krzyżackim, jakiego historia tych wieloletnich sporów, jeszcze nie widziała. Ja oraz reszta mojego pułku wraz z dowódcą księciem Witoldem, szykowaliśmy się do tego boju. Miecze i ostrza naostrzone, nałożone pancerze i kaptury. Wszystko było gotowe.
Nim się obejrzałem już wychodziliśmy z obozu i stawaliśmy naprzeciw wielkiej armii Krzyżowców. Serce zaczęło mi drżeć, jednak nie z trwogi. Była to zasługa dumy, którą poczułem, gdy odwracając się do tyłu widziałem powiewające na wietrze biało-czerwone chorągwie z orłem na środku.
Gdy już wszystko miało się rozpocząć, ktoś złapał mnie za ramię i pociągnął do tyłu. Okazało się iż był to król Władysław Jagiełło. Wraz z nim były dwa tysiące żołnierzy - Assasyni, którzy nazywani byli husarzami. Rozkazano mi, bym poprowadził ich do boju. Dosiadłszy konia skierowałem się w stronę oddalonego kawałek lasu, wraz z całym oddziałem. Będąc na jego skarju usłyszałem rogi wojenne..
Wojna się zaczęła, a król prowadził swoich wojaków po zwycięstwo. Słychać było brzdęk metali i wielki zgiełk. Krzyki, bluzgi, wołanie Boga o pomoc. Krzyżacy mieli przewagę mimo większej liczby wojsk polsko-litewskich. Widziałem jak Jagiełło spogląda na las, to był nasz czas.
Wtedy ruszyliśmy my. Oddział, który budził grozę w szeregach Krzyżackich. Ciężkie zbroje, długie piki, a w rękawach ukryte ostrza. Kaptury na głowach i skrzydła na plecach. Armie pruskie uginały się na nogach, a gdy przyszło do starcia, przebijaliśmy się przez nich jak przez zboże.
Przeciwnikom udało się zrzucić mnie z konia. Czułem ogłuszenie, przez chwilę nie mogłem się podnieść, jednak jeden z innych assasynów mi pomógł. Wyjąłem miecz i wróciłem do walki. Wróg zaczął się wycofywać, a ja Zawisza Czarny, zabiłem Ulricha von Jungingena - Wielkiego Mistrza Krzyżackiego. Patrząc mu w oczy, konającemu, wypowiedziałem słowa "requiescat in pace".

04.11.2017 15:34
34
odpowiedz
terech
0
Junior

Wiatr już ucichł, słońce piekło nas co raz bardziej a le my jestesmy twardzi, jesteśmy teplariuszami i tu pod grunwaldem zniszczymy tych pogaśnkich władców!
-Panie polacy przygotowują sie do ataku!
- Nareszcie! Zmęczony mistrz zakonu krzyzackiego a takze jeden z rady teplariuszy Urlich von Jungingen nie krył radości z raportu posłańca/
Przygotować sie! krzyknoł.
-Za wiare, za mistrza! odparli jego rycerze i rzucili sie do walki.
Pedziły na siebie wojska Polskiego króla oraz rycerze szpitalników jak dwie fale gotowe rozbić sie o siebie, tuman kurzu z pod kopyt unosił sie jak burza piaskowa na pustynie.
Doszło do zderzenia armi, słychac konających.
Rycerze zakonu zdobywają polską chorogiew, zaczynają spiewać, radować sie.
-Mamy ich, zwycieżymy! Uśmiechnoł sie wielki mistrz i ze swoją chorągwią ruszył do bitwy.
Rycerze niemieccy z Polska chorągwią nie zauważyli jak na koniu ruszył do nich polski rycerz, assasyn.
Urlich ujrzał zagrozenie i krzyknoł.
- Uważajcie! Assasyn!
Było już za pózno, Gniewomir bo tak miał na imie polski zabójca niczym tygrys swoimi ukrytymi ostrzami podcioł gardła nie szczęśników.
-Nie moge do tego dopuścić polacy nie moga odbić sztandaru, Za mną!
Wielki Mistrz ruszył, przedzierał sie przez polskich żołdaków, próbował sie przebić do Gniewomira .
Ten tylko stał i patrzył jak mistrz niczym wielbłąd przez ucho igielne próbuje przecisnąć sie przez tlum polaków , ruszył w jego strone.
- Nie poddam sie, jestem obrońca wiary!
Z duma krzyczał i cioł na boki Urlich.
Wieśniacy obalili go na ziemie lecz wstał i machał mieczem na każdą strone niczym rany wilk otoczony przez psy myśliwskie.
-Nigdy mnie nie pokonacie! Rycerze do mnie!
Jego gwardia była daleko a nóż assasyna o wiele bliżej, właśnie przebiło mi serce.
Mistrz opadł na rece swojego kata, spojzał mu w oczy.
-Myślisz zabójco ze to koniec, ze uratowałeś swoj kraj, hahahah.
Swieta włócznia wkońcu bedzie nasza a wasz kraj podzielimy, podzielimy i już nigdy nie bedziecie....
Gniewomir nie dał mu dokończyć, drugie ostrze wbił mu rdzeń głowy.
-Spoczywaj w pokoju, wybaczam ci.
Opuścił cialo mistrza na ziemie i ruszył do bitwy, to jeszcze nie koniec, wiedział o tym.
Próbowaliśmy go dopaść, bóg mi świadkiem że tak ale bitwa była juz przegrana, nie doceniliśmy wroga.
Mam nadzieje że nasz brat w Bydgoszczy odnajdzie włoćżnie.
-Panie litwini wracają! atakują!
-Witold zdrajca! mogliśmy dać mu wszystko, na flanki!
Zdecydowanym glosem próbuje ratować przebieg bitwy Olgierd, drugi po wielkim mistrzu zakonnik i tajny członek bractwa teplariuszy
-Do ataku!
W tym momencie Olgierd dostał strzałą w szyje, krwawi, nie może wydusić z siebie ani słowa.
upada na ziemie, widzi jak rycerze gina od mieczy pogan, jak uciekają z pola walki jego rycerze, wie że jest już po wszystkim.
Opiera sie o miecz, wzrok mu sie zamazuje lecz w oddali widzi jak znienawidzony rycerz Polski Gniewomir stoji przed nim a jednym reku trzyma sztandar wielkiego mistrza a w drugiej zakrwawiony miecz.
Podchodzi do niego i kuca przed nim, olgierd łapie go za ramiei z nienawiścią patrzy mu w oczy.
Gniewomi uśmiecha się i mówi:
- ty jesteś 203.
Assasyn pchnoł mieczem olgierda po mału i krecąc klingom na prawo i lewo a ten umierał w bólu .
Gniewomir wstał wytarł klinge od krwi i ruszył do nastepnego z braci zakonnych, lecz nagle poczół ciepło na plecach a nogi mu zadrżały
Usunoł sie na ziemie, ręką dotknął pleców poczuł ze leci mu krew, spojrzał na Olgierta który leżał martwy lecz uśmiechał sie.
Na początku zabojca nie wiedział dlaczego jego trup sie uśmiecha do momentu gdy ujrzał w dłoni Olgierta sztylet, sztylet zaplamiony krwią Gniewomira.
Ten spojżał na sztylet uśmiechnoł sie i pad twarzą do ziemi.
-Mój czas nadszedł, włócznia bezpieczna.
Assasyn zmarł.

04.11.2017 17:45
35
odpowiedz
janush234
0
Junior

15 Lipca 1410 roku - ta data do dziś przyprawia mnie o dreszcze. Kilkoro z moich braci oraz ja byliśmy ukryci wśród licznej Polskiej armii. Mieliśmy im pomagać wygrać tę bitwę z Krzyżakami - największymi sprzymieżeńcami naszych największych wrogów. Nie wiedziałem dokładnie co się dzieje, gdyż byłem w jednym z ostatnich rzędów tej wielkiej armii. Nagle coś się ruszyło. Rycerze przede mną zaczęli biec do przodu krzycząc "Ku zwycięstwu!". Wtedy ja też zacząłem biec do przodu przeciskając się przez tłumy do pierwszych rzędów. Wtedy poczułem okropny ból w ramieniu. Gdy spojrzałem w jego stronę zobaczyłem że jest w nie wbita strzała, a mój biały strój w tym miejscu stał się czerwony od krwi. W biegu wyciągnąłem strzałę i rzuciłem ją na ziemię. Ten ból dał mi jeszcze większą energię. Nagle spostrzegłem szereg zakonników w białych strojach siedzących na koniach. Podbiegłem w tamtą stronę, skoczyłem i zepchnąłem jednego z krzyżaków z konia wbijając mu moje ukryte ostrze w tył głowy. Zanim reszta moich celów zorientowała się co się dzieję leżała już na ziemi ze strzała wbitą w głowę. Gdy schowałem mój łuk uspokoiłem konia i popędziłem na nim w stronę obozów wroga i wyciągnąłem miecz. Gdy przebijałem się przez tłumy raniąc lub zabijając wszystkich napotkanych krzyżaków koń ukradziony mojej pierwszej ofierze zrzucił mnie ze swojego grzbietu i uciekł. Krzyżacy otoczyli mnie ze wszystkich stron, ale ja dobrze wiedziałem co mam zrobić. Podciąłem ich wszystkich naraz, a potem dobiłem każdego z osobna sztyletem, ale nadchodzili coraz to nowi zakonnicy chcący mojej śmierci. Myślałem że to mój koniec, lecz nagle jednemu z nich przez brzuch przebiło się ostrze. Krzyżacy zaczęli padać jeden po drugim. To polska armia ruszyła mi na ratunek! Gdy Krzyżacy leżeli już na ziemi rycerze pobiegli przed siebie ku zwycięstwu, a ja wraz z nimi. Nagle zobaczyłem uciekającego z pola walki krzyżaka wraz z gwardią. To był wielki mistrz! Zacząłem biec w jego stronę z ogromną prędkością omijając wszystkich rycerzy i zakonników. Wybiłem się i w powietrzu kopnąłem zakonnika w plecy zwalając go z konia. Potem pozbyłem się jego gwardii wbijając im kolejno ukryte ostrze w twarz. Gdy wszystkich wykończyłem wróciłem do czołgającego się do ziemi mistrza i z wielką satysfakcją wbiłem mu w plecy sztylet po czym wykrzyknąłem - Wielki mistrz nie żyje, to już koniec tej bitwy!

04.11.2017 18:12
36
odpowiedz
przemciuf
2
Legionista

Tannenberg, XV Julius MCDX

Pot, zdążywszy pozlepiać kosmyki włosów na czole, zaczął powoli zalewać mu oczy. Siedział w siodle już cztery godziny, od trzech godzin w pełnym słońcu. Ogier nerwowo drobił kopytami, jemu upał i brak ruchu również dawały się we znaki. Giacomo Tagliagola miał za plecami zaprawioną w bojach armię- powinno mu to dodawać otuchy. Nie dodawało… Wszak od lekkiej litewskiej i tatarskiej jazdy Jagiełły dzieliła go odległość zaledwie jednej strzały. "Uf, co za skwar. Zanim słońce przekroczy najwyższy punkt na nieboskłonie, będzie tylko gorzej." Ukradkiem otarł twarz.

Wielki Mistrz Ulrich von Jungingen dosiadał pięknej, karej klaczy. Znajdował się nieopodal otoczony wianuszkiem najbardziej zaufanych braci zakonnych. Wyglądał dumnie. Jego twarz, choć skupiona, nie okazywała lęku. Zdawało się, że jest pewny swego i tylko czeka, aż wydarzy się nieuniknione. "Giacomo, liczę na twój koncept i pokładam wiarę w skuteczność twoich działań. Uczyń, co w twojej mocy, aby Jungingen w końcu pobił Władysława Jagiełłę, tylko w ten sposób nie dopuścimy do rozprzestrzenienia się asasyńskiej zarazy na wchód Europy. Witold, brat Władysława, musi zaprzestać knowań z asasynami." To były ostatnie słowa, jakie usłyszał przed opuszczeniem Rzymu. Słowa wypowiedziane niemal pół roku temu przez jego mentora Angelo Correra. Giacomo wiedział, że Wielki Mistrz Angelo Correr dla tych, którzy templariuszami nie są, to po prostu Grzegorz XII. Papież Grzegorz XII. "Papież, hę? Aktualnie papieży mamy trzech, ale ja wiem, że tak Benedykt XIII, jak i Jan XXIII to zwykli uzurpatorzy, antypapieże, którzy nie są w stanie w żaden sposób przyczynić się Sprawie. Naszej Sprawie. Sprawie Templariuszy. Tylko Angelo Correr, Wielki Mistrz Zakonu Templariuszy, może być prawdziwym Ojcem Świętym." "Nie wytrzymam. Żeby choć obłok na niebie, choć lekki powiew wiatru ulżyły mi trochę…" Uważał, że powinni już zaczynać. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że smażą się w pełnej płycie, podczas gdy Jagiełło i jego hufy spokojnie czekają. W cieniu. "Czekają na nasz ruch albo, co bardziej prawdopodobne, aż pospadamy z koni w tej gorączce." Ponownie zerknął na Ulricha von Jungingena. Zakonnik wyglądał na niewzruszonego. Któryś z mniej znaczących komturów trzymał ukradkiem chorągiew w taki sposób, aby choć odrobinę zacieniał twarz Wielkiego Mistrza. "Nie byłoby mnie tutaj. Nie byłoby mnie w tym dzikim kraju na rubieżach cywilizacji, gdyby nie brat Jagiełły- Witold. Cóż on sobie wyobrażał, wszczynając powstanie na Żmudzi wiosną łońskiego roku? Musiał wiedzieć, że tylko rozdrażni Zakon Szpitala Najświętszej Marii Panny. Nie mógł sam zdecydować się na tak nierozsądny krok. To musiały być podszepty naszych śmiertelnych wrogów. Niepokojące wieści dochodziły do nas już wcześniej. Nasz wywiad donosił, że na Litwie zawiązuje się jakaś agentura asasynów przy cichej aprobacie Jagiełły i niemal ekstatycznej radości Witolda. No i doigrał się, Wielki Książę Litewski marzący o polskiej koronie." Koń zachrapał z cicha- podrapał go za uchem. "Nie byłoby mnie tutaj, gdyby Polacy, Litwini, Rusini i reszta tutejszych dzikusów w końcu ukorzyli się przed Zakonem Krzyżackim- zbrojnym ramieniem Zakonu Templariuszy w tej części Europy." Powiódł wzrokiem po polu zbliżającej się bitwy. Rozległy, pełen fałd teren. Różnej wysokości wzgórza. Łagodne, rozległe doliny. Niemal środkiem łąki płynął strumień. Zdawało mu się, że słyszy jego szmer, że czuje chłodną słodycz wody na wargach… "Uf, cóż za spiekota. Powinniśmy już zaczynać. Zaczynać frontalnym, miażdżącym uderzeniem, bez żadnych teatralnych gestów." Wczoraj Jungingen wyjawił mu chytry, w swoim mniemaniu, plan upokorzenia Jagiełły przed bitwą. Głównymi rekwizytami miały być dwa nagie miecze. Plan nie był dobry i gdyby spytano, Giacomo by im to powiedział… ale nikt nie spytał. Giacomo Tagliagola był wiernym templariuszem. Lojalnym i zgadzającym się bez zastrzeżeń z linią rozwoju i kierunkiem ekspansji obranymi przez Zakon. Giacomo uważał, że bycie wiernym templariuszem nie przeszkadza, a bycie mądrym templariuszem wręcz pomaga podziwiać proste i skuteczne metody stosowane przez najzacieklejszych wrogów- asasynów. "Szybko, jak najkrótszą drogą do celu, bez zbędnego rozgłosu. Tak działali. Na pewno nie sililiby się na wysyłanie wrogom nagich mieczy, takie komedianckie zagrania nie przybliżają do osiągnięcia sukcesu." Asasyni szanowali przeciwników, nie upokarzali ich. Nienawidził asasynów, nie zgadzał się z ich doktryną i nie cierpiał ich credo, ale… podziwiał metody. "Chyba niebawem skończy się ta męka. Chyba wkrótce ruszymy do boju." Wielki Mistrz gestem wezwał posłańca, który miał Jagielle wręczyć miecze. "Jutro weźmiesz udział w zwycięskiej bitwie pod Tannenbergiem"- w głowie brzmiały mu słowa Ulricha von Jungingena, które usłyszał przed udaniem się na wczorajszy spoczynek. "Dlaczego pod Tannenbergiem?"- pomyślał wtedy. "Dlaczego nie pod Grunwaldem, Łodwigowem czy Stębarkiem? Wszak wszystkie te wioski leżą nieopodal pola bitwy. Ha, widocznie Wielki Mistrz Krzyżacki ma takie życzenie, a przecież to właśnie zwycięzcy piszą historię." Ruszyli. Giacomo wraził pietę w koński bok. Nie chciał, aby po bitwie mówiono, że Italczyk, ten Italczyk- specjalny wysłannik Ojca Świętego wolał trzymać się z tyłu. "Ku zwycięstwu. Ku chwale Zakonu! Ku stworzeniu nowego porządku świata!" Potem galop zagłuszył wszystkie myśli…

Koniec.
P.S. W wordzie było fajnie a tu się porozjeżdżały akapity....


post wyedytowany przez przemciuf 2017-11-04 18:24:21
04.11.2017 18:43
37
odpowiedz
przemciuf
2
Legionista

Tannenberg, XV Julius MCDX

Pot, zdążywszy pozlepiać kosmyki włosów na czole, zaczął powoli zalewać mu oczy. Siedział w siodle już cztery godziny, od trzech godzin w pełnym słońcu. Ogier nerwowo drobił kopytami, jemu upał i brak ruchu również dawały się we znaki. Giacomo Tagliagola miał za plecami zaprawioną w bojach armię- powinno mu to dodawać otuchy. Nie dodawało… Wszak od lekkiej litewskiej i tatarskiej jazdy Jagiełły dzieliła go odległość zaledwie jednej strzały. "Uf, co za skwar. Zanim słońce przekroczy najwyższy punkt na nieboskłonie, będzie tylko gorzej." Ukradkiem otarł twarz.

Wielki Mistrz Ulrich von Jungingen dosiadał pięknej, karej klaczy. Znajdował się nieopodal otoczony wianuszkiem najbardziej zaufanych braci zakonnych. Wyglądał dumnie. Jego twarz, choć skupiona, nie okazywała lęku. Zdawało się, że jest pewny swego i tylko czeka, aż wydarzy się nieuniknione.

"Giacomo, liczę na twój koncept i pokładam wiarę w skuteczność twoich działań. Uczyń, co w twojej mocy, aby Jungingen w końcu pobił Władysława Jagiełłę, tylko w ten sposób nie dopuścimy do rozprzestrzenienia się asasyńskiej zarazy na wchód Europy. Witold, brat Władysława, musi zaprzestać knowań z asasynami." To były ostatnie słowa, jakie usłyszał przed opuszczeniem Rzymu. Słowa wypowiedziane niemal pół roku temu przez jego mentora Angelo Correra. Giacomo wiedział, że Wielki Mistrz Angelo Correr dla tych, którzy templariuszami nie są, to po prostu Grzegorz XII. Papież Grzegorz XII. "Papież, hę? Aktualnie papieży mamy trzech, ale ja wiem, że tak Benedykt XIII, jak i Jan XXIII to zwykli uzurpatorzy, antypapieże, którzy nie są w stanie w żaden sposób przyczynić się Sprawie. Naszej Sprawie. Sprawie Templariuszy. Tylko Angelo Correr, Wielki Mistrz Zakonu Templariuszy, może być prawdziwym Ojcem Świętym."

"Nie wytrzymam. Żeby choć obłok na niebie, choć lekki powiew wiatru ulżyły mi trochę…" Uważał, że powinni już zaczynać. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że smażą się w pełnej płycie, podczas gdy Jagiełło i jego hufy spokojnie czekają. W cieniu. "Czekają na nasz ruch albo, co bardziej prawdopodobne, aż pospadamy z koni w tej gorączce." Ponownie zerknął na Ulricha von Jungingena. Zakonnik wyglądał na niewzruszonego. Któryś z mniej znaczących komturów trzymał ukradkiem chorągiew w taki sposób, aby choć odrobinę zacieniał twarz Wielkiego Mistrza. "Nie byłoby mnie tutaj. Nie byłoby mnie w tym dzikim kraju na rubieżach cywilizacji, gdyby nie brat Jagiełły- Witold. Cóż on sobie wyobrażał, wszczynając powstanie na Żmudzi wiosną łońskiego roku? Musiał wiedzieć, że tylko rozdrażni Zakon Szpitala Najświętszej Marii Panny. Nie mógł sam zdecydować się na tak nierozsądny krok. To musiały być podszepty naszych śmiertelnych wrogów. Niepokojące wieści dochodziły do nas już wcześniej. Nasz wywiad donosił, że na Litwie zawiązuje się jakaś agentura asasynów przy cichej aprobacie Jagiełły i niemal ekstatycznej radości Witolda. No i doigrał się, Wielki Książę Litewski marzący o polskiej koronie." Koń zachrapał z cicha- podrapał go za uchem. "Nie byłoby mnie tutaj, gdyby Polacy, Litwini, Rusini i reszta tutejszych dzikusów w końcu ukorzyli się przed Zakonem Krzyżackim- zbrojnym ramieniem Zakonu Templariuszy w tej części Europy."

Powiódł wzrokiem po polu zbliżającej się bitwy. Rozległy, pełen fałd teren. Różnej wysokości wzgórza. Łagodne, rozległe doliny. Niemal środkiem łąki płynął strumień. Zdawało mu się, że słyszy jego szmer, że czuje chłodną słodycz wody na wargach… "Uf, cóż za spiekota. Powinniśmy już zaczynać. Zaczynać frontalnym, miażdżącym uderzeniem, bez żadnych teatralnych gestów". Wczoraj Jungingen wyjawił mu chytry, w swoim mniemaniu, plan upokorzenia Jagiełły przed bitwą. Głównymi rekwizytami miały być dwa nagie miecze. Plan nie był dobry i gdyby spytano, Giacomo by im to powiedział… ale nikt nie spytał. Giacomo Tagliagola był wiernym templariuszem. Lojalnym i zgadzającym się bez zastrzeżeń z linią rozwoju i kierunkiem ekspansji obranymi przez Zakon. Giacomo uważał, że bycie wiernym templariuszem nie przeszkadza, a bycie mądrym templariuszem wręcz pomaga podziwiać proste i skuteczne metody stosowane przez najzacieklejszych wrogów- asasynów. "Szybko, jak najkrótszą drogą do celu, bez zbędnego rozgłosu. Tak działali. Na pewno nie sililiby się na wysyłanie wrogom nagich mieczy, takie komedianckie zagrania nie przybliżają do osiągnięcia sukcesu." Asasyni szanowali przeciwników, nie upokarzali ich. Nienawidził asasynów, nie zgadzał się z ich doktryną i nie cierpiał ich credo, ale… podziwiał metody. "Chyba niebawem skończy się ta męka. Chyba wkrótce ruszymy do boju. Wielki Mistrz gestem wezwał posłańca, który miał Jagielle wręczyć miecze. "Jutro weźmiesz udział w zwycięskiej bitwie pod Tannenbergiem"- w głowie brzmiały mu słowa Ulricha von Jungingena, które usłyszał przed udaniem się na wczorajszy spoczynek. "Dlaczego pod Tannenbergiem?"- pomyślał wtedy. "Dlaczego nie pod Grunwaldem, Łodwigowem czy Stębarkiem? Wszak wszystkie te wioski leżą nieopodal pola bitwy. Ha, widocznie Wielki Mistrz Krzyżacki ma takie życzenie, a przecież to właśnie zwycięzcy piszą historię."

Ruszyli. Giacomo wraził pietę w koński bok. Nie chciał, aby po bitwie mówiono, że Italczyk, ten Italczyk- specjalny wysłannik Ojca Świętego wolał trzymać się z tyłu. "Ku zwycięstwu. Ku chwale Zakonu! Ku stworzeniu nowego porządku świata!" Potem galop zagłuszył wszystkie myśli…


post wyedytowany przez przemciuf 2017-11-04 18:48:16
04.11.2017 19:01
38
odpowiedz
VEST3R
0
Junior

Od: DziałBadańHistorycznychEU@AbstergoInc.com
Do: AbstergoMainA@AbstergoInc.com
Data: 11 lis 2028, 09:00PM
Temat: Działalność zakonu na terenie Europy w XVIII w.
Ta nowa technologia odzyskiwania zniszczonych dokumentów jest wspaniała.
Spójrzcie co udało nam się odzyskać. Zapis oczywiście odnosi się do Uchwalenia Konstytucji 3 maja 1791 roku w Polsce. Najbardziej zainteresuje was to, że obiekt wspomina o użyciu fragmentów Edenu.
Pozdrawiam, Cirilla Zamoyska

Załącznik:
2 maja 1791 roku.
Jeszcze rok temu mógłbym postawić zbroję husarską, że skończę jako najemny rębadło dla jakiegoś przygrubego weterana, który zarzeka się, że w młodości Zawisza Czarny mógłby mu trzewiki czyścić. Śmieszne, że wszyscy chcą dzisiaj być wielkimi bohaterami. Napadać na Moskwę i palić okręty Szwedów. Wszyscy, poza mną. Czy teraz jestem w lepszym miejscu niż myślałem, że będę? Wielu ludzi pewnie uważałoby, że tak. Ale jak dla mnie, niczym się nie różnię od zwykłego mordercy. Wpakowałem się w jakiś mistyczny konflikt między dwoma wielkimi bractwami, których członkowie od setek albo i tysięcy lat próbują się pozabijać i przejąć kontrolę nad światem. Takie tam bzdury. Sam nie wiem kto jest głupszy, ja czy ludzie dla których pracuję. Oni myślą, że zmienią świat, a ja myślę, że jestem mądrzejszy od nich. Potrzebowali ludzi którzy mogą zabijać, a ja się do tego nadaję jak mało kto. Przynajmniej karmią dobrze. Kto jest lepszy? asasyni czy templariusze? Nie mam pojęcia, oba bractwa są tak samo zapatrzone w swoje racje. Zostałem asasynem bo potrzebowałem jakiejś pracy. Czuję, że jutra mogę nie przeżyć i postanowiłem, że spiszę swoje ostatnie myśli. Może to przez ojca, on zawsze spisywał swoje idiotyczne przemyślenia. W każdym razie, jutro mamy bronić podpisania konstytucji. Co o tym myślę? Nic, nie mam pojęcia co to oznacza. Gerwazy, największy mądrala jakiego znam, twierdzi, że to historyczny moment który zmieni świat na zawsze. Tak samo jak i jego przyjaciel który cały czas powtarza, że Gerwazy to imię idealne i powinno się znaleźć w jakiejś sławnej powieści. Rozbrajająca z nich para dziwaków. Szkoda, że moja matka tego nie słyszy, pewnie wypluła by wszystkie zęby. Templariusze pewnie nas wybiją co do jednego. Ale to nic, najważniejsze, żeby konstytucja została podpisana. Jesteśmy jedynie dywersją. Choć według mądrali powinniśmy być bezpieczni, bo przesunęli potajemnie datę podpisania o 2 dni, lecz ja wiem, że templariusze są zawsze krok przed nami. Szczwani skubańcy z nich, a do tego bogaci jak sam papież. Ciekawe co by było, gdyby papież też był templariuszem. Ha! To by dopiero było. Wczoraj, miałem zaszczyt osobiście spotkać Ignacego. Jest ważną szychą i pewnie zmieni historię, a spotkałem go ja, zwykły obszczany zabójca w kapturze. Szach-mat matko. Bije z niego charyzma, wygadany i przystojny. Moi rodzice daliby sobie ręce uciąć żebym był jak on. Muszę już iść spać, żeby być gotowy na 3 maja. Niech Bóg czy inne wsio mnie osądzi.

Nie mogę zasnąć, trzęsę portkami. Prawie jak za starych czasów, kiedy uciekałem przed pijanym tatusiem.

4 maja 1791
Udało mi się przeżyć. Atak templariuszy nie był atakiem skrytobójców. O nie. To był atak małej armii. Szturm na nas. Używali magii, która naginała umysły mych towarzyszy. Zdarzenie nie do opisania. Na szczęście podpisanie Konstytucji przebiegło bez problemów. Od wczoraj Polska świętuje jakby nie robiła tego przez 100 lat. A ja umieram ze świadomością, że jestem bohaterem. Dziwnie potoczyło się dla mnie życie.

04.11.2017 19:36
39
odpowiedz
gamer2318
1
Junior

Widziałem ich jak walczyli i ginęli w imię niepodległości. Mówili o wolności i sprawiedliwości.

Ale dla kogo ?

10 Lipca 1649

Od lat napadali na nasze miasta Kozacy i Tatarzy. Rabowali oraz zabijali mieszkańców, nie byliśmy w stanie nic zrobić. Nasze wojsko nigdy nie wróciło z tarczą. Tego dnia Kozacy oraz Tatarzy zaplanowali atak na Zbaraż. Był on małym zamkiem, więc mieliśmy do dyspozycji duży zapas broni wielkie mury, a także fosę.
Moim głównym celem do zabicia byli Bohdan Zenobi Chmielnicki, hetman wojsk zaporoskich oraz chan krymski Islam III Girej dowódca Tatarów.

11 Lipca 1649

Pierwszy szturm przeprowadzono już 11 lipca. Twardy opór obrońców i ciężkie straty nacierających pułków kozackich dały znać, że czasy łatwych zwycięstw kozacko-tatarskich skończyły się. Sukcesywnie odpieraliśmy kolejne szturmy. Prowadzone przez Kozaków prace ziemne, zmuszały Nas do stopniowego cofania się i zmniejszania obszaru umocnień.

13 Lipca 1649

Do kolejnego szturmu doszło dwa dni później, 13 lipca. Był on jeszcze groźniejszy od poprzedniego. Piechota koronna silnym ogniem z broni palnej odpierała nacierających wrogów. Znów byliśmy górą. Przeciwnik rzucił się do panicznej ucieczki, a za husarią podążyła lekka jazda, dobijając niedobitków.

17 Lipca 1649

Tego dnia nadeszła odsiecz.
Odsiecz, która była prowadzona przez króla Jana Kazimierza ,składała się z 25 tysięcy żołnierzy, ponieważ wieści zostały rozesłane zbyt późno i pomoc nie zdążyła przybyć. Do piechoty dołączyli się również Asasyni. Po wielu tygodniach męczącej obrony Zbaraża , zaczęło Nam brakować jedzenia i prochu.

17 Sierpnia 1649

Po długich i męczących tygodniach obrony Zbaraża podpisaliśmy ugodę Zborowską, która była bardzo niekorzystna dla Naszego państwa. Warunkiem tej ugody było :
Bohdan Chmielnicki pozostanie Hetmanem Wojsk Zaporoskich
Zwiększono rejestr Kozaków z 6 do 40 tys.
Na Ukrainie pozostały pod kontrolą Kozaków 3 województwa: Kijowskie, Bracławskie, Czernihowskie. Wszelkie urzędy na tych terenach otrzymywać miała szlachta prawosławna. Wojskom koronnym, Żydom i jezuitom wstęp na ten obszar był zabroniony.
Członkiem senatu Rzeczypospolitej miał zostać metropolita kijowski (podczas sejmu jesiennego biskupi katoliccy nie wpuścili do senatu metropolity kijowskiego Sylwestra Kossowa)
Z chanem zawarto przymierze zaczepno-odporne, obiecano spłacić zaległe upominki i co roku nie zwlekać z ich płaceniem.
Rzeczpospolita odstąpiła chanowi prawo do wypasu trzód w Dzikich Polach nad Dnieprem, Dniestrem i Bohem.
Powracający na Krym Tatarzy otrzymali prawo do brania napotkanej ludności w jasyr.
22 Sierpnia 1649 roku

Tego dnia mieliśmy się poddać. Wszystkie Moje oddziały zaczynały padać z głodu i wycieńczenia. Moje wojsko zaczęło się wycofywać. W pewnym momencie postanowiłem zejść z wieży i wraz z piątką moich kompanów Asasynów dosiąść konia i ruszyć w obronie Zbaraża. Strzelając do mnie i do moich kompanów zraniono konie. Wtedy okazało się ,że znajdujemy się wystarczająco blisko ,żeby dobiec i pozabijać wrogów. Moi ludzie ujrzawszy Naszą waleczną postawę, znaleźli w sobie hart ducha. Po zlikwidowaniu moich głównych celów i wygranej walce, przekazałem władzę Jeremiemu Wiśniowieckiemu , a sam udałem się w dalszą drogę. Od tamtego wydarzenia Kozacy i Tatarzy przestali napadać na Zbaraż.

04.11.2017 19:51
40
odpowiedz
Damian4060
2
Junior

Bracia i siostry jutro nastąpi pamiętny dzień dla Polski w końcu zostanie uchwalona konstytucja. Król w końcu przejrzał na oczy i wyrwał się, głównie dzięki naszej pomocy, spod mocy carycy, która jak wiemy jest pod nieustannym wpływem templariuszy. Używają zapewne do tego fragmentu edenu jak donosi nasz agent przebywający w Rosji. Gdy tylko dowie się, kto za tym stoi niezwłocznie wymierzy mu sprawiedliwą karę i odzyska fragment. Król mądrze postąpił przyspieszając obrady, przekupna szlachta siedzi jeszcze w swoich domostwach po przerwie wielkanocnej i korzysta z życia ani myśląc a tym, co się będzie tutaj jutro dziać. Lecz templariusze już wiedzą i na pewno będą chcieli przeszkodzić w jutrzejszej uroczystości. Tylko czekać, aż szlachta się dowie i dojdzie do powstania, nie możemy na to pozwolić. Aureliusz i Zygmunt udacie się na obrady i dopilnujecie, aby wszystko przebiegło dobrze. Ja tym czasem spróbuje dowiedzieć się, co zdecydują zdrajcy i skontaktuję się z wami.
- Mentorze to nie jest dobry pomysł templariusze tylko na to czekają.
- Nie martw się Mario nie bez powodu zostałem mentorem. Po wydarzeniach z 72 spodziewam się najgorszego.
- Czyżby następny rozbiór?
- Niewykluczone, nie zapominajmy, że cesarz Prus i Austrii są rządni ziem, a namowy templariuszy tylko do tego prowadzą. Dobrze wiedzą, że Polska bez rządów szlacheckiego „liberum veto” urośnie w siłę, a to źle wpłynie na układ sił w Europie, a co gorsza na ich manipulacje. Dlatego jeśli Rzeczpospolita upadnie ich wpływy urosną jeszcze bardziej, a nasz naród stanie się ciemiężony na wieki.
-Mistrzu, mistrzu. -zawołał Adalbert, który właśnie wparował na miejsce spotkania.
-Co się stało bracie.
-Templariusze już powiadomili szlachtę. Mają się z nimi spotkać w Targowicy, aby ustalić jak udaremnić wprowadzenie konstytucji. Obawiam się, że nie obejdzie się bez inicjatywy Rosji.
-Czyli jest gorzej niż myślałem. Templariusze w ogóle nie przejmują się jutrzejszym głosowaniem. Chcą od razu przejść do ofensywy, a konstytucja będzie tylko dobrym powodem do przekonania szlachty. Nie zdziwiłbym się, gdyby się okazało, że spotkanie w Targowicy to tylko pretekst, a prawdziwa konfederacja odbyła się już wcześniej.
-Jeśli Rosja wkroczy na teren Polski to i na pewno Prusy i Austria. – Wtrąciła Maria.
-To, że Fryderyk wkroczy to jest nawet więcej niż pewne, ale na udział Austrii bym nie liczył, są zajęci rewolucją we Francji. – Wyjaśnił Adalbert.
-Możemy tylko liczyć na cud tak jak w przypadku naszego sukcesu w Stanach Zjednoczonych. – Powiedział Zygmunt.
- Więcej wiary Zygmuncie jeden asasyn może dużo zmienić. Przypomnij sobie historię Ezio Auditore jak spustoszył szeregi włoskich templariuszy.
-Ma mentor rację, ale to były inne czasy nasze bractwo jest za słabe na regularną wojnę z templariuszami.
-A co mamy pozwolić na ich wygraną!?
-Przypomnijcie sobie motto naszego bractwa „Tam, gdzie inni ślepo podążają za prawdą…”
- Nic nie jest prawdziwe - odpowiedzieli chórem.
- „Tam, gdzie innych ogranicza moralność bądź prawo, ty pamiętaj…”
- Wszystko jest dozwolone. - odpowiedzieli wszyscy.
-Udaje się do Targowicy, gdy czegoś się dowiem skontaktuje się z wami, a póki co zostańcie tutaj i chrońcie bractwa.

04.11.2017 21:43
41
odpowiedz
rusin91
0
Junior

15 grudnia 1922
(Późny wieczór)
To był dzień przed moim triumfem dla Assasynów, Stanisław Car omawiał z prezydentem (Jednym z głównych Templariuszy) Narutowiczem plan na dzień następny (Między innymi Wizyte u Kardynała Aleksandra Kakowskiego czy też otawrciu salonu sztuki w Warszawskim Zachęciu).Prezydent Templariusz poprosił Cara aby ten towarzyszył mu podczas wizyty w salonie sztuki ten oczywiście nie odmówił i dał słowo że nie powie policjii o planach na dzień 16 grudnia (proste uznał że najlepszym zabezbieczeniem będzie niezwracanie się do władz bezpieczeństwa).

Dzień Egzekucjii
16 grudnia 1922
Warszawa
Na wstępie powiem wam kim jestem nim przejdę do prawdziwej sztuki.
Nazywam się Eligiusz Niewiadomski do zakonu Assasynów należe już ładne pare lat,
ale wcześniej to nie były prawdziwe zadania , każde inne ale nikogo nie musiałem zabijać tylko podrkaść się , ukraść plany czy też podsłuchać rozmowy.
Osobiście jestem malarzem, wykładowcom i krytykiem sztuki i oczywiście uczestnikiem walk o niepodległość Polski (Wtedy też zakon mnie dostrzegł i dostałem propozycje której nie żałuje).
Ale dobra przejdźmy do konkretów.
Mistrz przyszedł tuż nad ranem (Niestety nie moge zdradzić kim jest nasz mistrz)
Wręczył mi hiszpański rewolwer i powiedział że mam zaatakować podczas Otwarcia Zachęcia.
Sam wolałbym później i z ukrytego ostrza ale mus to mus, Mistrz ma zawsze rację.
o godzinie 12 wszedłem do budynku i oczekiwałem momentu, nagle za pare minut dostrzegłem że Cel (Wzrok orła znowu nie zawiódł) przygląda się obrazowi Teodora Ziomka "Szron" (Osobiście jako malarz powiem że nie był zbyt fascynujący).
Chwyciłem rewolwer i poszteliłem go 3 razy wtem Narutowicz zaczął się słaniać i upadł na podłoge, obok była poetka Kazimiera Iłakowiczówna, która potrzymywała jego głowe, Oólnie było niezłe zamieszanie Premier Nowak zaczął wzywać lekarzy a mnie zamurowało nie wiem czym , chyba triumfem wolałbym zabić Piłsudzkiego (Osobisty wróg numer jeden mój) ale do Narutowicza też żywiłem uraz przez mój zakon. Prezydent leżał już martwy na ziemi stwierdzono krwotok i zgon, a ja dalej mierzyłem w niego nagle zostałem pochwycony przez wiceprezesa Zachęty, malarza Edwarda Okunia i jednego z adiutantów prezydenta i bez oporu dałem się rozbroić. Po czym powiedziałem: Nie będę więcej strzelać (swoje osiągnałem mistrz uprzedził mnie abym dał się schwytać , że mnie wyciągnie z kłopotów).
Ale myliłem się, zostałem oszukany nikt nie chciał mi pomóc uświadomiłem sobie że czas na śmierć , godną smierć.
30 grudnia 1922, w pierwszym dniu procesu, zostałem skazany przez sąd na karę śmierci, której sam dla siebie zażądałem (niechce gnić w więzieniu). W czasie procesu przyznałem się, że przez pewien czas nosiłem się z zamiarem wykonania zamachu na Józefa Piłsudskiego, uznając go głównym winowajcą demokratycznego i lewicowego rozkładu, który psuł moim zdaniem Polskę.Zrezygnowałem w tym momencie, gdy przeczytałem w gazecie, że Józef Piłsudski zadeklarował, że nie zamierza się ubiegać o urząd Prezydenta RP.
Oczekując na wykonanie wyroku napisałem Kartki z więzienia – zbiór przemyśleń dotyczących polityki. Ukończyłem także Malarstwo polskie XIX i XX w.
W momencie egzekucji wyraziłem wolę, by nie przywiązywano mnie do słupka ani nie zawiązywano mi oczu.

~Eligiusz Niewiadomski

Jego ostatnie słowa brzmiały: „Ginę za Polskę, którą gubi Piłsudski!”. Został rozstrzelany przez pluton egzekucyjny 31 stycznia 1923.

04.11.2017 21:44
42
1
odpowiedz
Mike.J
4
Junior

Gdzieś na ulicach Paryża.

- Jak sprawy się mają z panną Skłodowską ?
- Jednemu z naszych ludzi, Pierre’owi udało zbliżyć się do niej na tyle, że stanie z nią niedługo
na ślubnym kobiercu, mój Panie.
- Doskonale! Pamiętaj, Jacquess, o jaką stawkę toczy się gra. Zakon potrzebuje tych badań,
napięcie na świecie rośnie, a ja nie lubię przegrywać.
- Tak, Panie.

Zdobione drzwi domknęły się głucho i powóz odjechał z tętentem końskich kopyt.

***

Był rok 1898. Zakochani w sobie bez pamięci, nie byli świadomi, jak bardzo zostali
wplątani w grę, o której nie mieli pojęcia. Byłem ich asystentem i pomagałem im podczas
tych całych „promieniujących” badań. Gdyby to ode mnie zależało, sacrebleu! Zostawiłbym
to, ale bractwo każe, uczeń wykonuje. Żebyście ich tylko widzieli… Jakby każdej nocy
spotykali wampira, a ten zostawiał z nich coraz mniej. Każdego dnia, dumnie służąc bractwu,
skrupulatnie przepisane notatki i wyniki badań przekazywałem radzie, wynosząc je pod
fartuchem. Nie było to wcale takie trudne. Aż dziw bierze, że zapatrzeni w swoje diabelskie,
świecące probówki nie zapomnieli o oddychaniu.
18 Lipca przedstawili swoje dzieło. Nazwali je Polon, na cześć Polski, urocze…
Kilka dni później ich nowe dziecko- Rad.
Bractwo przedstawiło Pani Curie propozycję współpracy. Jej mąż wściekł się, gdy tylko mu o
tym opowiedziała. Probówki trzaskały, rozpadając się na małe... zielone świetliki.
Co za dureń! Trzeba się pozbyć tego templariuszka.

***

19 kwietnia 1906 ulica Dauphine, Paryż

Mglisty i deszczowy dzień. Pędzące konne wozy rozchlapują kałuże na płaszcze przechodniów.

- Panie Pierre! – Pierre usłyszał głos zza pleców, wychodząc z bocznej uliczki.
- Nie zgodziliście się na nasze warunki – ujrzał zakapturzoną postać. Deszcz spływał po
materiale, skapując ze szlufek i zapięć. Postać odsłoniła twarz.
- Pracowałeś dla nas, byłeś jak rodzina. To wcale nie musi się tak skończyć Gustave.
- Przepraszam pana, panie Pierre.
- Gusta…!

We mgle rozbrzmiewał trzask podeszw o zmoczony bruk. Pierre raniony w gardło wytoczył
się na główną ulicę. Pędzący woźnica staranował go, a konie i koło wozu dokończyły dzieła...
Nikt niczego nie widział… Cóż za niefortunny wypadek.

***

Nazywam się Gustave Bémont. Tak, to ja zabiłem Pierre’a Curie. Niczego to nie
zmieniło, jak większość pochopnych decyzji Bractwa. Maria dzięki Zakonowi otrzymała
Katedrę Fizyki po mężu na Sorbonie. Została pierwszą kobietą profesorem. Bractwo znowu
musi przełknąć smak porażki. A ja? Co z tego mam?
Zostałem wystawiony przez Bractwo i leżę teraz samotnie w swoim pokoju. Ręce,
którymi zabiłem Pana Pierre’a, święcą w mroku jak dwa szafiry. Strasznie bolą mnie
wszystkie kości. Jestem zmęczony, położę się na chwilę.

post wyedytowany przez Mike.J 2017-11-04 21:46:25
05.11.2017 01:04
43
odpowiedz
dusiciel18
0
Junior

(…) Józef przeszukując mieszkanie Niewiadomskiego natrafił na dziennik, jego treść lekko ujmując postanowił „sprofanować” gdyż to co intymne powinno takie pozostać. Jednak wiedząc jaką wagę ma misja którą wykonuje dla zakonu, postanowił odczytać ostatnie wpisy swojego dawnego przyjaciela które powinny rzucić światło na dezercję Eligiusza jak i czyn, którego się dopuścił:

Warszawa 14 grudnia 1922 r.- Czwartek
Ten dzień nadchodzi. Nieubłaganie me przeznaczenie się wypełni, wreszcie uwolnię się od tego cuchnącego świata. Odpokutuję swoje grzechy, o tak, nareszcie zmyję tę hańbę! Ten brudny szczur, przebrzydła laleczka asasynów, Narutowicz, ma odwiedzić w sobotę Salon TZSP. Mój mistrz miał rację, zastrzelę go tak jak on zabił mnie! Przebrzydłe świnie, myślały że nie dowiem się o ich manipulacjach? Chcą zdobyć moc dla siebie. Wpajali mi, że walczymy z templariuszami dla wyższego dobra! Ha! Oszuści! Najpierw Narutowicz, potem Piłsudzki- wytępimy tą zarazę za jednym zamachem. Jabłko pokazuje mi prawdę.. jabłko pokazuje mi przyszłość.. jabłko..

Warszawa 15 grudnia 1922 r.- Piątek
Mistrz ponownie przybył do mnie we śnie, powiedział że jestem blisko celu … jego słowa brzmią tak słodko, jak śpiew chóru aniołów. Pfu, anioły nie istnieją. NIC NIE ISTNIEJE. Istniejemy tylko MY. Rządzić będziemy tylko MY. Widzę przyszłość.. jabłko mi ją pokazuje.. nie wiem czy wytrzymam. Mistrz każe mi na nie patrzeć, choć to tylko sen, to i tak odczuwam ból. Robię to dla Nas.

Warszawa 16 grudnia 1922 r.- Sobota
Jestem gotów. Zabiję go. Zabiję. Dla Pana. Dla Jabłka. Dla Mistrza. Dla Nas.

Wczytując się w wersety dziennika Józef przypomniał sobie nagle o napisie wyrytym w celi Niewiadomskiego, który imitował wpis do dziennika, jednak był on na tyle dziwny, że należało go jak najszybciej usunąć (aby nie wzbudzać podejrzeń)

Nwoy Yrok xx 2012 r.- Knieoc
Bginoi nłaeszda. Ona tu jset

Dziwna, niezrozumiała treść z celi wzbudziła niepokój wśród zakonu asasynów. Ten rok? Jedyne słowo, które odczytano to „Ona”. Kim jest ta tajemnicza „Ona”? Józek jednak nie zastanawiał się w tym momencie nad tym, gdyż musiał szybko czmychnąć z mieszkania i dostarczyć informacje do kwatery głównej (...)

05.11.2017 01:52
44
odpowiedz
1 odpowiedź
GreenAvocado
0
Junior

Uszy przytkane i ledwo widzę na jedno oko, ale to oznacza, że żyję. A to dobry znak, nawet bardzo dobry, tylko ten smród jest nie do wytrzymania. Za wszelką cenę powinienem przypomnieć sobie co się wczoraj działo. Pierwsza była długa biała kreska na moim starym biurku, potem, potem poszedłem się chędożyć zapewne by zapomnieć, że jedynym moim prawdziwym kompanem jest mój pies. Ku*na, muszę wracać, przecież nic mu nie dałem do jedzenia a kto wie, ile mnie nie było i czy aby na pewno był to tylko jeden dzień.

Warszawa jak zawsze promieniuje i faktycznie choć nie jest to Paryż czy Praga uwielbiam to miasto. Pomimo, że miało być zostać moją niedolą po nieudanej misji w Paryżu a to tylko dlatego iż nikt nie wierzył, że zakon asasynów się odrodził i zyskuje coraz to większą władzę. Ale, to też dobrze, jeżeli prawidłowo to rozegram to niedługo będę na dowrze Katarzyny a w tedy zniszczenie tej drużyny anarchii nie będzie stanowiło dużego problemu. Teraz tylko uniknąć patrole Gwardii Królewskiej i straży marszałkowskiej i zaraz będzie moja mała kamienica.

„Witam waćpana.” Oj Kazik nie wygląda najlepiej, pewnie znowu próbowali go zabić i kto wie, czy nie było by to nawet lepiej. „Witam, czego znowu?” odpowiedziałem, może nie mądrze, ale dalej nie jestem w stanie myśleć trzeźwo i pies kwiczy. „Sejm przełożył obrady z piątego Maja na trzeciego, wszystko idzie zgodnie z planem. Dodatkowo, już kilka przeciwników konstytucji leży trupem, najprawdopodobniej zamach jak przewidywaliśmy.’’ Tak, asasyni jednak nie myślą dalekosiężnie, strata władzy w tym maleńkim państwie i wyparcie liberum veto wcale nas nie osłabi. Zapewne liczą na rewolucję jak we Francji ale.. no rzesz, pies kwiczy. ,,Załatw resztę i jedź do Targowic, wiesz co robić.’’ Pora nakarmić biedne zwierzę szkoda tylko, że to jego ostatni posiłek. Musi umrzeć, nie mogą dostać się do niczego na czym mi zależy. Porządek świata musi być osiągnięty za wszelką cenę w szczególności zwierzęcia. Aczkolwiek to jak na mnie patrzy…
Wystarczył jeden strzał by zabić moją jedyną prawdziwie ludzką część, teraz pora wytropić tego kto zabija wszystkich moich agentów. Na obradach będzie ponad dwieście osób więc nie będzie łatwo. Jeżeli tylko wystawić łatwą przynętę to może poskutkuje wystarczająco dobrze.

„Zabiję własne dziecię, aby nie dożyło niewoli, którą ten projekt krajowi gotuje!” Jak zawsze przesadzają, aczkolwiek powinno poskutkować. To jak drze się Jan, gdy Król Stanisław August Poniatowski jest zaraz przed zatwierdzeniem drugiej światowej konstytucji. Szkoda tylko, że tym samym patrzy na jegomość, którego nie poznaję i choć szpiegowanie nigdy nie było moją mocną stroną jakoś jeszcze mnie zauważył. Wywracam się. Leżę i teraz wszystkie oczy są na mnie skierowanie, włącznie z asasynem. Jeżeli szybko czegoś nie wymyślę to nie dożyję jutra.
,,Wódka dla wszystkich! Świętujmy wolność narodu!” Janusz zawsze był lepszy ode mnie i znacznie bardziej bystry. Odciąga mnie na bok, gdy ja udaję już lekko wstawionego. ,,Chyba podziałało Ignacy, ale gdyby nie ja stracilibyśmy też ciebie. Pamiętaj, że zakon jest słaby i nie możemy Ciebie stracić’’, ,,Wiem, to przez to oko’’ Przecież nie mogę mu powiedzieć o psie i, że się zamyśliłem. ‘’Ten w zielonej czapie to nasz asasyn, powinniśmy go dostać zanim nam znowu ucieknie’’. Jan tylko machną ręką i kilka strażników pojawiło się u jego boku. Nie musieliśmy biec długo by znaleźć nasz cel. Czekał na nas i w ciągu kilku sekund dwóch wojaków leżało martwych. ,,Nie rozumiecie, że nie będzie porządku!! Koniec z liberum veto! Koniec z niszczeniem królestwa!’’ Krzyczał jak opętany, idealista jak ja, szkoda że nie po naszej stronie. W tej chwili kula wbiła się w moje ramię. Skubaniec miał ukryty pistolet, ale czterech na jednego nie można przegrać. Był na prawdę doby i przed odejściem odebrał też życie Janka. Nie wiem, czy było warto. Ale teraz nikt nie zatrzyma Rosji przed zajęciem Polski. Tak samo jak nikt nie zatrzyma Templariuszy przed ocaleniem świata i zapewnieniem harmonii.

05.11.2017 15:52
44.1
GreenAvocado
0
Junior

Minimalnie krótsza (znaków < 3000) i dostosowana do regulaminu wersja:

Uszy przytkane i ledwo widzę na jedno oko, ale to oznacza, że żyję. A to dobry znak, nawet bardzo dobry, tylko ten smród jest nie do wytrzymania. Za wszelką cenę powinienem przypomnieć sobie co się wczoraj działo. Żołądek nie dawał mi spokoju więc zażyłem leki… albo lekarz słaby i przedawkował albo to był zamach. Ważne, że żyję. Kurde, muszę wracać, przecież nic mu nie dałem psiaczynie do jedzenia a kto wie, ile mnie nie było i czy aby na pewno był to tylko jeden dzień. Mam nadzieję, że mój jedyny prawdziwy kompan dalej żyje.

Warszawa jak zawsze promieniuje i pomimo, że miało być zostać moją niedolą po nieudanej misji w Paryżu to uwielbiam to miasto. Może asasyni wygrali poprzednią bitwę, ale jeżeli prawidłowo to rozegram to niedługo będę na dowrze Katarzyny a w tedy zniszczenie tej drużyny anarchii nie będzie stanowiło dużego problemu. Teraz tylko uniknąć patrole Gwardii Królewskiej i zaraz będzie moja mała kamienica.

„Witam waćpana.” Oj Kazik nie wygląda najlepiej, pewnie znowu próbowali go zamordować i kto wie, czy nie było by to nawet lepiej. „Witam, co jest?” odpowiedziałem, dalej nie jestem w stanie myśleć trzeźwo i pies kwiczy. „Sejm przełożył obrady z piątego Maja na trzeciego, wszystko idzie z planem. Dodatkowo, już kilka przeciwników konstytucji leży trupem, pewno zamach jak przewidywaliśmy.’’ Tak, asasyni jednak nie myślą dalekosiężnie, strata władzy w tym maleńkim państwie i wyparcie liberum veto wcale nas nie osłabi. Zapewne liczą na rewolucję jak we Francji, ale … no rzesz, pies kwiczy. ,,Załatw resztę i jedź do Targowic, wiesz co robić.’’ Pora nakarmić biedne zwierzę szkoda tylko, że to jego ostatni posiłek. Musi umrzeć, nie mogą dostać się do niczego na czym mi zależy. Porządek świata musi być osiągnięty za wszelką cenę. Aczkolwiek to jak na mnie patrzy…
Wystarczył jeden strzał by zabić moją jedyną prawdziwie ludzką część, teraz pora wytropić tego kto zabija wszystkich moich agentów. Na obradach będzie ponad dwieście osób więc nie będzie łatwo. Jeżeli tylko wystawić łatwą przynętę to może poskutkuje wystarczająco dobrze.

„Zabiję własne dziecię, aby nie dożyło niewoli, którą ten projekt krajowi gotuje!” Drze się Jan i choć przesadza to zszokował Króla zaraz przed zatwierdzeniem drugiej światowej konstytucji, który zaczął patrzeć na jegomość, którego nie poznaję. Choć szpiegowanie nigdy nie było moją mocną podążam za nim. Wywracam się. Leżę i teraz wszystkie oczy są na mnie skierowanie, włącznie z asasynem. Jeżeli szybko czegoś nie wymyślę to nie dożyję jutra.
,,Świętujmy wolność narodu, panowie! Król wzywa.” Paweł, musiał mnie zobaczyć i szybko zareagować, zawsze był lepszy bardziej bystry. Odciąga mnie na bok. ,,Chyba podziałało Ignacy, ale było blisko. Pamiętaj, że zakon jest słaby i nie możemy Ciebie stracić’’, ,,Wiem, to przez to oko’’ Przecież nie mogę mu powiedzieć o psie i, że się zamyśliłem. ,,Ten w zielonej czapie to nasz asasyn, powinniśmy go dostać zanim nam znowu ucieknie’’. Paweł tylko machną ręką i kilka strażników pojawiło się u jego boku. Nie musieliśmy biec długo by znaleźć nasz cel. Czekał na nas i w ciągu kilku sekund dwóch wojaków leżało martwych. ,,Nie będzie porządku! Koniec z liberum veto! Koniec z niszczeniem królestwa!’’ Krzyczał jak opętany, idealista jak ja, szkoda że nie po naszej stronie. W tej chwili kula wbiła się w moje ramię. Skubaniec miał ukryty pistolet, ale czterech na jednego nie można przegrać. Teraz nikt nie zatrzyma Rosji przed zajęciem Polski. Tak samo jak nikt nie zatrzyma Templariuszy przed ocaleniem świata i zapewnieniem harmonii.

05.11.2017 06:01
45
1
odpowiedz
ArnoP
0
Junior

Huk armat, i swad prochu strzelniczego, krótki to był sen... Po kolejnej nocnej wycieczce kolejny ataman kozacki udał się na niebiański step. Ale co z tego? Na jego miejsce przychodzi kolejny. Chmielnicki ? Zabicie go może i rozwiąże problem, ale chowa się tchórz za plecami Templariuszy z którymi chce podzielić Rzeczpospolita. Może Islam Gerej?
Moze pójdzie po rozum do głowy i w końcu zobaczy że jest tu tylko marionetka? Ech... Muszę coś zjeść.. dziś w menu znowu konina z padlych wierzchowcow, mozna powiedzieć rarytas, za takiego żywego konia można było kupić wieś, no i ta woda, śmierdzi trupem, Kozacy zaczęli wrzucać martwych towarzyszy do rzeki... dlugo nie wytrzymamy.
-Książę ktoś musi iść do Króla a po pomoc, nie wytrzymamy dłużej niż tydzien, brakuje jadla,prochu i wody - powiedział Lanckorynski
- wiem o tym, wysłałem już goncow, nie sposób się przebić przez obóz wroga - wycedzil Wisniowiecki
-Musimy próbować dalej, żadna różnica zginąć tu czy tam - odezwał się cichy zazwyczaj Pan starosta Sobieski- masz przy sobie Assasyna, w nocy zdrowo sobie poczyna w obozie kozackim, wie jakie zwyczaje ma czerń,jak się pomiędzy nimi poruszac, jeśli ma się udać to właśnie jemu.
-Ksiaze spojrzal na mnie smutnym wzrokiem - Arn przyjacielu, długo już jesteś przy mnie, zawsze byłeś obok, czy mogę mieć do Ciebie jeszcze jedna prośbę?
-Mości książę, sam chciałem to zaproponować, napisz list do Króla, w nocy ruszam.
Wyruszylem w ciemnosci. Droga byla niebezpieczna, poniewaz aby przejsc do zamku krola nalezalo przekrasc sie wzdluz calego boku kozackiego taboru. Ostroznie wybralem te droge, poniewaz w nocy przechodzilo tedy bardzo wiele osob a straze niewiele interesowaly sie przechodzacymi. Noc byla ciepla, chmurna i bardzo ciemna co sprzyjalo drodze. Poczulem wielki strach. Zastanawialem sie, czy mozliwe jest wykonanie zaplanowanej misji. Zatesknilem do przyjaciolmi. Mimo tych wszystkich mysli i niepokoju poszedlem dalej.
Spotkalem straznika wroga i zamienilem z nim nawet kilka zdan. Zanim strażnik zorientował się że jestem obcy mial wbite ostrze prosto między kręgi szyjne, zdążył zaledwie jeknac, wiedziałem w jego oczach strach, chciał krzyczeć, nie mógł jednak, sygnały z mózgu nie docierały już do reszty ciała. Schowałem ciało w wozie z sianem, odwróconej się i...
-Ani kroku dalej, Lachu!
Zatrzymałem się. Około czterdziestu kroków dzieliło mnie od grupy.
- Posccie mnie, nie przelewamy więcej krwi
Kozak wykrzywił twarz.Szczęknęła cięciwa. Machnolem szabla, rozległ się przeciągły jęk uderzonego metalu, strzala wyleciał w górę koziołkując, sucho trzasnela w krzakach. Zacząłem iść do przodu
- W kupę – skomenderował jeden. Syknęły szable kosy i siekiery grupa zwarła się ramię do ramienia, najeżyła ostrzami.
Przyspieszyłem kroku,i przeszedłem w bieg – nie na wprost, prosto na grupe, ale w bok, okrążając ją po okregu.
Pierwszy nie wytrzymał, rzucił się na mnie, skracając dystans. Za nim skoczyli nastepni.
- Nie rozbiegać się! – wrzasnął jeden Z medalionem Templariuszy kręcąc głową, tracąc mnie z pola widzenia.
Zaklął, odskoczył w bok widząc, że grupa rozpada się zupełnie. Pobiegłem do pierwszego atakujac z prawej strony, biegnąc w przeciwnym kierunku. Próbował wyhamowac ale przemknąłem obok, nim zdążył unieść siekiere. Zapewne poczuł silne uderzenie tuż nad biodrem. Odkręcił się i stwierdził, że pada. Już na kolanach, zdziwiony spojrzał na swoje biodro i zaczął krzyczeć.
Kolejny wpadł prosto na moją szable, cięty przez całą szerokość piersi, zgiął się wpół, z opuszczoną głową zrobił jeszcze parę kroków i runął. Niewielki tatatzyna dostał w skroń, zawirował w miejscu i padł w krzak dzikiej rozy, ciężko, bezwładnie.
Obróciłem się szybko, dość szybko aby kolejny dostał, przez brzuch, wytrzymał, złożył się do ciosu, wtedy dostał drugi raz, w bok szyi, tuż pod ucho. Wyprężony, postąpił czterykroki i zwalił się na na ciało Tatara.
Templariusz wraz z bliznowatym uderzyli jednocześnie z dwóch stron, Ten z wisioriem zamaszystym ciosem z wysoka, Bliznowaty kosa z przyklęku, nisko, płasko. Oba ciosy zostały sparowane, dwa metaliczne szczęknięcia zlały się w jedno. Biznowaty odbił cios, tak silny, że rzuciło go w tył, musiał przyklęknąć. Podrywając się, złożył blok, za wolno. Dostał cięcie przez twarz, symetryczne do starej blizny.
Templariusz doskoczyl zatrzeszczal szable, nie poczuł uderzenia, nogi ugięły się pod nim dopiero, gdy po odruchowej paradzie usiłował przejść od finty do kolejnego ataku. Szabla wypadła mu z ręki przeciętej po wewnętrznej stronie, powyżej łokcia. Upadł na klęczki, potrząsnął głową, chciał wstać, nie zdołał ukryte ostrze wyladowalo w oczodole. Spojrzal jeszcze na mnie Opuścił głowę na kolana, tak zamarł Spoczywaj w pokoju.
Czym prędzej pobiegłem w stronę skraju obozu, cały czas nasluchiwalem czy nikt za mną nie podąża. Zdolalem dotrzeć do konia, wsiadłem na niego i pojechałem jak najszybciej do krola, z tylu słyszałem tentent koni scigajacych mnie jeźdźców, jednak kiedy się oglądałem nikogo nie było... to tylko upiory, upiory tego miejsca które zostawiłem w tyle. 7 sierpnia 1649 roku dotarłem do Króla, który to natychmiast ruszył z odsieczą...

05.11.2017 07:28
50
odpowiedz
KrzysiekST
0
Junior

Asasyni walczą o pokój, a templariusze chcą przejąć władzę nad światem, przecież to oczywiste.

Niektórym graczom wystarczy samo to, że dostają zwinnego skrytobójcę z efektownym ukrytym ostrzem. Innych cieszy oddanie bractwu i przewodzenie grupą lojalnych morderców. Templariusze mogą mieć władzę i pieniądze, lecz na pewno nie mają tak szlachetnych wartości, jak my, biedni asasyni… prawda?

Guzik prawda. Stałe wrzucanie gracza w zakapturzone stroje i bezmyślne powtarzanie w kółko tytułowego kredo niespecjalnie prowokuje do zastanowienia się nad rzeczywistym sensem wojny podjazdowej z templariuszami. Ot, odwieczny przeciwnik, pretekst do cichej rzezi. „Nic nie jest prawdziwe, wszystko jest dozwolone” kusi naszych młodych bohaterów niczym Korwin-Mikke licealnych żołnierzy prywatyzacji. Starsi „mędrcy” w kapturach niczym przewodzący kultu nęcą zagubione sieroty obietnicami odegrania się na brzydkim zakonie za zabójstwo rodziców. Nawet palce sobie kiedyś odcinali, wariaci!
Altairowi wpoili kredo rodzice-asasyni i był manipulowany przez mentora Al Mualima, Ezio również odziedziczył przynależność do bractwa, napędzając się dodatkowo nienawiścią za egzekucję ojca i braci; Connorowi templariusze spalili wioskę i uśmiercili matkę, więc zagubiony chłopak trafił do starego emeryta, który dał już sobie dawno spokój z lataniem i dźganiem pierwszego lepszego wroga, ale zobaczył w tym pustym dzieciaku „nadzieję”. Edward Kenway chciał tylko zarobić, ale Assassin's Creed IV: Black Flag (PS4) nawet nie próbuje już maskować faktu, iż asasyni są bandą dzikusów kryjących się po dżunglach.

Nie chcę wchodzić tu z historycznym odpowiednikiem bractwa, bo wtedy musiałbym też zawęzić się tylko do pierwszej części. Wiadomo, że działali w średniowieczu, nie istniały wysuwane z rękawów ostrza, a zamiast przyciągającego uwagę kaptura nosili zwykłe ubrania pozwalające wtopić się w tłum. Przymykamy oko na te rzeczy, bo najważniejsza jest rozgrywka. Nie można w ten sposób jednak tłumaczyć lekceważenia fabuły i wartości obu stron konfliktu.
Ofiary Altaira robiły coś złego, wierząc w wyższe dobro swoich czynów. My jednak posłusznie odbieraliśmy im życie, "by chronić niewinnych" i na zarzuty o ich podobieństwo, kierowany przez nas zabójca odpowiadał „twoja śmierć to niewielka cena, by uratować wielu innych” - czyli dokładnie to samo przekonanie, co umierający. I cytat z naszego obrońcy uciśnionych:

Ludzie powinni mieć wolność wyboru tego, co robią. Nie mamy prawa karać kogoś za jego zdanie, niezależnie od tego, czy się z nim zgadzamy.

Dopiero w Assassin's Creed® III (PS3) mieliśmy szansę zagrać i poznać trzeźwo myślącego byłego asasyna* – templariusza Haythama Kenwaya, ojca Connora. Bezlitosny typ, który pomimo swoich korzeni, skończył ostatecznie w zakonie. Gdy staje naprzeciw swego syna, wydaje się gardzić jego życiem, choć w rzeczywistości robi wszystko, by Connor sam ujrzał, ile warte są wpojone przez Achillesa ideały i jego sojusznicy. Wiedział na przykład kto rozkazał spalić jego wioskę, ale z ujawnieniem tej informacji wolał poczekać do najgorszego momentu. Wydaje się pierwszym, który w końcu poświęcił chwilę na poszukanie jakiegokolwiek celu w działaniach zakapturzonych. I jak się domyślacie - nie znalazł żadnego.

*Cóż, jeśli mamy wchodzić w szczegóły, nigdy oficjalnie nie dołączył do bractwa, ale odpowiedni trening odbył (więcej w powieści Assassin’s Creed: Porzuceni).

Connor: Powiedz mi coś... Mogłeś mnie zabić przy naszym pierwszym spotkaniu – co cię powstrzymało?
Haytham: Ciekawość. Jeszcze jakieś pytania?
Connor: Czego naprawdę chcą templariusze?
Haytham: Porządku. Celu. Rozwoju. I tyle. A twoi towarzysze mieszają to wszystko z bezsensowną gadaniną o wolności. Przed wiekami asasynom przyświecał bardziej szczytny cel, był nim pokój.
Connor: Wolność TO pokój.
Haytham: Skądże. To zalążek chaosu.
I tak klaruje nam się podział: asasyni – wolność i chaos, templariusze – kontrola i porządek. Podział teoretyczny, bo oprócz Haythama, praktycznie cały zakon składa się z przygłupów i sadystów, z kolei skrytobójcy eliminują kolejnych wysoko postawionych członków wrogiej organizacji nie myśląc nawet o następstwach.

Problemem serii Asssassin’s Creed jest to, że nie mamy komu kibicować. Da Vinci czy niewyżyty seksualnie Benjamin Franklin byli całkiem zabawni, Machiavelli dał radę, ale nie możemy skupiać się na drugoplanowych postaciach historycznych, to nie ma sensu. Na Arno Doriana nie liczę, bo nie różni się od całej reszty młodych kołków szukających zemsty, lecz Shay Cormac z Assassin's Creed Rogue (PS3)… cóż, przynajmniej będziemy mogli w końcu zabić kilku asasynów i raz jeszcze spotkać Haythama.

05.11.2017 08:39
51
odpowiedz
pawlo2015
5
Junior

Do bitwy doszło 15 lipca 1410. Krzyżacy zgromadzili około 15-20 tysięcy wojska, Jagiełło i Witold dysponowali około 30 tysiącami rycerzy i wojowników. Przewaga była po stronie polsko-litewskiej. Armia zakonna stała w upale na otwartym polu, co wykorzystał Jagiełło opóźniając starcie. Jego siły odpoczywały w lesie.A JA SIEDZIAŁEM I PRZYGLĄDAŁEM SIĘ Wielki Mistrz, a dokładnie heroldowie księcia szczecińskiego Kazimierza oraz króla węgierskiego Zygmunta Luksemburczyka, który dwa dni wcześniej wypowiedział oficjalnie wojnę Polsce, podarowali Jagielle i Witoldowi dwa nagie miecze. Gest ten Polacy odebrali jako arogancki, nie znali bowiem tego rycerskiego zwyczaju, który był od dawna praktykowany na zachodzie.ZAŁATWIŁ BYM KAŻDEGO PO KOLEI ALE WOJSKA BYŁO DUŻO POTRZEBOWAŁ BYM WSPARCIA MOICH BRACI Gdybym ja utracił bliską mi osobę, i spotkał się twarzą w twarz z zabójcą, nie sądzę abym pamiętał o sumieniu...i gdzieś bym miał zasady, chęć czynienia dobra itd. (jak asasyni) zabiłbym z czystej zemsty i nienawiści i stałbym się zwykłym mordercą...a asasyni, zakon...to jest taka organizacja która właśnie skupiała ludzi pozbawionych sensu życia, wyjętych spod prawa właśnie z powodu zemsty itd. Gdybym był przyparty do muru i wydarzyłoby się coś naprawdę strasznego w moim życiu, co skłoniłoby mnie do odebrania komuś tego co najcenniejsze, chciałbym aby istniała taka organizacja i chciałbym do niej dołączyć, aby zapomnieć, otrzymać schronienie, nową "rodzinę" i starać się czynić dobro nawet przez zabijanie (to brzmi tak głupio i paradoksalnie, ale kto raz zabił do końca jest mordercą co w jakiś pokrętny sposób może, choć nie musi, usprawiedliwiać jego czynienie dobra poprzez handlowanie śmiercią)Po godzinie walki skrzydło litewskie rzuciło się do ucieczki i mimo potężnego krzyku Witolda nie udało się go zatrzymać. Część wojsk krzyżackich rzuciła się w pogoń, ale pozostali zagrozili walczącym oddziałom polskim. Sytuację uratowały trzy pułki smoleńskie, które pozostały na placu boju i za cenę ogromnych strat dały czas polskim chorągwiom na przegrupowanie. Wraz z Litwinami do ucieczki rzuciły się zaciężne wojska z Czech i Moraw, ale pod polskim obozem udało się opanować panikę i powróciły do walki.WTEDY JA JAKO CICHY ZABÓJCA ZABIJAM JEDNEGO PO DRUGIM NAWET WRÓG NIE WYCIĄGNIE MIECZA JEST JUŻ MARTWY DUSZE WROGA JAK JEST CIEMNO WBIJAM IM NÓŻ W PLECY OSTRZE OSTRE JAK 1000 BATÓW EGIPSKICH MIECZ JEST JAK OGIEŃ W WOJNIE GDY WIDZE Po trzech godzinach walki, siły Zakonu uległy wyczerpaniu. Ulrich von Jungingen przegrupował swoje wojska i stanął na czele 16 chorągwi, które przeprowadzić miały decydujące natarcie. Poprowadził je szerokim łukiem i zamierzał uderzyć na polskie prawe skrzydło. Natarcie przechodziło obok miejsca, w którym z niewielką ochroną stał Władysław Jagiełło, jednak Wielki Mistrz nie pozwolił na zmianę kierunku natarcia (być może nie wiedział, kogo pilnuje oddział) licząc na zaskoczenie Walka jest podstawową rzeczą Pokojowe rozwiązania nie mają tu miejsca, więc chcąc nie chcąc, musisz ubrudzić swoje dłonie w czerwonej i ciepłej posoce twoich przeciwników.

05.11.2017 11:06
52
odpowiedz
Mufinekprosionapiwek
0
Junior

Przed bitwą pod Grunwaldem...
Przed bitwą pod Grunwaldem spotykają się obie armie. Zadowoleni z tego, że się wzajemnie odnaleźli urządzają imprezkę.
W krzyżackim obozie wszyscy napie**oleni, klina klinem popychają, sytuacja trwa kilka dni. Pewnego poranka budzi się Wielki Mistrz Ulryk von Jungingen i odbierając podawaną mu flaszkę, pyta sługi:
- Co to my dzisiaj mamy?
- Dzisiaj ma być bitwa, Wielki Mistrzu...
- O k...a... - powiedział skacowany Mistrz przecierając twarz.
Gdy już po paru głębszych Mistrz zaczął kontaktować, doszedł do wniosku, że zamiast wymordowywać się wzajemnie można by wystawić do walki po jednym rycerzu z obu stron i wygra ta strona, której rycerz zwycięży. Nie będzie musiało tylu ginąć. Jak pomyślał - tak zrobił. Wysłali więc kolesia z dwoma mieczami (czy dwóch gości z jednym mieczem?) z poselstwem do Polaków. A tam... balanga na całego! Trzeba znaleźć Jagiełłę! Po pewnym czasie odnaleźli go w końcu naj***nego w stogu siana. Przystał Na wszystko, co mu powiedzieli...
Teraz trzeba wybrać odważnego do walki. Krzyżacy nie mieli z tym większego problemu - wybrali oczywiście Zygfryda de Loewe - najmężniejszego z mężnych. Był to rycerz z drewna nie strugany. 3,80 wzrostu, 2,40 w barach. Teraz trzeba znaleźć dla niego konia. Niestety, jakiego by nie przyprowadzili, to albo się załamywał albo Zygfryd kolanami o ziemie szorował... Sytuacja beznadziejna. Na szczęście Wielki Mistrz miał znajomości u Hannibala.
- Masz tu ode mnie tego słoniokonia - na pewno będzie dobry.
Rzeczywiście, teraz to Zygfryd nawet stopami ziemi nie dotykał. Kolejny problem to miecz: szukają i szukają, ale żaden nie jest dobry. Największy miecz jaki znaleźli w całych Prusach to Zygfryd w trzech palcach trzymał! To przecież bez sensu! Poszli więc do kowala, aby wykuł odpowiednie oręże. Kowal wykuł najpotężniejszy miecz jaki istniał - siedmiometrowy! Zygfryd zważył go w ręku, jak machnął, to za jednym zamachem ściął 14 dębów! No, tym to mogę walczyć! Pozostała jeszcze zbroja. Jakiej by nie znaleźli to albo za mała, albo jakaś taka lekka... Ostatecznie stary znajomy kowal wykuł odpowiednią zbroję dla Zygfryda. Zajebista płytówka - pasowała jak ulał, zdobiona złotem i nader wszystko wytrzymała. Zygfryd był gotowy do walki.
Tymczasem w obozie Polaków ten sam problem. Jagiełło szuka ochotnika, ale nikt się nie zgłasza. Król postanawia wziąć ich sposobem - polewa dodatkową porcję miodu (wiele razy). Niestety, nawet totalnie naj***ni nie chcą walczyć. Jagiełło poszedł do starego druha - Zawiszy Czarnego. Niestety, ten nie był skory do opuszczania domu.
- Ubrudzę się tylko, jeszcze może mi się coś stać... Daj mi spokój!
Kolejny był Maćko z Bogdańca - ale ten również nie był chętny.
- Tu Jagienka na mnie czeka, a ja się będę gdzieś po jakiś polach bitwy chędożył? Nie ma mowy! Następny Jurand - ale ten ma oczy wyj***ne! BEZNADZIEJA!
Załamany Król wziął sznur i poszedł do lasu się powiesić. Idzie i nagle widzi: jakiś kurdupel - metr dwadzieścia - konus taki, ubrany w marną skórzaną kurteczkę, z zardzewiałą szabelką u pasa, opiera się o drzewo i napruty jak worek... spawa.
U Króla pojawiła się iskierka nadziei, takie małe światełko w tunelu. Podchodzi i pyta, czy ten się zgodzi na walkę.
- No pewnie! - odpowiedział napie**olony totalnie głos. Nie był w stanie powiedzieć nic więcej.
Teraz trzeba go wyposażyć. I tu problem. Jakiego konia by nie znaleźli, to dla małego Polaczka olbrzym. Nie utrzymałby go nawet. Olali sprawę. Teraz miecz. Niestety, nawet najmniejszego nie był w stanie unieść. Wyluzowali.
Jeszcze zbroja. Ale jakiej by nie przynieśli, to dla naszego bohatera jak dom wielka - popijawy by mógł w środku urządzać. Dali se siana. Zostawili mu tylko to co miał - cienką skórę i przerdzewiałą szabelkę. Na koniec poprosili tylko o jedno:
- Po wszystkim możesz robić co chcesz, ale w dzień bitwy, na Boga, przyjdź trzeźwy!
Słonce wzeszło, obie armie stoją naprzeciwko siebie. Z szeregu krzyżackiego wyłania się wspaniały rycerz. Ale gdzie Polak???... Szukają go i szukają. W końcu znaleźli - oczywiście napie**olony jak dzwonek. Mimo to tanio skóry nie sprzedamy. Cucą go i wypychają. Na ugiętych nogach, zataczając się wychodzi na pole bitwy. Naprzeciw niemu wielki Zygfryd de Loewe w błyszczącej złotem zbroi, z wyk***istym mieczem, na potężnym słoniokoniu. Spina wierzchowca i rusza do ataku. Pędzi z ogromną prędkością, ziemia drży pod kopytami słoniokonia, drugie słonce błyszczy na złotej piersi Zygfryda (wielki miecz zasłania to pierwsze).
Jagiełło wytrzeźwiał natychmiast i pojął co zrobił. "Ja pie**olę! Przecież on zaraz zmiażdży naszego i wpadnie w nas - rozniesie nas w puch. Jesteśmy już martwi!" - pomyślał zasłaniając twarz.
- W NOGI, kurrrrwa, W NOGI!!! - krzyczy Król i wszyscy sp***alają gdzie popadnie. Zygfryd de Loewe na swym słoniokoniu wpada na kurdupla Polaka - huk, trzask, uniósł się tylko kurz i dym... Wielki Mistrz podjeżdża na miejsce potyczki, aby pogratulować swojemu zwycięstwa. Kurz opada, a tu straszny widok: słoniokoń leży z obciętymi nogami, parenaście metrów dalej Zygfryd (całe piszczele ma pokrwawione), a Polak stoi niewzruszony opierając się o szablę i mówi:
- Gdyby nie było "W NOGI", to bym cię k...a zaj***ł..."

05.11.2017 11:06
53
1
odpowiedz
Mufinekprosionapiwek
0
Junior

Przed bitwą pod Grunwaldem...
Przed bitwą pod Grunwaldem spotykają się obie armie. Zadowoleni z tego, że się wzajemnie odnaleźli urządzają imprezkę.
W krzyżackim obozie wszyscy napie**oleni, klina klinem popychają, sytuacja trwa kilka dni. Pewnego poranka budzi się Wielki Mistrz Ulryk von Jungingen i odbierając podawaną mu flaszkę, pyta sługi:
- Co to my dzisiaj mamy?
- Dzisiaj ma być bitwa, Wielki Mistrzu...
- O k...a... - powiedział skacowany Mistrz przecierając twarz.
Gdy już po paru głębszych Mistrz zaczął kontaktować, doszedł do wniosku, że zamiast wymordowywać się wzajemnie można by wystawić do walki po jednym rycerzu z obu stron i wygra ta strona, której rycerz zwycięży. Nie będzie musiało tylu ginąć. Jak pomyślał - tak zrobił. Wysłali więc kolesia z dwoma mieczami (czy dwóch gości z jednym mieczem?) z poselstwem do Polaków. A tam... balanga na całego! Trzeba znaleźć Jagiełłę! Po pewnym czasie odnaleźli go w końcu naj***nego w stogu siana. Przystał Na wszystko, co mu powiedzieli...
Teraz trzeba wybrać odważnego do walki. Krzyżacy nie mieli z tym większego problemu - wybrali oczywiście Zygfryda de Loewe - najmężniejszego z mężnych. Był to rycerz z drewna nie strugany. 3,80 wzrostu, 2,40 w barach. Teraz trzeba znaleźć dla niego konia. Niestety, jakiego by nie przyprowadzili, to albo się załamywał albo Zygfryd kolanami o ziemie szorował... Sytuacja beznadziejna. Na szczęście Wielki Mistrz miał znajomości u Hannibala.
- Masz tu ode mnie tego słoniokonia - na pewno będzie dobry.
Rzeczywiście, teraz to Zygfryd nawet stopami ziemi nie dotykał. Kolejny problem to miecz: szukają i szukają, ale żaden nie jest dobry. Największy miecz jaki znaleźli w całych Prusach to Zygfryd w trzech palcach trzymał! To przecież bez sensu! Poszli więc do kowala, aby wykuł odpowiednie oręże. Kowal wykuł najpotężniejszy miecz jaki istniał - siedmiometrowy! Zygfryd zważył go w ręku, jak machnął, to za jednym zamachem ściął 14 dębów! No, tym to mogę walczyć! Pozostała jeszcze zbroja. Jakiej by nie znaleźli to albo za mała, albo jakaś taka lekka... Ostatecznie stary znajomy kowal wykuł odpowiednią zbroję dla Zygfryda. Zajebista płytówka - pasowała jak ulał, zdobiona złotem i nader wszystko wytrzymała. Zygfryd był gotowy do walki.
Tymczasem w obozie Polaków ten sam problem. Jagiełło szuka ochotnika, ale nikt się nie zgłasza. Król postanawia wziąć ich sposobem - polewa dodatkową porcję miodu (wiele razy). Niestety, nawet totalnie naj***ni nie chcą walczyć. Jagiełło poszedł do starego druha - Zawiszy Czarnego. Niestety, ten nie był skory do opuszczania domu.
- Ubrudzę się tylko, jeszcze może mi się coś stać... Daj mi spokój!
Kolejny był Maćko z Bogdańca - ale ten również nie był chętny.
- Tu Jagienka na mnie czeka, a ja się będę gdzieś po jakiś polach bitwy chędożył? Nie ma mowy! Następny Jurand - ale ten ma oczy wyj***ne! BEZNADZIEJA!
Załamany Król wziął sznur i poszedł do lasu się powiesić. Idzie i nagle widzi: jakiś kurdupel - metr dwadzieścia - konus taki, ubrany w marną skórzaną kurteczkę, z zardzewiałą szabelką u pasa, opiera się o drzewo i napruty jak worek... spawa.
U Króla pojawiła się iskierka nadziei, takie małe światełko w tunelu. Podchodzi i pyta, czy ten się zgodzi na walkę.
- No pewnie! - odpowiedział napie**olony totalnie głos. Nie był w stanie powiedzieć nic więcej.
Teraz trzeba go wyposażyć. I tu problem. Jakiego konia by nie znaleźli, to dla małego Polaczka olbrzym. Nie utrzymałby go nawet. Olali sprawę. Teraz miecz. Niestety, nawet najmniejszego nie był w stanie unieść. Wyluzowali.
Jeszcze zbroja. Ale jakiej by nie przynieśli, to dla naszego bohatera jak dom wielka - popijawy by mógł w środku urządzać. Dali se siana. Zostawili mu tylko to co miał - cienką skórę i przerdzewiałą szabelkę. Na koniec poprosili tylko o jedno:
- Po wszystkim możesz robić co chcesz, ale w dzień bitwy, na Boga, przyjdź trzeźwy!
Słonce wzeszło, obie armie stoją naprzeciwko siebie. Z szeregu krzyżackiego wyłania się wspaniały rycerz. Ale gdzie Polak???... Szukają go i szukają. W końcu znaleźli - oczywiście napie**olony jak dzwonek. Mimo to tanio skóry nie sprzedamy. Cucą go i wypychają. Na ugiętych nogach, zataczając się wychodzi na pole bitwy. Naprzeciw niemu wielki Zygfryd de Loewe w błyszczącej złotem zbroi, z wyk***istym mieczem, na potężnym słoniokoniu. Spina wierzchowca i rusza do ataku. Pędzi z ogromną prędkością, ziemia drży pod kopytami słoniokonia, drugie słonce błyszczy na złotej piersi Zygfryda (wielki miecz zasłania to pierwsze).
Jagiełło wytrzeźwiał natychmiast i pojął co zrobił. "Ja pie**olę! Przecież on zaraz zmiażdży naszego i wpadnie w nas - rozniesie nas w puch. Jesteśmy już martwi!" - pomyślał zasłaniając twarz.
- W NOGI, kurrrrwa, W NOGI!!! - krzyczy Król i wszyscy sp***alają gdzie popadnie. Zygfryd de Loewe na swym słoniokoniu wpada na kurdupla Polaka - huk, trzask, uniósł się tylko kurz i dym... Wielki Mistrz podjeżdża na miejsce potyczki, aby pogratulować swojemu zwycięstwa. Kurz opada, a tu straszny widok: słoniokoń leży z obciętymi nogami, parenaście metrów dalej Zygfryd (całe piszczele ma pokrwawione), a Polak stoi niewzruszony opierając się o szablę i mówi:
- Gdyby nie było "W NOGI", to bym cię k...a zaj***ł..."

05.11.2017 11:40
54
odpowiedz
wilder_88
0
Junior

Przyszło mi zdać na ręce Wielkiego Mistrza spis wydarzeń niechlubnych dla naszej sprawy. Ubolewania moje dotyczą ucieczki Polski spod pieczy naszego Zakonu, która dokonała się 3 maja roku bieżącego 1791. Mimo licznych naszych przedstawicieli w Sejmie Rzeczpospolitej reprezentujących nasze interesy za błogosławieństwem zwolenników pruskich, austriackich czy rosyjskich w wyniku spisku władzę utraciliśmy.

Pragnienie wolności, które wśród Polaków nam nieprzychylnych skrzętnie do pory tej tłumiliśmy, zostało wykorzystane przez wrogów naszych Asasynów. Sojusz ten okazał się dla naszej sprawy śmiertelny. Asasyni po słowie ze zwolennikami blokowanej przez nas konstytucji Królem Stanisławem Augustem Poniatowskim, Hugo Kołłątajem i Ignacym Potockim przygotowali nikczemny plan, o którego powodzeniu mnie przyszło donieść. Wykorzystując przerwę świąteczną i związane z nią liczne wyprawy naszych sprzymierzeńców zadbali, by o uchwaleniu najważniejszego w kraju dokumentu decydowali ludzie poza naszą kontrolą, działający w interesie Polski i jej obywateli, nie zaś w interesie Zakonu naszego. Posłannicy naszej sprawy zostali podstępem bądź siłą odwleczeni od obrad, na której ustawa zasadnicza zapaść miała. Ich nieobecność przyczyn miała wiele. Jednych słabość do używek i kobiecych wdzięków wykorzystano. Inni siłą zostali przetrzymani i wypuszczeni po zakończeniu obrad. Kolejni pozbawieni środków transportu lub w trakcie podróży napadnięci zostali. Do następnych wieść o sejmiku nie dotarła wcale, gdyż posłaniec został podstawiony lub w innych przypadkach zgładzony. Wszystko przygotowane przez tych, którzy sprawie naszej brużdżą od lat tysięcy - Asasynów. Przez nich też ostatni nasz ratunek został zniweczony. Udaremnili oni odwrócenie losów na ziemiach polskich na naszą korzyść tropiąc a następnie ostrzem gładząc wysłannika naszego, który to miał Króla w ostatniej chwili odwieść od planów jego lub w razie oporu zamordować. Rzeczpospolita zdaje się jednak być do uratowania, choć wymagać będzie to wysiłku i pomocy naszych sojuszników pruskich, ruskich oraz austriackich.

Jako ten, który porażkę naszą na własne oczy widział zacząłem już pewne możliwości badać i donieść pragnę, że o mocny fundament wolności Polski nie zadbano. Nie poczyniono starań o pozyskanie sprzymierzeńców na dworach krajów sąsiednich Polsce, co daje drogę otwartą naszej ingerencji. Wewnętrznie Rzeczpospolita również mocy prędko nie nabierze. Wojsko ma nieliczne i nienależycie wyedukowane, w bojach nieliczni nabrali ogłady. Podatki do skarbca spływać będą opieszale w skutek nie dopilnowania systemu ich ściągalności, co wymusi oszczędności Króla. Ten zaś nieświadomy zdaje się być zagrożeń i w wojsko inwestować zbytnio nie pragnie. Zalecam uruchomić członka naszego Zakonu na dworze ruskim, by sprawę Polaków omówić chciano z Prusami oraz Austrią oraz by zadbano aby werdykt obrad tych być mógł tylko jeden - rozbiór Rzeczpospolitej Polski.

O wszelkich dokonaniach, Zakonu lub Jego wrogów, bieżąco będę informował Wielkiego Mistrza.

post wyedytowany przez wilder_88 2017-11-05 11:41:43
05.11.2017 12:09
55
odpowiedz
masło85
0
Junior

Przybyłem do obozu Jagiełły w Dąbrównie, posłany przez najwyższego Mentora. Działając od 20 lat jako Asasin poza granicami kraju, stęskniłem sie za ojczyzną. Jagiełło przyjął mnie strawą, moje wysokie urodzenie gwarantowało mi audiencje. Ponad godzinę tłumaczyłem władcy z kim tak naprawdę ma do czynienia, że Zakon Szpitala Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie czyli Krzyżacy, to nic innego jak odrodzony po wieku zakon Templariuszy. Znając taktykę i sposób działania Templariuszy , opracowałem z Jagiełło taktykę na nadchodzącą Bitwę. Król miał dużo szczęścia, że byłem u jego boku gdy otrzymał dwa nagie miecze od Krzyżaków. Miecze miały niby sprowokować władcę do ataku, ja jednak znałem prawdę . Jagiełło wstał zamierzając zapewne pochwycić miecze, podszedłem do niego i na ucho wyjawiłem mu prawdę. Wrócił się, usiadł i podziękował za miecze , po czym kazał stojącemu obok sokolnikowi zanieść je do jego kwatery. Wiedząc iż Templariusze nie cofną się przed niczym, aby odnieść zwycięstwo, założyłem, iż miecze pokryte były silna trucizną, z która spotkałem się już wcześniej. Poinformowany władca, jako iż był królem mądrym, nie zgładził posłańców, a sokolnika wybrał, gdyż jako jedyny miał on przywdziane dwie rękawice, trucizna nie była w stanie mu zagrozić. Piętnastego lipca rozpoczęła się krwawa bitwa, której przebieg będziecie mogli prześledzić, dzięki kronikarzom, którzy spisali owe wydarzenia. Dzięki wygraniu bitwy udało sie powstrzymać rozwój Templariuszy nim stali się na tyle silni, by przejąć rządy w Europie.

post wyedytowany przez masło85 2017-11-05 12:11:53
05.11.2017 15:31
56
odpowiedz
Tymos
4
Junior

Maria Skłodowska-Curie
Dziennik Żałobny

1 maja 1906

Mój Piotrze, jakże wszystko jest przygnębiające. Ten dom, który opuściłeś, nie ma już duszy, wszystko jest smutne i pozbawione sensu. W sobotę rano złożyliśmy Cię do trumny. Podtrzymywałam Ci głowę, gdy Cię przenoszono. Złożyłam ostatni pocałunek na Twojej zimnej, kochanej twarzy. Włożyliśmy do trumny kilka kwiatów oraz mój portrecik, który tak lubiłeś. Mięliśmy spędzić ze sobą życie... Chciałabym żeby sprawy potoczyły się inaczej, choć w głębi duszy zapewne się tego spodziewałam. To, co się stało w czwartek, 19 kwietnia nie było wypadkiem. Jestem o tym przekonana. Nie wierzę, że wracając z zebrania Stowarzyszenia Profesorów Wydziałów Nauk Ścisłych, przez własną nieuwagę wpadłeś pod wóz konny. Wiesz równie dobrze jak ja, kto za tym stoi. W końcu to Ty uświadomiłeś mi ich istnienie - tego wielogłowego węża dążącego do władzy absolutnej. Piotrze, tak bardzo mi Ciebie brak.

4 maja 1906

Ostatni uczestnicy pogrzebu wyjechali. Dom znów stał się miejscem spokojnym i cichym. Przerażająco cichym. Nachodzą mnie myśli na wskroś niepokojące. Ile z osób, które w życiu poznałam należało do nich? Czy moja mentorka - Bronisława Piasecka, którą poznałam w Warszawie była templariuszem? W końcu to ona pchnęła mnie i siostry w objęcia idei pozytywizmu. Ona doprowadziła do poznania wielu wybitnych profesorów, którzy przekazali nam zakazaną przez władzę wiedzę. To dzięki niej w mym życiu miejsce wiary i Boga zastąpiła nauka. A może mój cioteczny brat Józef Boguski, były asystent Dymitra Mendelejewa, który wraz z chemikiem Napoleonem Milicerem nauczyli mnie analizy chemicznej? Bez tej wiedzy nie mogłabym wyizolować radu i polonu. A może cała Królewska Szwedzka Akademia Nauk z tą ich nagrodą Nobla jest jednym wielkim manifestem templariuszy? Piotrze, tak bardzo chciałabym móc z Tobą porozmawiać. Nie wiem co myśleć.

8 maja 1906

Mój Piotrze, życie bez Ciebie jest okrutne. Nie sposób wyrazić tego niepokoju, tej rozpaczy bez dna. Smutek odbiera mi chęci do pracy. Minęło 18 dni, a moje myśli wciąż zagmatwane. Wczoraj odwiedził mnie Henri Becquerel, z którym prowadziliśmy badania. Zażądał notatek z moich i Twoich, tajnych badań nad promieniowaniem próbki materiału, którą kiedyś przyniosłeś. Mówił nieskładnie, bełkotał o promieniach Jabłka i Edenie. Przestraszyłam się i skłamałam że ich nie mam, że w furii wrzuciłeś wszystko do pieca, gdy prace utknęły w martwym punkcie. Nie wiem czy uwierzył. Skąd on w ogóle o tym wiedział? Boję się. Nie wiem komu ufać.

9 maja 1906

Przekazałam wyniki naszych tajnych badań twojemu bratu w zamkniętym pojemniku. Skłamałam że w środku są nasze wspólne pamiątki. Zawiezie je tam, gdzie byliśmy na pierwszym pikniku i zakopie. Tylko Ty i ja wiemy, że między radem, a polonem - między 18 lipca, a 26 grudnia, odkryliśmy jeszcze jeden pierwiastek, o którym nikt nie może się dowiedzieć. Pierwiastek, którego promieniowanie wpływa na zachowanie organizmów żywych, odbiera wolną wolę. Ta wiedza jest zbyt niebezpieczna. Nie możemy - nie mogę pozwolić by wpadła w ręce templariuszy, ani kogokolwiek innego. Nawet naszych przywódców. Och Piotrze, dlaczego Cię tu nie ma?! Dlaczego nie chcesz mi pomóc?!

19 kwietnia 1907

To już rok. Nadal czuję ból, choć przytłumiony. Dławi mnie wielki ciężar. Jakby to było dobrze zasnąć i się nie obudzić, ale moje kochane córeczki są jeszcze takie małe. Nie mam już odwagi pisać. Kochany Piotrze, żegnam się z Tobą twoimi oto słowy, nim oddam dziennik w ręce płomieni: Nic nie jest prawdą, wszystko jest dozwolone. Żegnaj.

05.11.2017 16:38
57
1
odpowiedz
SebaSebix
0
Junior

8 lipca 1410roku
Przybyliśmy po wielu miesiącach podróży w końcu udało nam się dotrzeć na terytoria dawnych plemion słowiańskich, Wielki mistrz Zakonu Krzyżackiego Ulrich Von Jungingen przywitał nas z należytym szacunkiem, prócz nas czyli nielicznych członków Bractwa Skrytobójców przybyło wielu, z różnych stron świata, znamienitych i znających się na kunszcie rycerskim wojowników z każdej strony, zarówno odległego wschodu jak i zachodu, pojawili się wszyscy, jedni w imię sławy, drudzy w imię złota, trzeci w obronie religii czas pokaże czy to wystarczająca motywacja do walki
10 lipca 1410roku
Nie zdąrzyliśmy jeszcze przywyknąć do tutejszego klimatu ani zachowań, cieżko przyzwyczaic się do smrodu ciężkoopancerzonych rycerzy którzy właściwie nie zdejmują zbroji , to karygodny obyczaj, żałosne perfumy tych samozwańczych "szlachciów" bo tak siebie nazywają wcale nie kamuflują ich smrodu.
Jesteśmy gotowi do walki, nie wiemy wiele o wrogu, mistrz zakonu wspomina jedynie, że to banda barbarzyńców którzy nie mają szans w starciu z zamorskimi wojownikami, my jedni wiemy, że podstawą jest nie lekceważyć przeciwnika jesteśmy przygotowani na najgorszego.
13 lipca 1410roku
Wyruszliśmy, cięzkim i swawolnym krokiem, ciężkozbrojne rycerstwo nas spowalnia, nie wiemy gdzie stoczy się bitwa, szpiedzy donosili coś o okolicach wsi Grunwald, i tak nic nam to nie mówi.Ukształtowanie terenu oceniam na mało sprzyjające, rycerstwo ma szansę na wykorzystanie kawalerii tylko przy użyciu szarży, a tutaj obecne są jedynie pagórki, niewiele tu równin, będziemy musieli przegrupowac się na jakimś wzgórzu.
14 lipca 1410roku
Jest tak jak przewidzieliśmy, obóz mistrza został rozbity niewiele dalej za sporym wzgórzem z którego planowana jest szarża jazdy, pogoda nie sprzyja dziś jest bardzo gorąco, jeśli jutro pogoda będzie taka sama lub co gorsza będzie goręcej, przy odrobinie sprytu przeciwnika, całe to śmierdzące rycerstwo zagotuje się w swoich zbrojach.Gdybym wiedział, że za tyle złota czekają nas takie warunki zażądalibyśmy dwukrotnośći.
Przed nami rozciągają się połacie leśnej gęstwiny, prawdopodobnie tam w ukryciu czekają nasi wrogowie, pozornie nasze położenie jest lepsze, ale tylko pozornie...
15 lipca 1410roku
I jesteśmy, my urodzeni zabójcy lekko ubrani, z naostrzonymi sztyletami, gotowi do robienia tego do czego uczyli nas całe życie, do zabijania i oni tysiące zbrojnych. Niewiemy ilu jest przeciwników mistrz nie przyjął żadnej taktyki, prócz wilczych dołów, ale przeciwnik zna te tereny nie jest głupi nie wyśle ciężkozbrojnych wpierw wypuści lekką jazde, nie wiem co będzie dalej...
Masze poselstwo zostało odesłane z kwitkiem, zaraz rozpocznie się bitwa...Trafnie przewidzieliśmy pierwsze uderzenie, lekka jazda zdekonspirowała wilcze doły... Ruszamy w bój...

[...]

16 lipca 1410roku
Przybyło nas 30 wraca 9... wynik bitwy był przesądzony od początku, ale gdy chcieliśmy dopomóc w planowaniu bitwy myśleli że jedyne co potrafimy to zabijac, teraz my wracamy z kuferkiem złota, i o połowę mniejszą liczbą przyjaciół... Ufajcie w mądrośc asasynów bo ich doświadczenie w walce jest bezcenne...

05.11.2017 16:49
58
odpowiedz
ANDRE85....
10
Legionista

"Krocząc w ciemności światło przeznaczenia prowadzi mnie".
Nazwą mnie zabójcą , moje czyny to ukazują ale czy tak jest , moje chłodne ostrze raz po raz w ciemności dosięga moich wrogów. Choć im odebrałem życie chronię inne które sami chcieli zabrać. Moi wrogowie Templariusze mieli dziś jedno zadanie, zabić kobietę naukowca choć z początku wydawało mi się dziwne gdyż zakon templariuszy zawsze wykorzystywał naukę do podporządkowania sobie świata tym razem stanęli na opór naukowca który swą naukę chce podzielić się z ludzkością i to nauka powinna jej służyć. Pośpiesznie zaczęli działać na miejsce zbrodni wybrali ciemna odosobnioną uliczkę w pobliżu jej domu.
Tym naukowcem jest Maria-Skłodowska-curie. Naszym zadaniem jest chronić takich ludzi którzy swą pracą służą innym ku lepszej przyszłości. Stanąłem do walki naprzeciw im , choć rzadko to robimy wyszłem z ciemności która zwykle jest moim domem. Na oczach przerażonej kobiety musiałem odebrać życie tym którzy chcieli pozbawić życie innym. To oni byli zabójcami w tej chwili a ja stałem się obrońcą. Nie poszło mi łatwo zranili mnie ich przeklęte ostrz zdołało mnie dosięgnąć ale nie na tyle celnie by wykluczyć mnie z walki ja byłem celniejszy zdołałem wyprowadzić decydujący kończący cios tej walki. Do tego mnie szkolono by wygrywać pomimo przeciwności. Zostałem sam na sam z Marią która była tak przerażona że zdołała tylko wykrztusić

-Kim jesteś?

Po krótkiej milczącej ciszy odpowiedziałem:

-Ja jestem cieniem które służy światłu.

Nie wiem czy zrozumiała moje przesłanie w dalszym ciągu milczała przerażona.Rozumiałem ze to zdarzenie może zmienić jej życie i dalszą pracę postanowiłem ukazać jej część swoich zamiarów.

-Jestem Gerard de Druon nie mogę zdradzić ci kim naprawdę jestem i skąd pochodzę ale mogę ci zdradzić do czego może doprowadzić to co dziś zrobiłem. Na swój sposób jesteśmy podobni walczymy o lepszą przyszłość dla ludzkości choć w odrębny sposób. Dajemy innym nadzieje. Nie pozwól by ktokolwiek mógł ci przeszkodzić ci w ukazaniu swojej prawdziwej natury. Wiem że jest to służba nauce służba nam wszystkim żyjącym na tym świecie.

Maria zdała się rozumieć moje słowa na jej twarzy znikło większość przerażenia jej twarz zdawała się mówić, co jeśli wrócą nim zdążyła wypowiedzieć te słowa ubiegłem ją odpowiedzią.Wycofując się powoli w mrok z którego wyszłem odrzekłem.

-Nie lękaj się przyszłości ,przyszłość jest bezpieczna jak ty. Choć ogarniają nas cienie działamy w nich by służyć światłu.

Rozpłynąłem się w ciemności kobieta odeszła w swoim kierunku choć już mnie nie zobaczyła chyba czuła że nic jej nie grozi. Przyszedł pamiętny dzień 18 lipca 1898 roku. Dokonała tego odkryła nowy pierwiastek Polon na cześć kraju z którego pochodziła nawet wtedy nie zapomniała skąd pochodziła to hołd oddanym swym przodkom nie ustąpiła w pracy pół roku później 26 grudnia dała światu nowe światło Rad. Ta sprawa była warta poświecenie każdej ceny.
Jestem Assasynem strażnikiem światła.

05.11.2017 17:45
59
1
odpowiedz
Ortiz93
0
Junior

Witaj Nieznajomy.

Cieszę się, że to czytasz chociaż nie wiem kim jesteś. Ty za to prawdopodobnie wiele o mnie ostatnio słyszałeś. Słyszałeś od polityków i dziennikarzy fakty, plotki bądź ich osobiste opinie na mój temat… teraz przeczytasz historię widzianą moimi oczami – moją historię. Fakt, że trzymasz tę notatkę świadczy o tym, że ja już nie napiszę ani nie wypowiem, ani jednego słowa więcej, ponieważ nie ma mnie już wśród żywych.

Nazywam się… Eligiusz Niewiadomski i należę do bractwa Asasynów, a właściwie należałem… To, że masz w ręku moją wiadomość nie jest przypadkiem, ale o tym napiszę później.

Tak! Zabiłem Gabriela Narutowicza. Był to błąd, lecz zdałem sobie z tego sprawę dopiero w momencie kiedy na zmianę decyzji było już za późno.

Gabriel był Templariuszem. Rada bractwa, do którego należałem spodziewała się jego zwycięstwa w wyborach, dlatego zaczęła planować jego zabójstwo. Nie mogliśmy pozwolić na to, żeby Templariusz został prezydentem. Baliśmy się o siebie, że jego wygrana osłabi naszą pozycję na terenie całej Polski; że tragicznie wpłynie to na wszystkich niewinnych ludzi w kraju. W trosce o bliźniego sam zgłosiłem się na ochotnika do wykonania zamachu. Byłem pewny tego co chcę zrobić. Uważałem to za słuszne.

Co zatem zmieniło moje postrzeganie tej sprawy? Odpowiedź brzmi: Sam Narutowicz.

W momencie dokonania zamachu doświadczyłem czegoś niesamowitego. Doznałem wizji… wyglądało to jak sen, ale jednocześnie wiedziałem, że to rzeczywistość. Kiedy moje ukryte ostrze przebiło szyję Gabriela poczułem jak łącze się z jego myślami… nagle całe otoczenie zniknęło, znalazłem się w białym, niemal pustym pomieszczeniu, w którym byłem tylko ja i wykrwawiający się na śmierć Narutowicz. Podczas tej wizji odbyliśmy krótką rozmowę, w której przekazał mi swoją ideę, której niestety przeze mnie już nie zrealizuje. Narutowicz chciał zjednoczyć Asasynów i Templariuszy… chciał żebyśmy się nawzajem przestali prześladować i stworzyli sojusz, który doprowadzi do porządku na świecie… Polska miała być jednym z pierwszych kroków. Zamiast marnować siły i środki do walki ze sobą chciał przeznaczyć je na budowanie pokoju i potęgi świata. W ostatnich słowach Gabriel poprosił mnie o to, żebym napisał ten list i nie dał umrzeć jego idei.

Jak już wspomniałem wcześniej… nie wiem kim jesteś, lecz Narutowicz powiedział mi, że mój list zostanie poprowadzony przez Ojca Zrozumienia do właściwej osoby, którą jak widać jesteś właśnie Ty. W stosownym momencie dostrzeżesz znaki, które Cię poprowadzą w odpowiednie miejsca i do odpowiednich ludzi. Mam nadzieję, że dzięki Tobie choć odrobinę naprawię swoją największą życiową pomyłkę.

Powodzenia Nieznajomy i zapamiętaj: Nic nie jest prawdziwe, wszystko jest dozwolone. Podczas swojej wędrówki zrozumiesz znaczenie tego ostrzeżenia.

05.11.2017 18:38
60
odpowiedz
mentos212
0
Junior

10 stycznia 1898r.
Był u nas Wielki Mistrz Templariuszy.Mój mąż Piotr i ja Maria Curie należymy do Zakonu od 20 lat.Nie sprzeciwiam się temu,ale wiem że jest to duże zagrożenie dla naszej rodziny.Mistrz poprosił nas o odkrycie czegoś co zwalczy i zniszczy Zakon Asasynów.Nie mieliśmy wyjścia,zgodziliśmy się.Czeka nas długa praca.
18 lipca 1898r.
Po 7 miesiącach nieustannej pracy udało się nam odkryć coś co pomoże w walce z Asasynami.Nowy pierwiastek(promieniotwórczy).Nazwaliśmy go polon.Piotr poinformował o tym Mistrza.Był bardzo kontent,ale kazał pracować dalej w celu odkrycia czegoś innego(powiedział,że musimy mieć więcej genialnej broni przeciw Asasynom).Zgodziliśmy się,ale myślę,że była to zła decyzja.
26 grudnia 1898r.
Udało się!Po kolejnych kilku miesiącach ciężkiej pracy odkryliśmy nowy pierwiastek.Tym razem nazwany radem.Mistrz bardzo się ucieszył i obiecał wysoką nagrodę.Niestety obietnica się nie spełniła i Piotr był bardzo zdenerwowany i groził ujawnieniem tajemnicy.Prawdopodobnie to było przyczyną jego śmierci w 1906 r.Zakon pozbył się problemu uśmiercając mojego męża w wypadku.Ja kontynuowałam pracę dla Zakonu i mam nadzieję,że nasze odkrycia nie pójdą na marne i zmiotą z powierzchni Ziemi plugawych Asasynów.To jeszcze nie moje ostatnie słowo...

post wyedytowany przez mentos212 2017-11-05 18:45:17
05.11.2017 19:30
61
odpowiedz
jebaka syberyjska
0
Junior

1 mają 1791
Zostałem wysłany przez zakon po to aby udaremnić próbę uchwalenia konstytucji rzeczypospolitej. Jestem całkiem blisko celu. Spotkałem tutaj templariusza który został wysłany aby mi pomóc, jednak nie ufam mu całkowicie. Nasz plan był bardzo prosty, zabić Poniatowskiego, wywołać chaos i ulotnić się. Brakowało nam tylko jednej rzeczy. Broni. Nazajutrz z rana mieliśmy spotkać się z kontaktem który dostarczy nam ukryte ostrze, zmyślna broń wymyślona przez naszych największych wrogów. Asasynów. Ponoć według tego co zostało mi przekazane też mają się tu pojawić, prawdopodobnie będą chcieli nam przeszkodzić więc muszę mieć się na baczności. Jest już późno sądzę że około 22, a mój pomocnik dalej nie wrócił. Wysłałem go aby popytał ludzi czy coś wiedzą na temat terminu ustalenia konstytucji. Jak na razie idę spać, nazajutrz porozmawiam z Pawłem.

2 mają 1791
Wstałem skoro świt, zbudziłem Pawła i razem udaliśmy się na spotkanie. Przebiegło szybko i bez komplikacji. Ostrze wydawało się sprawne, jednak po sprawdzeniu okazało się że trzeba ów przedmiot naoliwić. Zleciłem to Pawłowi, który szybko się z tym uwiną. Zamach mieliśmy zamiar przeprowadzić jutro. Plan był prosty, ja zabijam Poniatowskiego a muj pomocnik podkłada i detonuje dynamit.
Atmosfera robiła się coraz gęstsza ludzie niecierpliwili się, co mogłoby nam pomóc więc wysłałem Pawła aby ten jeszcze bardziej podburzył ludność. Ja w tym czasie postanowiłem jeszcze raz przejżeć nasz plan. Znaleźć ewentualne niedopatrzenia itp.
Paweł gdy wrócił powiedział że ponoć jutro ma się odbyć zgromadzenie na którym uchwalona zostanie konstytucją. Sprawdziłem czy wszystko gotowe aby nie zrujnować planu który nasz zakon planował już od tak dawna. Czuję wielką ekscytację naprzemnian ze zdenerwowaniem. Czy podołam wyzwaniu, czy nie zawiodę zakonu a może okryję go chańbą. Wszystko okaże się jutro.

10 mają 1791
Jaki ja byłem naiwny i nieostrożny. 3 maja udaliśmy się na zgromadzenie aby wykonać zadanie. Po powtórzeniu planu rozdzieliliśmy się z Pawłem i udałem się na miejsce. Miałem z niego blisko do króla. Gdy ten zaczął mówić o konstytucji zrobił się koło niego spory tłum. Uznałem to za doskonałą okazję do ataku. Przepychają się przez tłum wysunąłem ostrze aby zrobić to szybko. I gdy byłem w odległości około 3 kroków od celu ktoś chwycił mnie za usta i poczułem jak ostrze wchodzi między żebra. Zanim straciłem przytomność usłyszałem słowa które brzmiały jakoś tak " Requiescat impache". Ocknąłem się w jakimś domu a koło łurzka na którym leżałem na krześle siedziała młoda kobieta. Wytłumaczyła mi że znalazła mnie na ulicy ledwo żywego. Powiedziała mi że mam ranę kłutą na plecach, widać w tym zamieszaniu ktoś popchną Pawła i nie trafił w warzne narządy, tak Paweł oszukiwał mnie cały ten czas. Mogłem się już domyśleć gdy tak łatwo poradził sobie z mechanizmem ukrytego ostrza. Okazało się też że ten przeklęty asasyn tak je uszkodził że więcej nie zadziała. Anna, bo tak miała na imię kobieta która mnie uratowała, powiedziała że za dzień lub dwa wypuści mnie. Zastanawiam się co ze mną wtedy będzie, nie mam krewnych, do zakonu lepiej nie wracać. Co ja biedny mam ze sobą uczynić, ja Aleksjej Glchowicz człowiek który dał się oszukać i zniszczył plan wielkiego zakonu Templariuszy?

05.11.2017 19:31
62
odpowiedz
jebaka syberyjska
0
Junior

1 mają 1791
Zostałem wysłany przez zakon po to aby udaremnić próbę uchwalenia konstytucji rzeczypospolitej. Jestem całkiem blisko celu. Spotkałem tutaj templariusza który został wysłany aby mi pomóc, jednak nie ufam mu całkowicie. Nasz plan był bardzo prosty, zabić Poniatowskiego, wywołać chaos i ulotnić się. Brakowało nam tylko jednej rzeczy. Broni. Nazajutrz z rana mieliśmy spotkać się z kontaktem który dostarczy nam ukryte ostrze, zmyślna broń wymyślona przez naszych największych wrogów. Asasynów. Ponoć według tego co zostało mi przekazane też mają się tu pojawić, prawdopodobnie będą chcieli nam przeszkodzić więc muszę mieć się na baczności. Jest już późno sądzę że około 22, a mój pomocnik dalej nie wrócił. Wysłałem go aby popytał ludzi czy coś wiedzą na temat terminu ustalenia konstytucji. Jak na razie idę spać, nazajutrz porozmawiam z Pawłem.

2 mają 1791
Wstałem skoro świt, zbudziłem Pawła i razem udaliśmy się na spotkanie. Przebiegło szybko i bez komplikacji. Ostrze wydawało się sprawne, jednak po sprawdzeniu okazało się że trzeba ów przedmiot naoliwić. Zleciłem to Pawłowi, który szybko się z tym uwiną. Zamach mieliśmy zamiar przeprowadzić jutro. Plan był prosty, ja zabijam Poniatowskiego a muj pomocnik podkłada i detonuje dynamit.
Atmosfera robiła się coraz gęstsza ludzie niecierpliwili się, co mogłoby nam pomóc więc wysłałem Pawła aby ten jeszcze bardziej podburzył ludność. Ja w tym czasie postanowiłem jeszcze raz przejżeć nasz plan. Znaleźć ewentualne niedopatrzenia itp.
Paweł gdy wrócił powiedział że ponoć jutro ma się odbyć zgromadzenie na którym uchwalona zostanie konstytucją. Sprawdziłem czy wszystko gotowe aby nie zrujnować planu który nasz zakon planował już od tak dawna. Czuję wielką ekscytację naprzemnian ze zdenerwowaniem. Czy podołam wyzwaniu, czy nie zawiodę zakonu a może okryję go chańbą. Wszystko okaże się jutro.

10 mają 1791
Jaki ja byłem naiwny i nieostrożny. 3 maja udaliśmy się na zgromadzenie aby wykonać zadanie. Po powtórzeniu planu rozdzieliliśmy się z Pawłem i udałem się na miejsce. Miałem z niego blisko do króla. Gdy ten zaczął mówić o konstytucji zrobił się koło niego spory tłum. Uznałem to za doskonałą okazję do ataku. Przepychają się przez tłum wysunąłem ostrze aby zrobić to szybko. I gdy byłem w odległości około 3 kroków od celu ktoś chwycił mnie za usta i poczułem jak ostrze wchodzi między żebra. Zanim straciłem przytomność usłyszałem słowa które brzmiały jakoś tak " Requiescat impache". Ocknąłem się w jakimś domu a koło łurzka na którym leżałem na krześle siedziała młoda kobieta. Wytłumaczyła mi że znalazła mnie na ulicy ledwo żywego. Powiedziała mi że mam ranę kłutą na plecach, widać w tym zamieszaniu ktoś popchną Pawła i nie trafił w ważne narządy, tak Paweł oszukiwał mnie cały ten czas. Mogłem się już domyśleć gdy tak łatwo poradził sobie z mechanizmem ukrytego ostrza. Okazało się też że ten przeklęty asasyn tak je uszkodził że więcej nie zadziała. Anna, bo tak miała na imię kobieta która mnie uratowała, powiedziała że za dzień lub dwa wypuści mnie. Zastanawiam się co ze mną wtedy będzie, nie mam krewnych, do zakonu lepiej nie wracać. Co ja biedny mam ze sobą uczynić, ja Aleksjej Glchowicz człowiek który dał się oszukać i zniszczył plan wielkiego zakonu Templariuszy?

post wyedytowany przez jebaka syberyjska 2017-11-05 19:35:37
05.11.2017 19:44
63
1
odpowiedz
Koossa
1
Junior

August XXII, MDCXLIX
Fratres mei carissimi et in fide.

Kapituła generalna pod przewodnictwem wielkiego mistrza powierzyła w me ręce zadanie zwaśnienia króla polskiego Jana Kazimierza i Kozaków i do zbrojnego starcia doprowadzić dla osłabienia Rzeczpospolitej, odwiecznego wroga zakonu. Bracia nasi którzy przeniknęli do otoczenia króla Jana Kazimierza i hetmana zaporoskiego Bohdan Chmielnickiego, intrygami, przekupstwem i knowaniami sprowokowali konflikt pomiędzy nimi. Przemyślnie przekonywany o krzywdzie i niesprawiedliwości od Rzeczpospolitej doznawanych, przeciwko możnowładztwu panów wystąpił. Chmielnicki zawarł sojusz z chanem Islama III Gireja, wzniecił powstanie i ruszył na Zbaraż. Przewaga ich była ogromna co w mniemaniu moim znaczyło rychłe zwycięstwo, ale nie docenił polskiego ducha walki. Chorągwie polskie pod wodzą Wiśniowieckiego walczyły z nadludzką niemal determinacją i wytrwałością, odpierały szturm za szturmem. Zdawać się mogło że wysiłki nasze na marne iść mogły bo król Kazimierz z odsieczą zdecydował ruszyć, ale ludzie nasi zwołanie pospolitego ruszenia skutecznie opóźniali i król jeno z 15-tysięczną armią wyruszył na odsiecz Zbarażowi. Szpiedzy nasi Chmielnickiego o nadciagajacej odsieczy ostrzegli i siły kozacko-tatarskie pod Zborowem, wojska Kazimierza zatrzymały. Wydawać się mogło że wszystko pomyślnie idzie, ale w myśl powiedzenia ,,kto mieczem wojuje od miecza ginie”, sprawy zgoła inny obrót przybrały. Kanclerzowi Jerzemu Ossolińskiemu, udało się skłonić chana tatarskiego do podjęcia rokowań i szczęk oręża zatrzymał. Chan za ogromnym haraczem zgodził się na podpisanie rozejmu, a Chmielnickiemu zagroził wojną, jeśli ten nie pogodzi się z królem. I takowo nasze starania skutków oczekiwanych nie przyniosły. Ja jako gestor tych działań do dyspozycji Kapituły się oddaję i dymisję z funkcji Marszałka Zakonu składam.

Non nobis Domine, non nobis, sed nomini Tuo da gloriam!
Marescallum Ductus Ayme de Oselier

05.11.2017 20:16
64
odpowiedz
Anaka
0
Junior

10 kwietnia 1409
Nasz konflikt z Templariuszami (zwanymi obecnie Krzyżakami) trwa już od wieków, ale ostatnie lata zdają się być punktem kulminacyjnym. Mieszczanie z Krakowa, gdzie obecnie przebywam w głównej siedzibie bractwa, rozgłaszają plotki o rozpoczęciu antykrzyżackiego powstania na Żmudzi. My wiemy, że to prawda, ze względu na świadectwo braci, którzy regularnie raportują o przebiegu sytuacji.

18 sierpnia 1409
Nasz mentor, Mikołaj, przyniósł dziś wieści, że wskutek odmowy króla Jagiełły, zakon krzyżacki zaatakował Rzeczpospolitą, zajął ziemię dobrzyńską oraz najechał Kujawy i Wielkopolskę. Atmosfera gęstnieje coraz bardziej. Według niego, czyny zakonników mają też inne podłoże. Mikołaj twierdzi, że próbują odszukać zaginione artefakty pierwszej cywilizacji. Jeśli naprawdę ukryto tu przedmioty obdarzone mocą, musimy zdobyć przewagę. Dlatego Mikołaj niezwłocznie wysłał grupy poszukiwawcze.

20 października 1409
Kilka dni temu wróciłem do głównej siedziby. Udałem się w przebraniu na miejsce zawarcia rozejmu między królem Jagiełłą a zakonem templariuszy. Spotkanie przebiegło spokojnie. Na jego mocy Krzyżacy zatrzymali ziemię dobrzyńską, a król otrzymał obietnicę pokoju, co daje mu czas na zebranie armii. Pakt obowiązuje do 24 czerwca, ale nie ufałbym zakonnikom, że dotrzymają słowa. Witold, teraz Wielki Książę Litewski, a niegdyś uczeń bractwa, zgadza się ze mną. Uważa, że powinniśmy ich zaatakować, ale nie zrobi nic bez zgody Jagiełły. Mówi też, że wojna jest nieunikniona.

1 stycznia 1410
W grudniu odbyła się narada wojenna króla Jagiełły z Witoldem, na którą książę zaprosił kilku wybranych członków bractwa. Potajemnie, rzecz jasna, stawiliśmy się jako jego rycerze. Podczas podróży spotkałem też wielce dzielnego rycerza: Zawiszę Czarnego oraz Jana Długosza, w którym zaszczepiłem myśl spisania biegu historii. Ten człowiek jest idealnym kandydatem na dziejopisarza.

5 kwietnia 1410
Niestety nie udało nam się znaleźć żadnych artefaktów. Całkowita porażka, gdyż każda grupa poszukiwawcza wróciła z pustymi rękami. Na szczęście jeden z informatorów doniósł, że Krzyżacy czekają na transport potężnej broni. Mówił o mieczu, który czyni władającego nim człowieka niezrównanym strategiem. Dodał jeszcze, że broń jest przeznaczona dla samego Ulricha von Jungingena. Taka broń w jego rękach oznacza naszą zagładę. Zadanie kradzieży tego fragmentu Edenu zlecił mi osobiście Mikołaj.

10 lipca 1410
Udało się, ale nie było to proste. Ładunek był silnie chroniony liczną obstawą rycerzy zakonników, dlatego po nocnym zwiadzie uznałem, że nie damy we trzech ich podejść. Razem z dwoma braćmi, Aleksandrem i Zbigniewem, pobiegliśmy następnego ranka ile sił w nogach do pobliskiej wioski. Przekupiliśmy lokalnych drabów pijących pod karczmą do zwołania swoich ziomków i wspólnie urządziliśmy zasadzkę. Miecz wzięliśmy ze sobą, ale reszta łupów przypadła w udziale zbirom.

17 lipca 1410
Kurz bitewny po zwycięstwie opadł, więc mogę bez przeszkód opisać w skrócie co uczyniliśmy z bronią. Od razu po zdobyciu broni dostaliśmy wiadomość od Mikołaja, żeby przekazać miecz królowi. Dlatego niezwłocznie pośpieszyliśmy pod Grunwald. Tam mieliśmy okazję podziwiać moc tego wspaniałego oręża i wziąć udział w bitwie. Niestety nie wiem, komu udało się zadać śmiertelny cios Ulrichowi.

Świadectwo Asasyna Mściwoja.

05.11.2017 23:13
65
1
odpowiedz
patryknum
0
Junior

Mianem asasynów określano w średniowieczu sfanatyzowanych skrytobójców, należących do tajnej muzułmańskiej sekty działającej na Środkowym Wschodzie. Wzbudzali oni tak powszechną grozę, że z czasem stali się synonimem bezlitosnych morderców.

Z ich działalnością, a raczej z ich sztyletami, zetknęli się także europejscy krzyżowcy, gdy przybyli do Palestyny, by odbić Ziemię Świętą z rąk niewiernych. Podobno, jeśli chodzi o pewne kwestie organizacyjne, wzorowali się na nich templariusze. Z języka arabskiego pochodzi też francuskie słowo assasin (morderca).

Początki sekty - a właściwie organizacji o cechach szpiegowsko-terrorystycznych - sięgają roku 1090. Wtedy to pewien Pers, Hasan Ibn as-Sabbah, islamski guru stojący na czele grupy swoich zwolenników, zajął twierdzę Alamut położoną w Chorasanie, w górach na południe od Morza Kaspijskiego. To on stworzył asasynów i zorganizował ich na podobieństwo zakonu. Przywódca (nazywany "Starcem z Gór") wykorzystywał wiernych do zwalczania nieprzychylnych władców. Jego ludzie potrafili dosięgnąć każdego...

O umiejętnościach asasynów przekonał się seldżucki sułtan Sandżar Ibn Malikszah, kiedy próbował wyplenić panoszącą się sektę.

Reakcja "Starca z Gór" była brutalna i skuteczna. Jego agent, omijając straże, przedostał się do sypialnej komnaty władcy. I, tak jak mu polecono, położył obok wezgłowia śpiącego sułtana sztylet, po czym zniknął.

Można sobie wyobrazić, jaką miał minę Sandżar, gdy rano ujrzał nóż. Zrozumiał ostrzeżenie: przed wysłannikami Hasana nic go nie mogło uchronić. Asasyni wygrali to starcie, nie tracąc ani jednego człowieka. Wyznawcy Hasana rozprzestrzenili się później po całym Środkowym Wschodzie.

Popularna do dziś legenda głosi, że mistrz - prócz więzi religijnej - zapewniał sobie posłuszeństwo, regularnie odurzając wyznawców haszyszem (czyli robiąc z nich narkomanów).

Arabskie wyrażenie haszszaszijjuna oznacza tyle co "pod wpływem haszyszu", stąd miała się wziąć nazwa zakonu skrytobójców (choć równie dobrze może chodzić o "synów Hasana"). Pisał o nich Marco Polo, który się z nimi zetknął w czasie wędrówki do Chin.

Podróżnik wspominał, że ci z agentów, którzy wrócili żywi z misji (niektórych wyłapywano i tracono), byli podejmowani przez swego wodza wspaniałą ucztą (Marco Polo nie wspomina, czy to w jej trakcie spożywali narkotyki).
hętnych do służby nie brakowało. Urządzano nawet rodzaj specjalnych eliminacji, aby wyłowić najzdatniejszych. Wyszkoleni zabójcy okazywali się tak skuteczni, że jedni władcy wynajmowali ich, aby szkodzić drugim. Wszelkie próby ograniczenia wpływów "Starca z Gór" (po śmierci Hasana w twierdzy Alamut rządzili jego następcy) spełzły na niczym. Przez przeszło 150 lat jego tajni agenci panoszyli się od Persji aż po Egipt, wzbudzając paniczny strach w sercach szejków i emirów. Bardzo trudno było uniknąć ich sztyletów. W końcu jednak... trafiła kosa na kamień.

O losie asasynów przesądzili Mongołowie, którzy w połowie XIII wieku pojawili się w Azji Środkowej. Jeden z ich książąt wydał edykt ograniczający wykonywanie praktyk religijnych swym muzułmańskim poddanym. Przywódca sekty uznał wtedy, że to obraza islamu, i polecił zabić winowajcę. Po czym wysłał 400 agentów, którzy mieli zgładzić wielkiego chana, Mongkego.

Ta niesłychana liczba zamachowców musiała władcę koczowniczego imperium zdenerwować, bowiem w 1256 roku ruszył na sekciarzy z potężną armią. Na jej czele stał jego brat, Hulagu-chan. Sekcie przewodził wtedy Rukn ad-Din Churszach. Tym razem taktyka asasynów - podstęp i skrytobójstwo - okazała się nieskuteczna. Przerażony postępami wojsk mongolskich "Starzec z Gór", postanowił pertraktować. W końcu uznał się poddanym wielkiego chana, lecz dowódca twierdzy nie usłuchał rozkazu mistrza nakazującego kapitulację.

:)

06.11.2017 00:35
66
1
odpowiedz
goonzo318
11
Legionista

Rażące światło uderzyło go w oczy, kiedy zdjęli mu worek z głowy.
-Jeszcze raz przepraszam, musimy być ostrożni. Wróg nie śpi – powiedziała, szeroko uśmiechnięta, brunetka – jestem Maria, a ty musisz być Piotr? Wybornie! – szli sterylnym, białym korytarzem prosto do dużych drzwi, również białych. Za nimi była duża sala, na jej środku stał czerwony fotel i eleganckie biurko z dużym monitorem, a przy biurku siedział brodaty mężczyzna.
- A więc to jest ta tajna siedziba asasynów? - powiedział Piotr z podziwem.
- Tak, a czego się spodziewałeś? Obskurnej nory? – zapytał mężczyzna.
Maria zaraz ich sobie przedstawiła:
- To jest Ludwik, szlachetna krew!
- Miałem wspaniałych przodków, to fakt – rzekł z dumą Ludwik – ale nie zaprosiliśmy cię tu, na pogaduchy.
- Ah tak! – Krzyknęła Maria.
- Co chcecie żebym zrobił? – zapytał Piotr.
- Prześledziliśmy twoje drzewo genealogiczne i okazało się, że jesteś jedynym żyjącym przodkiem Eligiusza Niewiadomskiego! – Mówiąc to, Maria, była mocno podekscytowana, a gdy zauważyła, że Piotrowi nic to nazwisko nie mówi, dodała – Zamachowca Narutowicza. Tyle wiemy, chcemy się dowiedzieć kim był, po czyjej stronie stał.
- Ta informacja jest dla was aż tak ważna? – zapytał Piotr
- Mój drogi – wtrącił się Ludwik – Kto ma informacje, ten ma władze. Na pewno się na coś przyda, uwierz mi…
Na prośbę Marii zasiadł w animusie.
- Dobrze, że mnie znaleźliście – powiedział – ci z abstergo zaraz zaczną mnie szukać, zbierają informację.
- Tak? – powiedziała Maria, mocno zdziwiona.
- Mój kuzyn, Marcin, tam pracuje – tutaj Piotr szeptał – to nasz!
- Ciekawe – powiedział Ludwik – jest informatykiem?
- Nie.Tylko sprząta.
Maria założyła mu gogle na twarz i zaczęła wpisywać coś przy komputerze.
- Jesteś gotów? – zapytała.
Piotr leżał zamyślony, nagle posmutniał.
- Słuchaj młody – rzucił Ludwik – dokopiemy tym draniom z abstergo.
Piotr uśmiechnął się, a Ludwik włączył program. Rozpoczęła się synchronizacja. Piotr przeniósł się do wczesnej młodości, przeżył to wszystko w godzinę. Zaraz potem pojawili się zakapturzeni zabójcy. Spiski i wojny z zakonem. Gdy stał się pełnoprawnym członkiem bractwa, przyszedł czas na jego pierwsze, poważne zlecenie – zamach na Narutowicza. Udał się do galerii „Zachęta”, bez większego problemu minął straż, wtopił się w tłum i, gdy nadeszła okazja, wystrzelił trzy razy z rewolweru. śmierć na miejscu. Sam nie wiedział, czemu poddał się bez walki, czuł chyba, że jego misja dobiegła końca. Kilka dni później, gdy siedział w celi,czekając na wykonanie wyroku, świat zaczął rozpadać się na kawałki. DESYNCHRONIZACJA, głosił wielki napis na tle sterylnej pustki, w której stał. potem zrobiło się ciemno i na powrót jasno – gdy zdjęto mu z twarzy gogle.
Był w lekkim szoku gdy ocknął się w swoim ciele. Z ulgą spojrzał na Marie, która jednak nie wyglądała tak, jak sprzed kilku godzin, pogodny uśmiech zastąpiło chłodne znudzenie. Naglę poczuł ukucie w szyi, jego ciało ogarniał paraliż. Próbował krzyczeć, ale nie potrafił wydusić z siebie dźwięku.
- Nareszcie koniec – Westchnął Ludwik – nie mogliśmy przenieść go na kilka lat przed zamachem? Zaoszczędzilibyśmy tyle czasu!
- Takie procedury, przecież wiesz – powiedziała Maria – z tym tekstem o dokopaniu abstergo nieźle poleciałeś.
- Wczułem się w rolę – zaśmiał się Ludwik - zapomniałbym- powiedział i wyciągnął komórkę – Mamy w firmie sprzątacza imieniem Marcin? To szpieg, zajmijcie się nim – tutaj zwrócił się do Marii – idziemy na obiad?
- Zapraszasz mnie? A co z nim?
- Z nim? – spojrzał na zwłoki Piotra – ktoś po niego przyjdzie, my już zrobiliśmy swoje.

06.11.2017 09:06
67
odpowiedz
mareksasuke
2
Junior

Nie tak miał wyglądać 9 grudnia. Status quo został naruszony. Przyświeca nam wyższy cel, który MUSI zostać zrealizowany. Trzeba było działać szybko. Zawsze zaczynaj od najsłabszych. Oni są najbardziej podatni na sugestię. Łatwo udało się zorganizować grupę osób, która spijała wszystkie nasze słowa. „To nawet nie jest Polak”, „Co on może wiedzieć o polityce i rządzeniu państwem”. Maszyna została wprawiona w ruch. Gazety, stowarzyszenia, wierni. Wszyscy byli przekonani o konieczności zmiany najwyższej władzy w państwie, nikt nie był jednak w stanie wykonać ostatniego, najważniejszego ruchu. Musieliśmy posunąć się o krok dalej.
Musieliśmy znaleźć kogoś, przed kim będziemy mogli odkryć niektóre z naszych kart. Kogoś o nieposzlakowanej opinii. Kogoś, kto zrozumie posłannictwo naszego zakonu. Tak. Był ktoś taki. Problem polegał jednak na jego stosunku wobec mojej osoby. Potrzebowałem czegoś, co da mi nad nim przewagę i szybko to znalazłem. Co jest dla człowieka najważniejsze w życiu? Rodzina. Gdy umiera twoja matka, umiera cząstka ciebie i próbujesz ją jakoś zastąpić. Ojciec? Nie. Siostra? Tak.
Człowiek, który potrafi docenić skarby sztuki i kultury, potrafi uwierzyć w to, czego większość osób nie chce dostrzec. Z początku spotkałem się z jego nienawiścią. Nie chciał mnie widzieć, nie chciał mnie słuchać. Zadziałałem więc publicznie, aby pokazać mu, że sam jestem w stanie się poświęcić. Wszystkie gazety trąbiły o wycofaniu mojej kandydatury i coś przestawiło się w jego głowie. Na lepsze lub na gorsze. Nie było już odwrotu. Wszystkie piony zostały już rozstawione na szachownicy.
Eligiusz wiedział jak obsługiwać broń. Sprowadziliśmy ją od naszych braci zza oceanu. Byliśmy przygotowani na wszystkie okoliczności. Powinniśmy byli obawiać się, że zostaniemy wydani, ale tak nie było. Nikt się tego nie spodziewa, więc nikt mu nie uwierzy.
Jego przeznaczenie wypełniło się bardzo szybko. Jedno pociągnięcie za cyngiel i zmienia się historia. Wracamy na właściwy tor. Mogłoby się wydawać, że zabójstwo nie jest właściwym posunięciem, że Najwyższy nas za to ukarze, ale to była jego wola. Jak najszybsza stabilizacja po czasach wojny.
Zapewne zastanawiacie się dlaczego postanowiłem napisać prawdę. Nie wiem jak oceni nas historia. Nie wiem co wydarzy się dalej. Nie wiem nawet czy te słowa w ogóle do was dotrą. Muszę jednak wiedzieć, że zrobiłem wszystko co w mojej mocy, by sprawiedliwości stała się zadość. Czasy się zmieniają. Dopiero co wydawało nam się, że świat się kończy, ale dzięki boskiemu błogosławieństwu udało nam się przezwyciężyć najgorsze. A co jeśli to nie koniec. Jako wasz Naczelnik i Komandor Grodu Polskiego zostawiam was z całą prawdą. Nie nam, Panie, nie nam, lecz Twemu imieniu daj chwałę!
Józef Piłsudski

06.11.2017 11:04
68
odpowiedz
Lavantae
0
Junior

Przywódcy zawsze znajdą sposób, by nakłonić innych do posłuszeństwa. To właśnie czyni ich przywódcami.
Oliver Bowden

15 lipca 1410
W powietrzu wisiało coś niespokojnego. Ziomek mój Jagiełło, krążył niespokojnie po poletku w szarówce poranka Wierzbicy. I ja w oddali, sam, a jednak nie sam, chcący pomścić brata który zginął z rąk von Jungingena.
Wtem Jagiełło dał sygnał, gdy kur zapiał pierwszy, zerwali się litwini, dobyli mieczy, na koń. Lachy też ruszyli, ramię w ramię, pobratymcy. Obóz jak był tak zniknął. To i ja ruszyłem za nimi, stary Asasyn, chcący zemsty. Od zachodu śmy szli w stronę Stębarka pod Grunwald.
W dali widziałem ich, zastępy Krzyżaków.
Trąby zagrały, Bogurodzica się poniosła. I ruszyły chorągwie litewsko-ruskie. A wtem ruszyły chorągwie polsko-litewskie a ja ruszyłem z nimi. Dwa miejsca skąpane bitwą i krwią były. Pod Stębarkiem i zaś na Łodwigów. Król jeno patrzył, nie zbrukał miecza krwią. Obstawiony strażą, w oddali. Skrzydło litewko-ruskie zostało załamane. Walczyłem ramię w ramię z Lachami, pomścić mego brata, wbijając miecz w Krzyżaków. Trwało to wieki, tak mnie się wydawało. W powietrzu tylko szczęk mieczy, rżenie koni, krzyki i zapach krwi.
Zarzynali nas jak prosięta. Jeno słychać było Christ ist erstanden. Stawiali opór, Bóg się zlitował, obeszliśmy ich na wskroś i zbledły miny wroga. Wszyscy w paszczy miecza poginęli. Król nakazał gnać za niedobitkami, powybijać. Król triumfował. Jungingen. Jego szukały me oczy. Jest i on. Słaby, ledwo żywy. Mieczem się zamachnąłem, i koniec nastał jego. Złamaliśmy krzyżaków, ja brata pomściłem.
Wieczór nastał, dosiadłem mego niezłomnego przyjaciela. I ruszyliśmy.

06.11.2017 13:17
69
1
odpowiedz
ryder wieczny palacz
69
miszczupiszczu

Mimo cienia na polu krążącej nienawiści czasem można otworzyć serce i zobaczyć w sobie dusze. Najgorszym bólem nie jest jak sztylet przebija twoje płuca i wbija się w aortę, a ty bezsilnie próbujesz złapać oddech. Najgorszym bólem jest kiedy dowiadujesz się, że tak na prawdę w sobie masz cześć człowieka, dusze, 21 gram czegoś, co jest nieśmiertelne. Pisze to dzień przed moja egzekucja, dzień przed tym jak popełnię jedną z najgorszych decyzji, a może nie najgorszych.
Ale od początku. Gabriel Narutowicz, prezydent, a tak na prawdę zło zaklęte - Templariusz. Ma klucz i cześć amuletu, która może aktywować święty grall i kontrolować masy ludzi, zwierzęta? tak, to fikcja? Wszystko jest fikcją, to dlaczego wszystko nie może być prawda. Wierzysz w to co widzisz? Ja widziałem więcej niż powinienem, a on wie więcej niż jest w stanie zrozumieć. Dlatego taka o to broń w jego rękach może stać się niebezpieczna. Ja jako Michael de Santo w imię zakonu Assasynów jestem w stanie poświecić się dla ludzkości, dla dobra świata. Kto o tym wie? My i on, tylko taka garstka. Czasem, żeby prawda zaginęła musza zginać wszyscy. Musisz wyplenić ziarno, które może dać plon i zabrać wszystko tam, gdzie energia, to dusze.
Dzień 16 grudnia 1922.
Po rozmowie samym sobą jestem pewny tego, ze chce to zrobić idę na wystawę, wiem że to samobójstwo, ale wiem tez, ze tym tylko mogę uratować świat.,
Poświecenie znaczy czasem więcej niż życie.
Miłość do tego co budowaliśmy przez tysiące lat znaczy więcej niż jedna dusza.
Biorę rewolwer i udaje się w stronę pałacu Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych. Nastąpił dzień w którym prawda zostanie wypleniona i razem z naszymi duszami zostanie oddana w krainę cieni.
Pisze ten tekst, a razem ze strzałem spale go w popiół. Razem ze strzałem uratuje ludzkość. Nikt nie może być ponad człowiekiem, tylko Bóg jest w stanie kontrolować świat. Nigdy nie można stawiać się ponad kimś jesteśmy wszyscy równo zbudowani, powinniśmy żyć w zgodzie i razem budować świat, ale niestety istnieje Dobro i zło. Zimno i ciepło. Od lat jednak wiemy, ze cechy bardziej ludzkie takie jak dobro, wygrywają.

post wyedytowany przez ryder wieczny palacz 2017-11-06 13:23:37
06.11.2017 16:52
70
odpowiedz
1 odpowiedź
OneManArmyPL
3
Legionista

Rycerstwo polskie zorganizowane jest w 50 chorągwiach, nasze bractwo walczy pod Wielką chorągwią Ziemi Krakowskiej. Dzięki zasadom, naszym cechom, treningowi wciąż żyjemy i możemy odmienić losy naszego kraju, chcemy by zapanował pokój, nie możemy dopuścić do zwycięstwa mistrza zakonu Ulrich von Jungingena.

Zakon jest świadom przygotowań strony polsko-litewskiej i spodziewa się dwukierunkowego ataku. By odeprzeć to zagrożenie, Ulrich von Jungingen skoncentrował część swych sił pod Świeciem. Bractwo wraz z stroną litewską nadal ukrywa swoje intencje, organizując kilka rajdów głęboko na terytorium wroga. Zajęliśmy ziemię dobrzyńską i najechaliśmy Kujawy oraz Wielkopolskę.

8 października 1409 roku

Pod zamkiem bydgoskim zawarto rozejm, który ma obowiązywać „do dnia św. Jana” – 24 czerwca 1410 roku.

Brześć Litewski Grudzień 1409

Twa narada króla Jagiełły z Witoldem by ustalić szczegółowy polski plan wojenny kampanii, z udziałem podkanclerzego koronnego Mikołaja Trąby (członka naszego bractwa). Główne natarcie postanowiono skierować na Malbork z zamiarem zmuszenia Templariuszy do podjęcia walnej rozprawy. Jako miejsce ostatecznej koncentracji wojsk wybrano Czerwińsk nad Wisłą.

Grunwald 15 lipca 1410

Ranek 15 lipca 1410 roku obie armie stanęły naprzeciw siebie. Wojska polskie i litewskie rozlokowane są na wschód od Łodwigowa i Stębarka. Lewe skrzydło tworzą głównie siły naszego bractwa. Przed rozpoczęciem batalii trzystu najemnych żołnierzy czeskich wycofało się bez wiedzy króla z pola bitwy. Zawrócili jednak, gdy nasz mentor, Mikołaj Trąba, napotykając ich na swojej drodze, wypomniał im strach przed wojskami templariuszy.

Bitwa rozpoczęła się około południa. Długie wyczekiwanie w pełnym słońcu sprowokowało wielkiego mistrza Ulrich von Jungingena do wysłania emisariuszy z prowokacyjnym podarunkiem: dwoma nagimi mieczami.

Lekka jazda litewska i tatarska uderzyła na artylerię i piechotę krzyżacką. Artyleria zakonu zdołała oddać dwie salwy i nie wzięła udziału w dalszej części bitwy.
II faza bitwy rozpoczęła się atakiem jazdy zakonu templariuszy na prawe i lewe skrzydło armii polsko-litewskiej i zderzeniem się ciężkiej jazdy obu stron. W efekcie powstały dwa ośrodki walki. Wraz z braćmi dajemy z siebie wszystko.

Atak odwodu 16 chorągwi... Dosiadłem konia i dołączyłem do reszty Polskiej jazdy, udało nam się rozerwać zasadniczy korpus sił templariuszy, teraz mamy możliwość na przeprowadzenie decydującego ataku.

Nasza jazda okrążyła wojska krzyżackie templariuszy, udało nam się zdobyć tabory i obóz templariuszy, ja sam zakradłem się po cichu by pozbyć się raz na zawsze Ulrich von Jungingena zadając mu śmiertelny cios ukrytymi ostrzami w metalowych rękawach mojej zbroi.

Wynik bitwy miał istotny wpływ, ponieważ wyniósł dynastię jagiellońską do rangi najważniejszych w Europie, a wszystko dzięki naszemu bractwu Wielkiej chorągwi Ziemi Krakowskiej.

08.11.2017 18:33
70.1
2
boojan27
89
The Hound

Ale Jakuba Różalskiego to ty byś dał w creditsach, bo to jego grafikę oglądamy w miniaturce...

06.11.2017 19:41
71
1
odpowiedz
Zdzichsiu
57
Ziemniak

Dwóch mężczyzn ubranych w powłóczyste białe szaty zmierzało konno jednym z traktów pogranicza polsko-krzyżackiego. Rozmawiali ze sobą swobodnie, z dobrze słyszalnym w głosie, twardym niemieckim akcentem.
– Poszczęściło nam się, przyjacielu – rzekł jeden z nich, zdejmując kaptur zwieńczony charakterystycznym dziobem.
– Zaiste Habichcie, to prawda! Tyle prób, tyle zmarnowanych okazji na wniknięcie do Malborka, a tu proszę... wystarczyło jedno Królestwo Polskie, by wyprowadzić naszego największego nieprzyjaciela w pole.
– Nie pozostaje nam nic innego, jak życzyć chwały Jagielle! – krzyknął ten zwany Habichtem.
– Bractwo na wieki będzie mu wdzięczne.
Nad postaciami przeleciała nagle masywna sylwetka orła.
– Dobry znak, nie sądzisz, Geierze?
– Prawda... A jeśli o orłach mowa, dlaczego nie skorzystamy z pomocy naszych braci z tego państwa?
– Chcesz dać Polakom odwalić za nas całą brudną robotę? Nie, bracie, Wielki Mistrz zakonu Templariuszy jest nasz – zaśmiał się Habicht i puścił konia galopem.
*
– Pola w okolicy Grunwaldu – rozmarzył się Habicht, a wiatr rozwiewał jego włosy. Skrytobójcy siedzieli w koronie największego drzewa w całej okolicy.
– Tannenbergu... – syknął Geier.
– Nazwa nie jest istotna, liczy się działanie. Oby tylko nasi informatorzy się nie mylili.
– Naprawdę sądzisz, że Wielki Mistrz osobiście będzie doglądać potyczki?
– A ty naprawdę w to wątpisz? Zwycięstwo Krzyżaków będzie wielkim sukcesem dla intryg Templariuszy.
– Idę o zakład, że wygrają wojska Jagiełły. Wchodzisz? Pas Malika może być twój.
– Nie, tym razem odrzucę ofertę. Nie wiem, kto wygra, nie znam się na prowadzeniu wojen. Naszym celem jest zabójstwo i powinieneś o tym pamiętać, Geierze.
– Tak, nie musisz mnie pouczać. Lepiej sprawdź, czy twe ukryte ostrze swobodnie wychodzi. Nie chcę, by skończyło się jak ostatnio.
– Zamiast zajmować się moim ostrzem, lepiej spójrz tam – Habicht wskazał ręką kierunek i podał lunetę towarzyszowi.
– Krzyżacy... – zaśmiał się Geier. – Swoją drogą przydatne urządzenie z tej zwężanej tuby. Aż dziw, że nie stosują tego na większą skalę.
– Geierze, Geierze, oni nawet nie zdają sobie sprawy z istnienia ukrytych pistoletów, a co dopiero mowa o lunecie. Wielki sekret Altaďra zaiste wyniósł nas na wyżyny ówczesnej techniki. Ale, ale... – asasyn uśmiechnął się od ucha do ucha. – Zobacz – rzucił towarzyszowi lunetę – tam, przy Hohenzollernie.
– To już jego koniec.
– I ja tak myślę – Habicht ostrożnie ustał na gałęzi. – Gdy tylko rozpocznie się bitwa, ruszamy. To nie będzie łatwe, w każdej chwili możesz dostać w łeb zabłąkanym mieczem. Jednak dzięki temu będziemy w pełni niezauważalni.
– Będzie dobrze, to tylko kawałek. Aby dotrzeć do obozu.
– To co, gotowy?
Geier potrząsnął głową i naciągnął kaptur.
– Nic nie jest prawdą, wszystko jest dozwolone – wyszeptał Habicht.
– Dla pewności... sprawdź jeszcze, czy tym razem ukryte ostrze nie zawiedzie – zaśmiał się Geier i jako pierwszy oddał skok wiary w pobliski stóg siana.
*
Był już blisko, biegł ile sił w nogach. Nie wiedział, gdzie podział się jego towarzysz. Geiera teraz to jednak nie zajmowało – miał tylko jeden cel. Zaprzeczając wszystkim prawidłom skrytobójstwa, po prostu wbiegł w sam środek obozu Krzyżaków. Zauważył go. Z pełnym impetem odepchnął Albrechta Hohenzollerna i wymierzył swój sztylet w stojącą przy nim sylwetkę Wielkiego Mistrza zakonu Templariuszy.
A wtedy nagle nastała ciemność...
BŁĄD KRYTYCZNY! SESJA PRZERWANA! OBIEKT 103 PROSZONY JEST O NATYCHMIASTOWE OPUSZCZENIE ANIMUSA. DZIĘKUJEMY! ABSTERGO, Z NAMI ODKRYWASZ HISTORIĘ!

06.11.2017 23:48
72
odpowiedz
Pelulator10
2
Junior

Cezary przyglądał się dziełom sztuki odświeżonym w przygotowaniu do corocznych uroczystości w siedzibie Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych, kiedy usłyszał za sobą znajomy głos:
- Skoryna, co Ty tu robisz tak wcześnie?
- Witam Eligiuszu, mógłbym zapytać się Ciebie co Ty tutaj robisz w ogóle?
- Ah, wiem, że odpowiedziałem negatywnie na zaproszenie, ale niespodziewana zmiana moich planów pozwoliła mi się pojawić.
- Rozumiem, cóż, wybacz za moją reakcję, ale byłem zwyczajnie zaskoczony, pozwolisz, że pójdę załatwiać sprawy związane z dzisiejszym wydarzeniem?
- Oczywiście, nie chciałbym Ci przeszkadzać.
Cezary miał wrażenie że ostatnie słowa Eligiusza były ostrzeżeniem, mimo, że zabójstwo Gabriela Narutowicza było jedną z najbardziej skrywanych akcji zakonu. Skąd templariusz poziomu Niewiadomskiego mógłby się o tym dowiedzieć? Jeśli w jego wypowiedzi ukryta była groźba, mógłby pojawić się tutaj w celu obrony prezydenta. To, że Gabriel Narutowicz należał do zakonu Templariuszy było rzeczą znaną powszechnie, Eligiusz jednak był zdemaskowany niedawno. Jeśli jednak templariusze poznali ich plany, dlaczego przysłali znanego im templariusza w celu obrony? Czyżby chcieli powstrzymać zamach, pokazując nam, że znają nasze plany?
Cezary upewnił się, że nikt go nie obserwuje, i skierował się do gabinetu. Z ukrytej w biurku małej szufladki wyciągnął cudowny wynalazek Marii Skłodowskiej-Curie. Jedno z najlepszych narzędzi na usługach zakonu od stuleci, niezawodne i nieodkryte przez templariuszy. Uśmiechnął się na myśl jak niepozornie ono wygląda. Zabójcza trucizna, wstrzykiwana przez mikroskopijny mechanizm podczas ukłucia diamentem ukryta w pierścieniu, stała się wyposażeniem najbardziej wtajemniczonych w sprawy zakonu Asasynów. Tylko światowej klasy zegarmistrzowie potrafiliby odtworzyć mechanizm stworzony przez Marię. Na szczęście i tacy znajdowali się w szeregach ludzi ceniących prawdę i wolność.
Wiedział, że będzie musiał uważać zbliżając się do prezydenta, nie mógł wykonać zabójczego ruchu zbyt gwałtownie. Teraz na szali postawione było powodzenie długo planowanej akcji, a przy nieodpowiednim wykonaniu także i przekazanie zakonowi Templariuszy wiedzy o nowym sposobie skrytobójstwa.
Po rozpoczęciu uroczystości był już pewny że na sali nie znajduje się inny ze znanych mu templariuszy. Eligiusz zdawał się być zaabsorbowany sztuką, jednak cały czas był w pobliżu prezydenta.
Po przejściu do sali nr 1, Cezary dostrzegł okazję na wykonanie zadania. Prezydent wysunął się przed towarzyszących mu ludzi i szybkim krokiem ruszył w kierunku obrazu znajdującego się za cezarym. Wystarczy odwrócić się w odpowiednim momencie aby przypadkowo wpaść na templariusza i wstrzyknąć trujący środek wprost do krwiobiegu. Cezary przymknął na chwilę oczy, kiedy je otworzył kolory wyblakły, a ludzie stali się wyraźniejsi. Słyszał bicie serc otaczających go postaci, usłyszał muchę lecącą dwa metry od niego, poczuł zapach potu dziesiątków zwiedzających ale przede wszystkim słyszał kroki i oddech swojego celu. Jest 3 metry od niego. 2 metry. Jeszcze tylko półtora i niezdarnie się odwróci. Prawie słyszał szum krwi w żyle w którą będzie musiał trafić. Zaczął się odwracać i wtedy padły strzały.
Zobaczył Eligiusza z wymierzoną bronią, ten nie uciekał. Cezary ocenił, że cel jest martwy, ale musiał się dowiedzieć prawdy. Przybliżył się do Eligiusza i spytał:
Dlaczego?
Żyłem w ciemności, chcę umrzeć w blasku światła - powiedział porwany przez tłum Eligiusz.

07.11.2017 10:56
73
odpowiedz
djtapczan
2
Junior

Dopadli go , nie wiedział czemu , Sokól zwiadowca był sprytny powinien go ostrzec, ale stało się, i tak w przygrunwaldzkim lesie spotkała go pułapka - idealny trakt - zbyt idealny( powinienem to wyczuć ) skrywał pułapke - dół głęboki i śliski wypełniony ciernistymi krzewami, które poharatały jego dłonie, nie było mowy o wydostaniu się
Mów - kim jesteś ? - zapytał rycerz Dobek
Milczał - oczekując tortur jakim z pewnością go poddadzą
Zyndramie! czyń do czegoś stworzony - uśmiech pojawił się na twarzy mistrza w zadawaniu cierpienia.
Wedle rozkazu mój panie !
Znajdował się na kamiennym siedzisku, związano mu ręce i nogi
Wyjawie im swoje imię - ta myśl przefruneła mu tak szybko jak zadawane mieczem obrażenia, bo przecież zdarzało się, że dawali, a raczej darowai życie ale też je odbierali.
Jam jest Serpo - moje imię to krew i pożoga- moc ma pochodzi od Boga.
Co knujecie ? Wedle mych informatorów powinniście już znikać z kart historii.
Wzburzony asasyn wykrzyknął: jesteśmy jak hydra, zostawicie głowę a wkrótce wszystkie jej odrosną.Błyskawicznie wysuneły się sztylety spod połów jego tuniki. Reakcja rycerza byłą jednak niewyobrażalnie szybka, cienki jak skrzydłow ważki miecz ściął ob szpikulce.
Mimo tortur cielesnych : biczowania i oblewania go lodowatą wodą był jak twardy jak granit.Złamiecie tylko me ciało, nigdy mego ducha !
Rycerz Dobek powiedział wtem - Tortura Ognia, nogi asasyna spięto żelazną ramą a podbicie stóp posmarowano tłuszczem i umieszczano nad ogniem.
Ból był nie do opisania, w pewnej chwili, rozgrzana krew trysneła z jego ran, tworząc na posadzce znak szkarłatnego Krzyża.
Wydając ostatnie tchnienie powiedział "vigilate itaque, quia nescitis diem neque horam"*

Do konca był wierny, swojemu bractwu, z takimi herosami podbilibyśmy świat - podsumował Zyndram.
Pochówek urządź mu godny bohatera - rzekł Dobek.
Krwawo czerwona kula słonca przebijała się przez zakratowaną okiennice. Co przyniesie 15 lipca ?

*czuwajcie więc, bo nie znacie dnia ani godziny

07.11.2017 11:38
74
odpowiedz
3 odpowiedzi
Yennefer90
0
Junior

Otaczali mnie artyści i politycy, w galerii Zachęcie zebrała się cała warszawska śmietanka towarzyska.

Trzymałam się z boku, przysłuchiwałam się kurtuazyjnym rozmowom i starałam się nie zwracać na siebie większej uwagi. Niecierpliwie czekałam na przybycie Narutowicza. Nie umiałam go do końca rozgryźć. Zrezygnował z ochrony, co uważałam za niepotrzebne ryzyko. Z drugiej strony dostrzegałam, że, mimo pogróżek chciał okazać odwagę. Niczym prawdziwy mąż stanu nowo odrodzonego kraju, nie miał zamiaru pokazać strachu.

Obserwowałam jak dorożka z Narutowiczem zatrzymuje się przed galerią. Wcześniej zwróciły moją uwagę nagłówki opłaconych przez Templariuszy gazet, które próbowały ośmieszyć i zdyskredytować pierwszego prezydenta Polski. Jednak Narutowicz nie pokazywał po sobie, że czuje się niepewnie. Przeciwnie, szedł z wysoko podniesioną głową, pewnym krokiem zmierzając do galerii Zachęcie. Właśnie tak wyobrażałam sobie człowieka, który ma siłę ujarzmić chaos w ciężkich, powojennych realiach.

Prezydent nie miał pojęcia, że od niedawna Bractwo strzegło go nocą i dniem. Od chwili, gdy Naczelnik Państwa Polskiego, Józef Piłsudski przekazał Gabrielowi Narutowiczowi władzę oraz Rajskie Jabłko, Asasyni czekali na moment, gdy Templariusze zaatakują. Osłabieni i zdziesiątkowani po Wielkiej Wojnie, za pomocą Fragmentu Edenu mogli z łatwością znów urosnąć w siłę. Nie pozwolimy im na to!

Zeszłam pospiesznie po schodach. Warszawiacy przybyli tłumnie na otwarcie wystawy, większość zaproszonych żywo interesowało się sztuką a reszta z prawdziwym zaangażowaniem tę ciekawość udawało. Zobaczyłam jak prezydent przecina wstęgę otwierając wystawę.

I zaalarmowało mnie dziwne przeczucie. Żadnych znajomych twarzy. Nigdzie nie widziałam moich towarzyszy broni. Rozglądałam się z rosnącym przerażeniem. Coś się stało, zrozumiałam i zaczęłam biec. Z trudem przeciskałam się między zebranymi gośćmi, aby jak najszybciej znaleźć się przy prezydencie.

Narutowicz razem ze swoją świtą wszedł do sali od strony kościoła ewangelicko-augsburskiego i zniknął mi na moment z oczu. Serce biło szybciej niż zwykle, ale wiedziałam, że nie widać po mnie zdenerwowania.

Odetchnęłam z ulgą, gdy zobaczyłam jak prezydent trzymając katalog w ręce przygląda się w zadumie kolejnym obrazom. Podeszłam do niego powoli. Uważnie rozglądałam się wokół, próbując rozpoznać zagrożenie. Niczym samotny wilczur stanęłam z boku starając się obserwować wszystkich w pomieszczeniu. Nikt prócz mnie nie ochraniał prezydenta. Każdy z tłumu mógł okazać się pionkiem Templariuszy i zaatakować. Gdzie moje siostry i bracia z Bractwa?

Skup się, skarciłam się w myślach.

I wtedy usłyszałam wystrzał z rewolweru.

Krzyki.

Panika.

Zamachowiec stał po drugiej stronie sali z zaciętą miną.

Musiałam chronić Jabłko.

Z ukrytej kieszeni wyciągnęłam fiolkę i uderzyłam nią o podłogę wzniecając chmurę dymu.

Podtrzymałam głowę prezydenta, gdy upadał. Krztusił się krwią. Z późno, zrozumiałam. Nie mogłam mu już pomóc. Umierał a z nim świat, który mógłby pomóc stworzyć.

Wolną dłonią z marynarki Narutowicza wyciągnęłam Rajskie Jabłko owinięte w koronkową chusteczkę. I nagłe kopnięcie odrzuciło mnie od ciała.

Wyciągnęłam zza fałdów sukni ukryty pistolet i strzeliłam w kierunku, gdzie powinien stać Templariusz. A potem odwróciłam się i z impetem wyskoczyłam przez okno pierwszego piętra budynku.

Zaczęłam biec, jak najszybciej, jak najdalej.

W cień.

W bezkresną ciemność.

Tam, gdzie Artefakt będzie bezpieczny przed Templariuszami.

11.11.2017 17:09
74.1
sedziej
0
Junior

Do galerii "Zachęta" Narutowicz przyjechał samochodem. Nie dorożką.

post wyedytowany przez sedziej 2017-11-11 17:11:36
14.11.2017 00:27
74.2
1
Yennefer90
0
Junior

Sedziej,
Nie zgadzam się, z materiałów do których ja dotarłam wynika, że prezydent wcale nie przybył samochodem do Zachęty, tylko powozem.
https://historia.org.pl/2009/09/12/gabriel-narutowicz-niechciana-prezydentura/

W każdym razie w mojej opowieści Narutowicz przybył dorożką – nawet, jeżeli w rzeczywistości przyjechał samochodem. :) Ponadto zamordował go Templariusz próbujący zdobyć Rajskie Jabłko, a nie radykał, który w swojej obsesji uważał, że poświęca się dla dobra narodu. Natomiast konającego Narutowicza nie przytrzymała poetka, zamiast niej przy prezydencie była obecna dzielna asasynka, która chwilowo uratowała Polaków przed straszliwymi rządami Templariuszy...

15.11.2017 20:18
74.3
sedziej
0
Junior

Mea culpa. Przyznaję, że do tego materiału nie dotarłem. Dałem wiarę innym relacjom, w których pisano o samochodzie.
Swoją drogą, co relacja, to inne przedstawienie wydarzeń mających miejsce w "Zachęcie".
I na koniec: niech żyje "Licentia poetica"!

07.11.2017 17:59
75
odpowiedz
Harlan Dargonth
0
Legionista

[15.12.1922]
– Nie? – zapytał nieco rozbawionym głosem. Z papierośnicy wyciągnął papierosa, po czym zapalił go, zaciągając się mocno. Błysnął mdły refleks ognia na sygnecie templariusza.
– Nie – powtórzyła stanowczo Cecylia Niewiadomska.
Dopiero gdy sługa zniknął za ciężkimi drzwiami kancelarii, straciła panowanie nad sobą. Dłonie jęły jej drżeć, w gardle zaschło, a piersią poruszał płytki, nerwowy oddech. Odwróciła wzrok w stronę okna, zza którego dochodził stłumiony pogwar Warszawy.
Skryty w półmroku mężczyzna uważnie przypatrywał się starszej kobiecie; macał wzrokiem jej lekko zadarty nos, pomarszczone policzki i siwawe pasemka włosów, wymykające się spod czepka.
– No, już. Nie dąsaj się tak – rzekł pojednawczo, podchodząc do niej.
Ona zaś obrzuciła go pogardliwym spojrzeniem. Ujął jej głowę w swe dłonie i obrócił ku sobie. Znikło rozbawienie, zapłonęła tylko nienawiść w źrenicach, które kłuły duszę przerażonej kobiety niby okruchy lodu. Uderzył ją na odlew. Z ust pociekła strużka krwi, łzy wysypały się z powiek, rozmazując makijaż. Pchnął ją. Strąciła doniczkę z parapetu.
– Nigdy. Ale to nigdy. Nie sprzeciwiaj mi się. Nigdy.
Jęknęła z wyrzutem, tłumiąc płacz. Eligiusz zreflektował się po chwili, pomógł jej wstać i jął głaskać czule wstrząsaną szlochem siostrę.
– Cii... – uspokajał ją melodyjnym głosem – przecież wiesz, jak nie lubię, gdy karcisz mnie w obecności służby. Brzydzę się przemocą, naprawdę. Ale Narutowicz musi zginąć. Nie zmienisz tego. – Ucałował ją delikatnie w czoło i uniósł jej bródkę. – Kocham cię. Nie wystawiaj jednak mojego uczucia na taką próbę.
Odsunęła się od niego i usiadła przy kominku, na którym huczał wesoły ogień.

[16.12.1922]
Z wież kościelnych spłynęły spiżowe pacierze wybijające południe, gdy na teren gmachu Sztuk Pięknych wjechał powóz z prezydentem. Prezes oraz wiceprezes towarzystwa ZSP stali już przed frontonem, kłaniając się usłużnie przed głową państwa.
Niewiadomski odsunął się od okna i wmieszał w tłum gości. Damy szeptały, szeleściły suknie, stukały o podłogę laski dżentelmenów, jaśniały wykrochmalone vatermördery, a chłodne promienie słońca łasiły się o nogi zwiedzających, mrucząc skrzypiącymi panelami.
To dla nas zaszczyt – zaszczyt – i splendor! Przekrzykiwali się nawzajem przewodnicy, pokazywali z namaszczeniem zbiory, komentując co ciekawsze.
Wtem powietrze przeszył strzał. Jeden. Drugi. Trzeci. Ludzie zamarli, potem zapanowały krzyk i popłoch. Prezydent zachwiał się i upadł. Krew zakwitła na białej koszuli, rozwijając płatki niby róża. Morderca zaś sterczał jak zaklęty. Dał się pojmać, nie bronił się. Ktoś zadzwonił jeszcze po lekarza oraz prokuratora, ktoś okrył ciało martwego prezydenta sztandarem Polski.

07.11.2017 18:28
76
odpowiedz
a100rrr
0
Junior

25 lipca roku pańskiego 1410

Musze powiedzieć co się stało bo Panna Święta nie przebaczy mi inaczej. Bogu Rodzico miejże litość nad Czarnym Panem. Chroń Jadwigę, Bolesława, Mieszka i Witolda Litewskiego. I piastuj nad naszym zwycięstwem znad Grunwalda piecze by nie poszło na miał.

Na imię mi Piegus. Jestem sługą czarnego pana z Garbowa zwanego Zawiszą. Pan mój osławiony rycerz królestwa polskiego i dobrodziej omieszał się we politykę, której rozumem nie pozna żaden z chłopstwa ni to z miasta ni pan na żadne ze swych włości.

Dobrodziej mój co mnie jako dziecie przegarną do siebie i wychował służy od lat szesnastu i miesięcy trzech w zakonie. Zakon zwany ponoć w świecie wilekim liczy lat ponad tysiąc i nie mniej jak czterystu członków. Z ramienia bractwa wystąpiliśmy do bitwy za dnia dziesiątego lipca w tysiąc czterysta dziesiątego roku.

Jagiełła i Witold panowie wielcy zebrali na naradę swe siły przed bitwą. Kolumna nasza za sto chłopa dotarła pierwsza pod Stębark małą wieś przy polu bitwy i cofnęła się pod sam obóz litewski pod niecałe cztery godziny. Czemu zwiady te miały służyć nie wiem lecz znam ja mądrość wielkich, nie zechcą oni naszej zguby.

I tak za dnia staliśmy w ukryciu i odśpiewali my Bogu Rodzice i z pół dnia zajęło szykowanie na bitwę. Poruszenie wielkie było w obozie. Chcieli my zobaczyć słynne mrowie krzyżaków, zbójców i najemników odzianych w białą szatę. Mówili że tych najemnych to ze sześć tysięcy mogło być, a iże w Malborku to drugie tyle siedzi bo tam mają zakon. Acz nie spojżeli my nawet na pole bitwy gdy rozgrzmiało piekło!

Nagle usłyszeli mi tendem kopyt o ziemie i głośnie krzyki za zarośla. I nagle drzy się jeden dziesiętnik ASSASSYNY! I padły na nasze kolumne i zepchły nas z obozu pod las w minutę! A ja żem koło mego pana stał I Czarny drze się - NIE WEZMĄ WITOLDA PUKIM ŻYJEM! - I jak w szale wpadł na zbójce i ranił go w szczenke. A ten odskoczył, fikoła zrobił w miejscu i jaki sztylet z jego ręki wypada gdy go śmiertelnie jeden z naszych ciął pod szyje. I tak by się cała walka w rok może ciągła gdyby nie róg bawoli i wszystkie assassyny umkły do dziczy. I tyle z naszej odwagi w bitwie było bo zara się ona skończyła.

Czarny Pan zbliżył się do takiego wodza czeskiego co go Szyszak nazywają i podsłuchał żem, że te zbócy to mają długe tradycję w mieszaniu do historii. I niech ich diabli więcej nie niosą na nasze ziemie.

Lecz dziś jeszcze świętujem mówią nasi, że jeszcze jutro ruszamy na Malbork. Do naszych dotarły nowe siły. Zpotkały się nasze dowódcy wszystkie i książęta i rycerstwo i my jako sługi wielkiego pana i słyszałem jak nowi składają przysięgę by to assassiństwo wykurzyć ze świata, a nawet widział żem jak jednego przy ognisku tracą. Dla przestrogi chyba to było.

I ostatnie słowa Jagiełły i Witolda słyszałem przed wyruszeniem w bój - Dziś panowie zaczyna się koniec dla wrogów naszych - i ruszyli przebrani w stroje templariuszy do dziczy i znikli mi z oczu.

07.11.2017 23:59
77
odpowiedz
Izder
0
Junior

A.D. 11 grudnia 1922

… Jakkolwiek nie udało mam się sprostać zadaniu wyznaczonemu przez naszego przywódce. ….Właśnie dostaliśmy wiadomość. Nie jest ona najlepsza dla nas i naszych planów. Wybranie na prezydenta Narutowicza, jest początkiem klęski naszego planu. Będziemy jednak próbowali odwieść naszych braci od zaprzysiężenia tego człowieka na prezydenta, zostały nam jeszcze trzy dni na zmianę ich decyzji, potem będzie za późno. "Trzeba będzie przygotować plan awaryjny, którego skutkiem będzie natychmiastowe usunięcie, podkreślam natychmiastowe usunięcie osoby Gabriela. Zprzysiężenie naszego wroga, nie jest korzystne dla naszej polityki i naszych planów odnośnie budowania potęgi w Polsce." -mówił Mistrz Zakonu. " Trzeba jak najszybciej pozbyć się kłopotów, za wszelką cene i wszystki możliwymi środkami."
Tak na jak najbardziej rację, szczególnie, że teraz nie możemy pozwolić sobie na żadne odbiegnięcię od planu naszych braci ze Wschodu.

A.D. 12 grudnia 1922

Zaczęliśmy kampanie przeciwko Narutowiczowi, próbujemy w jakikolwiek sposób podburzyć lud przeciwko niemu, jednak w niektórych kręgach nasze wysiłki idą na marne. P.. asassyni, nie można się od nich opędzić. Gdzie człowiek nie spojrzy może być pewien, że znajdzie tam czającego się assassyna. Przeklęte bractwo, w obecnej sytuacji nie możemy być nawet pewni czy nie przeniknęli do naszej partii….
Rozmawiałem dzisiaj z naszym starszym bratem, który sprawuje pieczę nad templariuszami w Polsce, mówił, że: "… należy natychmiast pozbyć się osoby wybranej na prezydenta, gdyż stanowi ona zagrożenie dla przyszłych planów, związanych z zagospodarowaniem naszych ziem..." Nie mam pojęcia o co chodziło, ale wierzę, że ma to na celu jakieś większe dobro dla ludzi żyjących w tym kraju.

A.D 13 grudnia 1922

Coraz bliżej zaprzysiężenia prezydenta, a coraz więcej kłopotów z nowym prezydentem, coraz więcej ludzi jest do niego przekonanych... Nie wiem, jak odwrócić tą szale.
Dostałem zadanie... Nie wiem co o tym sądzić... Muszą przeniknąć jak najbliżej prezydenta i sprawdzić jakie są jego mocne strony, jak dobrze jest zabezpieczony i czy prosto się do niego dostać.
Moi bracia systematycznie rozsiewają plotki, tworzą coraz to nowsze propagandy dotyczące Gabriela. Nie rozumiem, dlaczego, mój najserdeczniejszy przyjaciel nie rozumie ideałów, którymi się kierujemy, dlaczego tak konserwatywnie stawia na swoim, czy nie widzi jakie korzyści możemy uzyskać dzięki współpracy z Zakonem? Czy jest aż tak zaślepiony ideałami Piłsudskiego? Czy to on jest odpowiedzialny za zdradzenie nas jego braci, za co? Za możliwość wprowadzenia zmian, które i tak nie poprawią życia w naszym biednym, kraju? Czy nie jest w stanie dostrzec, że to potęga naszego Zakonu jest największa na świecie? I to on kieruje największymi i najważniejszymi wydarzeniami w historii? Nie, chyba nie.
Jednak szczerze muszę przyznać, boję się jednej rzeczy, że nie będę w stanie nie tyle dostać się do Narutowicza, co podnieść na niego ręki. W końcu wiele lat spędziliśmy w tych samych salach, zdobywając kolejne stopnie wtajemniczenia.
Skup się Eligiuszu, takie jest zadanie, to w tobie bracia pokładają nadzieję na przejęciem władzy w Polsce, to od ciebie zależy dalszą jej historia, nie możesz pozwolić, aby uczucia przykryły ci zdolność myślenia, dasz radę. Tylko nie myśl o tym jak później spojrzysz komukolwiek w oczy, w końcu już zabijałeś... Prawda Eligiuszu? Na wojnie z bolszewikami, nie mogłeś się powstrzymać i strzeliłeś do nieuzbrojonego, proszącego o pomoc człowieka... Nie nie myśl o tym. Masz przed sobą bardzo ważne zadanie do wykonania...
A oto co muszę zrobić dzisiaj wieczorem
Znaleźć i przesłuchać głównego dowodzącego ochroną prezydenta
Wykraść z gabinetu prezydenta plan na najbliższe dni
Znaleźć luki w systemie ochrony

To na razie wszystkie zadania, a jutro czeka nas przysięga naszego prezydenta.
Idę zobaczę co uda mi się zdziałać.


A.D. 14 grudnia 1922

Właśnie wróciłem..., i nie wiem jak się czuję, ale czuję jedno znalazłem sposób na zabicie naszego prezydenta, w taki sposób, że nikt się o tym nie dowie... Ale teraz czaka nas tylko przemówienie, na które mamy się stawić, więc idę.
.. Wróciłem z tego piekielnego zaprzysiężenie, przyznam nigdy nie słyszałem większych głupot gadanych ludziom przez człowieka, który zajmuje taki stanowisko. Przez całe to przemówienie przyglądałem się jak porusza się straż prezydenta, tak aby uchwycić jej słabe punkty, i znaleźć możliwość ataku.
W mojej głowie powoli rodził się zarys planu ataku jaki przeprowadzę na prezydencie. Z dokumentów znalezionych w jego biurze dowiedziałem się, że 16 grudnia będzie w pałacu Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych, na otwarciu dorocznego Salonu Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych. W tedy go zaatakuje nie będzie się spodziewał, że ktoś może mu tam zaszkodzić, gdyż jak sam mówił, :".. Zawsze czułem się tam bezpiecznie i nigdy nie przyszło mi na myśl, że ktoś mógłby chcieć mnie tak skrzywdzić, pośród tych stosów woluminów, w których żyje pradawna wiedza, o naszych losach." Tak myśl tak dalej a sam niedługo staniesz się historią drogi Gabrielu, i dołączysz do tych, których tak uwielbiałeś poznawać, ich historię. Teraz nadeszła chwila dla tych, których zdradziłeś, i zaufałeś naszemu wrogowi drogi bracie, to jest twój koniec i ty o tym dobrze wiesz.

A.D. 15 grudnia 1922

Jeszcze jeden dzień i wszystko się rozstrzygnie, teraz tylko odpowiednio się przygotować i zaopatrzyć w broń. Właśnie wybieram się na rekonesans miejsca, w którym mam zamiar zabić Narutowicza. To będzie jego ostatnia wyprawa nigdy już nikt nie podniesie ręki na nasz Zakon. I nikt nie podważy już naszych decyzji w Polsce. I będziemy rządzić nieugiętą ręką nad całym krajem. Wiem to..Widzę to.. Widzę naszego wodza jak podbija kolejne kraje Europy i jak prowadzi nas do zwycięstwa poprzez wykorzystanie pradawnych artefaktów. Ale nikt o tym nie wie, nikomu o tym nie mówię, nie chcę żeby pomyśleli, że jestem wariatem i odsunęli mnie od misji, która jest moim przeznaczeniem.

Właśnie wróciłem z miejsca docelowego, ukryłem rewolwer w jednym w wielu dzbanów znajdujących się tam. Teraz tylko czekanie od jutra i mogę zakończyć dzieło, które zostało mi powierzone, jestem w pełni przekonany, że nasze plany się powiodą. Jestem gotowy na wszystko dla zakonu i moich braci. Jestem gotowy oddać życie za nasz cel.

A.D. 16 grudnia 1922

To dziś zakończy się moja misja, muszę i wykonam rozkaz, który mi powierzono. Idę zamordować naszego prezydenta w imię zasad i naszego creda. A w szczególności dla niej dla mojej bogini dla tej dla, której jeszcze służę w tym przeklętym bractwie. To dla Niej jestem gotów oddać życie, co wiąże się nierozerwalnie z moją służbą zakonowi. Jak dobrze wykonam to zadanie to przyjmą mnie na wyższy stopień wtajemniczenia i poznam największe sekrety świata.
Idę wypełnić wolę Mistrza..

A.D. 17 grudnia 1922

Właśnie obudziłem się po uderzeniu w głowę, ostatnie co pamiętam to to. Że zabiłem prezydenta
Ja ZABIŁEM TEGO PREZYDENTA, nie mogłem w to uwierzyć dopuścili mnie prawie do niego samego, i z bliska oddałem trzy strzały... nasz kochany prezydent nie miał szans. Oddałem trzy strzały w pierś nikt by tego nie przeżył nie ma szans. To koniec.
To koniec misja wykonana, teraz czekam tylko na wyzwolenie z więzienia przez moich braci zakonnych. I wrócę w pełnej chwalę i wszyscy będą się dziwić, że ja Eligiusz Niewiadomski zmordowałem Prezydenta, i zakończyłem spór o to kto rządzi w tym kraju.

...
Pani nadchodzi i jest coraz bliżej.

08.11.2017 09:17
78
odpowiedz
kozi3000
81
Generał

Jest rok 1410. Bitwa pod Grunwaldem. Jest to jedna z największych bitew w historii Europy średniowiecznej. 15 lipca 1410 roku trwa wielka wojna pomiędzy siłami zakonu krzyżackiego, wspomagane przez rycerstwo zachodnioeuropejskie, pod dowództwem wielkiego mistrza Ulricha von Jungingena. Połączone siły polskie i litewskie oraz najemnicy z Czech, Moraw.
Nazywam się Anri. Jestem assasynem. Walczyłem po stronie polskiej 15 lipca 1410 roku. Polacy to bardzo waleczny naród. Razem z Polakami walczyłem ramie w ramie w szeregach. Dziesiątkowaliśmy oddziały templariuszy z ogromną siłą. Zostałem ranny a Polacy mi pomogli. Udało mi się zabić jednego z dowódzcy templariuszy. Jestem Anri i to jest moja historia.

08.11.2017 10:32
79
odpowiedz
kur24
0
Junior

Wehikuł czasu skonstruowany przez uważanego za szaleńca rycerza zakonu Templariuszy przeniósł mnie do dnia 18 lipca 1898. Maria Skłodowska-Curie wraz z mężem przedstawili tego dnia dzieło naukowe o odkryciu polonu. Pierwszy raz usłyszałem o pierwiastkach chemicznych i widziałem tyle zaskakujących rzeczy, iż postawiłem sobie pytanie czy rzeczywiście jestem w pełni władz umysłowych. Jedynym sposobem, żeby się o tym przekonać był powrót do moich czasów. Wróciłem i wtedy zrozumiałem, iż to się działo naprawdę. Opowiedziałem o tym rycerzom, ale nikt mi nie uwierzył oprócz geniusza, który zaprojektował wehikuł. Postanowiłem, więc wybrać się ponownie w przyszłość. Tym razem pojawiłem się nagle dnia 26 grudnia 1898 w momencie, gdy Maria odkrywała rad. Doszedłem do wniosku, iż każde moje przybycie ma wpływ na jej ,,olśnienia", ale osiągnęła tak wielki sukces, iż ustawiłem zegar wehikułu na 13 lutego 3.678 roku. Na niebie wyświetlano ogromną reklamę najnowszego XBOXA. Wszyscy ludzie byli ubrani na biało i byli bardzo pozytywnie nastawieni do siebie. Zło wymarło. Latające domy, w 100 % realne gry i automaty, które na poczekaniu przygotowywały 7.777 rodzajów jedzenia i napojów zupełnie za darmo zachwyciły mnie na tyle, iż zostałem na zawsze. Jednak pragnę zaznaczyć, iż w głębi serca nadal jestem Templariuszem i pozostanę nim do ostatniego oddechu.

08.11.2017 11:02
80
odpowiedz
Tal_Rascha
126
The Night We Met

[Wstęp]
Zakapturzony mężczyzna od dawna przyglądał się swej ofierze, przyczajony na dachu jednego z licznych piętrowych budynków doskonale stapiał się z mrokiem nocy, obserwował i czekał. Po przeciwległej stronie pustej ulicy otworzyły się ciężkie drewniane drzwi wypuszczając nieco złocistego światła z wnętrza tawerny. Na brukowaną ulicę w wyszedł młody człowiek nie mający więcej niż dwadzieścia lat. Bogato ubrany, krótko przycięte czarne włosy, dwie kobiety wokół niego łaszące się do jego sakiewki. Typowy szlachcic, szlachcic, którego ktoś pragnie się pozbyć… i pozbędzie.

[noc 2 maja 1791 r]
- Marku przyjacielu, dobrze cię widzieć
- Jeszcze raz nazwiesz mnie przyjacielem a przysięgam, że ukrócę cię o tą brodatą łepetynę – Rzekł do siedzącego samotnie przy okrągłym stole człowieka, wchodzący do zadymionej karczmy zakapturzony mężczyzna. Powietrze było ciężkie od dymu, nieliczne świece ledwo oświetlały dużą prostokątną salę tawerny w Warszawie. Przybysz opadł na krzesło, dwa wiszące u pasa miecze zabrzęczały uderzając w podłogę.
- Ciężki dzień co? – Spytał się zaciekawiony siwy człowiek – wyglądasz jakbyś nie spał całą noc.
- Bo nie spałem – odparł znużony mężczyzna – Byłem… zajęty.
-Pracą czy rozrywką? – siwy oblał się piwem nie umiejąc powstrzymać śmiechu, na co Marek zareagował zniesmaczonym spojrzeniem.
- Praca również jest dla mnie rozrywką, ale tej nocy byłem z kimś.
- Hoho to żadna nowość mój przyjacielu, co noc sypiasz z inna – zakapturzony podniósł się z krzesła i tylko rzucił spojrzeniem na brodacza, nie miał ochoty na tę rozmowę.
- Mówiłem ci byś nie mówił do mnie przyjacielu – po czym szybkim krokiem opuścił karczmę trzaskając za sobą drzwiami.
Noc była już późna, na niebie świeciły jasno gwiazdy, chłodny wiatr dawał się we znaki templariuszowi, który opatulony płaszczem szedł w stronę rynku Warszawy, wszechobecna cisza go uspakajała, na ulicach nikogo nie było, tylko on sam. Szara ulica między równie szarymi domami doprowadziła go na rynek, monotonny odgłos szumiącej fontanny działał usypiająco. W pobliżu nikogo nie było, w paru miejscach paliły się małe latarnie rozpalone przez jakiegoś latarnika. Marek rozejrzał się wokół, po czym z szybkością kota wspiął się na dach najbliższego budynku i zaczął biec, przeskakując po dachach kierując się w stronę Zamku Królewskiego.

- Caryca Katarzyna chce by Konstytucja została uchwalona, chce mieć swój pretekst do wojny i zajęcia kraju – powiedział sam do siebie. Jego zadaniem jest by nikt nie przeszkodził w jej podpisaniu, nie ważne czy będzie to Polak, Rosjanin czy ktokolwiek inny, to sprawa wyższej wagi, trybik w wielkim dziele któremu nic nie może zaszkodzić, on na to nie pozwoli. Pozbycie się Polski jest drogą do pokoju w Europie.

Okolice Zamku Królewskiego były równie spokojne jak reszta miasta, to tu jutro posłowie będą świętować uchwalenie Konstytucji.
Siedzący na dachu piętrowego budynku Marek obserwował okolicę, nagle zdało mu się, że widzi cień przeskakujący po dachach po przeciwnej stronie ulicy, po paru sekundach był już pewien, ktoś tam był.

Marek wiedział, że ktoś będzie próbował dokonać zamachu, wszak Konstytucja dość mocno ograniczała demokrację szlachecką a to oczywiście nie każdemu się podoba.
Długi bezgłośny skok przez wąską uliczkę pozwolił mu zająć dogodną pozycję ledwie paru kroków od niespodziewającego się niczego mężczyzny. Szybki cios miecza w plecy przebił serce niedoszłego zamachowcy.
-Wybacz przyjacielu – wyszeptał do martwego ucha Marek – to sprawa wyższej wagi.

post wyedytowany przez Tal_Rascha 2017-11-08 11:07:06
08.11.2017 18:12
81
odpowiedz
3 odpowiedzi
Lechiander
51
Fuck Black Hole

Same dżuniory prawie, ciekawe... ;)

08.11.2017 18:19
81.1
Harlan Dargonth
0
Legionista

Starym się nie chce, to smarkacze muszą wziąć wszystko w swoje ręce xD

08.11.2017 18:34
81.2
Matysiak G
115
bozon Higgsa

Spoko spoko.

Starzy cyzelują teksty :)

08.11.2017 18:57
81.3
Gremlinek
19
damian1996PL

Do końca jeszcze sporo czasu. :P

08.11.2017 19:41
82
odpowiedz
NikoBa
0
Junior

Marię znałem od małego, nasi ojcowie byli dobrymi przyjaciółmi, więc często odwiedzaliśmy państwa Skłodowskich. Uczynna, miła… Niestety nie miała za wiele czasu, żeby się z nami bawić, ciągle siedziała z nosem w książkach. Czytała, co wpadło jej w ręce a potem opowiadała nam o niezrozumiałych dla nas rzeczach, które wyczytała w dziełach z biblioteczki swojego ojca. Trudno się dziwić, nie mieliśmy nawet dziesięciu lat. Zawsze była wyjątkowo zdolna, a i pamięć miała bardzo dobrą, dzięki czemu wszystko przychodziło jej z łatwością. Jakiś czas później rozpoczęła naukę w pensji dla dziewcząt i widywałem ją coraz rzadziej. Sam zajęty byłem szkołą, przez co nie mieliśmy zbyt wielu okazji do rozmowy. Kiedy miałem 18 lat moja matka zmarła na tyfus, nie poszedłem na planowane studia i zająłem się dawaniem korepetycji z matematyki. W 1890 roku, po śmierci mojego ojca, wyruszyłem do Paryża, zostawiając w Warszawie swoje całe dotychczasowe życie. Poznałem tam Józefa Wierusza-Kowalskiego, z którym widywałem się, kiedy tylko był we Francji. To od niego dowiedziałem się, że mój ojciec był asasynem. Któregoś wieczoru wybraliśmy się na spektakl amatorskiego teatru. Możecie wyobrazić sobie moje zdziwienie, kiedy na scenie ujrzałem Marię. Nie wiedziałem nawet o tym, że jest w Paryżu. Okazało się, że studiuje na Sorbonie. Oczywiście nie dowiedziałem się wtedy wiele więcej na temat tego, co się z nią działo przez te wszystkie lata, ze względu na mojego towarzysza. Józef, usłyszawszy o tym, że Maria studiuje fizykę, od razu zaczął opowiadać o swoich badaniach…
Dwa miesiące później mój przyjaciel znów zjawił się w Paryżu, postanowiłem go więc odwiedzić. Zapoznał mnie on ze skromnym naukowcem – Pierre’em Curie, który opowiadał mi o odkryciach, dokonanych wspólnie z bratem. Chwilę później dołączyła do nas Maria. Od razu znaleźli wspólny język, nic dziwnego, że niedługo później wzięli ślub.
Odwiedzałem ich dość często i asystowałem przy badaniach, a przede wszystkim chroniłem ich. Rozumieli, dlaczego bractwu tak zależy na ich odkryciu, ale nie zdawali sobie sprawy z tego, jak wielkie groziło im niebezpieczeństwo. Templariusze nieustannie czyhali na okazję, żeby położyć swoje brudne łapska na dokumentacji naukowej Marii i Pierre’a a ja miałem do tego nie dopuścić.
Sukces gonił sukces. W lipcu 1898 odkryli polon, nazwany tak na cześć naszej ojczyzny, a pięć miesięcy później, w grudniu, rad. W 1903 roku Maria obroniła pracę doktorską a kilka miesięcy później razem z Pierre’em i panem Becquerel’em otrzymali nagrodę Nobla. Nie spoczęli jednak na laurach i dalej prowadzili badania, próbując uzyskać rad w stanie czystym.
19 kwietnia 1906 roku… Tego felernego dnia siedziałem u nich w salonie i bawiłem się z Ewą, ich najmłodszą córeczką. Maria krzątała się po domu i spierała o coś z najstarszą córką. Do domu wpadł zdyszany Pierre. Powiedział, że później musi się z nami koniecznie podzielić czymś niewiarygodnym. Wskazał na notatki trzymane w ręku, które chwilę później spakował do teczki. Pocałował Marię w policzek i wybiegł na spotkanie ze Stowarzyszeniem Profesorów Wydziałów Nauk Ścisłych. To było ostatnie zdanie, które od niego usłyszałem… Kilka godzin później na ulicy Dauphine oglądałem jego zmasakrowane zwłoki. Nie było przy nich teczki, z którą opuścił dom.

08.11.2017 19:43
83
odpowiedz
mareknocny1818
0
Junior

Jest listopad 1922
Nasze oddziały działające na całym świecie od dawna zmieniają świat,świat na świat lepszy silniejszy bardziej zjednoczony.To my odpowiadamy za zamach 1914.Tak to my wysłaliśmy wielką wojnę.Wojnę która trwała przez 4 lata.Od samego początku wprowadzamy w urzędy państwowe powstałe w 1918 roku naszych agentów I tak wprowadziliśmy naszych agentów do urzędów w całej Tak nazywanej Polsce Państwo to powstało po 123 latach podleglosci nie zaprzeczam ze upadło z naszej inicjatywy .Państwo to było zbyt silne zaczęło osiągać wysokie szczeble i grać skrzypce na arenie między narodowej A my nie mieliśmy na to wpływu. Trzeba było coś z tym zrobić.I tak od 4 lat mamy swoich agentów w polskich urzędach bo to siłę Państwo i musimy kontrolować to Państwo. Postanowiliśmy wprowadzić kogoś na ważne stanowisko panstwowe a potem wywolac skandal co rozbije morale obywateli .
9 grudnia 1922
Udało się. Wprowadziliśmy naszego człowieka na szczebel prezydenta przekupujac duza część głosujących.w krótce stanie się coś wielkiego
Mamy już plany co do skandalu jak gO wywołać
16 grudnia 1922
Dziś prezydent Narutowicz będzie w muzeum.Człowiek ten zginie od strzalu z pistoletu za nie całe kilka godzin.w krótce wszystko się zmieni nasz człowiek który okazał chec wykonania zadania zginie "dla większego dobra"
Assasyni na zawsze żyjecie w anarchii

08.11.2017 22:17
84
odpowiedz
TheVerdeGaming
1
Junior

Witaj przyszłości. Jeżeli to czytasz, to dowiesz się prawdziwej historii zamachu na prezydenta Narutowicza. Zamachu, którego dokonałem ja sam - Eligiusz Niewiadomski. Na początku grudnia byłem jeszcze kimś innym, ja, Kazimiera Iłłakowiczówna oraz Julian Nowak byliśmy grupą Asasynów działających na rozkazach naszego Bractwa. Pewnego grudniowego dnia przechwyciliśmy list o planowanym zamachu na prezydenta Gabriela Narutowicza. Pierwszy prezydent RP nie był ani Asasynem, ani Templariuszem, ale był pionkiem wyższego Bractwa w naszej „wojnie”. Zapewne jesteś zainteresowany, kim w takim razie był Piłsudski? Należał on do najwyższych Templariuszy na terenie Europy. Był człowiekiem honorowym, który też dał mi szansę na naprawienie błędów, które zrobiłem za czasu bycia Asasynem. Chcesz wiedzieć, jak do tego doszło? W listopadzie jedna z naszych misji zakończyła się fiaskiem. Kazimiera oraz Julian zdołali opuścić Belweder … ja nie. Zostałem uprowadzony przez Templariuszy i gdy miałem już zostać zabity pojawił się Józef. On coś we mnie widział. Odbyłem z nim długą rozmowę, poznałem motyw działania Templariuszy, które okazały się tym, za co ja walczyłem u Asasynów. Może jestem naiwny, ale właśnie wtedy odkryłem swój błąd. Nie będę się tutaj o tym rozpisywał i wróćmy do samego zamachu. Nasza trójka otrzymała zadanie ochrony Narutowicza podczas 16 grudnia, gdyż to właśnie wtedy miał odbyć się zamach. Sam Gabriel wiedział o naszej ochronie, więc starał się ukryć wizytę w „Zachęcie” przed władzami bezpieczeństwa.
Nadeszła godzina 12, każdy z nas pojawił się jako „normalna” osoba. Nie wiedziałem co stanie się po wszystkim. Czy będę musiał zabić swoich braci? Czy będę musiał uciekać? W sumie nie zastanawiałem się nad tym. Po rozmowie Narutowicza z jakimś ambasadorem nadszedł czas. Podszedłem od tyłu i wystrzeliłem trzy razy z rewolweru. Szybko zostałem pochwycony przez innych ludzi, ale zdołałem zobaczyć, jak Kazia szeptała tradycyjne słówka nad ciałem zmarłego, które nakazuje nam Kredo, a Julek po stwierdzeniu zgonu szybko wybiegł z Zachęty. Zapewne po to, aby poinformować Bractwo o mojej zdradzie.
Hmm i co dalej? Oficjalna historia powie, iż zostałem rozstrzelany, ale prawda jest taka, że zostałem Templariuszem i planuje zniszczyć Bractwo Asasynów w Polsce. Czy mi się uda? Czas pokaże…

08.11.2017 23:41
85
odpowiedz
michvelo
0
Junior

Eligiusz Niewiadomski, jeden z najwierniejszych i najbardziej walecznych członków Zakonu Asasynów. Był świadomy niebezpieczeństwa wiążącego się z każdą misją. Wiedział, że kolejna wyprawa mogła zakończyć się śmiercią, jednak nie stawiał on swojego życia na pierwszym miejscu. Jego priorytetem było wykonanie misji jak najlepiej.
11 XII 1922 roku prezydentem Polski został Mistrz Zakonu Templariuszy – Gabriel Narutowicz. W tym dniu Eligiusz miał 53 lata. Bractwo uważało że jego lata świetności mineły dwie dekady temu. Pozory jednak mylą, a Niewiadomski był w świetnej formie. Dzienna medytacja i trening przyniosły zadowalające rezultaty. To właśnie on miał zająć się najtrudniejszą misją w swoim życiu. ON – 53-letni starzec musiał zabić głowę państwa. Wiedział jakie skutki przyniesię dla losu świata dłuższa kadencja tej szumowiny. Tego samego dnia wywiad doniósł o chęci przejęcia przez Narutowicza miecza grunwaldzkiego. Nie był to jednak zwykły miecz, a fragment Edenu. Znajdował się on w pałacu Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych, w którym organizowano bal na cześć nowego prezydenta. Data balu przypadała na 16 XII. Asasyn musiał w 5 dni obmyślić strategię zamachu na templariusza. Pierwszym zadaniem było zdobycie zaproszenia na przyjęcię. Plan sam rozkwitł w jego głowie. Wiedział, że nie może zaplanować każdego ruchu bo będzie wyglądał nienaturlanie i podejrzanie. Reszte dni spędził na intensywnym treningu.
Nadeszła sobota – dzień sądu. Pomimo wielkiego doświadczenia i pewności siebie Eligiusz poczuł strach. Wiedział, że na jego barkach spoczywa los Zakonu Asasynów. Szedł w ciemności jak cień. Ujrzal swoją ofiarę i rzucił się do ataku. Nie mógł załatwć sprawy ostrzem, bo zabrudziłby smoking. Pistolet? Nie, nie… Był za głośny. Musiał coś wymyślić. Gdy mężczyzna był tuż przed nim, złapał go za marynarkę i szybkim ruchem skręcił kark. Przebrał się, a zwłoki zostawił w krzakach. Podszedł do wrót.
-Zaproszenie - powiedział niski, groźny głos. Asasyn poczuł krople potu na swym czole. Zaczął odruchowo szukać koperty w kieszeni… była tam. Poczył ulgę i z udawanym uśmiechem wszedł do salonu. Sala była wielka, pełna przepychu. Wśród gości mogliśmy dostrzec samą śmietankę towarzyską. Eligiusz rozglądał się po ludziach szukając twarzy swojego targetu. Miał prosty plan – strzelać celnie. Po paru minutach zobaczył go. Przeszedł przez salę by się rozeznać, wypił kieliszek szampana i ruszył do akcji. Podszedł do Narutowicza.
-Witam Panie Prezydencie.- podał mu rękę. Narutowicz spojrzał na niego i odwzajemnił gest. To była okazja. Asasyn szybkim ruchem podniósł lewą rękę i ukrytym w rękawie pistoletem zostawił dziurę na samym środku czoła templariusza. Rozległy się krzyki, żona zmarłego zemdlała, a ochrona rzuciła się na zabójcę. Eligiusz nie uciekał, nie czuł już strachu. W spokoju czekał na zbliżający się wyrok. Nie słuchał mówiących do niego głosów, wiedział, że ludzię będą mu wdzięczni. W swojej celi przemyślał swoje ostatnie słowa. Nie mógł on przecież powiedzieć społeczeństwu o assasynach i teplariuszach.
„Drodzy rodacy, nie przepraszam za to co zrobiłem. Narutowicz był złym i niegodnym swojego stanowiska człowiekiem. Jestem dumny, że mogłem wyzwolić moją ojczyznę od tej zarazy. Pamiętajcie kto jest Waszym prawdziwym wrogiem”- głosił - Assasyni są wśród was- szepnął jakby do siebie. Strzał. Tak kończy legenda.
Na pogrzebie były tysiące osób. Oddawali hołd swojemu bohaterowi i odeszli w swoje strony. Zostałem tylko ja i orzeł, który usiadł na nagrobku gdy cmentarz opustoszał.

09.11.2017 10:23
86
odpowiedz
Miedziany88
0
Junior

Zostałem wysłany do Zbaraża by chronić Księcia Jeremiego Wiśniowieckiego przed zabójcą wysłanym przez Templariuszy, choć nie wiedziałem wówczas jak daleko sięgają intrygi i działania zakonu. Był ciemny i pochmurny 13 lipca 1648 roku, siły Chmielnickiego wraz z Tatarami znów przystąpiły do szturmu. Tak samo jak poprzednio, udało się odeprzeć krwawy szturm nieprzyjaciela, po wszystkim Książę Jeremi swym zwyczajem objechał umocnienia, w towarzystwie moim i Konstantego Słuckiego szlachcica z województwa kijowskiego, od niedawna podobnie jak i ja służył w osobistej straży księcia. Nastała noc a wraz z nią nad całą okolicą rozpętała się burza. Mimo zostawienia trzech strażników na postanowiłem wrócić pod komnatę księcia, idąc usłyszałem jakby brzęk szczekającej broni, grzmoty szalejącej burzy zagłuszały prawie wszystko, przyspieszyłem kroku.
Ujrzałem dwóch zabitych strażników i trzeciego, który został właśnie śmiertelnie pchnięty szablą. Zabójca odwrócił się w moją stronę, jakież duże było moje zaskoczenie okazał się nim Konstanty, człowiek który przebywał cały czas pośród mnie i innych strażników. Ech od początku był pod moim nosem, a zdołał uśpić swym zachowaniem moją czujność. Spojrzał mi prosto w oczy i rzekł:
- Nie powinno cię tu być.
- Czego zakon tu szuka? Jaką intrygę znów knuje?
- Wykonuje zadanie mi powierzone, a Wy ciągle wchodzicie nam w drogę, ale dziś znów ubędzie jednego z was.
- Ktoś musi sprzątać brudy na tym świecie. Odparłem
Zdążyłem tylko odpowiedzieć, Konstanty dobywając szabli ruszył w moją stronę. Próbował wybić mi szablę z dłoni serią potężnych ciosów, odparłem je jednak. Widząc to zmienił taktykę, uderzenia były bardziej precyzyjne, może pozbawione impetu z jakim zaczął, ale za to dwa razy szybsze. Odpierałem kolejne uderzenia jego szabli, ale coraz ciężej, wiedziałem ,że przyjdzie mi się mierzyć z jednym z najlepszych szermierzy w tej części kontynentu, ale nie myślałem że będzie aż tak dobry. Nie pozostawało nić innego jak położyć życie na szali i zaryzykować, walczyliśmy w wąskim korytarzu, długa broń nie jest przecież tak skuteczna jak krótka, utrudnia ruchy. Ach chyba że posługuje się nią wprawiony w bojach rycerz, trudno nie ma innego wyjścia, trzeba zaryzykować. Odsłoniłem bardziej lewą stronę szable zderzyły się, moja wypadła w powietrze ,a Konstanty wbił mi swoją szable w lewe ramie, trwało to zaledwie ułamki sekundy. Zamaszystym ruchem nim przeciwnik przekonany że już mnie ma zdążyłem chwycić za sztylet i podciąć gardło Konstantemu, jego krew trysnęła mi na twarz. Zdążył wyszeptać tylko:
- Niemożliwe, nie…
Znalazłem przy nim zapieczętowany zwój, a na nim kolejne cele do likwidacji. Na samej górze jako cel główny figurował król Jan Kazimierz. Był też drugi, list z jednym zdaniem „Potrzebujemy cię w Warszawie, przybądź” na dole widniała pieczęć kanclerza koronnego. A więc to nie koniec, zdrada sięga najwyższych kręgów władz. Zdałem sobie sprawę, że muszę być jeszcze bardziej ostrożny, bo coraz trudniej w tym wszystkim odróżnić kto jest prawdziwym sprzymierzeńcem, a kto wrogiem. CDN.

09.11.2017 16:05
87
odpowiedz
Karollek26
0
Junior

Była późna noc. Ulice Nowego Świata i Alej Ujazdowskich zdążyły już prawie w całości opustoszeć po niedawnym pochodzie, choć gdzieniegdzie wciąż pojawiały się pojedyncze osoby. Jedna z nich zgrabnie przemykała między budynkami, kryjąc się w cieniu i skutecznie unikając świateł zapalonych latarni, aż w końcu dotarła do budynku Gazety Warszawskiej. O tej porze budynek powinien być pusty, jednak z uwagi na obecną sytuację wiedziała, że tak nie jest. Musiała niepostrzeżenie dostać się do środka i podsłuchać toczące się tam rozmowy. Bractwo musiało dowiedzieć się co planuje Zakon. Dzięki doświadczeniu i zdobytym umiejętnościom, nie było to trudne. W środku znajdowało się jednak o wiele więcej ochrony niż można było przypuszczać, lecz wystarczyła odrobina cierpliwości i odpowiedniego wyczucia czasu, by niepokojąc nikogo dostać się do gabinetu obok pokoju, gdzie toczyły się główne rozmowy. Stamtąd wystarczyło już tylko zajrzeć w dziurkę od klucza w drzwiach łączących oba pomieszczenia, aby zobaczyć jak..
~~*~~
Eligiusz Józef Niewiadomski klęczał skulony na środku pokoju przed tajemniczym zakapturzonym mężczyzną. Pojękiwał cicho i co jakiś czas niezdarnie próbował wstać, lecz za każdym razem targały nim pojedyncze konwulsje, doprowadzające do powrotnego upadku.
- Wystarczy - wypowiedziała nagle zakapturzona postać. Błysnęło światło i Eligiusz Niewiadomski zastygł w bezruchu. - Jak widzisz Eligiuszu, opór jest daremny, zrobisz wszystko co ci karzę. A mogę ci kazać tak podnosić się i upadać w nieskończoność, jak niegdyś kazano Syzyfowi wtaczać kamień pod górę. Jednak Ja mam dla ciebie zupełne inne plany.
Mężczyzna w kapturze oddalił się na moment od klęczącego i po chwili wrócił z powrotem trzymając w ręku rewolwer. Wycelował i..
- Umrzesz śmiercią bohaterską. Staniesz się sławny i przysłużysz się sprawie Zakonu - powiedział i położył broń na podłodze przed Niewiadomskim. - Wybory wygrała nie ta osoba, co powinna. Nie takie były nasze plany, ale wiemy jak to naprawić. Zabijesz prezydenta! Zabijesz Narutowicza! Potem się poddasz i poprosisz o karę śmierci.
~~*~~
Tymczasem w sąsiednim pokoju, przyglądająca się wszystkiemu przez dziurkę od klucza, postać nie mogła uwierzyć temu co widzi i słyszy. Nie było czasu na powrót do Bractwa by przekazać zdobyte informacje, trzeba było działać póki jeszcze był czas. Sięgnęła do nadgarstka i upewniła się, że mechanizm ukrytego ostrza działa jak należy, gdy nagle usłyszała dźwięk odbezpieczanej broni i poczuła dotyk zimnej lufy z tyłu głowy.
~~*~~
Drzwi łączące oba pokoje otworzyły się niespodziewanie z trzaskiem i do środka pomieszczenia z Niewiadomskim wpadła z impetem obezwładniona postać, a za nią wtoczyło się trzech ludzi z ochrony, natychmiast ją przygwożdżając do podłogi
- Znaleźliśmy go podsłuchującego pod drzwiami - Rzekł jeden z ochroniarzy - miał przy sobie to - dodał pokazując w jednej ręce mechanizm ukrytego ostrza, a w drugiej naszyjnik o trójkątnym kształcie.
- Kaczmarek? - Powiedział zaskoczony zakapturzony mężczyzna rozpoznając nieproszonego gościa - Haa.. no Ciebie się tu nie spodziewałem. Do tego w Bractwie? Twoje dzieci będą załamane gdy nie wrócisz do domu. Zabić go.
~~*~~
Błysnęły ostrza, polała się krew. Zdemaskowany Asasyn zdążył tylko ujrzeć niewielki okrągły złoty przedmiot w ręce templariusza, zanim powieki opadły mu na dobre.

09.11.2017 18:56
88
odpowiedz
kasiamal7
1
Junior

Maj 1791
Czekało ją nielada spotkanie,
Już nie mogła doczekać się na nie.
Pogłoski omówić trzeba,
Znów zaistniała taka potrzeba,
Ona już jest zmęczona,
A zarazem lekko zniesmaczona.
Humor jej się poprawia
Gdy jej luby do niej gania.
Obydwoje swoje kredo chwalą
I zawsze króla ocalą.
"Cóż oni tam gadają, moj drogi"
"He zamach chcą zrobić, ot trwogi"
"Cóż chyba zwariowali"
"Nawet nie wiesz co ostatnio odwalali"
"To bez znaczenia,
Takie rzeczy nie zasługują wybaczenia.
Plan już mam genialny,
A jednocześnie nieodwołalny.
Pytanie tylko czyś ze mna jest?
Wystarczy mi tylko jeden gest"
"Ma luba musisz wybaczyć,
Nie uda ci się mnie zobaczyć,
Wyjechać muszę,
Będę modlić się za twą duszę"
"Dobrze, jakoś poradzę sobie…
Będę cały czas pamiętać o twej osobie"
3 maja 1791
I tak przyczajona stała na dachu,
Wyzbywszy się całego strachu,
Obserwuje wydarzenie,
Które nie ukrywając robi wrażenie.
Wnet widzi mignięcie,
Jedno krótkie niczym cięcie.
Ktoś w oknach się ukrywa,
I ze "snajperką" sobie pogrywa.
I co czas na zabójstwa,
Wszystko dla wlasnego "bóstwa"
Po dachach parkur,
Jaki to genialny twór,
Wskok przez okno,
Zajście od tyłu wolno.
I załatwione,
Ukryte ostrze jest niezastąpione.
Do innego budynku skok
Na szybko wypity jakiś sok
Tak na odwagę,
By jeszcze bardziej zrozumieć wagę
Tego co się robi…
Bo kto inny króla obroni.
Ona jedyna,
Samotna dziewczyna.
Kolejny snajper pod nią stoi.
Zabójstwo z góry się kroi.
Kolejne truchło,
Lecz ruszać trza rychło.
Jeszcze widzi jednego,
W króla celującego.
Nóż do rzucania trzyma,
Jednakże tym razem się wstrzyma.
"A gdyby tak tego w obroty wziąć
I skrzydła podciąć?
Dowiedzieć się kto rzucił zlecenie
O tak czyje to było polecenie"
Wpada przez drzwi tym razem
On ukrywa się za obrazem.
Dopada go, chwyta za gardło
"Gdzie wasz szef gadaj rychło!"
"Nic ci nie powiem"
"Mam sposoby i tak się dowiem"
Wystarczy straszenia trochę
I już zna drogę
Opis pasuje do osoby jednej,
Dobrze jej znanej.
Rusza ile sił w nogach,
Pokładając nadzieję w "bogach",
Że zdąży
I sprawiedliwość wymierzy
Ujrzała go w zgrai
Wprost na króla sie czai
Biegnie, na niego się rzuca
On w bólach kuca
Gdy są poza tłumem
Musi zmierzyć się z własnym rozumem.
"Jak mogłeś, wierzyłam ci, ufałam
Ze wszystkiego spoufalałam
A ty trzymasz z Templariuszami,
Ze zwykłymi tchórzami…"
"I czemu masz pretensje…
Jednocześnie jakieś na mój temat obsesje
Konstytucja to bzdura,
Toż to zwykła brawura
Musi zostać zakończona
A najlepiej ukrócona…
O głowę…"
"Odjęło mi mowę
Zdradziłeś mnie…
Ale to minie,
W końcu nic nie jest prawdziwe
Zarazem wszystko możliwe"
Wyjęła pistolet i chrup
Na ziemię padł trup
"Nigdy nie pozwól
By uczucia misji przyjęły rozwój"
Zginął jej luby,
Nie doczeka się chluby
Konstytucja została uchwalona,
A następnie głośno uczczona,
Picie, tańce, śpiewy
Przeciwników gniewy,
Ona z dachu wszystko obserwuje
I w piórze orła się miłuje.
Zostało jej tylko jedno
Symbolizujące piękno
Odwraca wzrok
I robi jeden krok
Skacze z progu
I w siana ląduje stogu
Na samo króla polecenie
Zostało wydane jedno zlecenie
By Kościuszkę jej ukochanego
Za dokonanie czynu haniebnego
Nie chować wśród zasłużonych
Lecz wśród tych zgorszonych
Ciało ma być spalone
I przenigdy chwalone
A ona będzie dalej się starać
Wszystkich ochraniać
Tych w potrzebie i biednych
Tych brzydkich i pięknych
Żyć będzie w cieniu
Mieszkać we własnym schronieniu
Legenda się tu narodzi
O nowe braterstwo chodzi
Asasynem się nazwie
I czasem nawet pomoc wezwie
Z nienawiścią do Templariuszy
Zawsze do boju ruszy
Oto będą jej zasady
Którym i TY musisz dać wiary…

09.11.2017 20:40
89
odpowiedz
Pikejos
0
Junior

Wszystko zaczęło się 15 lipca 1410 r. Kiedy to zbierając maliny w lesie usłyszałem idących ludzi, którzy mówili o jakiejś bitwie. Do końca nie wiedziałem o co chodziło jednak śledziłem ich aby dowiedzieć się czegoś więcej. Jednak po paru przebytych metrach jeden z nich spostrzegł, że są śledzeni. Natychmiast zacząłem uciekać jednak w pewnej chwili zatrzymałem się i pomyślałem aby wytłumaczyć im o co chodzi. Niestety jak na ironię jeden z nich uderzył mnie w klatkę po czym zemdlałem. Ocknąłem się w ich kryjówce. Na miejscu dali mi dwa wybory albo zostanę i pomogę im w walce albo zetną mnie na miejscu. Oczywiście wystraszony odpowiedziałem, że pomogę.
Godzina 13:35
Opracowaliśmy plan uderzenia na wroga jednak nadal mi nie ufali ciagle mówili, że mogę być jednym z templariuszy. Jednak ja ciagle się tego wypierałem.
Godzina 14:50
Wszyscy byliśmy zebrani na polu bitwy plan był taki aby cofnąć nasze szyki do lasu i tam poczekać na wroga.
Godzina 15:00
Była to godzina w której miałoby dojść do jednej z największych bitew naszych czasów. Obie armie ruszyły do ataku. Po 20 minutach została nas garstka i to od nas zależał wynik tego starcia. Ruszyłem jako pierwszy czułem wtedy, że nikt mnie nie pokona i to był największy błąd w moim życiu- zbyt wielka pewność siebie. Nim się obejrzałem stałem już na jednej nodze. Upadłem na ziemie nie byłem przygotowany na coś takiego. Krew płynęła jak górski potok. Szybko na pomoc przybyła mi pewna osoba w kapturze i zaniosła mnie do lasu. Opatrzyła moje rany i znikła. Po walce odnaleźli mnie asasyni którzy zanieśli mnie do kryjowki. Na koniec opowiem dlaczego pisze ten list . Jest on pożegnaniem z tym światem. Jeśli go czytasz pamiętaj żyj tak aby nieczego nie żałować i walcz o swoje przekonania.

Władysław przydomek waleczny.

10.11.2017 09:10
90
odpowiedz
pablodar
4
Legionista

Ciemnym korytarzem pełzł miarowy szept.
Przyciągany jego niespiesznym rytmem powoli zbliżałem się do miejsca, skąd dochodził.
Zajrzałem do niewielkiego, oświetlonego jedynie kilkoma świecami pomieszczenia.
W środku stały zakapturzonych postacie.
Jedna z nich zaczęła odwracać się w moją stronę…

Obudziłem się. Ten dziwny sen prześladował mnie od kiedy pamiętam, ale przez lata pojawiał się najwyżej raz na kilka miesięcy.
Teraz to samo śniło mi się każdej nocy.
Nie pozostawiało wprawdzie wrażenia koszmaru, ale z pewnością budziło niepokój.
A po przebudzeniu nie byłem już w stanie ponownie zasnąć.

Tym razem też nie było sensu przewracać się w łóżku z boku na bok. Usiadłem więc…
- Proszę się nie przestraszyć - usłyszałem głos z okrytej cieniem części mojego pokoju. - Nie chcę zrobić panu krzywdy. Przyszedłem tylko porozmawiać.
- Co? Co pan tu robi? - wzdrygnąłem się, jednocześnie rozglądając się w poszukiwaniu jakiegokolwiek przedmiotu, którego mógłbym użyć do obrony przed tym… złodziejem.
- Naprawdę, proszę się nie denerwować - raz jeszcze spokojnym głosem powiedział mój “gość”. - Może pan zapali? Wiem, że jest wcześnie, ale...
Nieznajomy wstał z fotela i zbliżył się do mnie. Zdecydowanie nie wyglądał na bandytę. Przeciwnie: ubrany był elegancko, choć nie do końca zgodnie z aktualną modą. Pod kapeluszem nie byłem w stanie dostrzec rysów jego twarzy. Ruchy miał powolne, ale zdecydowane. Wyciągnął papierośnice i otworzył ją. Machinalnie wziąłem papierosa. Od razu rzuciły mi się w oczy inicjały JP oraz dekoracja z ozdobnych gałązek na ustniku.
- “Marszałkowskie”? - zatkało mnie. - Przecież one są robione tylko dla Naczelnika…
- Mamy swoje sposoby. Mają mniej nikotyny - dlatego je lubię. Poza tym zawsze robią odpowiednie wrażenie. - w jakiś sposób byłem pewny, że ukryta w cieniu twarz uśmiecha się.
- No tak, wrażenie wrażeniem, ale chętnie bym wreszcie usłyszał co pan tutaj robi! - zaciągnąłem się głęboko. Papierosy faktycznie były bardziej delikatne.
- Chciałem porozmawiać o panu. Oraz o panu Narutowiczu.
- Prezydencie Narutowiczu. Od czterech dni. - poprawiłem go.
- Racja. W każdym razie jeśli nam pan nie pomoże, to będzie krótka prezydentura. Zakończy się jutro.
Na takie słowa ciężko wymyślić sensowną odpowiedź. Milczałem więc.
- Wiem, że to zabrzmi dziwnie, ale pana losy są związane z tajnym bractwem, które od wieków wpływa na historię świata.
Wariat. Na pewno wariat. Tylko, że wariaci się tak nie zachowują. Ani nie częstują “marszałkowskimi”.
- Rozumiem. To skoro już jesteśmy przy niewiarygodnych historiach, to niech pan sobie nie przeszkadza i kontynuuje: co ja mam wspólnego z Narutowiczem i zakończeniem jego prezydentury?
- A jak tam pańskie sny? - przerwał mi. - Ciemny korytarz, szepczące postacie w kapturach? Kojarzy się to panu z czymś?
Całkowicie zbił mnie z tropu. Nikomu nigdy o tym nie mówiłem.
- Ten sen to swego rodzaju spuścizna, ściśle wiążąca się z pana pochodzeniem. Jestem człowiekiem racjonalnym, ale najlepiej byłoby tutaj powiedzieć, że to przeznaczenie pana ścigało. I właśnie dzisiaj dopadło.
- Czego właściwie ode mnie chcecie? - zdołałem z siebie z trudem wydukać. Słowa jakoś nie chciały przechodzić przez gardło.
- Zna pan Eligiusza Niewiadomskiego?
- Trochę. Mieliśmy okazję współpracować. Z pięć razy byliśmy w większej grupie na górskich wycieczkach. Zrobił świetną mapę Tatr. - zacząłem, ale nieznajomy przerwał mi cichym i chłodnym jak stal głosem:
- On jutro będzie chciał zabić prezydenta. A pan musi mu przeszkodzić

post wyedytowany przez pablodar 2017-11-10 09:11:40
10.11.2017 15:29
91
odpowiedz
elektra552
0
Junior

19 kwiecień 1906, Paryż, Francja.
Budzę się w nieznanym mi miejscu. Dookoła mnie stoją zakapturzeni mężczyźni. Nie mogę się jednak skupić na nich bo moim ciałem zawładnął ból. Jedyne co go łagodziło to chłód kamiennej podłogi na której leżałem. Próbowałem sobie przypomnieć jak się tam znalazłem, ale nie wiedziałem nawet kim jestem.
-Wstawaj - krzyknął do mnie zakapturzony olbrzym - musisz się przygotować… asasynie.
4 lipiec 1934, Passy, Fracja.
Od paru dni bacznie obserwuje starszą kobietę. Jest jakiegoś rodzaju naukowcem i pracuje nad czymś niebezpecznym. Jest osobą zapracowaną a na jej twarzy z jakiegoś powodu widzę… smutek?
A może to choroba i wycieńczenie? Nie ważne… Jest templariuszką i moim dzisieszym celem. Dostałem misję na którą szkoliłem się wiele lat. Zwiad poinformował mnie, że badaczka kończy pracę nad wielką bronią Zakonu. Moim zadaniem jest zabójstwo i zabranie notatek. Patrząc na długość moich przygotować walka będzie trudna. Podobno jest to legenda templariuszy a pojedynek z nią będzię wymagający. Mijał 14 dzień obserwacji. Znałem jej cały harmonogram. Była 18:00 więc po godzinnej drzemce miała przejść do stodoły kontynuować swoje prace badawcze. Usiadła przy biurku i zaczęła coś notować. Pierwszy raz byłem w środku… obleśna nora. Skradłem się do niej i szybko wbiłem sztylet w gardło. Zdążyła na mnie spojrzeć. Jej źrenice się powiększyły i ostatnim tchem powiedziala ledwie słyszalnie
-Piotr?
Zamarłem. Skąd znała moje imię. Spojrzałem na biurko leżał tam szkic. To byłem ja… i ta templariuszka z dzieckiem. Nagle wszystko sobie przypomniałem. Nazywam się Piotr Curie. Wraz z moją żoną Marią szczęśliwie żyliśmy i pracowaliśmy w Paryżu. Zdobyliśmy razem Nogrodę Nobla za odkrycie Polonu i Radu. Pewnego dnia ktoś mnie napadł gdy wracałem z pracy. Upozorowano mój wypadek i jakąś maszyną najwyraźniej odebrano wspomnienia. Szkolono przez wiele lat na asasyna, którym nie byłem. I teraz stoję tu w krwi mojej żony i czuję nienawiść do tych, którzy zapierali się, że są dobrzy. Okłamywali mnie tyle lat, a ja ufałem im jak rodzinie. Ale teraz znam prawdę. Nię są oni lepsi od templariuszy. Ich bezsensowna wojna zabija niewinnych. To przez nich straciłem wszystko. Mimo że żyłem, tak naprawdę nie istniałem. Wolałbym umrzeć pod kołami tego wozu niż wykonać robotę dla tych gnid. Wyszedłem i ujrzałem latającego orła. Wyciągnąłem kolejny sztylet i rzuciłem w niego. Ptak runął na ziemię. To był początek mojej małej wojny. Teraz pożałują tych lat treningu. Zginą od własnej broni.

10.11.2017 16:05
92
odpowiedz
2 odpowiedzi
Suomi
17
Look at you hacker

Hej wszystkim!

Przypominamy, że pozostał Wam jeszcze tydzień na umieszczanie prac konkursowych - jeśli ktoś się zastanawia nad wzięciem udziału lub szlifuje historię, 17 listopada kończymy zbieranie tekstów.

Prosimy o dokładne czytanie wymagań konkursowych, zwłaszcza dotyczących ilości znaków - kilka prac znacznie przekroczyło limit :c
Dziękujemy za dotychczasowe zainteresowanie i trzymamy kciuki za kolejne prace!

10.11.2017 19:31
92.1
Lechiander
51
Fuck Black Hole

Rozumiem, że termin upływa o północy? :)

11.11.2017 00:33
92.2
Suomi
17
Look at you hacker

Lechiander - dokładnie 17 listopada 23:59 :)

10.11.2017 18:40
93
odpowiedz
suchy2808
9
Legionista

Od czego się to zaczęło? Już nawet dokładnie nie pamiętam. A, Ty? Ty, braciszku? Pamiętasz krzyk gwałconej matki? Jej upadającą głowę oddzieloną od ciała. Pamiętasz braciszku? To wtedy pierwszy raz zabiliśmy człowieka. Pamiętasz tego szlachcica? Wyrwaliśmy mu serce i nakarmiliśmy nim trzodę. Potem szukaliśmy własnej ścieżki w życiu. Tamten husar odmienił nasze życia, dał nam nowy początek, ten uskrzydlony wojownik dał nam szansę, połączył nasz los z Asasynami. Szkolili nas. Rośliśmy w siłę. Uczyliśmy się panujących na świecie praw. Tępiliśmy wrogów zakonu i rzeczypospolitej. Obroniliśmy samego króla przed zamachem. To właśnie to dało nam przynależność do wojsk polskich. Staliśmy się elitą, zaufanymi ludźmi króla. Ty!.... dlaczego….
Co dało Ci otrucie króla? Co dawała Templariuszom śmierć Władysława IV Wazy? Turcja? Czy chodziło ci tylko o zrzucenie pozycji asasynów z piedestału królewskiej wdzięczności i wsparcia dla sprawy. Czemu milczysz! Zdradziłeś zakon i wyciągnąłeś swoje ostrze przeciwko Rzeczypospolitej. Pamiętasz? Zdradziłeś, wybrałeś ich! Jak mogłeś … mnie?... właśnie wtedy, mi też wyrwałeś serce. To wtedy wszystko zaczęło się rozpadać, nasza pozycja spadała przez różne zawirowania polityczne. Ale przetrwaliśmy. I tak stanęliśmy po dwóch stornach barykady – ja po stronie Młota na kozaków, księcia Jeremiego Wiśniowieckiego, Ty zaś u boku hetmana kozackiego Bohdana Chmielnickiego. Brzmi poważnie.
Jakby Chmielnicki wiedział, że to ty stoisz za śmiercią naszego umiłowanego władcy, już dawno byś waść zawisł. Nawet taki templariusz , matkę naszą Rzeczypospolita miłował. Po czyjej stronie stałeś? Czy było coś więcej? O czym mi nie mówiłeś? Chodzi o tą twoją okrągłą ozdóbkę mieniącą się złotym blaskiem ilekroć w dłoni ją trzymałeś? Tą co w Smoczej Jamie znalazłeś? Zresztą nieważne, już na to za późno.
Jesteś tam jeszcze? Czy naprawdę sytuacja templariuszy jest tak krytyczna, żeby zaatakować posterunek asasyński potrzebował wykorzystać kozaków, którzy o naszym konflikcie nie mają pojęcia, a swoich praw tylko chcą dowieźć? Czy może była to zbieżność interesów. Jarema to nie tylko przyjaciel naszej sprawy, ale również wojewoda ruski, wiec mamy poparcie wielu. Tylko czemu do naszych prywatnych waśni mieszamy niewinnych, mieszamy w polityce: by przetrwać i wygrać? Gdzie zatarła się już ta granica. Po której stronie wszyscy stoimy? Sam już się pogubiłem. Tym atakiem Chmielnicki pogrzebał możliwość stworzenia Rzeczypospolitej Trojga Narodów, a w tej bitwie tracą wszystkie strony. Ale nawet z armią chana nie podołacie. Wola templariuszy nie będzie kierować królestwem Polskim, zresztą czy asasyni też nie powinni się mieszać? – może to powiedziało Ci to Twoje świecidełko. Pewnie nawet chan was sprzeda. Już niedługo los tej bitwy się zmieni. Żal szkap poczciwych, lecz niestraszny nam głód, a szabla nie potrzebuje prochu by zabijać. Mikołaj Skrzetuski wraz ze swoim ukrytym ostrzem właśnie podąża w kierunku króla by losy tej bitwy odwrócić. Zbaraż nie upadnie, a mości książę Wiśniowiecki, odniesie tryumf… jednak… przyznaję… namieszałeś mi w głowie… mam wątpliwości. Lecz przysięgam Ci bracie, że choćbym miał go ścigać latami, to życie Chmielnickiego zakończy się z mojej ręki, a i odzyskam twoje świecidełko.
Żegnaj bracie. Niech Bóg i Panna Przenajświętsza mają Cię w swojej opiece. Spoczywaj w pokoju.
Zakapturzony husar z odciętymi skrzydłami umieścił krucyfiks w dłoni zabitego prze zeń mężczyzny, po czym znikł w odmętach mroku.

10.11.2017 19:08
94
odpowiedz
1 odpowiedź
Fire_Fly
0
Junior

Pośród Polaków pierwsi templariusze pojawili się już w XVI w., określali się jako magnaci wyłudzając od najsłabszych posiadali ogromne majątki i armie, ponadto bardzo często działali na niekorzyść Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Tak, taki był zakon ubogich rycerzy Jezusa Chrystusa. Nasi bracia pojawili się w Polsce dopiero pod koniec XVIII w., ale było już
za późno, Polacy zostali zniewoleni przez carską Rosję na 123 lata, z pomocą Templariuszy.
Po naprawdę ciężkich latach zaborów, pojawił się pewien człowiek, niezwykle charyzmatyczny, który poprowadził Polaków do odzyskania niepodległości, był to dobrze wszystkim Polakom znany Józef Piłsudski. Ale nie wiele osób wie do czego mógł doprowadzić. Po 11 listopada 1918 r., oferowaliśmy mu naszą pomoc, niestety ją odrzucił, argumentując
to swoją bezstronnością. Rycerze, zamiast oferować Piłsudskiemu możliwość współpracy, poinformowani o naszym niepowodzeniu w rozmowach z Naczelnikiem, zaczęli nim manipulować, przez polityków, robili to bardzo dyskretnie i ostrożnie, tak że nikt nie mógł się domyśleć co czynią.
Stanisław Thugutt, który był członkiem zakonu Templariuszy, zaproponował Naczelnikowi, aby to on objął stanowisko prezydenta II RP. Odmówił, jako powód podał zbyt mały zakres realnej władzy należącej do prezydenta. Na Zgromadzeniu Narodowym, na urząd prezydenta odradzającej się Polski wybrano kandydata lewicowej partii Gabriela Narutowicza, początkowo był nieprzychylny temu pomysłowi, ale po rozmowie z jednym z Templariuszy, ostatecznie zdecydował się na to. Nie znamy jak przebiegła i gdzie ta rozmowa, natomiast podejrzewamy, że Narutowicz został skuszony nieograniczoną władzą i bogactwami zakonu Templariuszy.
Oficjalnie prezydentem II RP został 14 grudnia 1922 r. Nasz zakon w tej sytuacji postanowił działać, nie wiadomo było jednak jeszcze wtedy jaką formę postępowania przyjmiemy. Następnego dnia, jeden z braci zaproponował, aby zabić skrytobójczo nowego prezydenta. Uznaliśmy to za dobry pomysł zwarzywszy na nasze sposoby działań.
Jednakże zabójstwo skrytobójcze było niemożliwe, zadbano o to, aby nowy prezydent był bezpieczny, trzeba było więc dokonać zamachu przy użyciu broni palnej i poświęcenia się. Chętnych brakowało do momentu zgłoszenia się Eligiusza Niewiadomskiego, malarza, krytyka sztuki, prawicowego działacza, uważał Narutowicza i Piłsudskiego za osoby, które zgubią kraj, oczywiście, przez Templariuszy.
16 grudnia 1922 r. Narutowicz uczestniczył w otwarciu dorocznego Salonu Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych. Podczas zwiedzania w sali nr 1, najważniejsza osoba w państwie zatrzymała się przy obrazie Teodora Ziomka Szron, 12 minut po godzinie 12, zamachowiec wystrzelił z hiszpańskiego rewolweru 3 strzały, śmiertelne. Niewiadomski oddał się bez walki
w ręce wiceprezesa Zachęty, malarza Edwarda Okunia i adiutanta prezydenta. Na rozprawie sądowej wyznał, że chciał zamordować Józefa Piłsudskiego gdyby miał zostać prezydentem,
ale gdy dowiedział się, że zrezygnował z tej możliwości, odstąpił od tego pomysłu. Przyznał się też do tego, że wyrok więzienia byłby dla niego hańbiący, skazano go na karę śmierci.
Nasz brat został stracony 31 stycznia 1923 r., jego ostatnie słowa brzmiały "Zachowam spokój, strzelcie mi w głowę i w serce, ginę za Polskę, którą gubi Piłsudski". Został pochowany
w dole na terenie Cytadeli, my wraz z jego rodziną przenieśliśmy i pochowaliśmy go na Cmentarzu Powązkowskim, w ten sposób oddaliśmy mu naszą cześć za jego poświęcenie.

10.11.2017 19:11
94.1
Fire_Fly
0
Junior

Przepraszam, za tak wyglądający tekst, w programie Word użyłem twardej spacji, więc w niektórych momentach tekstu wygląda on niezbyt dobrze. Jeszcze raz bardzo przepraszam i życzę miłego czytania.

10.11.2017 19:21
95
odpowiedz
osooso
0
Junior

Nazywam się Konrad ze Stablewic i jestem członkiem Bractwa Asasynów. Jestem jednym z obrońców Zbaraża, grodu w Polsce. Nasze bractwo ma komórkę w Polsce, w Krakowie i nasz Mentor kazał mi i moim braciom pomóc Polakom w odparciu ataku wroga. Z informacji od naszych zwiadowców wynikało że Tatarzy z chanatu krymskiego i kozacy, którzy atakują gród są wspierani przez templariuszy, ponieważ chan Islam III Girej jest członkiem tego zakonu. Postanowiliśmy wkraść się do zamku i zmienić bieg historii. Weszliśmy tylnym wejściem około trzeciego dnia oblężenia. Pokonaliśmy wroga, który od wschodniej strony oblegał zamek, my również ponieśliśmy stratę zginął Mikołaj Odrowąsy, nasz niezastąpiony łucznik. Razem odpieraliśmy atak przez wiele dni, które ciągnęły się w nieskończoność. Przez ten czas łuk był moim jedynym przyjacielem, ponieważ nie mogłem przywiązywać się do nikogo ,wszyscy ginęli jak muchy. Po wielu dniach walki zaczęło brakować jedzenia i ludzie zaczęli tracić nadzieje. Nasz wódz mówił nam że pomoc już w drodze i mamy walczyć dalej, lecz ja nie wierzyłem w jego puste słowa. Patrzyłem jak moi bracia ginęli, nie byli żołnierzami tylko najemnikami i skrytobójcami nie byli przygotowani na udział w wojnie. Po wielu dniach walki obronnej przybył król Jan Kazimierz z odsieczą i pojawił się w nas płomyk nadziei na zwycięstwo. Odpieraliśmy szturmy wroga z łatwością w tej bitwie mając tylko topór i ostrza przedarłem się przez zastępy wrogów ukradkiem tak jak nas uczono, niezauważenie. Skoczyłem z drzewa na ich wodza i ugodziłem go swoim ostrzem. Bez niego byli jak dzieci we mgle i szybko ich pokonaliśmy. Byliśmy bardzo szczęśliwi po tej walce, ale my też ponieśliśmy straty. W tej bitwie zginął mój czcigodny brat Zbyszek był wielkim wojownikiem i myślałem że kiedyś on też zostanie Mentorem ,jednak to nie było mu pisane. Zauważyliśmy że to już za długo trwa i trzeba to zakończyć. W nocy, około północy wyszliśmy nie zauważeni z fortecy i zlaliśmy się z mrokiem nocy. Przeszliśmy przez las by nie narażać się na spojrzenia i strzały wroga. Gdy szedłem przez las Wincent powiedział, żebym się szybko ukrył. Powiedział że kozacy patrolują teren i mi ich pokazał. Samuel powiedział żebyśmy ich usunęli. Samuel i Wincentym zabili dwóch ostrzami, a ja pozostałych dwóch łukiem. Schowaliśmy ciała w krzakach. Dalej nie spotkaliśmy już nikogo, ale byliśmy czujni i mieliśmy przygotowane ostrza. Idąc przez ten wiekowy las było cicho, tylko czasami można było usłyszeć pohukiwania sowy. Tego dnia księżyc świecił w pełni, przypomniało mi się jak siedziałem na polanie w Stablewicach i z moją wybranką i patrzyłem na taki księżyc. Musze do niej wrócić. Wreszcie dotarliśmy do obozu nieprzyjaciela. Przeszliśmy do namiotu chana niezauważeni ponieważ wszyscy spali. Straż przy namiocie zabiliśmy trującymi strzałami. Weszliśmy do jego namiotu. Spał. Chciałem go zabić ale nie taki był nasz plan. Położyliśmy mu list na rękę po tatarsku o takiej treści i wróciliśmy do zamku.
„Odejdź ze swoimi wojskami, albo skończysz jak swoi żołnierze
Bractwo assasinów”
Rankiem wszczęto alarm spytałem się czemu a jeden z żołnierzy powiedział że wróg u bram z chanem. Gdy wszedłem na mur Girej powiedział donośnym głosem że chce zawrzeć rozejm. Ucieszyliśmy się bo wykonaliśmy zadanie i mogliśmy już wrócić do domu.

10.11.2017 21:19
97
odpowiedz
Rasidol Rasiak
0
Junior

Bitwa pod Grunwaldem 1410 nie doszło by do tego wszystkiego, gdyby nie Tempelariusze znani jako zakon Krzyzacki pod rozkazem mistrza Ulricha von Jungingena zajęli Pomorze Gdańskie
terytorium Polski a zarazem Assasynow ,do knucia swych celów którym było sprzymierzenie się z Królestwem Czech i zajęcie terytorium naszego kraju i wybicie Assasynow a zarazem powstania wielkiego imperium
Zajęcie Pomorza Gdańskiego było pierwszym krokiem
Drugim zaś miała być wygrana Bitwa pod Grunwaldem i dobicie państwa Polskiego wszystko by się udało ale jeden z naszych braci Assasynskich Zawisza zwany "Czarnym" poprosił o sojusz swoich braci z Litwy przeciwko dobrze wyszkolnymi oddziałami tempelariuszy podzielonymi na oddziały. Assasynska taktyka bylo zaatakowanie wroga od tyłu i przejęcie chorągwi lecz wrogowie wiedzieli że zamierzają zaatakować ich od tyłu ,stało się walka się zaczęła siły by wyrównane po obu stronach aby wygrać należało przejąć chorągiew przeciwnika cel nie był prosty chorągiew zakonu trzymał Wielki mistrz ,walka trwała.Doszło do walki między Ulrichem a Zawiszą oboje byli wymeczeni walką ostateczna bronią która użył Assasyn było ukryte ostrze. Wielki Mistrz zginął , Zawisza przejął chorągiew Tempelariuszy , przeciwnicy od razu się poddali. Polska mogła przygarnąć Pomorze z powrotem, a assasyni powiększać swe kryjówki w Tym kraju.

10.11.2017 22:08
98
odpowiedz
casau3on
0
Junior

Koniec pierwszej wojny światowej rozwiał złudne nadzieje wśród walczących stron, że doprowadzi ona do powstania nowego społeczeństwa i nowego wymiaru humanizmu.

Żołnierzom konieczność prowadzenia wojny tłumaczono dobrem przyszłych pokoleń. Bezsensowność niektórych rozkazów poważnie nadwerężyła szacunek żołnierzy do oficerów. W kilku miejscach frontu strzelano tylko „dla formalności” tak, aby chybić, nawet przy obawie oskarżenia o dezercję lub sabotowanie rozkazów. Długie przebywanie w sąsiadujących ze sobą okopach żołnierzy alianckich i niemieckich wywoływało poczucie braterstwa między ludźmi.

Największym przegranym wojny okazały się Austro-Węgry, które rozpadły się kompletnie na samodzielne organizmy państwowe (w tym Polskę, która odzyskała Galicję). Złudne stały się nadzieje Prezydenta USA Woodrowa Wilsona, który myślał o utrzymaniu w całości tej, choć uszczuplonej monarchii jako przeciwwagi Niemiec w rejonie Europy Środkowej.

Jednak to tajne stowarzyszenia prowadziły w latach dwudziestych XX w. polityczne rozgrywki...
Tu znajdziesz dalszy część historii http://bit.ly/2ArHxTF

11.11.2017 08:22
99
odpowiedz
a1234567890
10
Legionista

Historia zaczyna się w roku 1922 a dokładnie 2 grudnia.W jednej z ponurych dzielnic Warszawy mieszka Jędrzej, młodzieniec którego los nie oszczędzał. Był to smukłej budowy lecz wysoki brunet z przenikliwym wzrokiem, utrzymywał się z kradzieży i drobnych napadów.W przeszłości mieszkał w ogromnym domu wraz z rodziną, sporo podróżowali po świecie gdzie Jędrzej doskonalił jedną z swoich pasji, sztuki walki. Jego ojciec Marian był artystą i malarzem ,zaś jego matka Bożena kucharką. Powodziło się im bardzo dobrze. Do pewnego dnia kiedy to Marian wpadł w kłopoty finansowe zaciągając coraz więcej pożyczek na swoje nowe projekty. Cała rodzina została wyrzucona na bruk. Pewnej nocy kiedy to Jędrzej wraz z rodziną nocowali w starej fabryce zawalił się dach.Jędrzej zdołał przeżyć, jego rodzice zginęli na miejscu.Od tego momentu wychowała go ulica.
2 Grudnia kiedy nadeszła chłodna noc Jędrzej przechadzał się wąskimi uliczkami dzielnicy przemysłowej myśląc że może akurat trafi się jakaś okazja do kradzieży, bo w końcu trzeba z czegoś żyć.Lecz jego uwagę przykuł dziwny mężczyzna w czarnym płaszczu z kapeluszem który ewidentnie bardzo się spieszył. Nie zastanawiając się ani chwili Jędrzej ruszył za nim,kierowała nim tylko zwykła ciekawość. W pewnym momencie jegomość zniknął za progiem budynku. Lecz biegnąc w pośpiechu tajemnicza postać upuściła list. Jędrzej natychmiast zabrał się za czytanie, wiadomość od niejakiego Eligiusza :

Drogi Adamie to co wydarzy się 16 grudnia w w pałacu Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych, ten dzień przejdzie do historii,mam plan który zostanie wykonany !! Spotkamy się po wszystkim.

Jędrzej zaniepokojony z listem w ręku powędrował na główny dziedziniec w dzielnicy handlowej. W pewnym momencie podszedł do niego dziwnie ubrany człowiek z wąsem i powiedział skąd masz ten list młodzieńcze? i w pewnej chwili Jędrzej stracił przytomność. Obudził się jakiś czas później w kanałach.Ten sam dziwny jegomość oraz kilku innych stali przed nim wypytując skąd ma ten list,Jędrzej powiedział że zgubił go pewien człowiek w płaszczu. Powiedział również o planowanym zamachu na prezydenta Narutowicza. Obiecał również pomoc w złapaniu niejakiego Eligiusza. Jędrzej miał bilet przetargowy ponieważ w młodości bywał w Pałacu wielokrotnie gdyż tam wykładam swoje dzieła i pracował jego ojciec. Znał plany budynku oraz sekretne przejścia. Grupa tajemniczych osób przyjęła jego pomoc i razem ruszyli do Pałacu Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych.Jędrzej wraz z kilkoma zakapturzonymi postaciami przekradli się przez tylnej okno które zawsze jest uchylone.We wnętrzu musieli zlokalizować prezydenta oraz jego przyszłego zabójcę.Nie trwało to zbyt długo, Jędrzej będąc na piętrze zobaczył iż za jednym z filarów klęka jakaś osoba. Podszedł bliżej i to co ujrzał zamroziło krew w jego żyłach. Mężczyzna miał przy sobie pistolet i celował w prezydenta. Jędrzej w momencie rzucił się na napastnika i obezwładnił go.Tak zakończyła się historia.Jędrzej został jednym z Asasynów.

11.11.2017 14:31
100
odpowiedz
2 odpowiedzi
Ig3r
1
Junior

Kartki z więzienia - zagubiona kartka.

29 grudnia 1922

Nazywam się Eligiusz Niewiadomski i jestem Asasynem.
Obecnie znajduję się w więzieniu i czekam na wyrok śmierci,
o który sam poprosiłem podczas procesu. Dostałem pewną listę. Była to lista kilku mężczyzn, którzy mieli umrzeć.
Byli roznosicielami zarazy, ich władza i wpływy trawiły ziemię po której stąpali. Miałem ich znaleźć i zabić.
W ten sposób miałem zasiać ziarno pokoju, dla religii, siebie jak i również dla moich braci. Ukończyłem moje zadanie, zabijając ostatniego mężczyznę z tej listy.
Był nim Gabriel Narutowicz. 15 grudnia 1922 roku podsłuchałem rozmowę, w której szczegółowo został opisany plan zajęć prezydenta Gabriela Narutowicza na następny dzień. Sam prezydent poprosił o to, by nie zawiadamiać policji o tym planie zajęć. Uznałem, iż to będzie idealna okazja do jego egzekucji. Postanowiłem go zabić podczas wizyty w salonie sztuki w Zachęcie o godzinie 12:00.
16 grudnia 1922 roku wchodząc do salonu sztuki wtopiłem się w tłum. Wystarczył mi do tego elegancki garnitur.
Broń miałem schowaną na nodze, a dokładniej na kostce. Starałem się nie zgubić prezydenta w tłumie, szukając przy tym idealnej okazji do egzekucji.
Kiedy zatrzymał się on przed jednym z obrazów, postanowiłem działać. Wyciągnąłem rewolwer i z małej odległości
oddałem 3 strzały do Gabriela Narutowicza. Nie umarł od razu.
- To już koniec Twoich rządów, teraz już nic nie możesz zrobić. Wreszcie doprowadzimy do pokoju, który nie byłby możliwy, za rządów templariuszy.
- O czym Ty mówisz? Zostałeś zmanipulowany, użyty jak zwykła marionetka. Twój mistrz Cię zdradzi, tak jak zdradził i mnie.
- W jaki sposób Ciebie zdradził? Przecież jest mistrzem Asasynów.
- Tak, to prawda. Jest mistrzem Asasynów, co oznacza iż jest mistrzem kłamstwa. Wykorzystał Cię, tak samo jak mnie
i pozostałych, których zabiliście. Wcześniej był Templariuszem! Teraz się od Ciebie odwróci, by móc przejąć władzę nad światem. Naprawdę myślałeś, że mordując mych braci, doprowadzisz do pokoju? To my do tego dążyliśmy. Dobrze rządziłem moim ludem i niczego nie żałuję, zamierzaliśmy zakończyć wszelkie konflikty. Zabijając mnie, doprowadziłeś swojego mistrza do władzy, a co za tym idzie, do dyktatury panującej nie tylko w tym kraju, ale na całym świecie.
I wtedy właśnie umarł.
Dałem się złapać, nigdzie nie uciekałem. Takie dostałem instrukcje, mój mistrz powiedział mi, że mnie wyciągną
z więzienia. Zostałem skazany, miałem zostać rozstrzelany. Czekałem pokornie na to, aż moi bracia wreszcie mnie uwolnią. Z każdym dniem zaczynałem się zastanawiać nad ostatnimi słowami Gabriela Narutowicza i wątpić w to czy zostanę uratowany. Czy to prawda? Czy mój mistrz porzucił mnie? Zostałem wykorzystany jak zwykła marionetka? Im bliżej było do dnia egzekucji,tym bardziej obawiałem się tego, iż słowa byłego prezydenta mogą okazać się prawdziwe. Już jutro miałem zostać rozstrzelany.

30 grudnia 1922

Straciłem już nadzieję na pomoc. Za godzinę wykonają na mnie wyrok. To moja ostatnia notatka. Bractwo raczej nie czekałoby do ostatniej chwili, będę musiał umrzeć. Tylko czy moje życie zostało poświęcone w dobrej wierze? Jestem przekonany, iż tak się nie stało.

11.11.2017 18:54
100.1
sedziej
0
Junior

Egzekucja Niewiadomskiego odbyła się dopiero 31 stycznia 1923

11.11.2017 19:18
100.2
Ig3r
1
Junior

@sedziej Holender, masz rację. Wiedziałem, że jak sprawdzałem przed dodaniem coś mi nie pasowało. No trudno najwyżej nie wygram. Cieszę się, że ktoś to w ogóle zauważył. Może komuś z podobnym pomysłem uda się wygrać. Już za późno by edytować. Życzę powodzenia pozostałym uczestnikom ;)

11.11.2017 16:32
101
odpowiedz
mago
0
Junior

Był 16 grudnia 1922 roku.
O 11:30 przybyłem na miejsce wraz z resztą zaproszonych. W Zachęcie było już sporo osób lecz brakowało tej jednej. W tym momencie była ona na spotkaniu.
Wszystko szło zgodnie z planem i chociaż mój mistrz i mentor Roman Dmowski zakazał mi tego przedsięwzięcia nie mogłem stać z boku i przyglądać sie wydarzeniom. Zakon Templariuszy rośnie w siłę. Ich wpływy rosną z dnia na dzień. 11 grudnia gdy jeden z popleczników Wielkiego Mistrza objął najwyższą władze w kraju postanowiłem działać.
Narutowicz brał udział w spotkaniu z Aleksandrem Kakowskim, Wielkim Mistrzem.
Wiem, że to jedyne wyjście by ich osłabić poza tym nie mam już nic do stracenia. Jakis czas temu zostałem otruty. Nasz zakon niestety nie był w stanie wynaleźć lekarstwa. Zostało mi jeszcze jakieś pół roku stąd też moja decyzja by nie uciekać .
O godzinie 12:00 zgodnie z planem przybył na miejsce. W wejściu przywitał go prezes Zachęty Karol Kozłowski i zaczął oprowadzać go po wystawie. Poszedłem za nimi. Gdy stanęli przed obrazem Teodora Ziomka "Krajobraz zimowy" postanowiłem że nadszedł już czas. Stanąłem za prezydentem, wyciągnąłem rewolwer. Strzeliłem 3 razy w jego plecy. Upadł na podłogę. W jego oczach zobaczyłem pustke.

11.11.2017 16:36
102
odpowiedz
mago
0
Junior

Był 16 grudnia 1922 roku.
O 11:30 przybyłem na miejsce wraz z resztą zaproszonych. W Zachęcie było już sporo osób lecz brakowało tej jednej. W tym momencie była ona na spotkaniu.
Wszystko szło zgodnie z planem i chociaż mój mistrz i mentor Roman Dmowski zakazał mi tego przedsięwzięcia nie mogłem stać z boku i przyglądać sie wydarzeniom. Zakon Templariuszy rośnie w siłę. Ich wpływy rosną z dnia na dzień. 11 grudnia gdy jeden z popleczników Wielkiego Mistrza objął najwyższą władze w kraju postanowiłem działać.
Narutowicz brał udział w spotkaniu z Aleksandrem Kakowskim, Wielkim Mistrzem.
Wiem, że to jedyne wyjście by ich osłabić poza tym nie mam już nic do stracenia. Jakis czas temu zostałem otruty. Nasz zakon niestety nie był w stanie wynaleźć lekarstwa. Zostało mi jeszcze jakieś pół roku stąd też moja decyzja by nie uciekać .
O godzinie 12:00 zgodnie z planem przybył na miejsce. W wejściu przywitał go prezes Zachęty Karol Kozłowski i zaczął oprowadzać go po wystawie. Poszedłem za nimi. Gdy stanęli przed obrazem Teodora Ziomka "Krajobraz zimowy" postanowiłem że nadszedł już czas. Stanąłem za prezydentem, wyciągnąłem rewolwer. Strzeliłem 3 razy w jego plecy. Upadł na podłogę. W jego oczach zobaczyłem pustke.

11.11.2017 20:32
103
odpowiedz
wszyti
25
Centurion

Młody kozak przyglądał się spowitemu w ciemności obozowi Korony Rzeczpospolitej.Ubrany był w lekki kontusz z doszytym kapturem i niebieskie szarawary.Rada obarczyła go zadaniem praktycznie niewykonalnym-zakradnięcie się do obozu i zabójstwo głównego obrońce Twierdzy Zbaraż.
Do wykonania zadania wyznaczono właśnie jego-byłego szlachcica rodu Walickich oskarżonego o zdradę narodu.Jego majątek przejeli magnaci a historie jego rodu całkowicie usunięto ze wszystkich ksiąg.Dopiero po ucieczce na Zaporoże dowiedział się o templariuszach, którzy dzięki przywilejom szlacheckim rządzą Rzeczpospolitą i eliminują pomniejsze rody takie jak jego.
Walicki naciągnął kaptur na głowe i ruszył powoli w stronę celu.
Kniaź Jarema Wiśniowiecki, główny obrońca twierdzy Zbaraż i jeden z najbogatszych i najpotężeniejszych templariuszy siedział przy stole z zapaloną świecą i patrzył na mapę Rzeczypospolitej.Walicki czuł jak serce mu staje w gardle.Spodziewał się że jego cel będzie pogrążony we śnie.Oczami wyobraźni widział już jak Kniaź zaczyna krzyczeć o pomoc, zbudzając cały obóz.Mimo tego, dowódca nadal patrzył w mapę, chociaż dobrze wiedział o obecności zabójcy.
-Mości szlachcicu Walicki, wie Waszmość, dlaczego nasza mateczka Rzeczpospolita jest takim potężnym i wielkim państwem?-spytał w końcu, podnosząc oczy znad mapy i wiercąc teraz nimi w assasyna.
Walicki wiedział że jest już praktycznie martwy, toteż zdjął kaptur i zmierzył się wzrokiem z przeciwnikiem.Jarema nie doczekawszy się odpowiedzi uśmiechnął się, wstał od sotłu i wyjął naszyjnik w kształcie krzyża templariuszy-to dzięki nam, magnatom i wojewodom trzymających w ryzach Króla i reszte ubogiego społeczeństwa.Czemóż to kozacze, zdrajco narodu chcesz zrujnować naszą kochaną ojczyznę?
-Wy, templariusze bogacicie się niepomiernie, wyzyskując chłopów i mieszczan, to jest ta piękna polska wolność?-assasyn uwolnił ostrze z nadgarstka i pokazał Jaremie-my assasyni walczymy nie o wolność szlachecką, lecz o wolność wszystkich klas naszego narodu.
-I Dlatego wspieracie tego głupca Chmielnickiego?-zaśmiał się Kniaź, po czym wyjął szable i dodał-Dlatego razem z Kozakami pustoszycie Ukrainę, wyrzynacie i grabicie wioski szkodząc naszej ojczyźnie?Gardzę taką wolnością.Nasz zakon to porządek.Wy pogrążylibyście Rzeczpospolitą w chaosie.
-Porządkiem nazywasz traktowanie Kozaczyzny jak psów, płacąc im marne grosze za bronienie granic?Przywrócimy im godność, zdobywając Zbaraż.Dlatego musisz zginąć.Walicki szybkim susem podbiegł do Kniazia licząc na szybki cios ukrytym ostrzem.Jarema okazał się być o wiele szybszy, zrobił unik do tyłu, po czym zadał mu cios otwartą pięścią.Zaskoczony assasyn popatrzył na miejsce ciosu.Jego kontusz szybko nasiąkł krwią.
-Całkiem przydatne muszę przyznać-templariusz, wskazał na swoją rękawice, spod nadgarstka wysunęło się ostrze-jednak wy assasyni potraficie zrobić coś pożytecznego
Assasyn upadł na ziemię, zaczął kasłać krwią-jego przeciwnik z piekielną precyzją trafił prosto w serce.Zaczęło ciemnieć mu przed oczami, ostatnimi chwilami przytomności usłyszał jedynie swojego zabójce
-niech prowadzi nas ojciec zrozumienia.Ku chwale Rzeczypospolitej.

11.11.2017 20:34
104
odpowiedz
morfeusz80
0
Junior

- Królu Władysławie , to zbyt niebezpieczne!
- Zachowaj spokój Witoldzie! Wiele nas różniło, ale teraz musisz mi zaufać. Losy Polski i Litwy zależą od powodzenia tej bitwy. Pod Grunwaldem 15 lipca 1410 roku napiszemy nową historię! – wszystko w rękach Boga!
- Zbyt wiele ryzykujesz! , co jeśli Cię złapią? lub nie daj Boże zginiesz…
- Nie robię tego pierwszy raz – Assassin musi być gotowy oddać swoje życie za prawdę i swoje królestwo. Dzięki temu że jestem królem udawało mi się zmieniać bieg historii niejednokrotnie. Nikt nie podejrzewał, że goszcząc króla, tak naprawdę gości Assassina. Dlatego muszę osłabić dowództwo przeciwnika.
- Jak zamierzasz to zrobić królu Władysławie?
- Upośledzę zmysły kilku dowódców wielkiego mistrz Urlicha von Jungingena.Nie będą w stanie racjonalnie podejmować decyzji co skutecznie osłabi ich działanie. Do samego mistrza nie będę w stanie się zbliżyć ma zbyt mocną ochronę.
- Co dokładnie masz na myśli królu Władysławie?
- Dodam im do wina pewien specyfik który w odpowiednim czasie zrobi swoje.
- Twoim zadaniem Witoldzie będzie poprowadzenie narady wojennej pod moją nieobecność.
- Jak mam Ciebie tłumaczyć Panie?
- Powiesz że modlę się do Boga za powodzenie bitwy. Gdy skończę dołączę. Pamiętaj, ważnym elementem naszej strategii jest ukrycie naszych wojsk sprzymierzonych w lesie w chłodzie i cieniu – oni zaś będą stali w pełnym słońcu - to ich osłabi i rozwścieczy. A my będziemy czekali na ich ruch.
Przekaż im nasze ustawienie:
Lewe skrzydło – ciężka jazda – marszałek Zbigniew z Brzezia
Prawe skrzydło – głównie lekka jazda jest twoje Witoldzie, wspomogą cię Tatarzy chana Dżalal ad-Dina, odziały mołdawskie i serbskie.
Centrum – zaciężne rycerstwo Czech i Śląska oraz trzy chorągwie smoleńskie
Jak Bóg da, poprowadzę was do zwycięstwa!...

11.11.2017 20:58
105
1
odpowiedz
Xserxses PL
0
Junior

6:15, 11-11-2017r
Kraków

I. Zimny wiatr dął na zewnątrz, cień przemykał się po białych sterylnych posadzkach z kubkiem w dłoni. Jak zawsze jedyna ulga jaką może spotkać człowieka kilkanasnie kilometrów pod ziemia, w bunkrze zaprojektowanym do samo wyżywienie załogi przez 30 lat, nawet w obliczu wojny atomowej, no i darmowa kawa oczywiście w firmowym kubku.
Wstrzymał się przed pokojem 214, wziął głęboki oddech, pchnął drzwi.
A, w końcu jesteś- uśmiechnął się - mam nadzieję że dobrze spędziłeś urlop?
Tak, tak ale co by tu gadać - odparł - jak ma się projekt?
Wszystko idzie zgodnie z przewidywaniami, zaprosiliśmy telewizje i tak dalej, wiesz przecież jak to działa.
Stojący charakter odłożył kubek i otworzył pudełko, leżące na biurku.
Zawsze mnie to bawi - uśmiechnął się - 10 lat, wystarczyło żeby przejść z kilkudziesięcio kilogramowego fotela, do hełmu zakładanego na głowie.
To prawda, model A s3 Rivt, czytałeś przecież raporty za 5 lat planują zmniejszyć to do rozmiarów okularów.
A co potem, może wszyscy wylądujemy w komputerze?
Kto wie, zobaczymy. No ale dość tego - powstać wstała - siadaj dokończymy nasz… projekt. Naszym technikom udało się znaleźć ciekawy fragment.
No dobra - postać nałożyła hełm- a i po wszystkim, tym razem nie zapomnij, podwójny ser.
obiecuję - uśmiechnął się Gambrinus.

15 lipca 1410
Okolice wsi grunwald

II. Wielki mistrz miał dość, nie dość że ten plugawy litwin wtrącał się w Jego politykę, najechał jego ziemię, to jeszcze zaprosił tych plugawych asasynów pod granicę.
Do namiotu wszedł kumtur.
Mam nadzieję że przynajmniej ty masz dobre wieści bracie.
Obawiam się że nie bracie.- zdjął kaptur, był komturem to prawda ale nikt nie powiązał by go ze szlachetnym rycerzem, bardziej przypominał rzeźnika, ale znał się na swojej robocie - Większość europy stoi pozostaje neutralna, ale saracenom udało się przeciągnąć papieża. Mam też raport odnośnie tego rzemieślnika który stworzył ten cały most dla Jagiełły, nie musisz się obawiać, Mistrzu- napomknął jak od niechcenia, był dobry w swej robocie, to prawda, ale jak każdy czekał tylko na potknięcie wielkiego mistrza. - jego faktoria, jaki wszyscy pracownicy, spłonęli. W tajemniczych okolicznościach, oczywiście.
Boże uchowaj, jakże łatwo w dzisiejszych czasach o pożar - wielki mistrz złożył ręce w modlitwie - Dobrze wróćmy do poważnych spraw, na początek- położył na stole kilkanaście zaplombowanych listów - tu są raporty które muszą do końca roku trafić do wiednia.
Mam młodego chłopaka, rekrut z pragi, wyślę go jak wrócę do Malborka.
Bardzo dobrze - Wielki mistrz poszedł do wielkich skrzyń - Henry! - zakrzyczał
Z cienia wyszedł młody mężczyzna.
Tak, Mistrzu.
Pomóż mi z tą zbroją, coś czuję żę Jagiełło nie ustapi bez walki.
Mistrzu - odparł z goryczą komtur - jest jeszcze coś, te hmm… miecze.
Jednak to prawda ?
Niekoniecznie, nie mamy do końca pewności, na pewno nie są wykonane przez ludzi. Na pewno są artefaktami, nie mamy jednak pewności jak działają.

III. Scena się urwała. Cały widok przybrał kształt regularnych trójkątów, wiedział że coś poszło nie tak, nie powinno się urwać w tym miejscu.
Ktoś zdjął hełm z głowy, ktoś inny go unieruchomił, usłyszał tak wyraźny dźwięk odbezpieczonego karabinu.
Kiedy jego wzrok przyzwyczaił się do światła, ujrzał Gambrinusa trzymającego coś w ręce.
ehh. Arasz, jakże nie mogłem się doczekać tego momentu.
Co! z kąd ty.
Zamilkł rażony 400 000 v. padł bez ruchu.
naprawde myslałeś że możesz nas infiltrować bez naszej wiedzy - uśmiechnął się - Chłopcy zabierzcie go na dół, potwierdził nasze przypuszczenia.

11.11.2017 21:15
106
3
odpowiedz
1 odpowiedź
Wiejski Widzący
7
Centurion

PIWO
=========================================================

No i ...fiut.
Miało pięknie być, tak przyjemnie, spokojnie i po ludzku. Trochę marszy, dużo wrzeszczenia, dziewki, piwo, dużo piwa i rabunek. No i jeszcze walenie krzywym mieczem po tarczy, za to głośno.
Ot zwykłe życie zaciężnego.
A co wyszło? Chujnia wyszła.
Naszykowany byłem jak rzadko, dwa duże wory na rabunek, gacie czyste, dobrze przytroczony trzosik na zapłatę i pragnienie wiercące na wewskroś.
Piwo było, a i owszem, nie powiem, było, lekko tylko skwaśniałe, nawet nie tyle skwaśniałe co beczki niemyte.
Przez to piwo się pochrzaniło wszystko, niby nie całkiem, ale się zacząć od czegoś musiało. Od piwa się zaczęło.
Postojanka na polance u lasu była, coś tam żarlim, zawsze coś żremy jak jest okazja.
Żremy i śpimy, każden co gdzieś służył, służy i służyć będzie wie, że żreć i spać musem jest przy każdej okazji, bo i nie wiadomo kiedy druga będzie.
Dali piwo.
No jak dali piwo, to zrazu moje pragnie, co tom je ze sobą na własnych nogach przytargał, zawyło potępieńczo.
Szczęściem tylko z początku zawyło, potem przeszło śpiewnie na pokojowe nuty.
Niby czas wojenny a my drzemy się że dziewka się potkła i jej się zadarła, no jasne żeśmy wcześniej wrogów ustnie znieważyli, nabili na pal, pomiot ich żeśmy w dyby a podległych w niewole.
Co do wrażych dziewek tośmy naobiecywali czynów całą górę, a co jeden to był bardziej wyzuty i figlarny.
Pijemy i śpiewamy, zatem jak przed zbliżającą się bitwą przystało.
Piwo jednak.
Piwo jednak ma swoje wymagania, gdy tracąc szlachetność strasznie zaczyna przeć na opuszczenie ciała naszego.
Zatem wstaję i powolutku, bez okazywania źle widzianego pośpiechu, udaję się na stronę.
Ludu ćma jednak była i nie chcąc nikomu po plecach szczać, odszedłem na dość daleko.
Boże jakież Ci się należą dzięki za stworzenie piwa rzec trudno, ale podzięki za łatwość i przyjemność wstrzymywanego osuszenia pęcherza, żadnymi słowy wyrazić się nie da.
Oczy w górze, radość w duszy.

Wracam zatem lekki, lekko rozmarzony perspektywą, wśród zbliżającego się półskrywanego gwaru i czujnych pohukiwań straży.
I co widzę?
Pokurcz jakiś, morda zdradziecka, ciul kaprawy zajumał mi jeden z worków com je miał na rabunek i cichcem próbuje spierdalać.
O Panie, alem się wkurwił!
Szczęśliwie jakoś pod rękę kołek mi podszedł co się na nim jakieś fajtramuły suszyły.
Ja za kołek i jak nie podskoczę, pokurcz spostrzegł i zaczyna uciekać, ja się drę i za gnojem lecę.
Bydlak prosto, ja za nim, on w bok, ja w bok, on w drugi bok, ja w drugi bok.
No mam gnoja na długość kołka, no niby mam, ale zamachnąć się w tym pędzie nie mogę, gówno widać, krzaczki jakieś i inne szajsy co raz i kolą, a ten spierdalacz rączy jakiś nad wyraz.
Wtem chaszczuny ustąpiły, droga musi leśna, a zaraz cię capnę popaprańcu.

Ciepło mi się jakoś dziwnie zrobiło, jasno mi się zrobiło.
Łeb mi pęka, prawe oko zaklejone, lewe powoli otwieram, jakieś krzaki, słońce wysoko, wszystko mnie boli.
Usiadłem w końcu.
Lepiej żebym leżał.
Lepiej żebym dalej leżał w tych krzakach przy dukcie.
Goniąc pokurcza po lesie, przywaliłem łbem swym durnym w drzewo, łeb rozbity, rozum wyłączony, sen martwy.
Kuśtyknąłem do obozowiska, wyszło że odbiegłem ledwo nieduży kawałek.
A tam pusto, nie licząc wypalonych ognisk, rzygów, gówien i szczynnego smrodu.
Mojego drugiego worka na rabunek też nie ma.
Nic nie ma.

No i ...fiut, se myślę.
Pewno już po bitwie, w tamtą stronę kuśtykać sensu nie ma.
Wracać trza.
To i wracam.
Coś po kilku godzinach szum jakiś za plecami słyszę, ni to koń, ni to jakie inne licho.
A to rycerz był, był to prawda, bo jakiś taki skundlony, oberwany, koń lekko kulawy, ni to truchatał ni to stępał.
Jak się przybliżył tom mocniej kołek ścisnął co mi wiernie od wczoraj służył.
A on gały na mnie wybałuszył i wychrypiał.
-Trza do Marienburga spierdalać. Spierdalać trza.-

No i ...fiut.
Tyle żem się nawojował pod Tannenbergiem.
A wszystko przez piwo.

To mówiłem ja.
Helmut syn Assa z sioła Creed w Prusiech.
Wołają mnie też bywa Tryplariusz.

(Edytka małych literufek.)

post wyedytowany przez Wiejski Widzący 2017-11-11 21:20:10
12.11.2017 12:15
106.1
przemciuf
2
Legionista

Tryplariusz rządzi... bez ochyby :)

11.11.2017 21:19
107
odpowiedz
Vastus
0
Junior

Nazywam się Arkhan, byłem kiedyś asasynem. Teraz jestem kulawym starcem, wyczekującym swego końca.
Lata temu na polach Grunwaldu odbyła się wielka bitwa; byłem jej częścią. Mój dawny mentor, a zarazem wierny druh króla Władysława Jagiełły, powierzył mi oczywiste zadanie – zlikwidować wielkiego mistrza zakonu krzyżackiego, Ulricha von Jungingena. Tam skąd ja pochodzę ich zakon zwykło się nazywać Zakonem Templariuszy, jednak teraz rzadko można usłyszeć tę nazwę – nie po tym co stało się z Jakubem de Molay’em . Teraz działają skrycie, nie ujawniając swojego oblicza, tak jakby nigdy nie istnieli.
Zaczęli zagarniać ziemie Królestwa Polskiego. Jestem przekonany, że poszukiwali starożytnych artefaktów mogących dać im nieograniczoną władzę nad światem. Nie można było do tego dopuścić.
15 lipca 1410 roku był dniem upalnym, siedziałem w cieniu drzew obserwując otoczenie. Rozległe pola Grunwaldu były całkowicie strzaskane przez słońce; pożółkła trawa, wyschnięta roślinność, a w samym środku tego piekła armie Templariuszy.
Kiedy usłyszałem „Bogurodzicę”, wiedziałem, że nadszedł czas zawieruchy. Nie brałem czynnego udziału w bitwie, moim zadaniem było znaleźć i zlikwidować cel. Wielki mistrz zakonu postanowił ułatwić mi zadanie i wziąć udział w bitwie – odwaga i głupota zarazem . W chaosie o wiele łatwiej zlikwidować znaczący cel, gdyż żołdacy, którzy mieli go chronić są zajęci ratowaniem własnego życia.
Dosiadłem rumaka i ruszyłem w stronę celu. Szybko moją uwagę przykuł samotny jeździec, kierujący się w stronę wzniesienia, z którego dowodził król. Domyśliłem się, że jego zadanie niewiele różni się od mojego. Popędziłem konia w jego kierunku. Zanim zdążył dotrzeć do króla przebiła go moja strzała. Teraz już mogłem udać się w stronę wielkiego mistrza. Droga przez pole bitwy nie była usłana różami, tym bardziej że mój wierzchowiec padł. Położyłem trupem paru żołnierzy, po czym w końcu dotarłem do mistrza Templariuszy. Kiedy mnie zobaczył szybko popędził swojego konia w moją stronę. Podniosłem miecz wysoko, czekając na uderzenie. Szybko zrobiłem unik, podcinając koniowi nogi. Templariusz w ciężkiej zbroi z trudem podniósł się z ziemi. Rozpoczął się nasz pojedynek. Jungingen walczył z ogromną zawziętością, blokował wszystkie moje ataki. Był naprawdę biegły w posługiwaniu się mieczem. Starałem się wykorzystać swoją zwinność i szybko zachodziłem go od boku. Miał trudności z obracaniem się z powodu zbroi. Już byłem gotów zadać ostateczny cios, gdy nagle poczułem rażący ból w prawym udzie. Straciłem czucie w nogach i upadłem. Okazało się, że była to strzała, która przeszła na wylot. Nie widziałem kto strzelał; był zbyt duży chaos. Wielki mistrz podszedł, wyciągnął sztylet i pochylił się nade mną. To była moja szansa. Wysunąłem ukryte ostrze i pokierowałem je w stronę Templariusza. On jednak był na to gotowy; złapał moją rękę robiąc jednocześnie zamach sztyletem, by mnie dobić. Ta chwila trwała wieczność. W ciągu tych paru sekund zobaczyłem całe życie przed oczyma, pogodziłem się ze śmiercią, poczułem wstyd z powodu hańby jaką przyniosłem Bractwu, a także ułamałem grot strzały w mojej nodze i wbiłem go w gardło wielkiego mistrza. Templariusze zostali pokonani – tak mi się wtedy wydawało.
Dziś wiem, że pozory mylą. Jeśli odetnie się hydrze głowę to wyrosną dwie następne. Bractwo musi być silne, utrzymać jedność, inaczej nie ma szans na przetrwanie. Bitwę wygraliśmy, ale wojna trwać będzie jeszcze długie lata; może nawet stulecia. Nie będzie mi dane ujrzeć jej końca – nie chcę go znać.

11.11.2017 21:26
108
odpowiedz
Nuriel
3
Junior

31 grudnia 1898 roku, Niemcy, pałac w Heidelbergu, noc, prywatna komnata dla gości.
Her Fritz, inspektor który przyjechał po raport z badań nad nowymi pierwiastkami, właśnie omawiał z Curie postępy jej prac badawczych. Okazało się, że Polon, bowiem tak nazywał się jeden z pierwiastków wynaleziony w lipcu przez Curie, posiada bardzo silne właściwości promieniotwórcze.
- Wykorzystując ten pierwiastek w odpowiedni sposób można otrzymać bardzo niebezpieczną broń - powiedziała Curie - dzięki tej broni unicestwimy bractwo assassynów za jednym zamachem.
- broń promieniotwórcza, brzmi nieźle - odpowiedział Fritz - mam nawet pewien pomysł jak ją wykorzystać - pomyślał i uśmiechną się do siebie. - A ten drugi? – zapytał podnosząc szklankę wody do ust.
- Drugi z pierwiastków zwany Radem wynaleziony przed kilkoma dniami okazał się być o wiele bardziej interesujący. Posiada on mocniejsze niż Polon właściwości promieniotwórcze, ale co ciekawe za jego pomocą można do pewnego stopnia modyfikować DNA. Myślę, że jeśli by go dokładniej przebadać, to dało by się opóźnić procesy starzenia u członków zakonu, a może nawet uzyskać nieśmiertelność.
- Życie wieczne - zamyślił się ponownie - zawsze o tym marzyliśmy. Zakon będzie bardzo zadowolony z pani badań Curie. Zabiorę ich kopię i poinformuję główną siedzibę o pani postępach a w międzyczasie proszę kontynuować badania. To odkrycie będzie niezwykle przydatne, gdy już zlokalizujemy siedzibę tych barbarzyńców.
***
Niezwykle zadowolony z postępów prac Curie, Inspektor Fritz wyjechał w pośpiechu, żeby dostarczyć raport z inspekcji do Głównej siedziby zakonu. Curie odprężyła się zostając sama w pokoju.
- Już niedługo, jeszcze tylko kilka testów i całe bractwo assassynów pożałuje, że zamordowali mojego męża - pomyślała wpatrując się w oddalający się powóz Fritza. Nie spodziewała się, że w komnacie czai się członek bractwa. Zabójca podszedł po cichu do Curie i zaatakował przebijając od tyłu jej pierś. Curie padła bezwładnie na podłogę. W jej oczach było widać nienawiść.
- Musi być pani z siebie zadowolona, pani Curie - wyszeptał zabójca do jej ucha - dzięki pani odkryciu może zginąć wielu ludzi.
- Jeśli dzięki temu wasze bractwo przestanie istnieć, jestem gotowa zapłacić każdą cenę – powiedziała Curie dławiąc się krwią.
- Na nieszczęście dla pani – uśmiechną się - jeśli uda mi się dopaść Fritza, wasze plany zakończą się fiaskiem. Wstał i popatrzył na konającą Curie. Trochę mi cie żal - pomyślał - zatracić człowieczeństwo dla zemsty.
Podszedł do okna i otworzył je. Znajdował się teraz kilkanaście metrów nad ziemią.
- Eh, kolejna nieprzespana noc – westchną i wyskoczył przez okno w pogoń za Inspektorem Fritzem.

post wyedytowany przez Nuriel 2017-11-11 21:27:28
12.11.2017 00:13
109
odpowiedz
Zawiszak1410
0
Junior

14 lipca Roku Pańskiego 1410
„Dzisiaj po tylu latach odważyłem się spisać wspomnienia. Czuję to, że jutro nadejdzie to na co się latami przygotowywałem. Dlatego też postanowiłem napisać co przeżyłem. A moi potomkowie muszą wiedzieć, jak było naprawdę.
Choć lata młodzieńcze spędziłem na dworze królewskim i to tam nauczyłem się sztuki wojennej i miłości do Polski, to przez lata moim Mistrzem i Panem był Król Zygmunt Luksemburski. Przez lata uczył mnie innego podejścia do życia niż w latach poprzednich. Mówił, że władza i kontrola nad ludem, nad innymi krajami prowadzi do porządku, porządek sprawia, że ludzie są szczęśliwsi, a do tego każdy przecież dąży. Mój ś.p. ojciec zawsze powtarzał, że Polacy i Węgrzy to braterskie narody, więc tym chętniej słuchałem „mojego” króla zachwycony tym czym on się ze mną dzielił.
Jakimże byłem głupim i pysznym człowiekiem! Pomimo tego, że razem z nim wyruszałem na wyprawy i dzięki niemu zdobyłem sławę i chwałę, to czułem pustkę. Po jednej z bitew gdy wróciłem na węgierski dwór usłyszałem, że jestem ślepym, egoistycznym, ślepo zapatrzonym w króla mordercą. Nie to chciałem usłyszeć po tylu latach treningów i walk. Tego samego dnia podczas jednej z pijatyk usłyszałem od jednego z ludzi mojego Pana, Ścibora, że jestem królewskim psem na posyłki a jego władca chciał razem z Zakonem Krzyżackim dekadę wcześniej doprowadzić do rozbioru mojego ukochanego kraju. To złamało moje rycerskie serce.
Jadąc z moim bratem, Janem Farurejem, na wojnę w Bośni usłyszałem od niego, żebym wrócił do Polski, bo nasz kraj mnie potrzebuje. Nie chciałem go słuchać. Mówiłem mu, że wiem komu być wierny. On tylko odparł; „Nic nie jest prawdziwe, wszystko jest dozwolone”. A ja dalej byłem tylko nic nieznaczącym zabijaką. To się miało zmienić. Powróciwszy z nic nie wartej wojny, usłyszałem, że mój Mistrz zawarł pokój z Zakonem Krzyżackim i planował zniszczyć mój kraj. To skłoniło mnie do przemyśleń. Czyżby mój głupszy, gorszy we wszystkim brat był o wiele więcej wart niż ja? „Nic nie jest prawdziwe, wszystko jest dozwolone”? Tego dnia odrodziłem się niczym feniks z popiołów.
Zamierzałem być szpiegiem na węgierskim dworze i mieć baczność na wszystkie ruchy króla Zygmunta i o wszystkim informowałem dwór na Wawelu. Kiedy usłyszałem, że planowany jest zamach na króla Władysława i jego brata odrzuciłem wszystko co otrzymałem na węgierskiej ziemi i wraz z Janem uciekłem do Polski.
Gdy wróciłem do swojej ukochanej ojczyzny po tylu latach, wstąpiła we mnie wielka siła, a mój duch był wielki jak wielka jest miłość matki do nowonarodzonego dziecka. Potem na spotkaniu z królem Władysławem Jagiełło czułem się, jak syn marnotrawny, ale rzetelnie przekazałem mu wszystkie informacje na temat poczynań Zakonu i węgierskiego króla. Następnie mój brat przedstawił mnie jakiemuś starszemu dostojnikowi. Nazywał się Zyndram z Maszkowic. Wyciągnął do mnie rękę, a ja ją uścisnąłem. Zauważyłem, że ma dziwne znaki na serdecznym palcu. Okazało się, że to Mistrz Zakonu Asasynów. Powiedział, że cieszy się, że po tylu latach mnie widzi i że powróciłem na dawną ścieżkę. Zszokowany wysłuchałem opowieści o wojnie pomiędzy Templariuszami a Asasynami. Jeszcze bardziej byłem zdumiony, gdy dowiedziałem się, że mój były Mistrz był Templariuszem, a Zakon Krzyżacki to tak naprawdę Zakon Templariuszy.
Przez następne dni mój brat był moim „Mentorem” uczył mnie i opowiadał, niewiarygodne historie. Najciekawsze były historie o Pierwszej Cywilizacji i o przedmiotach, które nam zostawili, Fragmentach Edenu. Nie mogłem w to uwierzyć, ale po tym co przeżyłem do tej pory, nic mnie już nie zdziwi.
Dziś Mistrz Zyndram przyszedł do mnie i powiedział, że zasłużyłem na to, żeby jechać w jego oddziale Asasynów jako przedchorągiewny. Wręczył mi również jakiś zawinięty przedmiot. Gdy wyszedł, odpakowałem go i zobaczyłem coś, co przez ostatnie tygodnie istniało tylko w sferze marzeń. Moje własne, ukryte ostrze.”

15 lipca Roku Pańskiego 1410
„Gdy rano wyszedłem ze swojego namiotu zobaczyłem szybującego nad polem bitwy orła, uznałem to za dobry znak. Patrząc na niego przypomniały mi się wszystkie historie, które usłyszałem w ostatnim czasie. Zastanawiałem się kim tak naprawdę jestem, jak bardzo błądziłem w swoim życiu. Dzisiaj jest czas na odkupienie swoich win, podjęcie ostatecznej decyzji, wyznaczenie i podążenie właściwą ścieżką.
Król Władysław zwołał wszystkich najważniejszych rycerzy na naradę przed bitewną, wszyscy ubrali się w zbroję i razem z nim podążyli do jego namiotu. Ja i mój brat, Jan przygotowywaliśmy się, gdy nagle wszedł Mistrz Zyndram. Kazał nam się wszystkim zebrać u niego w namiocie. Miał dla nas ostatnie wskazówki. Najważniejsze postacie, na które musieliśmy uważać to: Ulrich von Jungingen – Wielki Mistrz Zakonu Krzyżackiego (a może Zakonu Templariuszy?), Kuno von Lichtenstein – jego zastępca i najlepszy szermierz w Europie i Friedrich von Wallenrode – najlepszy generał Zakonu. To były nasze cele. Jeżeli udałoby nam się ich zabić, Polska i Asasyni stały by się silniejsze!
Usłyszeliśmy dźwięk rogu. Zbliżali się Krzyżacy. A może to byli Templariusze? Nie wiedziałem jak ich nazwać. Król Władysław i jego brat zebrali wojsko, wszyscy byli gotowi do walki. Staliśmy w pełnym słońcu. Czułem jak pot spływa po mojej twarzy. Reszta mojego oddziału była niesamowicie spokojna i bez mrugnięcia oka wyczekiwali na rozpoczęcie bitwy. Widać, że to byli najlepsi wojownicy w szeregach polskiej armii.
Z daleko widziałem posłańców, którzy wręczyli mojemu królowi dwa stare, nagie miecze. Prowokacyjny podarunek. Król i jego brat Witold podnieśli je wysoko. Nagle miecze zaczęły świecić złotą poświatą. Spojrzałem na swojego Mistrza. On też się bacznie w nie wpatrywał. Czyżby to były Miecze Edenu, o których opowiadał mi Jan? Dlaczego Wielki Mistrz nam je oddał? A może uaktywniają się tylko w odpowiednich rękach? W każdym razie to co zobaczyliśmy sprawiło, że w nasz oddział weszły nowe siły.
Gdy słońce znajdowało się w zenicie oba wojska na siebie natarły. Najznamienitsze wojska uderzyły w nasz oddział, ale dzielnie walczyliśmy. Cała bitwa trwała 6 godzin. Byliśmy już bardzo zmęczeni. A najważniejsze zadanie dopiero przed nami. Odnalazłem wzrokiem Kuna i ruszyłem na niego, mój brat zaatakował Friedricha. Żeby do nich dotrzeć musieliśmy stoczyć ciężki bój na śmierć i życie z ich oddziałami. Na jego nieszczęście poradziłem sobie z nimi szybko i rozpocząłem walkę z jednym z najważniejszych Templariuszy. Walka była ciężka, przeciwnik był niesamowity. Plotki okazały się prawdziwe, to naprawdę był niesamowity szermierz. Wtem orzeł, którego widziałem rano, przefrunął nad naszymi głowami. Wystarczyła chwila nieuwagi i Kuno leżał na grunwaldzkiej ziemi zabity. Pierwszy raz użyłem swojego ukrytego ostrza, wbijając je swojemu przeciwnikowi prosto w szyję.
Spoczywaj w pokoju.
Mój brat w tym samym czasie nacierał już na innych Krzyżaków. Friedrich leżał zabity we krwi na swoim białym płaszczu z krzyżem. Cały oddział Asasynów uderzył na straż osobistą Wielkiego Mistrza. Zyndram starł się z Ulrichem. Mimo wielu lat na karku walczył jak lew. Coraz więcej Krzyżaków padało pod naszymi ciosami. Zyndram miał coraz większą przewagę. W końcu chyba pod wpływem bezsilności padł pod mieczem Mistrza Asasynów i niewidzącymi oczami patrzył się w niebo.
Niedobitki krzyżackie uciekały w popłochu. Wojska polskie i sprzymierzone podnosiły okrzyki zwycięstwa. Książe Witold podniósł dwa skrzyżowane Miecze Edenu w górę. Świeciły jeszcze jaśniej niż przed bitwą. Kolejna legenda okazała się prawdą.
Wielka bitwa została wygrana. Nie żałuję decyzji, którą podjąłem parę miesięcy temu, bo gdy wzywa ojczyzna moim honorem jest walka. Wreszcie czuję się spełniony. Wreszcie wiem, gdzie jest moje miejsce na ziemi. Wreszcie wiem kim jestem. Jestem Rycerzem. Jestem Asasynem!”

12.11.2017 01:35
110
odpowiedz
Beniaminnd
0
Junior

Tak, w końcu! Minął już rok od czasu wszczęcia poszukiwań rajskiego jabłka i nareszcie wiem gdzie je znajdę. Malbork, zamek wysoki, kaplica, tajne przejście... Jedyna osoba która ma dostęp do jabłka to Ulrich von Jungingen, templariusz. Podobno jest tez mapa tego miejsca którą nosi zawsze przy sobie. Muszę ją zdobyć!

Mój przyjaciel Mszczuj ze Skrzynna herbu Łabądź powiadomił mnie że wojska króla Władysława szykują się do bitwy z zakonem, postanowiłem wiec wyruszyć pod Grunwald. Ponieważ miałem kilka dni zapasu postanowiłem powspinać się rekreacyjnie po kilku wieżach strażniczych przy okazji synchronizując mapę. Uzupełniłem ekwipunek i kupiłem nowe szaty bo przez te skoki wiary miałem wszędzie pełno siana. Nie wiedzieć czemu, ale nawet po przebraniu ludzie mówili że słoma mi z butów wystaje, nie rozumiałem tego... W końcu po wykonaniu kilku dodatkowych misji pobocznych dotarłem na pole bitwy.

Nigdy wcześniej nienawidziłem tylu ludzi naraz skupionych w jednym miejscy. Przestrzeń była ogromna, hałas przytłaczający. Ciężko było w tym harmiderze pozbierać myśli, ale ja byłem cały czas skupiony na celu. Zabić Ulricha i odzyskać jabłko. Nic nie jest prawdziwe, wszystko jest dozwolone.

Był słoneczny lipcowy poranek. Zmierzałem do szeregu aby wtopić się w tłum. W tem zauważyłem niejakiego Jana Sornowskiego. Widziałem jak kilka dni wcześniej spiskował z templariuszami. Nie wiedziałem co zamierza i jakie są jego plany. Nie mogłem tez nic zrobić aby nie narazić misji. Zająłem wiec miejsce obok Mezczuja i czekałem na rozkaz ataku. W końcu po małej prowokacji nagimi mieczami (całkiem zgrabne ostrza trzeba przyznać) król dał znak aby ruszać. Musiałem być bardzo ostrożny i uważny aby nie dać się zranić. Kiedy podszedłem już wystarczająco blisko krzyżackiego mistrza sprytnym ruchem wyciągnąłem ukryte ostrze i zadałem śmiertelny cios. O dziwo templariusz ten był bardzo skruszony i w ostatnich słowach przed śmiercią wyjawił mi dokładne położenie artefaktu. Powiedział tez, że bardzo żałuje dokonanego za życia zła. „Requiescat in pace” - powiedziałem i zamknąłem jego oczy. Misja była wykonana, jak najszybciej oddaliłem się z miejsca bitwy.

12.11.2017 11:26
111
odpowiedz
przemciuf
2
Legionista

Tak patrząc na styl to widać tutaj całą masę fanów prozy Sapkowskiego.

12.11.2017 12:17
112
odpowiedz
kluha666
111
See you space cowboy

Świetny konkurs. Mam już koncepcję, ale nie mam czasu by przelać ją tutaj. Do końca tygodnia myślę, że coś ogarnę.

12.11.2017 13:49
113
odpowiedz
CZARodziejka z Rivii
0
Junior

Nie wiedział co się z nim dzieje Był w szarym pomieszczeniu z łóżkiem przypominającym metalową falę Wstał powoli, robiąc kilka kroków przed siebie po czym upadł na kolana Zobaczył przed sobą zakapturzoną postać odzianą w skórzaną rękawicę na przedramieniu z której niespodziewanie wysunęło się stalowe ostrze. Szła prosto na niego, po czym zniknęła
-Co to ma być!Gdzie ja jestem!- krzyknął wściekły Ksawery.
Do sali weszła doktor Olga Rikkińska.
-Przebywasz w Centrum Rehabilitacyjnym Abstergo w Krakowie
Nieznajoma zwróciła się do dwóch osiłków, którzy chwycili Ksawerego i poprowadzili go przez korytarze. Dotarli do wielkiej sali. Kobieta natychmiast podpięła go do Animusa, a w czasie gdy tracił świadomość,Olga mówiła coś przez mgłę
-Wczytuję sekwencję 3 maj 1791..Konstytucja..Fragment Edenu..
-To DNA jest zgodne z DNA jego przodka Stanisława Małachowskiego mistrza z polskiego Bractwa Asasynów. Był ostatnim Asasynem w posiadaniu Jabłka Edenu. Chcemy je odnaleźć.On dostarczy nam potrzebnych informacji.

Dwa dni przed uchwaleniem Konstytucji odbywał się Obiad Czwartkowy u króla Stanisława w jego posiadłości. Był w korytarzu razem z Tadeuszem Kościuszką i Aurorą Radziwiłłówną asasynką którą bardzo kochał Stali we troje w półmroku.
-Nasi Bracia zabili tajnych agentów Templariuszy na granicy Wiem że Poniatowski skłania się ku rządom carycy, dzięki niej przecież uzyskał drogę na tron Dla pieniędzy zrobi wszystko
-Tadeusz a ty?Kilka dni temu widziałem cię w towarzystwie ludzi carycy To były rozmowy na temat Konstytucji czy coś innego?Małachowski przytwierdził Kościuszkę do ściany.Nie wiem czy możemy Ci ufać
-Chcieli mnie o coś spytać...ale nie powiedziałem nic w sprawach państwowych, a tym bardziej o naszych planach Wiem, że możecie mi nie ufać, ale nigdy nie zdradzę Kredo ani was moi Bracia

Małachowski przystawił mu ostrze do gardła, ale się opamiętał. Tamten poprawił marynarkę i wszedł z powrotem do sali. Aurora zbliżyła się do Stanisława i przesunęła dłonią po jego policzku
-Kochanie musimy uważać. Poniatowski będzie grał na czas. My musimy go ochronić ale jednocześnie dopiąć swego. Dlatego użyjesz Jabłka Edenu,aby go zmanipulować. On Ci ufa- Złapała go za dłoń.-Nie możemy ryzykować. Idź teraz do Poniatowskiego i użyj artefaktu-wręczyła mu Jabłko, obiekt pożądania obu stron konfliktu
Stanisław nie zastanawiał się, pobiegł do Poniatowskiego, wziął go na stronę i wyciągnął artefakt. Otworzył go przed nim i użył. Tamten upadł na podłogę i w pełni był już podkontrolą Małachowskiego.
W dniu uchwalenia Konstytucji kochankowie byli obecni przed Sejmem Wielkim. Przy okazji załatwili kilku Templariuszy czających się przed budynkiem. Małachowski wiedział, że zaraz musi się udać do środka, wiedział też, że to co się stanie będzie miało wpływ na przyszłość całego narodu. Pożegnał gorącym pocałunkiem Aurorę. Dziewczyna natychmiast pobiegła parkurem na dach. Małachowski teraz miał w głowie tylko jedno-ABY PODPISANO KONSTYTUCJĘ. Gdy ją podpisze, Bractwo wygra a caryca i Templariusze poniosą klęskę. Był pewny zwycięstwa. Wszedł na Salę i rozpoczęły się obrady. Po siedmiu godzinach kontrolowany Stanisław podpisał Konstytucję. Marszałek został wyniesiony na ramionach posłów, trzymając w ręku Fragment Edenu owinięty Konstytucją. Tłum wyszedł za nimi. Było słychać liczne okrzyki radości i wiwaty
-Wolna Polska!Nadzieja!Wolność!-Tłum gorąco oklaskiwał bohaterów
Wszystko czego chciał właśnie się dokonało
KONIEC SYNCHRONIZACJI
-Mamy je!

12.11.2017 18:03
114
odpowiedz
RaQman
69
We know

To powinien być kolejny szary dzień mojej egzystencji. Na śniadanie zjadłem kanapkę z żółtym serem i pomidorem. Nie tracąc czasu w biegu wyprasowałem koszule i ubrałem garnitur. W planie przed pracą miałem jeszcze wpaść po kubek kawki do starbucksa . Stanąłem na krawędzi chodnika i wezwałem taksówkę.
-Na Grunwald proszę! - wrzasnąłem.
-Sie robi! - z dzikim uśmiechem odparł kierowca.
Nagle poczułem okropne mrowienie, świat zaczął wirować. W jednej chwili stanąłem na polu bitwy. "Już po mnie. Mam to czego chciałem"-pomyślałem. Wokół panował niesamowity chaos, szczęk metalu na przemian mieszał się z jękami rannych tworząc krwawą symfonię.
W dłoniach dzierżyłem miecz i tarczę z namalowanym niedbale znakiem assasynów. Nie oglądając się na nic przemieściłem się parę metrów atakując i blokując na przemian. Nigdy bym nie pomyślał że
pracownik biurowy może być tak skuteczny na polu walki. Parę metrów dalej dojrzałem wielkiego mistrza zakonu krzyżackiego. Uniosłem miecz wskazując na niego, a on spojrzał na mnie, skinął tylko głową i rozpoczął szarżą na mnie, niestety albo stety wprawnie zablokowałem jego miecz wbijając przy tym swoją broń w jego szyję, następnie w pierś. Dumny mistrz zakonu upadł na ziemię, a z pod jego zbroi wyleciała złota kula lądując w kałuży krwi. Nie tracąc czasu chwyciłem za ten artefakt. Nagle wszystko znikło, znów siedziałem na tylnym siedzeniu taksówki z tą różnicą że w dłoniach trzymałam artefakt.
-Czy to było prawdziwe? - zapytałem kierowcę.
-Taak - kontynuował - mamy jeszcze wiele do zrobienia.

12.11.2017 19:35
115
odpowiedz
Talrott
9
Legionista

Są coraz bliżej. W oddali widzę tylko drobne sylwetki, ale wśród nich jest zdecydowanie on, mój ostatni cel. Patrzyłem na to wszystko i czułem, jak wali mi serce. Na razie jednak czekałem. To my złapaliśmy ich w pułapkę i odcięliśmy od możliwości ucieczki. Tak przynajmniej nam się wydawało, jak wiadomo podczas bitwy wszystko jest możliwe. Spośród pól na tle zachodzącego słońca można było dostrzec, że coś zaczęło się poruszać. Jazda galopowała majestatycznie na pagórek polany łopocząc uczepionymi chorągwiami zakonu. Za nimi z równym zapałem poruszała się piechota przywdziana w miecze i tarcze. Strony konfliktu byłyby praktycznie nie do odróżnienia, dlatego też Jagiełło nakazał włożyć swojemu rycerstwu słomiane przepaski. Ten szczegół będzie jednak bardzo trudno dostrzec w boju. Wielu zginie z rąk swoich braci w wyniku pomyłki. Ja jednak mogłem ten chaos wykorzystać. Będę mógł wtopić się w walczących niczym w mrok.
Wybuchł krzyk przerażonych ludzi. Armie zderzyły się ze sobą. Ten dzień musi to zakończyć. Dzień pełen rozlewu krwi, niepotrzebnej śmierci. Uniosłem się spomiędzy krzaków przez które obserwowałem zajście, chwyciłem włócznię Świętego Maurycego i ruszyłem. Musiałem oczyścić swój umysł ze zbędnych myśli, które były moją słabością. Otóż to, były. Ten czas już przeminął. Ponownie stałem się zabójcą, asasynem. Nadszedł czas by stworzyć sobie ścieżkę, którą dojdę do mojej ofiary, po trupach. Na pierwszych templariuszy rzuciłem się w piruecie kierując ciężar swojego ciała na prawą nogę. Nie spodziewali się ukrytych ostrzy, broni której wcześniej nie widzieli. Gdy padło czterech, na ich miejsce pojawili się kolejni. Zabiłem dziesiątki zbrojnych, gdy natrafiłem na naprawdę liczną grupę. Jeden z nich uderzył zamaszyście ciosem, który cisną mną o ziemię.
Próbując odzyskać równowagę, odruchowo opuściłem włócznię. W tym momencie zadanie mi śmierci nie stanowiłoby problemu dla byle wieśniaka. Ku mojemu zaskoczeniu plecy mojego przeciwnika zostały przebite ostrzem miecza.
- Wszystko w porządku? – krzyknęła tajemnicza postać.
Rozpoznałem go dopiero po dłuższej chwili, gdy spoglądałem za ramię umierającego.
-Naprawdę nie łatwo cię zabić Maćko.
-No raczej kartoflu zapyziały, a teraz idź, biegnij!
Ponownie stałem się bestią. Potworem, który ma za cel uśmiercać inne potwory. Próbujący mnie powstrzymać rycerze ruszali na mnie w grupach. Był też jeden głupiec, który samotnie stanął na mojej drodze obserwując tylko moje poczynania wodząc mieczem w powietrzu. Przez krótką chwilę nikt z nas się nie ruszał. Nagle padł na ziemię. Mogło to mieć związek z przelatującą strzałą ,która ostatecznie skończyła w jego płucach. Tylko garstka wojaków dzieliła mnie już od mojej zdobyczy. Jako ostatnia straż powinni być nie lada przeciwnikiem. Ku mojemu zaskoczeniu było jednak inaczej. Umarli od cięć mojej włóczni, zdumieni i zaskoczeni moim akrobatycznym skokiem. Paskudne przeczucie, że coś tu jest nie tak. Mimo to starałem się opanować myśli.
- To koniec, twoje wojska nikną w oczach. A ty podzielisz los swoich ludzi.
Wielki Mistrz spojrzał na mnie z przerażeniem. W jednej chwili zmieniło się jednak ono w politowanie.
- Niedługo krzywdy się wyrównają. Ty i tobie podobni będziecie skamleć. Za nim to jednak nastąpi chciałbym ci coś pokazać. Będziesz świadkiem narodzin nowego porządku, świata.
Co ty robisz? – spytałem osłupiały obserwując jego dłoń sięgającą po emanującą blaskiem zawartość sakwy.
Wyrównuję szansę – odpowiada Ulrich Von Jungingen demonstrując zdobyte jabłko Edenu.

12.11.2017 22:10
116
1
odpowiedz
mikute
34
Chorąży

Co się stało na Rue Vaquelin

-17 czerwca 1899 roku-

Na poddaszu kamienicy na Rue Vaquelin, przez niewielką okiennicę dwóch asasynów obserwowało teren tamtejszej uczelni. Mieściło się tam laboratorium, w którym znajdować miała się Maria Skłodowska-Curie. Jej ochronę zlecił, im sam Pierre Curie w obawie, że templariusze zechcą porwać Marię i użyć jej odkrycia do strasznych celów. Plan był prosty, zostawić chemiczkę samą w laboratorium i stworzyć porywaczom odpowiednią okazję. Dochodziła już godzina ósma, gdy dwóch podejrzanych mężczyzn przekroczyło bramę wiodącą na uczelnię.

- Ruszamy - odezwał się francuz, Louis Chaucer jeden z mistrzów asasynów.
- A jak zejdziemy? - odparł jego uczeń, młody Charles Fitzgerald, anglik.

Chaucer wyjrzał na ulicę, jednak daleko nie musiał szukać.

- Reginald! - Usłyszał tuż pod ich blokiem krzyk jakiegoś mężczyzny. - Reginald, descends s'il vous plaît! Mam to siano, o które prosiłeś.

Uśmiechnął się pod nosem.

- Voila - powiedział, po czym skoczył przez okno prosto w stóg siana. Wynurzył się z niego i przebiegł ulicę, wchodząc przez bramę na teren uczelni, a Charles tuż za nim. Daleko na końcu podwórza dwóch mężczyzn znikało właśnie w drzwiach wiodących do laboratorium. Asasyni nałożyli kaptury i ruszyli ich śladem.

***

Wewnątrz ciasnej pracowni na Rue Vaquelin, Maria Skłodowska-Curie obserwowała w skupieniu ruchy bakterii pod mikroskopem, gdy usłyszała za sobą kroki. Dwóch mężczyzn w czarnych płaszczach kroczyło powoli w jej stronę, trzymając w rękach worek i sznury.

- Kim panowie są? - Spytała.
- Madame - zaczął jeden. - Nie będzie to konieczne jeśli będzie pani współpracować.
- Proszę stąd wyjść - krzyknęła. - Natychmiast!
Templariusz okrążający jeden ze stołów westchnął ciężko i rozciągnął przed sobą worek.

- Będę musiał zatem zrobić co do mnie należy.

- To zupełnie jak my - usłyszeli zza pleców. Nie zdążyli się jednak obrócić nim w stronę napastnika z prawej poszybował sztylet, który utknął w jego ramieniu. Po udanym rzucie Chaucer, skoczył w stronę rannego. Fitzgerald wyciągnął rewolwer, mierząc do templariusza z lewej. Obaj skryli się za stołami wypalając w siebie co chwila kolejne pociski. Kiedy Charles naliczył sześć strzałów, wychylił się zza stołu i rzucił we wroga probówką, która rozbiła mu się na twarzy, oblewając go zieloną substancją. Potem przeskoczył przez stół i przewrócił go na ziemię, przystawiając mu do gardła ukryte ostrze.

- Repose en Paix - powiedział po cichu Chaucer kładąc trupem jednego z templariuszy. - Madame, nie ma czasu na wyjaśnienia. Jest pani w niebezpieczeństwie. Musimy uciekać. Charles, mów co swoje i wychodzimy.

Fitzgerald odciągnął kurek rewolwera.

- Niech cię prowadzi ojciec zrozumienia - powiedział odwracając się.

Padł strzał.

Chaucer trzymając się za brzuch upadł na kolana. W przerażeniu obserwował ucznia, który zdjął teraz kaptur i kroczył w jego stronę. Nim padł martwy na ziemię, wydyszał tylko jedno słowo. - Dlaczego?

Fitzgerald klęknął nad mistrzem, zamykając mu oczy, po czym odwrócił się i zastrzelił templariusza na ziemi. Nie mogło być świadków tego zajścia. Musiał wyglądać wiarygodnie w oczach Marii.

- Madame - zaczął z wolna. - Proszę się nie obawiać. Nazywam się Charles Fitzgerald. Działałem w ukryciu, żeby powstrzymać tych ludzi przed tym, co chcieli pani zrobić.

- Nie rozumiem. O co tu chodzi? - zapytała Maria Skłodowska, patrząc w przerażeniu na templariusza.

- Powiedzmy, że moi zleceniodawcy są zainteresowani pani odkryciami. Bardzo zainteresowani.

post wyedytowany przez mikute 2017-11-12 22:15:57
12.11.2017 22:18
117
odpowiedz
Matysiak G
115
bozon Higgsa

KONIEC CYZELOWANIA, NIECH SIĘ DZIEJE CO CHCE:

30 XII 1922

Adolf Firęcki obudził się z ciężką głową, dziurą w pamięci i włochatą kulą w żołądku. Mimo zimowej aury otworzył okno by zaczerpnąć świeżego powietrza. Ponad gwar ulicy wznosił się głos gazeciarza: "Niewiadomski skazany", "Zabójcę Narutowicza czeka rozstrzelanie".
Szerokiej drogi Eligiuszu. - mruknął komisarz. Śledztwo w sprawie zamachu kosztowało go dwa miesiące poborów i przeniesienie ze Śródmieścia na zabitą dechami Wolę. Cała sprawa śmierdziała na ruską milę, a kiedy zaczął do czegoś dochodzić, dostał od komendanta Sasa-Hoszowskiego po łapach. Samotny szaleniec. Jasne...
-Dobry wieczór komisarzu. - powiedziała zakapturzona postać stojącą w zacienionym kącie - Bez obaw. Nie jestem Pana wrogiem.
-Więc co robisz w moim mieszkaniu? Kim jesteś!? - Adolf natychmiast otrzeźwiał.
-Nieistotne. Ważne, że chcemy tego samego. Obaj wiemy, że Niewiadomski nie działał sam. Podobnie jak Pan chcę poznać tożsamość jego zwierzchników.
-Spóźniłeś się. Już się tym nie zajmuję.
-Nadal jest Pan komisarzem. Dotrze Pan tam, gdzie ja nie mogę. Radzę pójść śladem broni Eligiusza. Ona pana poprowadzi.
Intruz wszedł na parapet, ale po chwili się odwrócił i rzekł:
-Proszę przekazać Niewiadomskiemu wiadomość ode mnie: "Prawda nie istnieje. Wolno wszystko" - po czym wyskoczył przez okno nie zważając, że było na trzecim piętrze. Kiedy Firęcki przez nie wyjrzał, nie dostrzegł śladu tajemniczego gościa. Nie był pewien, czy spotkanie nie było tylko wytworem jego dręczonego delirium umysłu.

30 I 1923
Drzwi celi otworzyły się ze skrzypnięciem. Niewiadomski uniósł brwi. Nie spodziewał się gościa. Kapelana nie chciał.
-Witam, komisarzu. Przyszedł Pan napawać się swoim dziełem?
-Sam Pan zdecydował o swoim losie. Ja tylko badałem okoliczności. Co zresztą mnie tu sprowadza. Nie lubię nie kończyć spraw - Adolf nie uznał za stosowne poinformować zabójcy, że jego wizyta była nieoficjalna. Wyciągnął z kieszeni papierośnicę i poczęstował skazańca.
-Dlaczego zabił Pan Prezydenta? - spytał podając ogień. Niewiadomski zaciągnął się, jak tylko ten, kto wie, że robi to ostatni raz.
-Uważa Pan, że ten miłośnik Żydów, ten farbowany na Polaka Szwajcar był właściwą osobą, żeby prowadzić Rzeczpospolitą? Ktoś musiał to zrobić.
Adolf pokręcił głową.
-Na swój sposób Pana podziwiam. Do końca grać rolę...- westchnął - Miałem niedawno gościa. Wskazał mi kierunek. Znam Pana mocodawców. Nic im nie zrobię - za wysokie progi.
-Nie wiem o czym Pan mówi.
-Skończmy te gierki! - warknął komisarz - Prawda nie istnieje. Wolno wszystko - w oczach Eligiusza błysnęło zaskoczenie. Firęcki. Da Firenze. Oczywiście.
-Więc przyszedłeś po mnie, Asasynie. Dzień przed egzekucją.
-Asasynie? Nie jestem żadnym Asasynem. Stanie Pan przed plutonem egzekucyjnym. Ale zanim Pan to zrobi, chcę wiedzieć dlaczego. Jaka idea jest tak wielka, że świadomie idzie Pan na śmierć z odium mordercy?
Niewiadomski spojrzał na Firęckiego z szacunkiem. Zrozumiał, że szczerość wobec tego człowieka nie zaszkodzi sprawie.
-Drogi Komisarzu... Jesteśmy pionkami w odwiecznej wojnie. Wie Pan czemu orzeł jest godłem Polski? Ten kraj to cierń w boku Templariuszy. Wygrywaliśmy. Na 123 lata zmietliśmy gniazdo Asasynów z mapy. A teraz wracają. Śmierć Narutowicza była dla nich ostrzeżeniem. Nie pozwolimy, żeby jego bractwo znowu tu rządziło. Proszę już iść. Im mniej Pan wie, tym dłużej pożyje. Gabriel był wrogiem. Pana nie chcę mieć na sumieniu.

post wyedytowany przez Matysiak G 2017-11-12 22:59:42
13.11.2017 00:03
118
odpowiedz
Vigmarr
0
Junior

15 lipca 1410
Nadszedł ten dzień. To jest chwila która zadecyduje o dalszych losach świata. Reszta zakonu padła z rąk moich i moich braci. Ciężka batalia okupiona krwią moich towarzyszy. Zostałem tylko ja. Ode mnie wszystko zależy. Jeśli zawiodę, świat zginie pod obcasem Templariuszy. Nie mogę zawieść…
Słońce wzeszło już dawno, czuć nerwową atmosferę wśród oddziałów Króla Jagiełły. Wszyscy zdają sobie sprawę, że to może być ich ostatni dzień na tym padole. Jednak nikt się nie waha. Stawka jest zbyt wysoka. Łączy nas jeden cel, jednak inne motywy pchają do działania. Nawet sam król nie wie o moim zadaniu. Tylko ja mogę dokończyć co zostało dawno rozpoczęte.
Rozbrzmiał róg, zaczęło się! Wraz z kawalerią ruszam prawą flanką, musimy rozbić krzyżacką artylerię zanim zagrozi naszym oddziałom. Świst powietrza, okrzyki towarzyszy, nozdrza zatkane przez wzniecone przez kawalerię kłęby kurzu. Ledwo widzę gdzie jadę, ale muszę ufać sojusznikom, jadę za nimi.
Niedaleko przeleciała kula, nikogo nie trafiła. Nie minęło kilka sekund, po lewej ręce Ziemowit z Borysowa został trafiony. Zmarłych będziemy opłakiwać po bitwie…
Dotarliśmy, pod naporem naszych ostrzy żołdacy krzyżaccy obsługujący artylerię padają jeden po drugim. Jeszcze jedna, ruszam, już niedaleko… Chaos, co się stało? Leżę na mnie mój koń, czuje ciepło, dotykam skroni, krew… moja? Co się stało? Atakowałem artylerię, musiałem zostać trafiony, ale żyję. Muszę się wydostać. Ciężko, ale się udało. Co się dzieję? Wygrywamy artyleria rozbita, kurz opada, toczy się regularna bitwa. Rzut okiem na drugą flankę, chorągiew padła! Przegraliśmy? Nie! To się nie może tak skończyć. Co robić? Artyleria! W wielkim wysiłkiem przesuwam armatę, celuje w oddziały na drugiej flance… Strzał, trafienie! Udało się, podnoszą chorągiew, przewaga odzyskana.
Muszę go znaleźć. Gdzie on jest? Widzę, w czarnej zbroi, mistrz zakonu Templariuszy, mistrz Zakonu Krzyżaków, Ulrich von Jungingen, mój cel. Z wielką łatwością posługuje się mieczem. Kolejni rycerze padają od jego ostrza.
Biegnę, dwóch zbrojnych mi zastawia drogę, muszę ich pokonać. Pierwszy zamachuję się na mnie poziomo na wysokości szyi, skłon, skrócenie dystansu, jestem obok, pchnięcie ostrzem w szczelinie między hełmem, a pancerzem, został jeden. Odskok, dobywam miesza, markuje cios na głowę, on chce blokować, ale moje ostrze nie dociera, obrót, pchnięcie między pasy trzymające napierśnik, nie cierpiał…
Ruszam dalej, udało się, nim dotarłem zdążył powalić tuzin najlepszych rycerzy, zmarłych będziemy opłakiwać po bitwie. Dostrzegł mnie, zaczyna mówić, opowiada, o planach, o tym co mi zrobi, dlaczego on tyle gada, czemu Templariusze tyle gadają, kiedy jest czas na działania? Atakuje, cios na prawy bark, zbijam z łatwością, to pułapka, ból w brzuchu, kopniak, muszę odskoczyć. Wyprowadzam serie szybkich ciosów, wszystkie zbija, jest lepszy. Markuję cios na lewy bok, wyprowadzam na prawy, chwycił klingę, złamał. Jestem bezbronny, przegram… Mogę zrobić tylko jedno… Ból w brzuchu, przeszył mnie, chwytam go za nadgarstek, przyciągam się, cios ukrytym ostrzem w twarz. Udało mi się, zwycięstwo.
Mistrz Templariuszy padł, ja też, zmarłych będziemy opłakiwać po bitwie.
Zwycięstwo, ciemność…

13.11.2017 08:35
119
odpowiedz
mr. Spark
125
Rocket

Ja, niżej podpisany Zawisza Czarny z Garbowa herbu Sulima, piszę ten list dla potomnych, chociaż pewności nie mam czy ktokolwiek, kiedykolwiek go odczyta i odniesie z tego korzyść. Będąc w niewoli janczarów i nie wiedząc co mnie czeka, czuję obowiązek wobec mojej ojczyzny, wobec moich rodaków i wobec Boga, by wyznać sekrety znane mi, lecz nie światu.

Mój brat, Jan Farurej z Garbowa herbu Sulima oraz ja, walczyliśmy pod polami Grunwaldu w służbie Korony Królestwa Polskiego przeciwko Zakonowi Szpitala Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie. Walną bitwę wygraliśmy, mistrz Zakonu legł z ręki rycerza z Skrzynna, lecz prawdziwa walka rozegrała się za kulisami, nawet podkanclerzy Mikołaj Trąba nie wiedział czemu zawdzięczamy zwycięstwo.

Wiele miesięcy przed bitwą, Farurej nawiązał kontakt z Bractwem Asasynów, tajemniczą organizacją o której istnieniu wiedzą nieliczni. Opowiedzieli nam historię która zmroziła krew płynącą w moich żyłach. Sto lat temu, w roku pańskim 1311, sobór w Vienne, zlikwidował Zakon Ubogich Rycerzy Chrystusa i Świątyni Salomona, lecz wielu dostojników zakonnych zdołało zbiec, na wschód, do ziemi Saracenów. Tam, z dala od oczu świata, zaczęli prowadzić eksperymenty i wbrew naturze chcieli ulepszyć ciało człowieka. Mieli plan stworzenia rycerza doskonałego, zdolnego walczyć dniem i nocą nie odczuwając zmęczenia. Ich badania doprowadziły do wybuchu Wielkiej Zarazy, straszna to choroba była, pochłonęła bodaj cały świat. Asasynom udało się ją powstrzymać, myśleli wówczas, że taki właśnie plan mieli Templariusze, że udało się go zniweczyć. Jak bardzo się wtedy mylili.

Godni pogardy heretycy dokonali tego, czego tak bardzo pragnęli. Narodził się bluźnierczy rycerz, zdolny dźwigać ciężar zbroi i miecza dłużej niż ktokolwiek inny, zachowując przy tym dość siły by w tymże rynsztunku walczyć z całą zajadłością i siłą. Mając taką moc do dyspozycji, przebiegli zakonnicy uknuli niecną intrygę. Wprowadzili swoich ludzi do Zakonu Krzyżaków, piszę tu o von Jungingenach którzy potajemnie byli członkami Templariuszy. Dzięki ich doświadczeniu w knuciu spisków szybko zdobyli pozycję mistrzów krzyżackich, najpierw Konrad a później jego brat Ulrich. Prawdziwym ich zadaniem jednak było wypróbowanie plugawych rycerzy w walce, potępiony Zakon chciał wiedzieć ile potrafi ich dzieło zanim wykorzystają je na większą skalę. Okazja nadarzyła się dość szybko po objęciu władzy przez Ulricha, bo raptem dwa lata później doszło do powstania antykrzyżackiego na Żmudzi, rozpoczęły się wielkie przygotowania. Wielki mistrz grał na zwłokę prowadząc działania dyplomatyczne w całej Europie, prosząc również miłościwie nam tedy panującego Jagiełły by zachował neutralność wobec tego konfliktu, samemu jednak potajemnie gromadząc coraz to większe siły i czekając na nowe chorągwie specjalne, splugawionych rycerzy. Choć dzięki księciu Witoldowi udało nam się zgromadzić większe siły to nasze szanse były nikłe wobec eksperymentalnych wojowników templariuszy.
Gdy armie stanęły naprzeciw siebie nieopodal wsi Grunwald, z pomocą pojawili się Asasyni, rzekli żebyśmy powstrzymali nasze gorące serca i nie ruszyli do walki póki nie ujrzą właściwego znaku. Z początku nie rozumiałem o co chodzi, lecz Farurej objaśnił mi, że w szeregach Krzyżaków jest człowiek który ma niepostrzeżenie otruć oddziały wroga, lecz ta trucizna zadziała dopiero po jakimś czasie od podania więc czekać mamy na znak, dwa nagie oblicza Śmierci. To właśnie dzięki temu wygraliśmy bitwę.

13.11.2017 12:36
120
odpowiedz
dracomm
0
Junior

W dzień dzisiejszy, jako jutro i po wiek wieków kresy,
Trwać będzie konflikt bractw zrodzonych przed laty,
Gdy, by w imię Pana własne i Kościoła ponapełniać kiesy,
Wysłał był Urban II sługi Chrystusa na krucjaty.
„Starca z gór” wszechmocnego serce krwawe darły rany
Patrząc jak muzułmańską ziemię brukają chrześcijany.
Poprzysiągł był wywczas najeźdźcy ponad czasy wszelkie,
Śmierć bez kszty litości oraz męki wielkie.
Krok w krok bezkresem dróg za wszystek braćmi naszemi
Szli by stanąć tu gdziem teraz, to jest polskiej ziemi.
Kiedym to wracali z krucjaty z synem Bolesława
I wiek później kiedym prawie nasza stała się Oława.
I na zachód od ziem tych, które nasze były,
A których to popioły ciał naszych pokryły,
Gdy z Ziemi Świętej przybyły te sługi szatana
I gorycz nienawiści wlały w serce Pana.
Gdzie sztylet, podszepty, szpiegowska misyja
Ręką papieża Klemensa nasz Zakon niemalże zabija.
Stacon na stosie de Molay na czele kompani
Przetrwała Portugalia i bracia z Hiszpanii.
Lecz ten okrutny jad nienawiści z Asayna usty
Krwią mych braci wciąż plami białe płaszcze, chusty.
I choć nie jest mi znane, lecz w to wierzę szczerze
Za ich to przyczyna stanęli krzyżaccy rycerze
By teraz znów, nie jako inaczej, w Chrystusa imieniu
Wymazać z historyi brać naszą ukrytą w półcieniu.
I choć obojgu po latach pięta została strzaskana,
Jątrzy się okrutnie wciąż ta niezabliźniona rana.
I przybył do Polski Zakon Szpitala Najświętszej Maryi;
Nie jedno dziecko, matkę i ojca bezdusznie zabili.
Jako my przed laty krwawo kładł muzułmany,
Tako teraz Asasyn z rąk naszych zadaje nam rany.
Znam li ja grzechy mych braci oraz błędy,
I dobrze wiem, że nie szliby znowu tamtędy,
By zebrać krwawe żniwo, niewinnych dusz łany
Położyć słuchając podszeptów szatany.
Lecz z kart nie wymażesz gorzkiej historyi.
A śmierć dziś nam niosą „Rycerze Maryi”.
Widząc bezmiar okrucieństw oraz siły wroga,
Dusz Palaków ogarnął strach oraz wielka trwoga.
Lecz wojska księcia Witolda i Wielka Korona
Przyodziała we zbroje swe silne ramiona.
U ich boku stanęli Bracia rycerze nasi skromni,
Aby zmyć choć część win swych i aby potomni
Wybaczyli choć część z tych okropnych rzeczy,
By wybaczył im również Boga syn człowieczy.
Piszę o tym, gdyż nie wiem co się jutro stanie;
Na przedpolach Grunwaldu czy ktoś z nas ostanie.
Czy wygram, czy polegniem zgniecion krzeża piątą
Raz jeszcze niech się rozlegnie „Finis Memento”.
A gdy nie skonam, gdy raz jeden jeszcze będzie mi dane,
Oglądać słońca zachód i wschód jego nad ranem.
Jam to, ziem tych Ojciec Zakonu, Bractwo me i Syny
Będę ścigał po kres dni plwawe Asasyny.
Nie spocznę nim nie złożę ich ciał w krwawym grobie
Obiecuję to dziś Mistrzu, obiecuję Tobie.
Choćby książę, pleban, hierarcha Kościoła
Zginie każdy kto językiem Asasynów woła.
Nie uchronisz się przeto, nie uchronisz człowiecze,
My nie zgimiem, i nad wszystkim trzymać będziem pieczę.
Mistrzu mój, przez pamięć ran zadanych wielu,
Bądź mi pomocą, bądź tarczą drogi przyjacielu.
I niech raz jeszcze ujrzą nasze szaty
Oczy, które chronią papieskie komnaty.
Zrób co konieczne...

13.11.2017 15:31
121
odpowiedz
Punkrocker
0
Junior

Oddycham.
Otacza mnie czarna ukraińska noc, której nie rozświetla mdły blask księżyca ani dalekie światło gwiazd. Stoję na brzegu muru otaczającego twierdzę. W dole, kilkanaście metrów pode mną błyszczy tafla wody. Zamkowe warty pewnie sądzą, że zwątpiłem w dalszą obronę i chcę zakończyć żywot. Nic bardziej mylnego - mój Skok jest przejawem Wiary.
Wspominam.
Rozmowę z księciem odbyłem kilkanaście godzin temu. Od tego czasu zamieniłem husarski półpancerz na lekki żupan z kapturem. Zamiast ciężkiego koncerza do boku przypasałem moją wierną szablę, a rękaw kryje sztylet. W myślach powtarzam powierzone mi zadania.
Skaczę.
***
Rano wezwał mnie do swoich komnat. Spodziewałem się tego od kilku dni, choć rozkaz przyszedł w najmniej odpowiedniej chwili, ponieważ Kozacy szykowali się do kolejnego szturmu i każda szabla na murach była na wagę złota. Z drugiej strony, czy na wojnie są jakiekolwiek korzystne momenty? Nie mogłem zlekceważyć woli mojego władcy, dlatego wytarłem wrażą krew z półpancerza, ranę na ramieniu przewiązałem czystą szmatą i tak ochędożony stanąłem przed wojewodą ruskim, księciem na Łubniach i Wiśniowcu oraz faktycznym dowódcą obrony Zbaraża - Jeremim Wiśniowieckim.
Na dumnym obliczu księcia odmalowały się trudy kilkutygodniowego oblężenia.
- Skrzetuski - powiedział na powitanie, podchodząc i po ojcowsku ściskając moją głowę. - Pewnie zastanawiasz się czemu cię wezwałem, skoro twoja odwaga bardziej jest potrzebna na wałach niźli w komnatach?
- Nie Wasza Miłość, znam swe powinności wobec Ojczyzny. I wobec Bractwa - dodałem ciszej, ponieważ nawet tutaj templariusze mieli swoich szpiegów.
- Rad jestem to słyszeć. W tak trudnych chwilach wierność wielu braci się chwieje i nie wiem komu mogę zaufać... - Wiśniowiecki znaczącą zawiesił głos.
- Moje życie i fortuna należą do Waszej Miłości! - odparłem z zapałem.
Zmęczoną twarz kniazia rozświetlił smutny uśmiech.
- Zatem nie będę waści oszukiwał. Nie wiem czy się utrzymamy. Zaczyna brakować jedzenia i prochu, wielu żołnierzy jest rannych. Templariusze zmobilizowali przeciwko nam potężne siły.
- Zdzierżymy Wasza Miłość. Zbaraska opoka zapisze się w historii niczym Masjaf i italskie Monteriggioni!
- Nie mogę jednak ryzykować, że w ich ręce dostanie się... - słowa księcia przerwał głośny wybuch dział, do których po chwili dołączyła palba pistoletów oraz pierwsze krzyki rannych i konających. Szturm się rozpoczął. - Jesteś jednym z moich najlepszych ludzi mości Skrzetuski. Zarówno w husarii jak i bractwie trudno znaleźć kogoś kto waści dorówna. Ufam ci jak mojej własnej duszy, dlatego to na waćpana barkach chcę położyć bardzo ciężkie brzemię. Od tego czy je przyjmiesz zależy los wielu ludzi.
Wstałem zza stołu, przyklęknąłem na jedno kolano i pochyliłem głowę w geście oczekiwania. Kniaź przyjął moją niemą zgodę i wydał rozkazy.
- Wykradniesz się ze Zbaraża. Ukryjesz powierzoną mi część Rajskiego Jabłka. Zabijesz templariusza, który odpowiada za to wszystko.
***
Nazywam się Mikołaj Skrzetuski herbu Jastrzębiec. Byłem pułkownikiem chorągwi husarskiej w służbie Jaśnie Oświeconego Jeremiego Wiśniowieckiego. Jestem asasynem. Od oblężenia Zbaraża minęło kilka miesięcy i dotychczas wypełniłem dwie powierzone mi misje: wykradłem się z twierdzy i ukryłem część Rajskiego Jabłka. Pozostała jedno, ostatnie zadanie: zaraz zabiję templariusza. Jana Kazimierza. Byłego jezuitę, który zamordował własnego brata, posiadł jego żonę i potajemnie sprzymierzył się z Chmielnickim i Tatarami na zgubę Rzeczpospolitej i asasynów.

13.11.2017 19:36
122
odpowiedz
maxli1
0
Junior

Każdy kiedyś umrze, tylko czy śmierć każdej jednostki potrafi coś zmienić? Odpowiedź brzmi nie… Nic nie jest prawdziwe, wszystko jest dozwolone. Za sprawą tych właśnie słów miał zginąć Gabriel Narutowicz, pierwszy prezydent II RP, ale po kolei.

16 grudnia 1922 Warszawska Zachęta
Prezydent Narutowicz ogląda wystawę w sali numer 1, gdy wtem pada kilka strzałów. Głowa państwa osuwa się na kolana Kazimiery, która podtrzymując jeden z najważniejszych umysłów RP woła pomocy. Jest już jednak po wszystkim. Prezydent nie żyje. Ale czy tak to właśnie było?

16 grudnia 1922 Warszawska Zachęta
Sala nr.1
- Cóż za wspaniały obraz! Czy to pan może jest jego autorem? - rzekł prezydent.
- Niestety nie, ja również jestem tu by podziwiać sztukę. - odpowiedział tajemniczy nieznajomy.
- Ale nie sądzi Pan, że to malowidło przekracza normy doskonałości?
- Tak w istocie tak jest… Nie wiedziałem, że Pan Prezydent interesuje się sztuką.
- Interesuje się, aj owszem. A Pan? Kim pan właściwie jest? Pana garnitur wygląda nieco dziwnie, klamrę u pasa nosi pan o dziwnym kształcie i w ogóle jest pan tajemniczy.
- Jestem tu by odegrać swoją rolę, a pan właśnie odgrywa swoją.
- Cóż to ma znaczyć?
- Czy wierzy Pan, że śmierć może zmienić bieg historii?
- Oczywiście, że może. Co by się stało, gdyby Kleopatra nie popełniła samobójstwa, gdyby Cezar nie został zamordowany, gdyby Aleksander nie umarł w tak młodym wieku.
- A czy wierzy Pan, iż Pańska śmierć mogłaby coś zmienić?
- Że co proszę?
- Widzi pan to na codzień, ten krzyż spoczywa na ich piersi, wisi im u pasa, Pan musi to zobaczyć.
- Jaki krzyż? Wyjaśniaj się Pan, bo wezwę policję!
- Niestety, lecz nie ma już czasu.

Wtem właśnie, ów nieznajomy rzucił się prezydenta, by pchnąć go ukrytym ostrzem w brzuch, lecz nikt nawet tego nie zauważył. Narutowicz trzymał się za krwawiącą ranę, a zabójca spokojnie odchodził eleganckim krokiem w stronę korytarza. Prezydent chciał krzyczeć, lecz nie mógł. Gdy wtem zza rogu wychylił się Eligiusz Niewiadomski, który oddał w stronę Gabriela kilka strzałów dobijając jeszcze stojące truchło. Służby natychmiast rzuciły się by pochwycić morderce, a bierni dotąd pochłaniacze sztuki, szukali pomocy dla prezydenta, lecz niestety było już za późno.

Tymczasem przed gmachem, spokojnym krokiem wychodził dość rosły mężczyzna, który niewiadomo skąd nałożył na głowę kaptur i tak między biegnącymi policjantami wyszedł z budynku, w którym przed chwilą dokonał zabójstwa.
Kim był, można się tylko domyślać. Wiadomo tylko, że po tym morderstwie, Warszawa wbrew pozorom stała się spokojniejsza. Władze przestały uchwalać autorytarne reformy ustrojowe, a miasto stawało się coraz bardziej obywatelskie. Prawdziwego mordercy nigdy nie odnaleziono. Wyszedł z ciemności, by służyć światłu, lecz później, nad jego postacią, znów zapadła ciemność.

A kim jestem ja? Powiedzmy, że obserwatorem, którego udział ma pozostać i pewnie pozostanie niezauważony. Tak czy inaczej bracia, powodzenia w dalszej walce! Będę tuż za wami!

Shaun

post wyedytowany przez maxli1 2017-11-13 19:38:49
14.11.2017 00:29
123
odpowiedz
passingby
1
Junior

6 lipca 1934 Piotr obserwował z daleka, jak trumnę z ciałem jego żony opuszczano do grobu. Stały tam jego córki, ale nie podszedł ich pocieszyć. Wszak pochowano go w tym samym grobie 28 lat temu. Nie żałował swojej decyzji, tak musiało się stać. Wiedział, że Maria w żałobie pracuje najlepiej, przekonał się o tym po śmierci drugiej córki. Jego upozorowana śmierć przyniosła templariuszem potrzebne ilości radu, a jemu pozwoliła zająć się badaniami, których nie mógł powierzyć żonie. Badaniami, które mogły ocalić ludzkość. Potarł Szczątek Edenu, który nosił na palcu - promieniotwórczość okazała się kluczem do jego mocy. Pozwalała ją wzmacniać i przenosić na inne obiekty. Już wkrótce templariusze będą mogli dokonać tego, co nie udało się Pierwszej Cywilizacji - otoczyć całą planetę polem ochronnym. To było też jego przeznaczenie, wszak urodził się w roku burzy magnetycznej Carringtona. A to przecież tylko jego przygrywka do tego, co może zrobić Słońce. Teraz Zakon będzie w stanie chronić ludzkość również przed takim zagrożeniem.
Szkoda, że Maria musiała zapłacić za to przedwczesną śmiercią z powodu choroby popromiennej. Póki z nią był, ją też chronił Szczątek, była to więc konsekwencja jego odejścia. Zresztą, od początku to były konsekwencje jego działań. On zachęcał żonę do badań w tym kierunku, potrzebował jej pomocy. Ludzkość potrzebowała jej pomocy. Odkrycie polonu 18 lipca 1898 to był dopiero obiecujący, ale czas połowiczego rozpadu był zbyt krótki, pierwiastek zbyt niestabilny. Na szczęście już 26 grudnia odkryli rad. Nie musiał ukrywać podekscytowania, chociaż cieszył się również z powodów nieznanych Marii. Uśmiechnął się do wspomnień. Nie żałował, tak musiało się stać.

14.11.2017 07:28
124
odpowiedz
jacu007
0
Junior

Było słoneczne grudniowe przedpołudnie, kiedy Albert spakował swoje obrazy i wyszedł ze swojego warszawskiego mieszkania w kierunku galerii Zachęta. Ubrany był w długi płaszcz z kapturem zarzuconym na głowę tak, aby nikt nie rozpoznał jego twarzy. Szedł szybkim krokiem, nie rozglądając się wokół, żeby nie zwracać uwagi przechodniów. Zbliżając się do galerii, spojrzał na portiera, uśmiechnął się i wyprostował.
- Pana godność? – usłyszał już z odległości kilku kroków.
- Albert Miklaszewski, przyniosłem swoje obrazy na wystawę – odpowiedział Albert i wyciągnął z kieszeni płaszcza legitymację Związku Artystów Polskich.
- Przepraszam, że tak wypytuję, po prostu widzę tutaj Pana po raz pierwszy – odparł portier.
- Nie jestem z Warszawy, przyjechałem tutaj tylko na wystawę – odpowiedział i szybkim krokiem ruszył w kierunku sali wystawowej.
Będąc już w środku, rozejrzał się badawczo i odnalazł wolne haki.
W sali było zaledwie kilkoro artystów, ale widać już było pojawiających się pierwszych oficjeli.
Albert rozglądał się nerwowo, przyglądając się każdemu przybyłemu.
„Jasny szlag, gdzie on jest!” mruknął Albert pod nosem.
Minuty mijały, tłum gęstniał, a serce Alberta zaczynało bić coraz mocniej. Nagle w drzwiach pojawił się on, Eligiusz Niewiadomski, szczupły, łysy jegomość z teczką u boku.
Albert wiedział, że nie może stracić ani minuty, więc pośpiesznie doszedł do Eligiusza, potrącając go delikatnie tak, że jego teczka spadła na ziemię.
- Przepraszam Pana najmocniej, pomogę – powiedział Albert i podał teczkę Eligiuszowi, który spojrzał na niego nieco zmieszany.
– Dziękuję Panu, wszystko leci mi dziś z rąk, ta cała wystawa teraz, kiedy na ulicach rozruchy… Wszystko to doprowadza mnie już na skraj rozpaczy.
- Proszę się nie obawiać, to już niedługo… - odrzekł Albert i odsunął się krok do tyłu, gdyż na sali pojawili się adiutanci zwiastujący przybycie prezydenta.
- Templariusze… - syknął tylko Albert, bo na sali pojawił się już Prezydent Gabriel Narutowicz.
Prezydent powiedział kilka słów do obecnych, podał rękę kilku oficjelom i ruszył w stronę wiszących na ścianie obrazów.
Albert uśmiechnął się delikatnie pod nosem, nie spuszczając wzroku z prezydenta i czekał…
Po kilku minutach Narutowicz podszedł do obrazu Alberta i stanął przy nim zszokowany.
- Nareszcie - szepnął pod nosem Albert.
- Czyje to dzieło? Czy jest tu autor? – zapytał głośno prezydent. – Chciałem zapytać, co oznacza ten znak, jak gdyby czaszka orła?
Nie ucichły jeszcze słowa prezydenta, kiedy Albert podniósł swoje przedramię, wycelował je w Narutowicza i wystrzelił trzy kule ze swojego automatycznego ostrza. Wszyscy stanęli jak wryci na huk wystrzału, a z rąk Eligiusza wyleciała teczka, z której wypadł rewolwer.
Wszyscy stali przez ułamek sekundy jak zahipnotyzowani, kiedy ktoś nagle krzyknął: Morderca! – i wskazał palcem na Eligiusza.
Miklaszewski stał nieruchomo, patrząc na rewolwer, który wypadł z jego torby, nie rozumiejąc zupełnie, co się stało. Jak? Dlaczego? Skąd? W jego głowie kłębiły się tysiące myśli. Nie mógł zrozumieć, co się stało, kiedy dopadło go dwóch adiutantów i momentalnie powaliło na ziemię. Zakuli go w kajdany i wyprowadzili z sali. Eligiusz zdążył jeszcze spojrzeć na Alberta i zaczął się domyślać, skąd pojawił się rewolwer.
- Prawda zawsze zwycięży - powiedział cicho Albert, jednak na tyle głośno, że Eligiusz musiał to usłyszeć.
- Narutowicz nie żyje, Polska wolna! Niech żyje ojczyzna! – wykrzykiwał Eligiusz, kiedy był wyprowadzany.
Misja wykonana, prawda znów zwyciężyła.

14.11.2017 11:21
125
odpowiedz
TheScythe
0
Junior

-Wchodzę do Animusa, muszę poznać dalszy ciąg historii — powiedziała Contessa.
-Uważaj na siebie, Polska w 1942 jest niebezpieczna — odpowiedział głównodowodzący Allen.

11 sierpnia 1942 rok, Warszawa

Korneliusz siedzi na łóżku i spostrzega dziennik. „Jedyne co pozostało po moim dziadku to skrytka z dziennikiem i klamrą przypominającą literę ‚A’. Niewiele wiem o nim, może dziennik pomoże mi zrozumieć.” pomyślał.

5 sierpień 1898

Maria po publikacji swoich pierwszych badań i odkryciu polonu stała się źródłem zainteresowania templariuszy. Odkryłem także, że pewną tajemnicę skrywa mąż Marii, ale muszę poznać więcej informacji.

8 sierpień 1898

Wygląda na to, że Pierre Curie współpracuje z templariuszami. Znalazłem w jego dokumentach pieczęci zakonu. Udało mi się nawiązać kontakt z Marią. Jest bardzo miłą kobietą, która niestety nie zdaje sobie sprawy z powagi sytuacji w jakiej się znajduje. Kontynuowanie badań może stanowić zagrożenie dla niej oraz jej rodziny. Muszę zacząć działać.

18 wrzesień 1898

Udało mi się wyśledzić templariuszy. Wysłałem dziś gołębie do reszty przyjaciół zakonu, musimy się pozbyć templariuszy z Paryża zanim zdobędą wszystkie informację od Marii i Pierre’a. Dowiedziałem się, że pracują nad kolejnymi badaniami, które mogą wykazać kolejny nieznany pierwiastek, ale nie Maria nie chciała nic więcej powiedzieć dopóki nie odkryje więcej.

20 wrzesień 1898

Śledziłem dziś Pierre’a i dotarłem na spotkanie z dwoma zakonnikami. Podsłuchałem rozmowę, że chce zakończyć z nimi współpracę. Kocha Marię i nie czuje się na siłach dalej jej zdradzać. Muszę działać, Pierre jest w wielkim niebezpieczeństwie, a być może nawet cała rodzina. Dziś w nocy opracuję plan działania i wyeliminuję zagrożenie.

22 wrzesień 1898

Zagrożenie zostało wyeliminowane. Razem z przyjaciółmi zajęliśmy się sprawą. Pozostanę jeszcze kilka tygodni, aby obserwować sytuację.

12 stycznia 1899

Po opublikowaniu kolejnych badań odkrywających rad nie ma śladu po templariuszach. Wracam jutro do Polski. Będzie mi bardzo brakowało przyjaźni z Marią, mimo że nie powinienem utrzymywać bliższych kontaktów.

13 luty 1906

Przyleciał do mnie dziś gołąb z informacją o powrocie templariuszy do Paryża. Sądzę, że mogą chcieć zaangażować Marię w niebezpieczne prace. Myślę, że chcą stworzyć jakąś broń oraz wykorzystać swoich naukowców, aby dostać się znów w wyższe kręgi, być może nawet rządowe we Francji. Na pewno nie planują niczego dobrego. Powrócę jako naukowiec Paul Langevin.

19 kwiecień 1906

Pierre został zamordowany. Jestem pewny, że winni są templariusze. Muszę zbliżyć się do Marii i zadbać o jej bezpieczeństwo.

Contessa przebudza się i wchodzi z Animusa.
-Rozumiesz co to oznacza Allen? Paul Langevin, który miał romans z Marią w późniejszym czasie to tak naprawdę asasyn, a Pierre został zamordowany przez templariuszy! Nie mogę uwierzyć, że działania templariuszy sięgnęły także Francji z przełomu XIX i XX wieku! Dodatkowo wygląda na to, że asasyni działali także na terenie Polski. To niesamowite odkrycie. Muszę wrócić do Animusa i przyjrzeć się temu bardziej!
-Najpierw musisz odpocząć Contesso. Jutro będziemy kontynuować nasze badania. Nie zapominaj jak niebezpieczny potrafi być Animus.

14.11.2017 12:01
126
odpowiedz
ErakZdobywca
0
Junior

„Zewsząd dochodził okropny skrzek, który powoli docierał do mojego umysłu pogrążonego w nicości. Ocknąłem się natychmiast. Moim oczom ukazał się przerażający widok. Dookoła mnie leżały setki zwłok do których dobierało się już padlinożerne ptactwo. Rozejrzałem się dookoła w poszukiwaniu kogokolwiek żywego. Kogoś kto pomógłby mi rozwiać pustkę w mojej głowie i powiedzieć co tu się stało. W oddali zauważyłem łunę ognisk i coś na kształt budynku. Nieświadom dlaczego to robię poprawiłem pas, do którego miałem przytwierdzony miecz i ruszyłem w tamtą stronę. Po drodze zauważyłem, że na zbrojach poległych widnieją dwa rożne herby. Jedni mieli białego orła na czerwonym tle, a na tunikach okrywających pancerze drugich widniał czerwony krzyż. Na mojej opończy z kapturem, którym teraz zakryłem głowę, nie widniał żaden z nich, więc nie wiedziałem po czyjej stroni walczyłem. Brnąc przez pole, na którym dokonała się ta rzeź, widziałem poodcinane kończyny. Widok ten przyprawiał mnie o mdłości. I nagle wspomnienia powróciły jak lawina. Przypomniałem sobie kto stoczył tu bitwę, po czyjej stronie byłem i w jakim celu się tu znalazłem. Jako wyższej rangi członkowi zakonu Assassynów zlecono mi zabójstwo wielkiego mistrza zakonu krzyżackiego Ulricha von Jungingena podczas bitwy, która miała się odbyć w okolicy wioski Grunwald. Miałem przekraść się przed bitwą do obozu wrogiej armii i zabić mistrza templariuszy w jego namiocie. Niestety dotarłem za późno na miejsce i musiałem improwizować. Ulrich wraz z dwoma dowódcami stał na pobliskim wzniesieniu i obserwował bitwę z daleka, a otaczający ich krąg żołnierzy skutecznie uniemożliwiał przedostanie się tam niezauważonym. Co jakiś czas dowódcy wysyłali gońca aby ten przekazał rozkazy kapitanom na linii frontu. To była moja szansa, gdyż jeden z nich zmierzał właśnie przez obóz w moją stronę. Wyciągnąłem nóż do rzucania i schowany za jednym z namiotów czekałem. Po chwili usłyszałem tętent konia nieprzyjaciela. Gdy goniec znajdował się zaledwie dziesięć metrów ode mnie, wyskoczyłem i nim zdążył się zorientować co się dzieje leżał już martwy na ziemi z nożem wbitym w lewe oko. Szybko przebrałem się w jego mundur i wskakując na konia ruszyłem w stronę wzniesienia. Podjechałem do dowódców zaskoczonych tak szybkim powrotem gońca. Nim zdążyli cokolwiek powiedzieć poderżnąłem pierwszemu gardło, a drugiemu nim zorientował co się dzieje szybkim ruchem wbiłem miecz w nieosłonięty zbroją bok powodując śmierć na miejscu. Zeskoczyłem z konia i ruszyłem w stronę Ulricha, który stał już przygotowany z wyciągniętym mieczem. Pojedynek trwał niecałe dwie minuty,gdyż opanowana przeze mnie do perfekcji sztuka posługiwania się mieczem i ukrytym ostrzem w walce szybko wzięła górę nad umiejętnościami szermierczymi mistrza zakonu. Umierając Jungingen wyznał, że choć on sam odchodzi z tego świata to jego plany będą kontynuować inni, chociażby jego następca Kuno, który jest teraz w drodze do Malborka by przyłączyć nowych zwolenników do zakonu Templariuszy. Moim nowym celem stało się pokrzyżowanie planów komtura zakonu, lecz oddział wrogów, który zauważył już co się stało z dowództwem, zmusił mnie do odsunięcia planów na drugi plan i skupieniu się na ucieczce. … „ Niestety wyczerpałem limit znaków :(. Każdy musi sobie dopowiedzieć zakończenie sam :D

14.11.2017 17:56
127
odpowiedz
Acholt
3
Legionista

15 Lipca 1410 roku.

Bitwa pod Grunwaldem.
Do jego uszu dotarł krzyk orła przelatującego nad polami Grunwaldu. Dwie armie zwarły się w śmiertelnym uścisku. Rżenie koni, krzyk bólu, wołanie o pomoc do matek i Boga, śmierć, śmierć, śmierć…

Patrzył na to z daleka, poprzez oczy drapieżnego ptaka. Widział jak losy bitwy przechylają się na szalę krzyżaków, zwłaszcza gdy upadła Chorągiew Krakowska, najznakomitsza, najwspanialsza, mająca w swych szeregach najsilniejszych rycerzy Rzeczypospolitej. Gdy to dostrzegł, ruszył biegiem z ukrycia pod lasem, prosto na pole bitwy, siekając mieczem żołdaków w białych tunikach z czarnym krzyżem na piersiach. Było ich wielu. Polsko-litewskie wojska cofały się pod naporem wojsk przeciwnika. Musiał coś zrobić, by wesprzeć sojusz i nie pozwolić na zwycięstwo Templariuszy. Głównym celem była chorągiew, w której był umieszczony relikt starożytnych. Nie mogli go zdobyć! Zabijał każdego krzyżaka, który wszedł mu w drogę, ciął mieczem precyzyjnie, przez głowę, ramię; unikając ciosów biegł dalej prosto w sam środek bitwy, gdzie było najgoręcej. Jego szary płaszcz przesiąkł krwią, z czoła leciał pot, mięśnie pracowały na najwyższych obrotach. Po prawej stronie mignął mu czarny pancerz Zawiszy z Garbowa, który także widział, jak chorągiew upada i torował sobie drogę do niej. Asasyn bił się o każdy metr, lawirując między walczącymi. Przed chorągwią dostrzegł zniesławionego szlachcica Jakuba z Kobylan, broniącego się przed ciosami rosłego rycerza wrogiej armii w ciężkim pancerzu. Tarcza Jakuba została rozbita, a zbroja wgnieciona w paru miejscach, tracił siły, lecz walczył mimo wszystko, honor nie pozwalał mu przegrać. Asasyn ruszył mu z pomocą, odpierając ostateczny cios, który niechybnie zakończyłby żywot Jakuba. Zaskoczony rycerz zachwiał się, lecz po chwili złapał równowagę i szykował do walki z nowym przeciwnikiem, podnosząc swój wielki katowski miecz dwuręczny. Z wielkim krzyżakiem wymienił kilka ciosów, które doprowadzały za każdym razem do drżenia całe jego ciało. Nie mógł z nim długo walczyć, osiłek był za silny. Unikał uderzenia raz za razem. Szukał słabego punktu w pancerzu przeciwnika. W momencie, kiedy rycerz zamachnął się, asasyn przekoziołkował za jego plecy i wtedy zobaczył lukę pod hełmem. Podskoczył i wbił ukryte ostrze głęboko w kark, trafiając w kręgosłup. Rycerz zacharczał, zwiotczał i padł martwy. W tym czasie Jakubowi udało się zdobyć Chorągiew Krakowską, nim Zawisza dotarł do niej ze swymi przybocznymi. Chorągiew znowu była w rękach Polaków, a relikt bezpieczny. Dowódcy wojsk sprzymierzonych na nowo tchnęli ducha walki w swych wojowników. Nowe siły polsko-litewskie rzuciły się do bitwy odpierając armie Krzyżaków i rozbijając ją. Wielki Mistrz Ulrich von Jungingen zginął na polu walki, pchnięty włócznią. Większość jego rycerstwa zginęła lub uciekła. Bitwa została wygrana przez sojusz. I tym razem Templariusze nie zdołali osiągnąć sukcesu. Asasyn zniknął, wykonując swoje zadanie po raz kolejny. Artefakt starożytnych był bezpieczny w rękach polskiego króla.

Teraz czekało na asasyna nowe wyzwanie… Pora ruszyć na Malbork!

14.11.2017 18:50
128
odpowiedz
Paerun_CruAv
0
Junior

18 marca 1406 A.D.
Do Wielkiego Mistrza zakonu Templariuszy.
Ufam, że moja korespondencja zastała Was, panie w dobrym zdrowiu.
Kiedy przyjmowałem swą misję z rąk Waszego poprzednika, ponad dwadzieścia lat temu,
nie byłem całkowicie przekonany, czy podołam wyzwaniu. Przeniknąłem do struktur Zakonu
Krzyżackiego i wkładam całą swą energie w rozszerzenie naszych wpływów na tereny Rzeczy-
pospolitej i Wielkiego Księstwa Litewskiego. Obecnie zasiadam w kapitule zakonu
i cieszę się zaufaniem Wielkiego Mistrza Konrada von Jungingen. W ostatnich latach,
rozesłani przeze mnie agenci donieśli o obecności Bractwa na ziemiach polskich. W celu
potwierdzenia pogłosek i wywabienia Asasynów z ukrycia, użyłem grupy najemników, którzy
mieli plądrować wsie i zabijać wieśniaków. Bractwo nie odpowiedziało na te ataki, lecz
po kilku tygodniach wszyscy wynajęci przeze mnie najemnicy dokonali żywota. Okoliczności
ich śmierci i zadane im obrażenia nie pozostawiają wątpliwości. Obecność Asasynów
potwierdziła się. Ponadto potwierdzenie ich obecności zbiegło się w czasie
z dokonanym przeze mnie odkryciem, które rozwiało moje domysły na temat ich działalności
w tej części Europy. Wielki Mistrz Konrad jest w posiadaniu Miecza Edenu, jednakże próby
zdobycia artefaktu spełzły na niczym, jako iż jest znakomicie chroniony. Jedynym sposobem
dostania się do prywatnego skarbca Wielkiego Mistrza jest pozyskanie specjalnego klucza,
z którego Konrad von Jungingen nie spuszcza wzroku. Niestety, jak się okazało,
stary Mistrz nie podziela naszej wizji Nowego Świata, przez co kierowanie wydarzeń
w korzystną dla nas stronę wydaje się niemożliwe, jednakże nasze argumenty i metody
przemawiają do wielu komturów stacjonujących na pograniczu, a i sam brat Wielkiego Mistrza
jest sympatykiem naszej sprawy. Jestem przekonany, że z jego pomocą znajdziemy się o krok
bliżej do ostatecznego celu. Dlatego też zalecam usunięcie starego Mistrza, najlepiej
poprzez otrucie. Podupadł mocno na zdrowiu i jego nagłą śmierć łatwo będzie wytłumaczyć.
Następnie doprowadzimy do wyboru na stanowisko Wielkiego Mistrza Ulricha von Jungingen.
Ma znaczące poparcie w zakonie i wybór ten nie spotka się z żadnym oporem. Gdy stary mistrz
umrze zdobędę klucz i wydostanę artefakt z Malborka. Potem nowy Wielki Mistrz zakonu
doprowadzi do wojny z Polakami. Wtedy asasyni powinni dołączyć do walki i pozbędziemy się
jednych i drugich, a Krzyżacy poprzez Ulricha, z czasem zaczną spełniać naszą wolę.
Proszę o rychłą odpowiedź, abym mógł kontynuować nasze wielkie dzieło.
I niech Ojciec Zrozumienia nas prowadzi.

P.S. Poleciłem kurierowi oczekiwanie na odpowiedź. Zalecam jego natychmiastową likwidację,
gdy tylko postarczy list. Jest wystarczająco inteligentny, aby wysłać go w podróż przez
pół Europy, a to czyni go niebezpiecznym. Nie ma potrzeby ryzykować przecieku informacji.

14.11.2017 21:39
129
odpowiedz
Sirh
27
Chorąży

13 VII Dąbrówna
Sar Ibn-La’Ahad odpoczywał po ciężkim dniu. Trzygodzinne wieczorne oblężenie miasteczka zakończyło się rzezią zarówno jego obrońców, jak i ludności cywilnej. Zdawał sobie sprawę z motywów, które miały usprawiedliwić takie okrucieństwo, ale pierwsza zasada Asasynów (Powstrzymaj swe ostrze nim zabije niewinnego) nie zezwalała mu na udział w tym co działo się po zdobyciu umocnień. Ostatnie promienie zachodzącego słońca odbijały się od czyszczonej klingi.

Widział dlaczego Templariuszom zależało na tych terenach i dlaczego tak naciskali na Konrada Mazowieckiego prawie dwa wieki wcześniej, by ten wpuścił zakon, co pozwoliło im na zdobycie przyczółku w centrum Europy. Krzyżacy za parawanem swojej Świętej Misji nawracania świetnie nadawali się do wykonania ich planu osłabienia rosnącej potęgi Polaków.

Jego celami mieli być trzej rycerze Zakonu Szpitala Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie. Przynajmniej tak myśleli sojusznicy. Jego głównym zadaniem był znajdujący się gdzieś na zamku w Malborku oręż, którego lokalizację ustalił dzięki dokumentom znalezionym w Wenecji. Były wśród nich zapiski Thomasa de Carneillon, który miał obsesję na punkcie Mieczy Edenu od czasu jak został potraktowany mocą jednego z nich. Swoje życie poświęcił na niszczenie reputacji templariuszy i na poszukiwaniu śladów tych potężnych artefaktów. Okazało się, że przodek Sara Altair, pochłonięty poszukiwaniem Jabłka, przeoczył pakunek wysłany przez Wielkiego Mistrza Sibranda dzień przed śmiercią. Przez dwa stulecia Krzyżacy nie zdawali sobie sprawy z potęgi, jaka drzemie w tym niepozornym ostrzu. Uważali, że pozłacany miecz świetnie wygląda nad kominkiem, ale do walki się nie nadaje, więc nikt nie próbował go używać zgodnie z przeznaczeniem.

Plan wyprawy przedstawił Mistrzowi już kilka miesięcy wcześniej, niedługo po naradzie Władysława i Witolda w Brześciu Litewskim:
- Jak zamierzasz to przeprowadzić? – zapytał Mistrz
- Zgodnie z przewidywaniami, na zjeździe postanowiono, że natarcie, będzie skierowane w samo serce zakonu, na Malbork.
- Czy w trakcie oblężenia artefakt nie zostanie zniszczony albo przypadkowo użyty? – głos przełożonego zdradzał niepokój.
- Nie, jeśli wtedy już go tam nie będzie.
- A dlaczegóż to?
- Jagiełło chce sprowokować Krzyżaków do walnej bitwy, przez wycinanie w pień okolicznych miasteczek. Jeśli zwycięży, a raczej kiedy zwycięży, ruszę w przebraniu do zamku. W chaosie odwrotu, wśród rzeszy rannych powinno udać mi się prześliznąć niepostrzeżenie.
- Skąd pewność, że zwycięży?
- Nieco mu w tym pomożemy. Będę potrzebował 30 braci. Oddamy ich pod komendę Witolda, co zapewni mi przychylność władcy i pomoże negocjować opóźnienie marszu na Malbork po wygranej bitwie.
- Pamiętaj. Nikt nie może dowiedzieć się o prawdziwym celu misji i o istnieniu Miecza Edenu. Nawet Król i Książę. Przynajmniej jeszcze nie teraz. – przypomniał Mistrz
- Dochowam tajemnicy. Rozejm jest przewidziany do 24 czerwca, więc mamy czas na przygotowania.

23 VII Malbork
Sar w płaszczu z czarnym krzyżem na plecach stał w komnacie Ulricha von Jungingena. W wygodnie urządzonym pomieszczeniu nad kominkiem wisiał Miecz Edenu. Wreszcie mógł naprawić błąd Altaira, który kładł się cieniem na reputacji jego rodziny. Bonusem było ukończenie zadania, które zlecił król. Chociaż ostatni cel, spoczywający w skrzyni w rogu komnaty, musiał śledzić aż do samego Malborka. Zabrał miecz i przedostał się na mur. W dole płynęła rzeka. Odetchnął ciepłym lipcowym powietrzem i skoczył.

14.11.2017 22:32
130
odpowiedz
makarrron
0
Junior

Drogi Pamiętniku, kolejny problem... Skończyła się trucizna w moim ostrzu. Kurczę, znów zapomniałem napełnić. Zakradnę się znów do tej szalonej Francuzki, Curie chyba jej było. Chociaż ona jakoś dziwnie się przedstawia, coś na S, ale kompletnie tego nie rozumiem. No, w każdym razie ostatnio się nie zorientowała, gdy jej trochę trucizny podebrałem. W końcu jest się wyszkolonym asasynem, nie? Chociaż gdy tam się zakradłem poprzednim razem, 17 lipca, chyba coś jej poprzestawiałem w probówkach. Ale to nie moja wina, te nowe sztylety ciągle mi się wyślizgują z pochew i wypadają. Muszę pogadać z tym płatnerzem, fuszerka jakaś normalnie. Ale chyba nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło - następnego dnia poruszenie straszne było bo ponoć coś tam odkryła, jakiś nowy pierwiastek czy pierwiosnek. Polon go nazwała. Ciekawym skąd nazwa taka?
Drogi Pamiętniku, i znów nie wyszło... To znaczy wyszło, aż za dobrze. Przed Bożym Narodzeniem dostałem nowe zlecenie, na zabójstwo przez otrucie. Albo może zatrucie przez zabicie? Nie pamiętam dokładnie, ale to nie moja wina, że pamięć u mnie słabuje nieco. Pewnie wina za dużo popijam. I dlatego pewnie w Akademii na roku ostatni byłem. Ale o czym to ja... Aha, no poszedłem ja znów nocą do domu tej Curie, zwędzić jej znów nieco trucizny chciałem, tylko, że znów pech mnie dosięgnął, bo gdy do jej laboratorium się zakradłem, psisko jakieś szczekać na mnie zaczęło. Może i jestem asasynem o kamieniu zamiast serca (tak damom zawsze w karczmach opowiadam), ale psa to ja nie ubiję, za miętki ten kamień widocznie. No w każdym razie pies na mnie, ja hyc przez stół co na nim probówki stały, coś tam namieszałem i... Wkrótce potem odkrycie nowe ta Francuzka ogłasza. Rad niby odkryła. Cokolwiek to jest. I ja rad jej jestem, szczęściem jej się cieszę, ale teraz to już chyba tylko na klasyczne zabójstwa się przerzucę. Nie będę już trucizn używał, bo jeszcze dziwniejszego co ona przeze mnie odkryje.
Jak na stare lata za książkę o swych losach się wezmę to inaczej to w słowa ubrać będzie trzeba. Podnioślej jakoś. Ale to się jeszcze zobaczy...

14.11.2017 22:55
131
odpowiedz
holdysz
2
Junior

SYNCHRONIZACJA...
PAMIĘTNIK - ARTYSTA MALARZ

Nie mogłem pozwolić by do tego doszło, jednak wiedziałem że sam sobie nie poradzę dlatego muszę zdjednoczyć bractwo i zrobić wszystko by mój kraj nie pogrążył się w czeluściach wrogiej partii. Te zapiski to dowód na to że nie wszystkie działania i decyzje były wykonywane pochopnie, staraliśmy się postępować łagodnie ale cóż...
10 grudnia 1922
Belweder, Warszawa
List Anonimowy
------------------------------
“Monsieur le President Republique Polonaise Gabriel Narutowicz, Varsovie – Warszawa – Belweder”
„Pozostaje Panu do oznaczonego terminu już tylko 4 doby i godzin 20. Przypominam, że grozi Panu śmierć naturalna z powodu ataku sercowego. Czas zrobić testament. Pozdrowienia. Zawiadomienie trzecie.”

„Czas podjąć działania...”
Nasz zakon który znajduję się obecnie w południowej części Warszawy liczy kilkadziesiąt osób zaangażowanych w prawicowe partie a także władze, zajmujemy się prowadzeniem działalności politycznych jak i naszych wewnętrznych. Całość skupia się na utrzymaniu porządku i harmoni. Przejęliśmy kontrolę nad prasą co stwarzało nam idealne warunki by napisać szereg artykułów stawrzających potencjalne zagrożenie dla dotychczasowego prezydenta.
Dziennik Rzeczpospolita, art. Zawada – Narutowicz jest zaporą (zawadą) rzuconą przez Józefa Piłsudskiego na drodze do naprawy państwa.
Gazeta Warszawska & Kurier Warszawski – Żydowski elekt,zapora i zawada
Ksiądz Lutosławski, gazeta partyjna – Jak śmieli Żydzi narzucić Polsce swego prezydenta?
„Przed wyborem”
Musieliśmy powstrzymać rząd przed wyborem nowego prezydenta, Stanisław (starszy Asasyn) i Antoni mieli zebrać tłum, by w Alejach Ujazdowskich zorganizować chałaśliwe awantury i protesty. Zbudowaliśmy barykadę z ławek i skrzyń na śmieci, wszystkie przejścia do budynku zablokowaliśmy by uniemożliwić przyjście prezydenta na czas. Cóż trwały rozruchy w tym jedna z naszych osób,braci została zamordowana a 28 rannych w tym 9 ciężko.. wiedziałem że nie możemy tego tak zostawić.

14 grudnia 1922
„Kości zostały rzucone”
O godzinie 12:00 naczelnik państwa Józef Piłsudski w towarzystwie najwyższych władz Polski przekazał oficjalnie władzę nad państwem Rzeczypospolitej Polski. Wybrano człowieka należącego do chłopskiej lewicowej partii politycznej, człowieka który został wybrany niesprawiedliwie i nie uczciwie. Sprawdziłem dokładnie jak przebiegały owe wybory,przeszukałem dokładnie dokumenty i wiem że dokonano oszustwa przez które oficjalne wyniki wyglądają zupełnie inaczej niż miały wyglądać. Wiedziałem że Gabriel nie należał do organizacji, która zamierza zmienić losy Polski a także że nie znalazł się tam z przypadku... Całość była od początku zaplanowana, mam podejrzenia że nawet sam Piłsudski mógł mieć w tym jakiś interes, bo tak naprawdę wszystkie te osoby są częścią czegoś większego, wychodzącego poza skalę naszego kraju, obejmującego inne państwa, inne części świata. Od stuleci bractwo do którego należe stara się dążyć do sprawiedliwości i do celów, które bezpośrednio nie zagrażałyby naszym cywilizacją, naszym rodziną.
------------------------------
Festina lente (śpiesz się powoli)
Nasz zakon to tak naprawdę połączone podziemne komnaty gdzie raz w miesiącu mamy okazję się spotykać, na frontowych drzwiach wystrugany był nasz niepowtarzalny znak, za tym wszystkim stoi wielki i okrągły stół przy którym zasiadają kolejno.. od starszego stopniem Assasyna do nowych rekrutów. Mistrz od początku wiedział kogo wybrać do ostatecznego zadania jakim jest zamordowanie nowego prezydenta, miał na myśli mnie bo uważał że tylko ja jestem w stanie poświęcić się całkowicie dla bractwa i narodu.. i się nie mylił.
Otrzymałem hiszpański rewolwer nabity trzema nabojami, tak.. wszystkie muszą pójść w stronę Gabriela nie mogę pozwolić by mój potencjalny cel przeżył. Odziany w skórzany płaszcz, białą koszulę i elegancko związany krawat ruszyłem na zmianę losu naszego kraju.
16 grudnia 1922
Galeria Zachęta
------------------------------
Mój plan był następujący:
- Wejść do ‘Zachęty’ niepostrzeżenie godzinę przed przyjazdem prezydenta, musiałem zobaczyć budynek od środka
- Poznać plan obchodu galerii przez prezydenta
- Wybrać stosowne miejsce do udzielenia strzałów
Jestem malarzem więc miejsce które wybrałem nie było przypadkowe, mogłem nawet ponieść śmierć na miejscu... pomyślałem jak umierać to tylko przy najwybitniejszych obrazach znanych artystów. Obszedłem każde pomieszczenie wewnątrz z dużą dokładnością zwracając uwagę na swoje otoczenie.
Godzina 12:10
Usłyszałem okrzyki i oklaski tłumów i wiedziałem że właśnie prezydent przyjechał swoim samochodem przed gmach budynku by rozpocząć zwiedzanie galerii. Znajdowałem się na dachu budynku by zobaczyć z góry całą sytuację, pochylając się nad przepaścią starałem dostrzec jak wielu policjantów pilnuje okolicy i samego prezydenta. Serce zaczęło mi szybciej bić gdy widziałem że on już wszedł do środka i nie ma ani chwili dłużej na zastanawianie się nad tym co dalej robić, musiałem iść wykonać swoje zadanie, wypełnić misję powierzoną mi przez samego mistrza Assasynów. Zszedłem drabiną z dachu budynku by udać się przez pomieszczenia socjalne do korytarza na I piętrze. Dookoła wisiały piękne dzieła sztuki, które mógłbym podziwiać godzinami jednak nie było na to czasu, moja pasja do malarstwa musiała dać upust temu co miało za chwilę się stać. Lekki pot zalewał mi czoło, zrobiło mi się cieplej jednak wciąż zachowywałem zimną krew by w końcu wejść do Sali wystawnej gdzie znajdował się prezydent. Widziałem jak spogląda na obraz pt. Szron pomyślałem wtedy co on w tym widzi.. co czuje? Mróz i chłód jak jego lodowate serce? Zimno jak krew w moich żyłach? Cóż... tego nie wiem, ale wiem że muszę wyciągnąć rewolwer i oddać szybką serię trzech strzałów. W tym momencie nie słyszałem już nic prócz bicia mego serca, hałas, krzyki panujące wokół i obraz leżącego prezydenta zalanego swoją krwią. W pewnym sensie poczułem ulgę i satysfakcję bo nie zrobiłem tego w złym czynie i wiedziałem że mogę już w spokoju wypowiedzieć te słowa.. „Nie będę więcej strzelać...”

„Potępiają to czego nie rozumieją, czego nie pojmują”
30 grudnia 1922
Areszt
------------------------------
Tego dnia rozpoczął się mój proces, nie przyznaję się do zarzucanych mi czynów.. przyznaję się tylko do złamania prawa, cóż spełniłem ciężką rzecz a wyrok więzienia... byłby dla mnie hańbiący. Uważam że nic nie jest prawdziwe wszystko jest dozwolone... Wieczorem sąd udał się na ponadgodzinną naradę po której wydał ostateczny wyrok. Pozbawienie stanu i kara śmierci. Moja egzekucja ma się odbyć za dwa tygodnie, to moje ostatnie zapiski stanowiące dowód prawdy na to że zakon Asasynów jest lojalny wobec swych zasad a jego członkowie są w stanie zapłacić najwyższą cenę by rozpocząć nowy początek.

14.11.2017 22:56
132
odpowiedz
Boyka
3
Junior

Juz dawno w moim zyciu miejsce wiary i Boga zastapila nauka.
Jak po tym wszystkim co ujzalam moge twierdzic inaczej. Nauka towarzyszyla mi cale zycie, a
Bog nigdy nie pomogl mi gdy tego potrzebowalam. Tyle wspolnych badan. Moj maz zmarl trzy dekady temu. Nie wieze w przypadek. Pierre zostal celowo zamordowany. Nasze odkrycia byly niewygodne dla ludzi zwanych Asasynami. Nie wierzylismy, gdy nas ostrzegano. Kilka razy bylismy ostrzegani przez naszych znajomych. Tez byli naukowcami. To byli wizjonerzy. Twierdzili ze badania nad promieniowaniem zmienia zycie wszystkich ludzi, ale nie wszystkim sie to spodoba.
Mielismy zaczac prace nad czyms niezwyklym. Templariusze przyjeli nas do swojej organizacji i wreczyli przedmiot o niezwyklych wlasciwosciach. Mojemu mezowi nie dane bylo poznac jego tajemnic, ale ja mialam wiecej szczescia. Odpowiednie osoby chronily mnie i moja prace. Przedmiot zwany Rajskim Jablkiem otworzyl przede mna swoje tajemnice. Z pewnoscia nie wszystkie, ale pomogl mi w dalszych pracach nad radem. Prace byly tak owocne ze postanowilam otworzyc Instytut Radowy, aby wiecej osob moglo sie o nich dowiedziec. Bylo jednak cos jeszcze. Unikalne wlasciwosci Rajskiego Jablka wplywajace na umysly ludzi. Nie udalo mi sie odtworzyc jego dzialania, ani zwiekszyc skali jego wplywu, ale jestem przekonana, ze pierwiastki, ktore odkrylam pomoga w zrozumieniu tego zjawiska. Moje badania pomogly wielu ludziom i jestem pewna, ze sa ogromnym skokiem na przod, jednak to juz moj koniec. Zostalo mi kilka oddechow. Badania nad promieniowaniem, ktore przeprowadzilam teraz mnie zabijaja. Na lozu smierci chce powiedziec tylko jedno. Niczego nie zaluje, gdyz ja, Maria Sklodowska-Curie zapisalam sie w kartach historii.

15.11.2017 00:59
133
odpowiedz
Arczi 7773
0
Junior

Z Archiwów Abstergo
Polska Płonie. Granice zwęglają się i kruszą na naszych oczach. A wewnątrz rośnie nowotwór, który nazywa się „Liberum Veto”. „NIchil novi” Krzyczą zrywając sejm po sejmie zatykając sobie nosy, aby nie czuć smrodu gnijącego państwa.
3 Maja 1791 r. Sejm trwa już 4 lata. Pięciu mężów stanu: Stanisław August Poniatowski, Hugo Kołłątaj, Ignacy Potocki, Stanisław Staszic, Stanisław Małachowski. Pięciu oddanych sprawie Polski. Pięciu prawdziwych Templariuszy. Stają na czele Sejmu mającego wszystko odmienić. W nocy uchwalają konstytucję, gotowi bronić ją własną krwią, przed lwicą assassynów z za wschodniej granicy. Niestety jej oślizgłe macki sięgają aż do serca całej sprawy. Gdy za granicami Rzeczpospolitej w 1792 r. powstaje Konfederacja Targowicka, Hydra wyciąga swój potajemny sztylet w postaci samego Króla. Ów nędzarz dzierżący w rękach symbole władzy, okazuje się agentem assassynów. Zdradza. Przechodzi do Targowicy. I tak oto kończy się nadzieja, pogwałcona przez zdrajców sprawy Polskiej, a ogień wżera się tak w granicę, że nawet zatkane nosy czują jego swąd.

Tekst ten jest napisany na jednej stronie pożółkłego papieru, po drugiej stronie znajdują się znaki podobne do klinowych. Po porównaniu do tych których używali pradawni Sumerowie udaje się odczytać.

„Hydra nic nie znalazła. Skarb pod opieką smoka. Wracamy do Gry.”

15.11.2017 19:15
134
odpowiedz
Mannelig
0
Junior

Książę Asasynów
01.05.1791
Na warszawskiej starówce padał rzęsisty deszcz. Woda strumieniami lała się po dachach, a poły mojego płaszcza rozwiewał wiatr. Kryjąc twarz pod kapturem stanąłem przed mieszkaniem Małachowskiego. To tu prowadziły wszystkie poszlaki.
W eleganckim wnętrzu unosiła się woń spisku. Moi mentorzy na obczyźnie nauczyli mnie bezbłędnie ją rozpoznawać. Już po pierwszych krokach upewniłem się, że zostałem skierowany w dobre miejsce.
Towarzystwo zebrało się już przy rzeźbionym, marmurowym stoliku. Ich twarze, okolone perukami, były mi zupełnie obce. Czekałem, aż się mi przedstawią, ale oni zbyt byli pochłonięci leżącymi na stole dokumentami. Pochylali się nad nimi z takim skupieniem, że dałbym sobie rękę uciąć, że nie usłyszeli mojego wejścia.
- Oto ten, któregośmy tak wyczekiwali – rzucił do mnie jeden z nich, nie podnosząc głowy znad stert papierów. Tej sterty, która miała się zmienić w Konstytucję Rzeczpospolitej.
- Kto wyczekiwał, ten wyczekiwał – najbardziej posępny z towarzystwa, zapewne Hugo Kołłątaj, gderliwym głosem dał mi znać, że Bractwo doskonale poradzi sobie bez mojej pomocy.
Nie pytając gospodarza o pozwolenie, rozsiadłem się wygodnie w głębokim fotelu.
- Mówicie panowie, że mnie nie potrzebujecie. Cóż, nasza współpraca pewno ułoży się w ciągu kilku tygodni...
- Jutro. Jutro, bądź najdalej pojutrze wkraczamy do akcji – rzekł gospodarz, Stanisław Małachowski. Szczerze mówiąc, zatkało mnie.
- Ależ... To szaleństwo!
- Całe nasze przedsięwzięcie jest szaleństwem – roześmiał się Ignacy Potocki. - Szaleństwem szlachetnym. Bractwo z impetem wprowadza świat w nową erę. Stany Zjednoczone, Francja... Tutaj wywiąże się piekło. Caryca otoczona jest doradcami-Templariuszami, być może sama należy do Zakonu. Podburza ociemniałą szlachtę, sącząc jej hasła wolnościowe, by potem zawładnąć naszym słabym krajem. To jest ostatni moment. Musimy uchwalić tę ustawę, póki stronnicy hetmańscy nie wrócili do Warszawy. Templariusze depczą nam po piętach...
- Jeden siedzi tu z nami – mruknął Kołłątaj.
- Dla ciebie książę! - oburzony poderwałem się z fotela, ale Hugo był szybszy. Doskoczył do mnie, przygwoździł do ściany i przystawił sztylet do gardła. W tym momencie zrozumiałem, że studia i nauki Bractwa to czasem za mało, gdy w grę wchodzi porywczy charakter.
W tym momencie rozległ się ledwie słyszalny szept.
- Niech prowadzi nas Ojciec Zrozumienia.
W następnej chwili ogłuszył mnie huk wystrzału. Kula bandoletu utkwiła w ramie obrazu, tuż koło mojej głowy. Hugo Kołłątaj w jednej chwili pojął, że choć jego obawy o szpiegu były słuszne, mylił się co do osoby. Teraz, by naprawić błąd, rzucił się na Templariusza. W powietrzu błysnęło ukryte ostrze, na podłogę chlusnęła wraża krew. Wyrównując przyspieszony oddech patrzyliśmy, jak szpieg osuwa się na ziemię.
- Wybacz mi, Adamie Czartoryski – zwrócił się do mnie Hugo. - Pomyliłem się. Książę.
Następnie pochylił się nad trupem.
- Teraz go poznaję. To ten zdrajca Shay Cormac. Włos mu posędzielał... Moskal blisko. Czas działać.

15.11.2017 19:20
135
odpowiedz
adamus96
0
Junior

Nigdy nie podejrzewałem, że Maria stanie się jakąkolwiek stroną naszego konfliktu. Po dziś dzień, spisując te słowa, nie potrafię pozbyć się uczuć targających moją duszę.
Nazywam się Paul Langevin i tak, miałem romans z Marią Skłodowską-Curie. Wspomnienia wracają i wspólne pobyty w paryskich kawiarniach, wciąż powodują na mej starczej skórze gęsią skórkę. Gdyby tylko wiedziała wówczas, w 1910, kim naprawdę jestem.

Nie spodziewałem się jak potoczy się nasza historia. Z początku, gdy broniłem doktorat u jej męża, nie zauważałem jej. Wydawała mi się nieatrakcyjna, mimo pewnej aury pewności siebie nie potrafiłem dostrzec w niej ani krzty kobiecości. Lecz coraz częstsze wizyty w pracowni Piotra zmieniły tę postać rzeczy – coraz częściej zamiast Piotra, spotykałem Marię. Toczyliśmy niezliczone dyskusje na tematy naukowe. Nie zorientowałem się, w którym momencie w nasze rozmowy włączyła się karafka wina i ukradkowe spojrzenia. Lecz Oni wiedzieli.

W zimny grudniowy wieczór, usłyszałem głośny łomot atakujący frontowe drzwi. W szlafroku, z lampą w ręku skierowałem się by przegonić nieproszonego gościa, lecz zamarłem, w momencie gdy spojrzałem w wizjer. Brodaty jegomość celował pistoletem niewątpliwie naładowanym prosto w miejsce, gdzie stałem. Poznałem insygnia na rękojeści jego broni. Drżącymi rękoma zacząłem otwierać drzwi, lecz nagle zapieczętowany krwistym woskiem list wylądował tuż przed mymi nogami. Umierając ze strachu, podniosłem go i zacząłem czytać.

Gdy nasz romans wyszedł na jaw, zdewastowany publicznym oskarżeniami i porzucony przez żonę, stoczyłem się, dlatego znalazłem przyjaciela. Codziennie odwiedzałem grób Piotra Curie, opowiedziałem, jak zdradziłem zaufanie Marii, gdy przez rok naszej bliższej znajomości sabotowałem jej pracę naukową, zgodnie z rozkazami. Za każdym razem padał deszcz. Za każdym razem czułem wstyd.

- Doktorze, czy możemy cokolwiek jeszcze dla niej zrobić? – błagalnym tonem Čve Curie męczyła lekarza. Mimo nieustannie zbliżającej się żałoby nadal nosiła kwiecistą suknię z kapturem i buty na wysokim obcasie, jakby chciała zaprzeczyć nieuniknionemu losowi, gotowa rzucić wyzwanie przeznaczeniu, jaki przydarzył się jej matce. Maria zaś stanowiła całkowite przeciwieństwo swojej córki – zawsze ubrana w czarną, prostą spódnicę, bardziej przypominała zakonnicę niż kobietę nauki, pionierkę swojej płci w tej dziedzinie.
- Panno Curie, niezwykle mi przykro, ale trafiliśmy na punkt, w którym współczesna medycyna nie jest w stanie podołać temu zadaniu. Zdam się na bezpośredniość – proszę spędzić ostatnie chwile z matką.

19 X 1946. Kątem oka zauważyłem kwiecisty wzór. Stare kości nie pozwoliły zareagować – padłem na ziemię, przyciśnięty do perskiego dywanu, leżącego przy tlącym się kominku.
- Wykorzystałeś ją! Zdradziłeś! – twarz osłonięta kapturem wydawała się wykręcona gniewem, który napędzał ostrze wbijające się w mój lewy bok. Płynęła krew, a wraz ze strumieniem wypływały wspomnienia. Paul dodający promieniotwórczy izotop do posiłku Marii, Paul ściskający list. „Nie pozwól tej Polce dokonać kolejnych odkryć, polon i rad to idealna broń, nie wiadomo co więcej może stworzyć. Pamiętaj, jej rodzina od lat związana jest z zakonem asasynów. Zniszczmy ją.”

15.11.2017 19:58
136
odpowiedz
logan32
3
Chorąży

Pisze te słowa, ponieważ sytuacja jest niepewna przez ostanie dni. Może od początku w Warszawie panował spokój, słyszałem pogłoski od informatorów, że w mieście znajdowali dziwne ruiny i sprawdzałem te miejsca mając nadzieje, że znajdę ślad Prekursorów, ale niestety w żadnym miejscu nie było śladów. Sytuacja się zmieniła 9 Grudnia, gdy wybrano na prezydenta Gabriela Narutowicza i jeszcze do Warszawy przybył w tym samy czasie mistrz Templariuszy Witold Bieniek to wiedziałem, że teraz jeszcze będzie gorzej. Gdy na ulicy były demonstracje przeciwko nowemu prezydentowi wiedziałem, że Templariusze coś planują, więc powiedziałem, moim braciom i siostrom z bractwa Assasynów, żeby byli gotowi na wszystko, dobrze chociaż że blisko Narutowicza był nasz człowiek więc będzie miał wgląd, jeśli coś będzie się działo. Dowiedziałem się, że zaprzysiężenie zostało przyśpieszone przez demonstracje i odbędzie się 11 grudnia, bractwo w Warszawie będzie gotowe podczas zaprzysiężenia, jeśli miałoby się coś wydarzyć. Gdy nadszedł dzień zaprzysiężenia jak zwykle była demonstracja przeciwko prezydentowi będzie trudno, jeśli nastąpi zamach, ale wysłałem kilku braci na dachy, żeby obserwowali, a ja byłem, na ulicy wypatrywać Templariuszy. Było trudno przy takim tłumie ludzi, ale na razie nikogo znanego Templariusza nie było gorzej jak by przybyli jacyś nowi, ale informatorzy nic nie widzieli a tym bardziej bracia i siostry bractwa więc wypatrywałem tylko tych, co wiedziałem, że byli w mieście. Zaprzysiężenie oprócz demonstracji przebiegło spokojnie, ale trzeba się bardziej przygotować na to, co może szykować Bieniek. Myślałem, że Templariusze zrezygnują z planu, który uknuli, ale niestety nasz człowiek przy prezydencie powiedział, że 15 grudnia Narutowicz dostał anonimowe pogróżki, wiedziałem, że prezydent jest nadal zagrożony, chociaż On sam, wydaje się tym nie przejmować a jeszcze, zgodził się na zaproszenie 16 grudnia na doroczne otwarcie salonu sztuki w Zachęcie. Trzeba będzie się na to przygotować i szybko poszukać człowieka, który, będzie w salonie sztuki na szczęście znałem jednego malarza może nie będzie, problemu go włączyć do akcji. Następnego dnia prezydent,miał przybyć na otwarcie salonu sztuki więc trzeba było, zebrać bractwo i zabezpieczyć teren wokół budynku, mój człowiek był też w środku i miał mieć oko na prezydenta, gdyby Templariusze uderzyli w środku, ja też spróbuje się dostać do środka przez balkon.Przygotowałem wszystko najlepiej jak potrafiłem i pozostało czekać aż prezydent przybędzie. Prezydent pojawił się o 12 po południu a ja już byłem w środku i obserwowałem z balkonu wszystko. Gdy prezydent już się pojawił w salonie przywitał się z malarzami i poszedł oglądać obrazy i nagle usłyszałem strzały nikt nawet nie zdążył zareagować, że ktoś wyciąga broń, gdy było już po wszystkim pierwszy prezydent RP nie żył już a zamachowiec się po prostu poddał, trwało to tylko kilka minut. Następnego dnia,dowiedziałem się od informatorów kim był zamachowiec a był nim Eligiusz Niewiadomski i z moich informacji nie był powiązany z Templariuszami po prostu był człowiekiem z partii, któremu nie podobała się władza Narutowicza. Sytuacja w Warszawie jest niepewna, ponieważ nikt nie sprawuje władzy a Templariusze nie wiadomo co zrobią, ale razem z bractwem będziemy walczyć do końca mam tylko nadzieje, że jeszcze będzie następny prezydent i znajdziemy w mieście jakiś ślad Prekursorów.

15.11.2017 20:44
137
odpowiedz
wikunya
1
Junior

Atmosfera w kraju była nieciekawa. Po raz pierwszy w historii tego kraju wybrano kogoś na prezydenta… Nowy tytuł, brzmiący tak obco. A trzeba pamiętać, że po ponad stu latach niewoli, naród mógł być wrogi do wszystkiego, co obce.
Informacja o wyborze Narutowicza rozeszła się po mieście wyjątkowo szybko. Wraz z nią, zaczęły pojawiać się oferty. Poważne kwoty, nie ma co. Wielu polityków chciało pozbyć się głowy młodego państwa jak najprędzej.
Nie zawahałam się nawet przez moment. Wiedziałam, że to mi pisane jest ciche morderstwo pierwszego prezydenta.
Wszystko było idealnie zaplanowane. Zwracałam uwagę na każdy szczegół jego życia- to w jakich godzinach sypia, jakimi drogami przejeżdża stolicę, jak często spożywa posiłki. Musiałam poznać całość ofiary. Musiałam wiedzieć, kiedy straci czujność.
Nadszedł w końcu ten dzień. 16 grudnia 1922 roku. Wizyta Gabriela Narutowicza w warszawskiej „Zachęcie”- salonie sztuki.
Otwarcie salonu zaplanowane na samo południe. Idealnie.
O 12:30 planowałam zaatakować.
O 12:10 prezydent zajechał przed gmach. Wszedł do środka. Witał się z gośćmi. Narutowicz zatrzymuje się przed obrazem „Szron” Teodora Ziomka. Jednak było tutaj zbyt wielu ludzi. Trzeba było poczekać na ten idealny moment, gdy prezydent odejdzie na bok. Jednak ktoś był ode mnie szybszy.
Wystrzały rewolweru.
Poczułam, jak wszystkie mięśnie w moim ciele napinają się. To nie ja byłam zamachowcem. Ktoś był ode mnie szybszy.
W całym tym zamieszaniu, czym prędzej opuściłam „Zachętę” tylnym wyjściem. Czułam gorzki smak porażki. Ktoś był ode mnie szybszy. Ktoś wykorzystał okazję.
Następnego dnia dowiedziałam się, kto mnie wyprzedził. Eligiusz Niewiadomski.
Jednak po wielu latach zdałam sobie sprawę, że Niewiadomski uratował mnie i moje sumienie. W 1922 roku myślałam, że ja, wraz z moim ostrzem, poprzez zabicie prezydenta, który rzekomo „rozbijał kraj”, uratujemy Rzeczypospolitą i ludzi, którzy nie chcieli być ciemiężeni przez kolejne władze. Jednak po śmierci Gabriela Narutowicza ucierpiał polski honor- honor ludzi, którzy nie zawsze kochali swoich władców, ale z pewnością ich szanowali. Gdybym to ja odebrała życie Narutowiczowi tamtego grudniowego dnia, gdy z największym spokojem ducha wpatrywał się w „Szron”, nie miałabym prawa nazywać się już asasynem, a jedynie mordercą.

15.11.2017 20:47
138
odpowiedz
Velianov
5
Junior

— Meinardzie! — zawołał jeden z rycerzy zakonnych, przekrzykując ogień bitwy.
Wielki pruski wojownik w zbroi płytowej z herbem Schlochau nie usłyszał jednak wołania. Dopiero gdy zakonnik chwycił go za ramię, zareagował.
— Czego chcesz, Godfrydzie?! — zapytał Meinard. Jego długa czarna broda z dwoma siwymi pasmami oraz szeroka włócznia, której grot był już cały czerwony od krwi potrafiły prawdziwie przerazić nawet tych, którzy walczyli po jego stronie.
— Twój syn, Arnd von Baden ubity.
Dla starego Asasyna był to cios silniejszy niż wszystkie poprzednie w tej bitwie razem wzięte. Meinard zastygł na moment. Zdołał tylko wymówić jedno słowo.
— Kto?
— Zawissius Niger.
Nagły zryw ogromnego rycerza nie zdziwił Godfryda. Patrzył na biegnącego w morderczym szale Meinarda, przedzierającego się przez zastępy wrogów, by znaleźć tego właściwego. Dokładnie tak, jak było w planie.
Templariuszom nie podobała się wojna między Polską a Zakonem Krzyżackim. Zbyt wiele pieniędzy została na nią wyprowadzonych z Italii. Wielki Mistrz postanowił ją zakończyć i wybrał Krzyżaków na przegranych. Przy okazji chciał także pozbyć się kilku niewygodnych osób, w tym Zawiszę Czarnego, który potajemnie sprzyjał sprawie Jana Husa. Pomysł, by wykorzystać do tego Asasyna niezwykle przypadł mu do gustu. Jeśli Godfrydowi się uda, na pewno czeka go intratne stanowisko.
Polscy i litewscy żołnierze usuwali się wściekłemu Meinardowi z drogi. Ci rycerze, którzy chcieli z nim stawać do pojedynku także odstępowali, gdy tylko słyszeli od niego „Sulima”. W końcu pojawił się ten, który posługiwał się tym herbem.
Zawisza był niższy niż Meinard. Nie miał zarostu na twarzy, a jego włosy na głowie były obcięte bardzo krótko. Z daleka można by go pomylić z chłopcem w czarnej zbroi. Ale z bliska każdy zrozumie, że nie jest to ktoś, kogo można zlekceważyć. Każdy jego ruch miał swój cel, a wzrok był skupiony tylko na wrogu. Jego miecz był już wyszczerbiony, a tarcza miała więcej niż kilka wgnieceń. Ale za to na pancerzu nie było nawet najmniejszej rysy. To czegoś dowodzi.
Włócznia Meinarda poszła w ruch jako pierwsza. Jej zasięg dawał przewagę właścicielowi nad Zawiszą. Polski rycerz musiał zmniejszyć dystans, na co Prusak skrycie liczył. Zadał kilka pchnięć, by określić na jak wiele może sobie pozwolić w decydującym etapie walki. Te ciosy nie zostały jednak zablokowane, ale uniknięte. Zawisza był niesamowicie szybki jak na kogoś w pełnej płycie. Natarł na Prusaka, zasłaniając się tarczą i uderzył mieczem. Meinard cudem sparował atak włócznią i spostrzegł, że już teraz ma szansę.
Prusak zrobił to, czego nie spodziewałby się żaden rycerz – po prostu rzucił się na wroga. Włócznią trzymaną tylko w prawej dłoni zadał pozorowany atak, natomiast palcami lewej wykonał dziwny gest, po którym spod nadgarstka wysunęło się ostrze. Wystarczająco cienkie, by wbić się w jakąkolwiek szparę w pancerzu i wystarczająco długie, by dosięgnąć witalnych organów. Wzrok Meinarda skupił się na przerwie między naramiennikiem a kirysem. Za moment zabójcę jego syna spotka kara… Miażdżący chwyt Zawiszy odsunął jednak takie myśli. Lewa ręka Prusaka została wykręcona przez polskiego rycerza, który wcześniej puścił miecz, by obronić się przed ukrytym ostrzem. Następnie Polak puścił też tarczę, dobył sztyletu noszonego przy pasie i wbił go wrogowi w gardło.
Godfryd, który całą walkę obserwował z bezpiecznej odległości był niezadowolony. Właśnie stracił szansę na wyniesienie się z tej części Europy, a także dawnego przyjaciela, którym manipulował od wielu lat.

15.11.2017 22:21
139
odpowiedz
Dragonus95
0
Junior

15 lipca 1410
Rankiem dwie wielkie armie stanęły na przeciw siebie na polach Grunwaldu. Część wojsk Jagiełły skryła się w lasach i zaroślach zgodnie z planem ukrywając swoją liczbę. Byłem ramię w ramię z królem. W powietrzu dało wyczuć się napięcie. Spoglądałem na rozciągające się na horyzoncie wojsko Zakonu Krzyżackiego. Nie potrafię określić co wtedy czułem. Lęk mieszał się we mnie z chęcią zemsty. Jedynym o czym mogłem myśleć to Ulrich von Jungingen i jak się do Niego dostać. Wiedziałem, że to nie będzie łatwe, ale Wielki Mistrz Zakonu Templariuszy musiał zginąć. Z góry dobiegł nas głos orła. Spojrzałem w niebo i ujrzałem mały, czarny punkt nad nami. Poleciłem swoim Asasynom, aby gdy tylko przybędą wypuścili orła.
– Asasyni przybyli. – powiedziałem trochę do Jagiełły i trochę do samego siebie.
– To dobry znak. Oby nasz plan zadziałał.
– Zadziała. Ulrich nigdy nie był zbyt cierpliwy. Na pewno już jest zdenerwowany. Szybciej popełni błąd. Pamiętaj. On jest mój.
Około południa Ulrich wysłał posłańców z dwoma nagimi mieczami. Chciał sprowokować Jagiełłę. Dzięki temu wiedzieliśmy, że przeciwnik jest już zdenerwowany i zmęczony. Nadszedł czas. Rycerze polscy i litewscy odśpiewali Bogurodzicę i lekka jazda litewska i tatarska ruszyła na artylerię Zakonu. Nie zważając na nic pognałem konia i zwarłem się w walce z przeciwnikami. Walczyłem na swym koniu dopóki jeden z rycerzy krzyżackich nie wbił w jego serce włóczni. Szybko podniosłem się po upadku i znów zwarłem swą stal ze stalą wroga. Wykorzystywałem wszystko co miałem pod ręką: miecz, ukryte ostrze, sztylet, noże do rzucania i kuszę, bronie porzucone na polu bitwy. Mimo wszystko zostałem otoczony przez wrogów. Zatrzymali mnie na drodze do mojego celu. Szybko obok mnie znalazło się trzech Asasynów i razem udało nam się pokonać otaczających nas wrogów. Asasyni szybko zniknęli, a ja tym razem postarałem się ominąć środek bitwy i trzymać się na jej obrzeżach. Byłem już na równi z miejscem gdzie Ulrich w otoczeniu swych strażników. Wszyscy zajęci walką. Zdjąłem zbroję z poległego Krzyżaka, założyłem ją i ruszyłem w stronę Ulricha. Nikt nie zwracał na mnie uwagi w gwarze walki. Podszedłem do swego celu i gdy powalił przeciwnika na ziemię wbiłem w Niego swe ukryte ostrze.
– Witaj Ulrichu. – Szepnąłem mu do ucha.
– Ach to Ty. Wiedziałem, że nie odpuścisz takiej okazji.
– Przegrałeś.
– Jesteś tego pewny? Mały biedny Asasyn. Myślisz, że coś osiągnąłeś? Moja śmierć nic nie zmienia. Templariusze są już na każdym liczącym się dworze. Jedynie wszystko opóźniłeś.
– Jednak coś osiągnąłem. Bitwa była tylko pretekstem aby wywabić Cię z zamku. Gdybyś został w Malborku nigdy bym Cię nie dosięgnął, a tak moi Asasyni już dawno przeszukali Malbork i zabrali z niego Fragment Edenu.
– Brawo. Podstęp godny Templariusza.
– W końcu byłem kiedyś jednym z Was.
Schowałem ostrzę i krew Ulricha zabarwiła zbroję na czerwono. Życie szybko z Niego uchodziło. Gdy padł na ziemię był już martwy. Bitwa trwała jeszcze kilka godzin, do zachodu Słońca. Wskazałem Władysławowi miejsce, gdzie leżą zwłoki Wielkiego Mistrza. Poprosiłem też, aby w relacjach pominąć udział Asasynów. Templariusze mieli już zbyt duże wpływy. Aby ich powstrzymać Asasyni muszą pozostać w cieniu.

15.11.2017 22:34
140
odpowiedz
CrimsonCrow
0
Junior

Wieczór przed zamachem - 15 grudnia 1922
- Ostatni dzień przygotowań Eligiuszu. Jesteś przekonany, że wszystko Ci się uda? Twoi krewni robili to od pokoleń, a losy Polski potoczyły by się zupełnie inaczej gdyby nie wasz zakon.
- Wszystko gotowe. Niech ta "demokratyczna" gratka zwana rządem upadnie podczas jednego pchnięcia, Ci przeklęci Templariusze przekonają się, że nie mają czego szukać w naszej pięknej Polsce. Nie po to odzyskaliśmy wolność by teraz ją stracić.
- Ruszaj więc, za wolność!
- Za wolność!

Dzień zamachu - 16 grudnia 1922
- Znając plan działania tego antychrysta, będzie chciał się pokazać u Kakowskiego, ten klecha obwieści go zwolennikiem kościoła, przez to ujażmi lud niepewny tej deklaracji, jednak nie mogę ruszyć i zakończyć żywota Narutowicza w takim miejscu. Sprawdźmy co jeszcze zaplanował tego dnia.. Hmm otwarcie salonu sztuki, spotkanie z Jackowskim, Kapitułą Orderu Orła Białego i dalsze spotkania z przyszłymi ministrami. Najmniejsza strata dla kraju będzie gdy ta gnida zejdzie przed obiadem. Tak, ha! Otwarcie salonu w Zachęcie - zachęcające.

Wizyta w "Zachęcie" i zamach

"Od kardynała Kakowskiego, prezydent udał się do Zachęty w towarzystwie całej świty"

- Widzę go, muszę dostać się do środka - na szczęście mój człowiek zdobył dla mnie imienne zaproszenie. Cała śmietanka polskiej sceny politycznej się tu zebrała, sami zwolennicy tego oblecha. Mina im zaraz zrzędnie ale najpierw muszę znaleźć odpowiednie miejsce. Stanę z tyłu w tym tłumie może uda mi się jeszcze czegoś dowiedzieć.

"W tym samym czasie prezydent przechadzał się po galerii witał się ze swoimi zwolennikami. Do Narutowicza podszedł ambasador angielski William Grenfell Max Müller z żoną. Żona ambasadora rozpoczęła konwersację mówiąc: Permettez-moi Monsieur le Président de Vous fčliciter, na co ten odpowiedział Oh, plutôt faire les condoléances - ironiczne nieprawdaż?"

- To jest dobry moment, widzę go stoi przy Szronie i gada z jakąś hrabiną. Niestety tłum jest zbyt duży od razu się domyślą, że to ja ale nie przyszedłem tutaj by wrócić z pustymi rękoma. Bliski kontakt odpada, nie zdążę wtedy uciec. Pozostaje tylko strzał z dystansu, wymierzony prosto w serce..

post wyedytowany przez CrimsonCrow 2017-11-15 22:36:41
15.11.2017 22:44
141
odpowiedz
thaav cold
0
Junior

Nareszcie....po latach wyrzeczeń i ciężkiej pracy osiągnęłam cel.
Ja Maria Salomea Skłodowska herbu Dołęga ,kobieta naukowiec ,absolwentka Sorbony.
A przecież to tylko pozory,mit w który wierzą naiwni ludzie.
Mój Ojciec Władysław Skłodowski ,tęgi umysł matematyczny już w młodości wtajemniczył mnie że nasz ród od wieków należy do Zakonu Templariuszy,tajnej organizacji ,która intrygami i zakulisowymi politycznymi rozgrywkami rządzi światem.
I z nieskrywaną dumą mogę teraz stwierdzić,iż to dzięki mnie mamy szansę pokonać Assassinów i władać światem po swojemu.
Po co walczyć o urządzenia pozostawione przez Pierwszą Cywilizację ,skoro mój umysł potrafi tworzyć i odkrywać .Rad i Polon ....tysiące godzin w laboratorium i w końcu mamy w ręku coś co leczy i zabija.A co lepiej z ludzi robi niewolników jak nie strach i nadzieja......
Naiwny Piotr ,zakochany i wpatrzony we mnie pomagał jak mógł w odkryciu ,dumnie przechwalając się ,że jego żona pracuje dla dobra ludzkości.Owszem dla dobra ,ale dobra w rozumieniu Zakonu.Jemu służę wiernie tak jak moi przodkowie.

Mundus vult decipi, ergo decipiatur- Świat chce być oszukiwany, niechże więc będzie!

16.11.2017 11:00
142
odpowiedz
HarnyLOL
6
Junior

Tajemniczy, skryty za kapturem mężczyzna szedł niespiesznie pomiędzy namiotami. Chociaż był środek nocy, przy licznych ogniskach kręciły się tłumy. Zaporożcy śpiewali, tańczyli i, co naturalne, pili, nie tylko wodę. Drogę rozświetlały mu setki pochodni, ale mimo tego nie był pewien, czy idzie w dobrą stronę. Podszedł do wysokiego podestu i wspiął się na niego.
- Czego tu szukasz? – zapytał zdezorientowany wartownik.
Mężczyzna go zignorował i dalej się rozglądał. Pośród setek chorągwi wychwycił wzrokiem jedną, zawieszoną nad namiotem, mieszającą postać Archanioła Gabriela z czerwonym krzyżem.
- Złaź!
„Niedaleko, kilkadziesiąt kroków, może się udać”.
- Do ciebie mówię! Przeklęta czerń.
„Każdy może zbiec na Dzikie Pola, ale i tu ponosi się odpowiedzialność za dawne czyny”.
- Ubiju kak sabaku – powiedział przez zaciśnięte zęby zniecierpliwiony Kozak. Sięgnął po szablę, ale nie zdążył jej wyjąć, złapał się oburącz za gardło i chwilę potem spadł. Nie zważając na ciało od razu pospieszył we wcześniej obranym kierunku, by po chwili dotrzeć do celu. Wokół namiotu przechadzało się mnóstwo Kozaków, więc nie mógł zrobić tego po cichu. Zaryzykował i szybkim ruchem rozciął płachtę. Wsunął się do środka.
- Jak ty tu… - zaczęła zdziwiona postać, oderwawszy wzrok od sterty papierów.
- Ataman Maksym Krzywonos, czy raczej mości Krzywiński. Kraju już nic nie uratuje, ale przynajmniej pomszczę śmierć króla Władysława.
Chwilę później ataman osuwał się już martwy z krzesła. Mężczyzna wytarł sztylet o skrawek kontuszu i czując spojrzenia zaglądających przez rozciętą płachtę Kozaków, pospieszył do wyjścia. Przepchnął zaskoczonych strażników i zaczął biec. Gonili go. Nie schowa się w tłumie, nie znajdzie schronienia, musi uciec z obozu. Drogę ucieczki odciął mu wysoki wał obronny. Z każdej strony motłoch już pędził w jego kierunku. Kątem oka dostrzegł jednak długi stół biesiadny, wskoczył na niego, wziął krótki rozbieg i wybił się, przeskakując tuż nad głową zdziwionego rezuna. Cudem chwycił się wystającej belki i czym prędzej dźwignął się na górę. Szabla smagnęła wał tuż pod jego butem. Nawet nie patrząc co jest po drugiej stronie, zeskoczył z wału. Wpadł do namiotu, gdzie dwóch mołojców pospiesznie zakładało właśnie hajdawery. Odepchnął ich gwałtownie i wybiegł na zewnątrz. Po drugiej stronie placu stał długi szereg wozów taborowych zwiastujących kraniec kozackiego obozu. Dodało mu to otuchy i nadziei na ucieczkę, ale tylko na chwilę, bo huk wystrzałów z samopałów w jego kierunku szybko przypomniał mu o jego lichym położeniu. W biegu wyciągnął zza pasa dwa pistolety kołowe, posłał jedną kulę w kierunku zagradzającego mu drogę kosą Kozaka, a drugą za plecy, w goniący go motłoch. Kozak zgiął się wpół, a mężczyzna przy pomocy jego karku przeskoczył jednym susem wóz i znalazł się za obozem. Czekała go tam jednak niemiła niespodzianka. W jego kierunku już pędził zagon kozackiej, a być może tatarskiej, jazdy, nie miał zatem szans dobiec do okopów Zbaraża. Zatrzymał się na środku pola i zamknął oczy w nadziei na szybką śmierć od jednego cięcia.
- Waszmość zmysły postradał, czy jak?
Mężczyzna odwrócił się i rozpoznał husarskiego towarzysza.
- Na koń!
Chwilę się zawahał, ale w końcu złapał za wodze i wciąż oszołomiony wdrapał się na konia. Obejrzał się za siebie i zdążył zobaczyć, jak husarska chorągiew rozniosła kozacki pościg w pył.
- Panie Skrzetuski, jak ja się za ten ratunek odwdzięczę?! – zapytał zdyszany ocalały.
- Dobrze, że pytasz – odpowiedział towarzysz – Mam list do króla. Potrzebuję przewodnika.

16.11.2017 11:24
143
odpowiedz
seven22
29
Chorąży

Odległość jednej strzały

Powiadają, że nas i naszych wrogów dzieliła odległość jednej strzały. Jeśli byłaby to prawda, ta bitwa rozegrałaby się, zanim ktokolwiek skrzyżowałby miecze.

Grunwald, zwany przez naszych wrogów Tannenbergiem, był miejscem spokojnym, otoczonym zewsząd gęstymi lasami. W jednym z nich czekaliśmy my. Połączone siły polsko litewskie. Nasza chorągiew, Chorągiew Białego Niedźwiedzia, była umieszczona w pobliżu głównego obozu. Nie tylko białe stroje nas wyróżniały. Mieliśmy też własny cel. Dwustu pięćdziesięciu krzyżaków z wielkim mistrzem na czele. Czekali oni spokojnie na otwartym polu, na spotkanie ze śmiercią, którą mieliśmy im zanieść. Większość braci zrezygnowała z ukrytych ostrzy, na rzecz krótkich mieczy i mizerykordii. Bronie te były o wiele skuteczniejsze przeciwko opancerzonym przeciwnikom. Kilku z nas, w tym ja, zabrało ze sobą krótkie łuki i małe kusze.

Bitwa rozpoczęła się niepozornie. Dwóch emisariuszy z zakonu, zawitało do głównego obozu, gdzie mieli przedstawić warunki kapitulacji Władysławowi i Witoldowi. Ale nie to było ich prawdziwym celem. Trzech krzyżaków, którzy przybyli tutaj, jako obstawa, zaatakowało Marcina z Wrocimowic. Specjalnie wybrali jego, jako cel. Był to krakowski chorąży, który trzymał sztandar z orłem białym w herbie. Na domiar złego, dwóch wysłanników, sięgnęło po swe miecze. Chcąc wykorzystać zamieszanie, zaatakowało króla i księcia. Nie było czasu na zastanawianie. Kilku naszych braci, którzy byli najbliżej, sięgnęło po swe mizerykordie i ruszyło w kierunku napastników. Nim ci zdołali się zorientować, padli pod celnymi ciosami sztyletów, upadając na ziemie i wypuszczając swe dwa miecze przed oblicze władców. Dobra robota chłopaki, pomyślałem.

Król Jagiełło uznał ten incydent, za deklarację wojny. Wszyscy zebrani, by pokrzepić się przed walką, zaczęli śpiewać Bogurodzicę. Wszyscy, oprócz nas. To nie był nasz hymn. Każdy z braci zaczął wymawiać szeptem nasze własne credo. Kroczymy w ciemności by służyć światłu, nic nie jest prawdą, wszystko jest dozwolone. Tym razem, ciemnością miał być dla nas chaos nadchodzącej bitwy.

Staraliśmy się unikać starć ze zwykłymi żołnierzami. Polowaliśmy na nasze cele, z wielką skutecznością eliminując coraz to więcej rycerzy z czarnym krzyżem na piersi. Nie mogliśmy jednak w żaden sposób dostać się do wielkiego mistrza. Był otoczony przez swych pobratymców, poza zasięgiem naszych kusz i łuków. Do czasu. Jeden z naszych braci, licząc na porywczy charakter Ulricha, postanowił się ujawnić i wyzwać go do walki. Był to odważny, ale samobójczy akt. Zniecierpliwiony Ulrich, mając dość bycia niańczonym przez swoich rycerzy, przyjął wyzwanie. Wiedzieliśmy, że to nasza szansa. Wielki mistrz znalazł się w zasięgu mojego łuku. Wystrzeliłem. Chciałem trafić w szczelinę w hełmie. Chybiłem. Mimo iż trafiłem prosto w głowę, strzała odbiła się od żelaznego okucia, powalając Ulricha na ziemię. Wielki mistrz z hukiem uderzył głową w leżący nieopodal kamień. Brat, który go wywabił, nie miał żadnych szans. Krzyżacy rzucili się na niego całą chmarą. Nawet, jeśli Ulrich przeżył strzał i upadek, to właśnie został dobity przez własnych żołnierzy, depczących po nim w ferworze walki.

Życie wielkiego mistrza zakonu zależało od jednej strzały. Mojej strzały. Wystarczyła odpowiednia odległość, by jego śmierć znalazła sobie miejsce w moim sumieniu. Kolejne zabrane życie w walce o wolność, kolejne nieme poświęcenie moich braci, w walce o lepsze jutro.

post wyedytowany przez seven22 2017-11-16 11:26:40
16.11.2017 13:02
144
odpowiedz
piasekmorze
0
Junior

Otwieram oczy, światło zapala się chwilę później, jak zawsze. Z mroku wyłania się tylko biurko i ta.. maszyna. Wstaję z łóżka, czuję ból w całym ciele, wciąż nie doszło do siebie po ostatniej misji. Pokój zamknięty, kamera w rogu miga. Nadgarstki sine, dłonie lekko drżą ale sprawnie otwierają nową kopertę, zawsze jest na biurku. Wypada portret, na odwrocie data. Cyfry nic mi nie mówią. Pustka w pamięci, twarz z portretu nieznajoma. Siadam do animusa, wszystko już przygotowane, jak zawsze - wystarczy jeden przycisk...

W brzuchu zaczyna wirować, głowa boli jeszcze mocniej, gardło zasycha. Wspomnienie namierzone SYNCHRONIZACJA. Zaczęło się, to moja ulubiona gra...

Ciemność. Czuję gorące powietrze, zapach spalonego prochu i straszny fetor. Uwiera mnie strój, inny niż poprzednio. Sprawdzam tylko czy ONE są na swoim miejscu i działają. Zaczynamy słyszę za swoimi plecami. Odwracam się, widzę tylko dwa błyszczące punkty w kapturze. Nie muszę wiedzieć więcej – jest jednym z nas. Otwiera drzwi. Jest noc. Z baszty wychodzimy na mur, przy kolejnej blance bez słowa wyskakuje. Widzę tylko kilkadziesiąt ognisk w oddali, skaczę w mrok. Bezszelestnie przechodzimy między bastionami, obchodzimy obrońców, działa, składy kartaczy i szrapneli. Rubież, mijamy setki rozerwanych ciał, oderwanych kończyn, rozprutych żołądków, zaschnięte fekalia. Wszędzie padlina dla tysięcy owadów. Dochodzimy do pierwszych sotni.

Pamiętaj po co tu jesteśmy Mikołaju1. Działamy w mroku by służyć światłości słyszę szept. Pamiętam Krzysztofie2. Ruszajmy odpowiadam. Czuję, że dla części mnie jest bliski - nasza misja musi się udać! Odchodzi w stronę kilku armat, ogniska i czerni, która jeszcze nie śpi. Zaczyna świtać

Przekradam się między kolejnymi barłogami, głównie wozy z sianem, po kilku śpiących ordyńców. Co jakiś czas namiot atamana dowodzącego mijanym kureniem. Syf jak pod twierdzą z przewagą fekaliów i resztek z wyjedzonego bydła. Wozy z sianem mogą być pomocne - adrenalina wyostrza zmysły. Z daleka widzę główny majdan, powiewają chorągwie. Namiotów coraz więcej, bardak jakby mniejszy. Jest dobrze - blisko drzewa. Coraz widniej, moja aquila powinna już latać nad stepem. Przenikam dalej, niektóre ordy dopiero kończą wieczór. Patrząc na nich zaczynam rozumieć swój strój: hajdawery, lniana koszula, kamizela z kapturem. Bez przeszkód zachodzę główny plac na skraj lasku. Wchodzę na stary buk, sprawnie przeskakuje między drzewami, jak najbliżej celu. Przyczajam się. Czas przywołać aquilę. Mam chwilę na poznanie otoczenia - uruchamiam zmysł orła. Dostrzegam partnera, czai się pod wozem blisko swojego celu - namiotu Islama Gereja. Czekamy na ustalony sygnał. Dobry moment na sprawdzenie broni: ostrza działają jak część ciała, 2 bomby dymne, w sakwie składniki wytwarzam 3. Słońce coraz wyżej

Jest. Widzę mojego orła, brat też zauważył. Przelatuje nad majdanem, wiem już dokładnie, jak się dostać do celu. Pisk ptaka ZACZYNAMY Skaczę na dwóch tatarów, ostrza miękko wchodzą w karki. Bezszelestnie naprzód. Główny plac. Mijam kolejnych kozaków i starszyznę. Jest wejście do namiotu. Straż zaczyna się przyglądać. 1 bomba dymna! Jest mocna, przenikam niezauważony ale podnosi się alarm. Przedsionek, widzę długi stół, na jego końcu.. mój cel! Bohdan Chmielnicki - niepodobny do portretu ale to on! Namaszczony przez templariuszy przywódca powstania. Razem podpalają kresy przeciw Koronie. Ruszam na ofiarę, wskakuję na stół, ostrza błyszczą...

DESYNCHRONIZACJA

AD 2.08.1649
1 Mikołaj Skrzetuski
2 Krzysztof Stapkowski

post wyedytowany przez piasekmorze 2017-11-16 13:04:54
16.11.2017 13:36
145
odpowiedz
Madziara333
72
Madź

Las tonął w mroku. Czarne cienie przelewały się pomiędzy drzewami. Trakt był wąski, poprzecinany pajęczyną korzeni.
Czterech jeźdźców eskortowało toczący się z wolna powóz. Blask pochodni trzymanej przez jadącego na czele zbrojnego pełgał po białych płaszczach przeciętych czarnymi krzyżami. Las był cichy.
Była to ta pora przedświtu, kiedy ostatnie diamenty gwiazd gasły na szarzejącym już niebie.
Koła powozu postukiwały na kamieniach.
Pora, kiedy Słońce nie zasiadło jeszcze na swoim złotym tronie.
Samotna chmura przysłoniła gasnący już księżyc.
Była to wreszcie pora kiedy na świecie rodzą się demony. Istoty utkane z cienia i lęków, przyobleczone w niemal ludzki kształt.
Pocałunek stali jest zimny. Pierwszy jeździec wali się z końskiego grzbietu. Upada na trzymaną jeszcze chwilę wcześniej pochodnię. Z jego szyi sterczy krótki bełt. Koń wyczuwa krew. Płoszy się. Podrywa do galopu.
Woźnica nie zdołał sięgnąć po opartą o kozła kuszę, w jego pierś zagłębia się ostrze rzuconego sztyletu. Pozostali zbrojni sięgają po miecze. Jednak płaszcze i kolcze koszule ograniczają ruchy. Cienie mamią wzrok. A to jest czas upiorów.
Giną kolejno, jeden po drugim.
Leśne runo tłumi dźwięk kroków. Ktoś idzie cicho, z niemal zwierzęcą gracją. Niewielkie drzwi skrzypią cicho. We wnętrzu powozu siedzi samotny mężczyzna. Ciasną przestrzeń wypełnia smród potu i strachu. Drżąca dłoń ściska krótki miecz.
Jednak jaśniejszy prostokąt wyjścia wypełnia tylko Cień.
- Poena – szepcze ktoś.
Ostrze sztyletu opada ostatni raz.

Pierwsze promienie słońca zaczynały nieśmiało przebijać się przez zasłonę liści. Las budził się. Jednak jeźdźca zdawał się otaczać krąg ciszy.
Było ich czterech. Leśne strachy. Zrodzeni z wojny. Zagrodzili mu drogę. Jeden wymierzył do niego z łuku.
I chociaż jeździec zdawał się być nieuzbrojony, w ich oczach czaił się strach.
- Odstąpcie – głos był cichy, z obcą nutą.
Zdawać by się mogło, że to dźwięk liści tańczących na wietrze.
- Odstąpcie. Nie czas na was.
Las zamiera kolejny raz.
- Zostawcie – mówi wreszcie ten uzbrojony w łuk.
Robi krok w bok. Luzuje cięciwę.
– Widziałem kiedyś takiego jak on. Niech jedzie.
Pozostali jakby na to czekali. Pospiesznie opuszczają broń, odsuwają się z drogi. Ubrany w ciemnoszary kaftan człowiek rusza powoli.
- Bylem wtedy w Gnieźnie – podmuch wiatru niesie strzęp rozmowy. – Powstało zamieszanie. Ktoś krzyknął wtedy assasyn.

Jeździec stał skryty pod cieniem starego dębu. Bitwa dobiegała końca. Okryci białymi płaszczami rycerze rzucali się do ucieczki. Wojska walczące pod szkarłatnym sztandarem ruszały w pogoń. Dopadły do niebronionych taborów.
Koniec nastał zanim słońce skryło się za horyzontem.

- Tak oto ja, Tiziano, na własne oczy widziałem największą bitwę o jakiej słyszałem mój uczniu. Bitwę w której nasi wrogowie ponieśli klęskę.
- Ja byłem tylko ziarnkiem piasku rzuconym pomiędzy tryby wielkich. Ziarnkiem rzuconym tam, abym mógł poświadczyć, że działania naszego bractwa zakończyły się sukcesem.
- Dopiero po latach zrozumiałem, że moje wcześniejsze zadanie nic nie znaczyło. Ważne było tylko to, co widziałem na polach Grunwaldu.
- A teraz idź – siwobrody starzec opadł na wyściełane krzesło. - I przynieś mi równie wspaniałą historię.

16.11.2017 19:38
146
odpowiedz
Dipti_Game
0
Junior

Bitwa pod Grunwaldem
Myślisz, że wiesz wszystko o bitwie z dnia 15 lipca 1410? Mylisz się Templariusze specjalnie zamazali prawdę, abyś żył w błędzie. Nazywam się Jan Jagiełło, jestem potomkiem Władysława Jagiełło i przedstawię ci całą historię.
Za pomocą Animusa przeniosłem się do 1400 roku. Widziałem cały bieg zdarzeń z punktu widzenia mojego przodka. Nie wiedziałeś, ale Jagiełło był Asasynem, który robił wszystko, aby wyniszczyć Templariuszy, którzy są teraz znani jako Krzyżacy. Posługiwał się on takimi broniami jak: ukryte ostrze, łuk, noże do rzucania i ukryty pistolet. Ulrich von Jungingen nie był Wielkim Mistrzem Zakonu Krzyżackiego, tylko Zakonu Templariuszy. Jeśli mi nie wierzysz, to zobacz na obraz Jana Matejki pt.”Bitwa pod Grunwaldem”, na którym w prawym górnym rogu widać dwie flagi z herbami Templariuszy, których zapomnieli usunąć i przekonasz się, że brali oni w tym udział. Bitwa przebiegała tak, że Jagiełło kazał swojej armii Asasynów atakować wrogów mieczami i łukami, a on sam zakradał się i zabijał z ukrycia ostrzem i nożami do rzucania. Mój przodek zakradł się od tyłu do Urlicha von Jungingena i zabił go wbijając mu wielokrotnie ukryte ostrze w plecy i kucając przy nim powiedział ”Requiescat in pace”i zamknął mu oczy.
Po bitwie Zakon Templariuszy ukrył całą prawdę, oprócz dwóch flag w obrazie Jana Matejki, ponieważ chciał przedstawić historię w korzystnym dla nich świetle. Nie daj się oszukać i przekaż to innym, póki ta wiadomość nie zostanie usunięta.

Wierzę, że Ci się uda.
Jan Jagiełło.

16.11.2017 19:49
147
odpowiedz
1 odpowiedź
Bukary
150
Senator

Paryż, 18 jula 1906

Drogi Jacquesu,

wracając wczoraj na Wyspę Św. Ludwika, przechodziłam obok miejsca, gdzie znajdowała się niegdyś Café-Théâtre. Piotr, choć w czasie spacerów błądził myślami po zakamarkach naszego laboratorium, zawsze wkraczał tutaj na powrót do świata filistrów i, siadając na brzegu Sekwany, przy hałaśliwych dźwiękach przepływających barek snuł opowieść o nieistniejącej już kawiarni, w której ojciec oświadczył się pannie Depouilly. Hélas, ten jakże błogi dagerotyp pamięci w mgnieniu oka pokrył się czarnym osadem tęsknoty! A ponieważ cierpienie odzywa się w ciszy głosem bardziej doniosłym, zapragnęłam wypełnić umysł zgiełkiem miasta, odpoczywając na jednej z pobliskich ławek.

Szukałam utraconej bliskości, ale w tłumie widmowych kształtów odnalazłam wzrokiem człowieka, który w niczym nie przypominał Piotra. Zwrócił moją uwagę, gdyż zbliżał się szybkim krokiem, a ponadto – mimo upału – nosił obszerny redingot. Gdy dotarł do nabrzeża, sans manieres obdarzył mnie srogim spojrzeniem. Zanim jednak barwa moich policzków zdradziła zakłopotanie, przedstawił się jako „détective Charles Marlow de London Met”, po czym, ukazując dłoń pozbawioną serdecznego palca, wyciągnął z kieszeni płaszcza kilka zmiętych stronic. W dokumentach pokrytych mglistymi plamami zakrzepłej krwi rozpoznałam zaginione notatki Piotra…

Czytając dział kryminalny w „Le Matin”, Twój brat zwykł powtarzać pewien bon mot: „O ile przestępstwo można uznać za sztukę, o tyle wykrywanie zbrodni jest bez wątpienia dziedziną nauki”. Nie dziw się zatem, że nawiązałam nić porozumienia z tajemniczym inspektorem. Opowiedziana przezeń historia wydaje się tyleż zatrważająca, co factuel, pragnę jednak pozostawić kwestię wiarygodności poszczególnych zdarzeń Twojemu osądowi.

Prawda, która po śmierci mon chéri wymykała się naszemu poznaniu niby rtęć przez zaciśnięte palce, zyskała wreszcie upragnioną wyrazistość. Przeklinam niefrasobliwość, z jaką przyjęliśmy uporczywe zgłębianie przez Piotra zjawisk magnetyzmu! Nie sprzeciwialiśmy się, kiedy – wiedziony upiorną idée fixe – nalegał, aby raz za razem wracać na seanse Madame Palladino. Nie wzbudził naszych podejrzeń fakt, że asystent szalonej Włoszki, który – na znak medium: „Oto rajski owoc!” – zawsze wnosił szklaną kulę, a następnie, gdy podziwialiśmy lewitujący stolik, wyłapywał przyciągane blaskiem kryształu owady i szpilkami przytwierdzał żywe stworzenia do główki opatrzonego krzyżowym herbem szapoklaka, tak bardzo przypomina posłańca, który w pamiętnym roku 1898 dostarczył Piotrowi drobinę uranium od Becquerela. Co więcej, uznaliśmy za rzecz naturalną, że przypadkowy przechodzień dostrzegł w zdeformowanej twarzy stratowanego mężczyzny rysy mon défunt mari! I wzruszaliśmy ramionami, gdy posterunkowy donosił, że na surducie Piotra znaleziono martwy okaz motyla…

Finalement! Tyle wyczekiwanych odpowiedzi! Chciałabym wyjawić wszystko bez zwłoki (zwłaszcza że odkryłam, co łączy rodzinę Curie z Café-Théâtre), ale wertując dziś odzyskane notatki, ujrzałam Twój szkic elektrometru – i jestem zmuszona odłożyć dalsze wyjaśnienia na później. Błagam, przyjacielu: wróć czym prędzej do Paryża, albowiem mam powody przypuszczać, że znalazłeś się w wielkim niebezpieczeństwie.

- Maria

PS. Monsieur Marlow przyniósł nowe wieści: właściciel szapoklaka wsiadł kilka dni temu w Antwerpii na statek zmierzający do Afryki; podobno jest członkiem Międzynarodowego Towarzystwa Tępienia Dzikich Obyczajów i nazywa się Kurtz.

post wyedytowany przez Bukary 2017-11-16 19:53:08
16.11.2017 21:01
147.1
Bukary
150
Senator

Dla zainteresowanych drobny komentarz i wyjaśnienie kilku zagadek ukrytych w powyższym liście:
.
.
.
.
.
.

- Café-Théâtre na Île Saint-Louis

spoiler start

To, rzecz jasna, miejsce, którego właścicielem był słynny Arno Dorian. Kawiarnia stała się miejscem spotkań braci asasynów. Nic dziwnego, że jeden z nich, Eugene Curie, ojciec słynnego noblisty, tam właśnie oświadczył się wybrance swojego serca. Z Café-Théâtre związane są również młodzieńcze wspomnienia Piotra.

O związkach nieistniejącej już kawiarni z rodziną Curie i Bractwem Asasynów dowiaduje się Maria za sprawą inspektora Marlowa. Mimowolnie, wychodząc za mąż za Monsieur Curie, sama stała się członkinią jednego z najważniejszych paryskich rodów skrytobójców. List pisze już jako w pełni świadomy asasyn. Marlow znakomicie wywiązał się z zadania.

spoiler stop

- Marlow i Kurtz

spoiler start

To postaci z „Jądra ciemności” Conrada. Kapitan Marlow zatrudnia się w belgijskiej spółce handlowej i rusza do Afryki, aby z czeluści Konga przywieźć zbuntowanego agenta, Kurtza. Szalony handlarz - pół Angliki, pół Francuz - pisze sprawozdanie dla Międzynarodowego Towarzystwa Tępienia Dzikich Obyczajów. W czasie niezwykłej podróży inicjacyjnej Marlow próbuje zgłębić motywy postępowania okrutnego Kurtza, który lubuje się chociażby w nabijaniu murzyńskich głów na wyostrzone drzewce palisady.

Kurtz, czyli właściciel cylindra z krzyżowym herbem, jest templariuszem. Już w czasie pobytu we Francji zaczął ujawniać swoje sadystyczne skłonności, torturując żywe insekty. Uczestniczył w próbie przejęcia kontroli nad badaniami Piotra Curie. Zapewniał francuskiemu uczonemu trudno dostępne próbki laboratoryjne (np. kryształy uranu), które po śmierci męża Maria musiała zdobywać, płaszcząc się przed możnymi tego świata - chociażby w czasie pamiętnej podróży do Stanów Zjednoczonych. Gdyby nie templariusze, w roku 1898 nie doszłoby do odkrycia polonu i radu. Nie jest do końca jasne, czy Piotr świadomie współpracował z Kurtzem i przeszedł na stronę templariuszy.

Marlow to z kolei angielski asasyn, detektyw z London Metropolitan Police, który - w dowód oddania tradycji Bractwa - zgodził się nawet na usunięcie serdecznego palca, chociaż, jak dobrze wiemy, unowocześnione ostrze nie wymagało już tego rodzaju poświęceń. Aby zakamuflować swój oręż, przez cały rok nosi pokaźny redingot. Podąża śladem Kurtza, odkąd - w czasie jednej ze skrytobójczych misji - przejął zaginione notatki Piotra. I zamierza również wyruszyć do Afryki.

spoiler stop

- Śmierć Piotra na Rue Dauphine

spoiler start

Chociaż, jak twierdzi rodzina, Piotr zawsze spacerował po Paryżu z głową w chmurach, śmierć wybitnego naukowca pod kołami powozu jest bardzo zagadkowa. Dziwi chociażby fakt, że przypadkowy przechodzień od razu rozpoznał zwłoki, wykrzykując: „Mais c'est M. le Docteur Curie, l'inventeur du radium, qui vient d'ętre écrasé”. Tym bardziej że śmierć nastąpiła w wyniku zmiażdżenia czaszki.

Dzięki śledztwu Marlowa wiemy już, że Piotr został wepchnięty pod pędzący powóz. Zabójca, który szybko przybrał maskę przechodnia, zabrał niezwykle istotne notatki Piotra. Prawdopodobnie interesowały go plany nowego elektrometru, które opracował Jacques, brat noblisty. Gdy Kurtz schylał się nad ciałem Piotra, z jego szapoklaka odpadł jednak martwy motyl...

spoiler stop

- „Le Matin”

spoiler start

To popularne czasopismo, w którym 20 kwietnia 1906 roku znalazła się miedzy innymi dokładna (także fotograficzna!) relacja z miejsca, gdzie zginął Piotr. Z kolei bon mot noblisty to słowa przypisywane Karolowi Dickensowi.

spoiler stop

- Madame Palladino

spoiler start

Eusapia Palladino była włoskim medium, które zyskało ogromną sławę w całej Europie. W jej seansach uczestniczyło wielu wybitnych artystów, naukowców i filozofów na przełomie XIX i XX wieku. Chodzi m.in. o Bolesława Prusa, Juliana Ochorowicza, Cesare Lombroso, Henri Bergsona, a także - całą rodzinę Curie. Piotr był szczególnie zafascynowany teozofią, okultyzmem, zjawiskami magnetyzmu itp. Zgodnie z potwierdzonymi informacjami jeszcze kilka dni przed śmiercią uczestniczył w jednym z pokazów Włoszki.

Rzecz jasna, Madame Palladino to znany templariusz. Zajmuje wysoką pozycję w Zakonie, ponieważ posiada jeden z fragmentów Edenu, który ukrywa pod postacią szklanej kuli („rajski owoc”). W czasie seansów wykorzystuje artefakt, aby wpływać na umysły widzów i deformować rzeczywistość. Stąd lewitujące stoły, poruszające się przedmioty itd. Seanse służą jednak przede wszystkim pozyskaniu wpływowych osób dla sprawy templariuszy. Szklana kula wpływa również na organizmy znacznie mniej skomplikowane niż człowiek, dlatego efektem ubocznym oddziaływania kryształu są garnące się do promieni hordy owadów. Jak wiemy, podopieczny Madame Palladino, Kurtz, zajmuje się między innymi usuwaniem skutków oddziaływania artefaktu.

spoiler stop

post wyedytowany przez Bukary 2017-11-16 21:22:51
16.11.2017 19:53
148
odpowiedz
theoldbreed
0
Junior

Natenczas ciszę przeszyła rozbrzmiewająca echem modlitwa.
- Requiem aeternam dona eis, Domine, et lux perpetua luceat eis. Za spokój duszy Bohuna.
Na zewnątrz już widniało. Pierwsze promienie wschodzącego słońca przebijały przez powałę starego kościoła. Świece zgasły, a cienka struga dymu tańczyła nad kadzielnicą niby ostatni dech minionej nocy.
-Za Bohuna? – spytał rozbudzony głos z końca izby. Z konfesjonału poderwał się młody mnich, który potykając się o ławy, szedł chwiejnie ku modlącemu się mężczyźnie. Gdy stanął obok, chwycił świecę i odpalił knot.
Ciepły płomień rozświetlił czerwoną, napuchłą, ale przyjazną twarz Zagłoby
-Niechby ci było nawet i za Bohuna, przed Bogiem wszyscy jednacy – powiedział ochryple zakonnik – Jam o Bohunie jeno słyszał z ojcowskich opowiadań.
-A jam go znał – przerwał mu Zagłoba. – Dobrego o nim wiele nie powiem, ale o zmarłym i źle nie lza.
-Rad byłbym gdyby waćpan powiedział co nieco. – podchwycił młodzieniec, przysiadając obok.
Zagłoba wyprostował się, popuścił pasa i przebiegł wzrokiem po ścianach, na których było teraz widać niewyraźne sylwetki świętych.
-Ostatni raz jakem go widział, pojmanego na dwór wprowadzali. Oczy jego zimne jak wody Dniepru, spojrzenie przeszywające jak ogień i jak miecz ostre.
-Za co pojmany?
-Jak Zbaraż Kozacy z tatarami brali, Bohun lizał rany. Rzędzian, starosta na Wąsoszy, wtedy był robił za pachołka, z Bohunem w konfidencje wszedł i dojść do zdrowia pomagał. Raz mówi do mnie – Bohun to nie kozak pośledni – to skrytobójca, co wolności nad wszystko pragnie – chodziły słuchy, że był asasynem. Wprzódy sprzeciwił się samemu carowi w Perejasławiu, potem dołączył do Chmielnickiego, którego do buntu jurgał. Gdy chan z królem zawarli przymierze – czemu i niechybnie się przysłużyłem, gdym wrogą chorągiew zdobył, Bohun rozsierdził się niemożebnie. Pod twierdze przybył, naprzód sokoła posłał – bo pono z ptakami umiał rozprawiać diabeł, zresztą i jego Sokołem zwali. Ptaszysko niebo nad nami okrążało i z powrotem do niego, jakby mu coś do ucha szepnąć chciało. A Bohun, który jak cień zwykle i jak błyskawica, teraz na czele kozaków stanął i woła:
-Bracia! Komu sława kozacka miła, za mną! – a oni jak jeden mąż za szable złapali. Na to sam Chmielnicki stać im każe, a Bohun gna ich – Za mną! - Ruszyli. A on na przedzie. Na doły nasze, na jary, pod kule pędem.
Na nic się im ta szarża zdała, bo oni sami, bez chana liczyć się z nami nie mogli. Nam przecie jeszcze z odsieczą król Jan Kazimierz przybył. Szybko się z nimi rozprawiliśmy. A Bohun żyw wzięty do niewoli.
-I co dalej dziadku było? Opowiadaj!
- Naprzód, z przeproszeniem jegomości, nie jestem ja żaden dziadek, jeno byczek, choć leciwy. Dalej już znasz – przed dworem stanął, na śmierć gotów.
-Ale go nie usiekli. – wtrącił mnich.
-Ano nie usiekli, pan Skrzetuski nakazał go puścić wolno.
-I puścili? Wolny był?
-Puścili – Zagłoba zwiesił głowę – Nie spotkałem go już później, pono swoi go zabili. A czy wolny? O wolność całe życie walczył, ale wolności nigdy nie zaznał. Zbyt te kniaziównę kochał. Żeby on jej nie kochał byłby on wolny jak wiatr w polu i sławny jak sam Chmielnicki.
Mnich się nie odezwał. Zagłoba podniósł głowę, spojrzał jeszcze na twarz świętego Bernarda, oświetloną teraz przez słoneczne promienie, wstał i poprawił kontusz.
- Non nobis Domine, non nobis, sed nomini Tuo da gloriam. – rzekł cicho, przeżegnał się i wyszedł.

16.11.2017 20:12
149
odpowiedz
Max07481
0
Junior

16 grudnia 1922, Warszawa .
Było gdzieś po jedenastej kiedy, Eligiusz Niewiadomski zjawił się w Zachęcie. Udało mu się wejść, dzięki zaproszeniu, które dostał od swoich braci z zakonu. Tylko oni wiedzieli, czy komuś je odebrali, czy sfałszowali.
To już było nieistotne, ponieważ Niewiadomski, musiał skupić się na zadaniu. Krążył po sali na pierwszym piętrze, udając zainteresowanie dziełami sztuki, wypatrując prezydenta.
Pod płaszczem, na nadgarstku, miał zamontowane ukryte ostrze, które od wieków było używane przez asasynów . Lecz już od dłuższego czasu szło w zapomnienie. Było mało praktyczne już od ponad stu lat. Tylko, że Niewiadomski, był tradycjonalistą i zawsze starał się dobijać swoje potencjalne cele, z tej broni. Pod płaszczem, miał ukryty rewolwer, hiszpańskiej roboty, który miał rozpocząć, ten koniec.
13 grudnia spotkał się z mistrzem zakonu asasynów, gdzie dostał pozwolenie na zabicie prezydenta, który od kilku lat należał do bractwa ich wrogów – templariuszy. Według informacji zdobytych przez skrytobójców, miał być po spotkaniu z mistrzem zakonu templariuszy. A jak, przypuszczano, od jakiegoś czasu, templariusze, musieli, już wiedzieć, gdzie znajduje się fragment Edenu, o który bój toczą, templariusze i asasyni. Informacja zapewne znajdowała się w liście , który powinien mieć prezydent. Zawsze ważne informacje przekazywali sobie listownie, a nie poprzez rozmowę, bojąc się podsłuchu, ze strony asasynów.
Na dachu gmachu, czekał już inny asasyn, który miał odebrać list, z rąk Eligiusza, i pobiec w inną stronę. W końcu prezydent Gabriel Narutowicz się zjawił. Wolnym krokiem oglądał wystawę i rozmawiał z gośćmi. W pewnym momencie prezydent zbliżył się do obrazu Teodora Ziomka, przy , którym stał, nieopodal Niewiadomski. Eligiusz w ostatniej chwili założył kaptur, żeby Narutowicz nie zdarzył go rozpoznać, przed zbliżeniem się. Nie zwracając uwagi na asasyna, prezydent przyglądał się obrazowi. Wtedy usłyszał jak przez mgłę, znane słowa „Nic nie jest prawdziwe, wszystko jest dozwolone.” Po czym odwrócił się do mężczyzny w kapturze , rozpoznając swojego rywala Eligiusza. Wtedy padły trzy strzały. Wybuchła panika. Narutowicz zsunął się na podłogę, próbując coś powiedzieć. Krwawił coraz bardziej. Podbiegł do niego Niewiadomski, podniósł głowę, po czym powiedział prezydentowi, że to koniec jego drogi. Prezydent dał jeszcze radę, wyszeptać, asasynowi, że to było niepotrzebne, po czym, powoli konając, Niewiadomski wbił Narutowiczowi, jeszcze ostrze w szyję. Szybko wyciągnął list, z kieszeni prezydenta, i podał podbiegającemu asasynowi. , który potem uciekł z gmachu innym wyjściem. Kiedy Eligiusz wstał i chciał też uciekać , nie przewidział ochrony , która była zakryta za pokaźną kolumną. Otoczyli zamachowca, a Eligiusz Niewiadomski wiedział, że to koniec. Zamknął oczy, po czym wyobraził sobie , jego potencjalny koniec. Najbardziej był pewien, pokazowej egzekucji poprzez roztrzelanie, choć mógł już tylko zgadywać.

16.11.2017 20:29
150
odpowiedz
YtseMan
6
Legionista

Po raz kolejny sprawdziłem czy wszystko jest gotowe. Dzięki temu mogłem choć na chwilę zająć myśli i zapomnieć o tym, jak nienawidzę tego typu zadań.
Niektórzy z nas przystali do organizacji, bo wpływać na losy świata.
Ci ambitni pragną sławy i awansu w naszej hierarchii.
Dla jeszcze innych najważniejsza jest adrenalina i poczucie, że wykonuje się rzeczy niemożliwe dla zwykłych śmiertelników.
Ja zaliczam się do tej właśnie grupy. Przedrzeć się przez najeżony pułapkami korytarz, wspiąć się na gładką jak lustro górską ścianę, wdać się w walkę z kilkoma przeciwnikami, uniknąć ich ostrzy i kul, by po ich trupach dotrzeć do celu…
To jest żywioł asasyna.
Nie jest nim zamach na niczego nie spodziewającego się, spokojnego obywatela.
Rzuciłem okiem na krótką notatkę. “Spotkanie. Godzina 14. Ulica Daphine. WYPADEK.”
Niech tak będzie.
W końcu jestem tylko narzędziem, więc moja niechęć do takich zabójstw oraz wątpliwości, czy cel zasłużył na śmierć są bez znaczenia. Co z tego, że jego jedyną winą była chęć ujawnienia wyników badań, które prowadził z żoną. Nie rozumiał, że jeśli my zapewniamy finanse i wspomagamy ich kilkusetletnią, tajemną wiedzą asasynów, to nie każde odkrycie może ujrzeć światło dzienne. Jego żona zdawała się rozumieć to znacznie lepiej.
Teraz małżeństwu udało się odkryć nowy pierwiastek, który w połączeniu z ostatnim patentem Nikoli Tesli, aparatem do wykorzystywania energii promienistej, mógłby stworzyć urządzenie będące potencjalnie nieskończonym źródłem energii. Istna technologiczna rewolucja.
Ale dla nas o wiele ważniejsze było to, że nowy pierwiastek może znacznie wzmocnić siłę oddziaływania posiadanych przez nas Jabłek Edenu. Dlatego świat nie może się dowiedzieć o tym odkryciu.
List Pierre’a do Tesli został przez nas przejęty. A skoro on sam nie słucha głosu rozsądku i koniecznie chce ogłosić wyniki badań, to… Jakie wyjście nam pozostaje?
W tym właśnie momencie naukowiec wyszedł z budynku. Zebrania Stowarzyszenia Profesorów często się przedłużały, więc dzisiejsze opóźnienie także brałem pod uwagę. Curie był elegancko i schludnie ubrany. Ostre rysy twarzy, skupiony wzrok, równo przycięta broda. Zbliżał się do ulicy, więc ja także wolnym ruchem podszedłem do koni zaprzągniętych do mojego wozu. Nagle Francuz zatrzymał się, zastanowił przez kilka sekund i wszedł do znajdującej się w kamienicy księgarni. Było to odstępstwo od rutyny, ale w żaden sposób nie komplikowało moich planów.
Po kilku minutach zobaczyłem, że naukowiec zakończył zakupy i zbliża się do wyjścia. Raz jeszcze omiotłem spojrzeniem całą okolicę. I wtedy odległa postać przykuła moją uwagę. Wyróżniała się na tle statecznie i dystyngowanie poruszających się ludzi.
Biegła.
Była za daleko, by dostrzec rysy twarzy, ale po sylwetce i sposobie poruszania od razu poznałem, kto to jest. Od kilku tygodni obserwowałem przecież zarówno Pierre’a, jak i jego żonę.
Następnie wszystko potoczyło się błyskawicznie.
Pierre Curie żegna się z księgarzem i szybkim krokiem zmierza w kierunku ulicy.
Wyciągam z kieszeni strzykawki ze środkiem pobudzającym i wbijam je w ciała koni.
Wóz przez nie ciągnięty w jednej chwili rusza w kierunku naukowca.
Rozdzierający wrzask nadbiegającej Marii.
Pierre odwraca głowę w jej stronę.
Uderzenie.
Maria Skłodowska-Curie pada na kolana przy nieruchomym ciele męża.
Jej twarz jest jak woskowa maska.
Patrzy na mnie, a w oczach widzę pogardę.
Ludzie zaczynają się zbiegać, komuś udaje się zatrzymać konie, a ja znikam w cieniu między kamienicami.
Nienawidzę takich zadań...

16.11.2017 20:52
151
odpowiedz
Worazer
0
Junior

15.07.1410
Prosty ja pachołek, alem mordarz zakonny i sługa wierny. Jakom świadek, na Krzyż Chrystusów klnę się jako prawda wszystko tu spisane i nie daj Bóg nikomu w zapamiętaniu od tychże boleści żyć. Dokonało się i Templariuszów kośba wojenna na ziemi naszych przodków skruszona. Do boju ruszyłem pod nieustraszonym Zyndramem z Maszkowic, który nawet się nie spłonił i żyły mu nie nabrały w chwilach wojowania. Straszliwy to mąż, potykał się on ze wszystkimi, usiekając każdego – gdyż to jest człek tak strasznej siły, że nic mu to – i ze stoma się potykać. Podczas bitwy nieraz żem słyszałem i widziałem rzeczy, od których ciarki po skórze chodzą, jednak spowiadam wam się tu – blade to wszystko przy sile naszych mordarzy zakonnych. Stu braci moich, w zacnych zbrojach w Mediolanie kutych, gdziem szkolenie i rynsztunek zdobywaliśmy. Każdy z nas ręce mocniejsze ma niż żelazo i ruchy sprawniejsze niż to ryś polujący. Zadaniem naszym było wyczekiwanie w lesie, blisko jeziora momentu dogodnego i czatować na znak ustalony by do boju ruszyć. Klnę się, - trwało to wieczność całą, gdy pachołek od Króla przybył wreszcie w miejsce naszej sekretnej chorągwi i zawyrokował:
-Król w obieży. Na Pomoc!
Twarz Zyndrama w jednym momencie stała się groźna i uroczysta. Nakazawszy nam wejść na konie, przed wyruszeniem krzyknął w nasze oblicza… jakże drogie nam słowa:
- Nic tu prawda, wszystek dozwolone! Do boju bracia!
Opadliśmy na krzyżaków – zatracona ich mać! Od lewego boku, gdy pewnikiem myśleli żem nas złamali i pewne wróżyli sobie zwycięstwo. Templariusze bici bez miłosierdzia, bez wytchnienia, bez chwili nawet przerwy, jakiej piersiom trzeba dla złapania oddechu, parci, naciskani, rażeni siłą naszych mieczy, siekier, toporów, skrytych ostrzy, poczęli się chwiać i ustępować. Na nic ozwane głosy o litość – wszystkich usiekaliśmy, aż coraz więcej białych płaszczów leżała już na ziemi. Uciekającym w zapamiętaniu darowaliśmy, bo zadaniem naszym był cel jeden – ochrona króla Władysława. Bitwa odmieniła się i winniśmy rzezią raczej zwać ją. Stopniała wreszcie garść psubratów, gdy przyjazne chorągwie zacisnęły się, jakoż wilk, na szyi gęsi, oddawszy Niemców w objęcie największej uspokoicielki – śmierci. Gdzieżeś indziej, druga chorągiew naszych mordarzy zakonnych opadła na Ulryka i za cel skupiwszy się na ubiciu tegoż węża nikczemnego - co się im prędko udało.
Bitwa zwycięska, choć straty? Żaden to trud osądzić je na nieliche. Trzecia część naszych braci pogrzebana… jednak nie czas tu na łez potoki i lamentu stronnice. Wszystko robione z większym pożytkiem i chwałą Zakonu naszego. Przyjdzie dzień, gdy spadnie kara na sprawców zbrodni i wszystkie narody ostaną wyzwolone - spod jarzma czarnej trucizny. Wojujcie bracia! Klnę się przeto, że biały orzeł pofrunie w nieba objęcia i siłą spadnie na krzyże fałszywe…
- Anonim

16.11.2017 21:10
152
odpowiedz
Shillo
0
Junior

Przejmującą ciszę spokojnej, hebanowej nocy, niczym sztylet przeciął krzyk. Pełen żalu i desperacji zwierzęcy wrzask uniósł się echem ponad ubogie, nędzne dzielnice, sięgając gwiazd, by po chwili znów opaść i zupełnie zamilknąć. A potem był już tylko głuchy łoskot i pustka, żal, kroki, coraz szybsze. Tylko jeden cel… ‘’Powiedz mi, błagam, powiedz, kiedy?!’’ Desperacja, coraz silniejszy chwyt… i szept, bezgłośny. Warszawa, 3 maja. Bezwładne ciało upada.
Niechaj Ojciec Zrozumienia ma Cię w swojej opiece.
Gwałtownie wciągam powietrze, jak topielec, zachłysnąłem się gorzką paniką, jaka przez chwile sparaliżowała każdą, najmniejszą komórkę mojego ciała. Przerażony wzrok spoczął na dłoniach, by zaraz znów odetchnąć z ulga, gładząc niewidoczne, szkarłatne szlaki.
Na usta wpłynął mi ironiczny uśmieszek, gdy po raz kolejny tego wieczora bystry wzrok ogarnął ogromne, mahoniowe drzwi i ludzi, mnóstwo tłoczących się mieszczan, czekających na cud. Och, naiwni!
Nieznacznie pochyliłem głowę z zaintrygowaniem słuchając młodzieńczego, pełnego zapału, buntowniczego głosu rozprawiającego o tym, że tu i teraz, na naszych oczach, właśnie rodzi się historia…
To pierwszy krok ku lepszej przyszłości dla nas i dla naszych dzieci! Nie traćcie wiary, przyjaciele, już niedługo powstaniemy z klęczek, czuje to! Będziemy szli dumni i wyprostowani, już zawsze! Wiwat maj, wiwat konstytucja!
Zakończył swój wywód, w bohaterskim geście wznosząc zaciśnięta pięść, zachęcony wtórem wrzasków i wiwatów.
Mówi się, że niekiedy mordercy wracają na miejsca swoich zbrodni, rozkoszując się wonią zastygłych krzyków, dłonią wodząc po szkarłatnym niegdyś gruncie. Ponownie rozejrzałem się po komnacie spoglądając na te wszystkie twarze, na nadzieje bijącą z tak niezwykle silnych, stalowych oczu. Bo czyż i ja nie jestem zbrodniarzem? Tym, który z rozkazu bez wahania chwycił za bron, kuszony wizją większego dobra, wiedziony naiwnymi, dziecięcymi marzeniami? W imię czego, dla kogo? Co robię tu ja, brudny, splugawiony, pośród tych niewinnych, młodych wojowników? Czy przyszedłem tutaj spodziewając się zgliszczy? Nie wiem.
W głębi duszy wybuchnąłem gorzkim śmiechem.
Nagle, w całej Sali rozległ się ogłuszający huk. Mahoniowe drzwi, przed chwilą zamknięte na cztery spusty, teraz były szeroko otwarte. Dostrzegłem wylewające się tabuny ludzi i twarze, setki twarzy, młode i stare, wszystkie naznaczone gorzkimi łzami, wykrzywione w bezkresnej radości.
Na końcu, miedzy nimi, wkroczył młody mężczyzna odziany w szkarłatne aksamity. Dumny i szlachetny, dzierżył w dłoni zmięty arkusz pergaminu. Konstytucja. W pomieszczeniu zapanował jeszcze większy chaos, każdy chciał na własne oczy zobaczyć ten zloty bilet, klucz do lepszego jutra. Patrząc na to, mimowolnie poczułem bolesne ukłucie w sercu.
Miałem wrażenie, jakby czas stanął w miejscu, wszystko gwałtownie zamilkło, kiedy tylko słaby, migotliwy blask oślepił moje oczy. Z niedowierzaniem wpatrywałem się w mały, tak doskonale znany mi symbol zdobiący pierś króla. Asasyn. Mój umysł w momencie ogarnęła pustka, nienawiść, tak doskonale wyuczona zaczęła oplatać moje serce. Serce, które zaczęły nawiedzać wątpliwości. Poczułem, jakby na moje ramiona złożono niewiarygodny ciężar, który sprawia, ze uginam się coraz bardziej, aż wreszcie upadam. Widzę siebie, skulonego na podłodze, przytłoczonego ciężarem rzeczywistości, spętanego, samotnego. Na kolanach.
W ciemności, z rozpaczą objąłem rubinowy krzyż, który jeszcze nigdy przedtem nie był tak zimny.

16.11.2017 21:10
153
odpowiedz
Piastkun
0
Junior

Siedziba Abstergo Industries, 9 maja 2377.

W gabinecie dyrektora placówki za biurkiem siedział mężczyzna i z nudów stuka palcami w blat. Naprzeciw stał pracownik, wyraźnie zdenerwowany i zestresowany.
– Panie prezesie, obiekt 210 dobrze rokuje na przyszłość. Po zlikwidowaniu sekty terrorystów sukcesywnie zdobywamy coraz więcej danych na temat położenia ukrytych przedmiotów z zamierzchłych czasów. Wspomnienia obiektu są nadzwyczaj pomocne w rozwikłaniu jednej z czarnych dziur historii.
– Durniu, nie lekceważ ich. Asasyni są bardziej przebiegli niż sądzisz. Musimy jak najszybciej odkryć położenie artefaktu. Jeśli będzie trzeba, każę wam pracować całą dobę. Nie dbam o to, czy 210 przeżyje.

W tym momencie dyrektor wstał i walnął zaciśniętą pięścią w biurko.

– Wykroję mu mózg i sam zbadam jego pamięć, jeśli się nie spiszesz. Wynocha!

Pracownik w pośpiechu wyszedł z pokoju, niemal trzaskając drzwiami. Pozostawiony sam ze swoimi myślami, dyrektor podszedł do okna, wyjrzał na zewnątrz i sięgnął ręką do kieszeni marynarki, zaciskając dłoń na obłym kształcie Jabłka Edenu. Albo raczej jego połowie.

Dzień później.

– Jeszcze raz panu mówię, panie Rybański, dokończymy badanie i będzie pan mógł odejść. Na razie proszę usiąść na fotelu i się odprężyć – mężczyzna w białym kitlu usiłował uspokoić obiekt 210.

Pan Rybański usiadł i założył na głowę kask przypominający sprzęt do wirtualnej rzeczywistości.

WITAMY W SYSTEMIE OPERACYJNYM FIRMY ABSTERGO INDUSTRIES. CZYJE WSPOMNIENIA ODTWORZYĆ? Taki oto napis pojawia się za każdym razem, gdy ktoś aktywuje pamięć przodków. (Mało kto wie, że Abstergo sfinansowało produkcję pierwszych headsetów do VR, żeby ułatwić ludziom dostęp do pamięci przodków).

– Proszę wybrać malarza, Eligiusza Niewiadomskiego. Reszta przodków mnie nie interesuje.

Rybański połączył się z postacią Niewiadomskiego i zaczął poruszać się w jego ciele. Jak się okazało podczas wcześniejszych sesji w Animusie, Eligiusz był Asasynem, któremu zlecono zabójstwo prezydenta Narutowicza. Dzisiejsza sesja wymagała od niego dokonania morderstwa. Wszystko wydarzyło się w galerii „Zachęta”, gdzie malarz oddał trzy strzały do pierwszego prezydenta RP, który zginął na miejscu. Jednak sprawca nie zdołał uciec, co wywołało duży szok u Rybańskiego. Perspektywa uwięzienia w celi i kary, jaką może otrzymać, była źródłem ogromnego stresu dla obiektu 210.

Nagle zgasły wszystkie światła, a w wieżowcu rozległy się odgłosy walki. To Asasyni zaatakowali, próbując odbić artefakty z rąk Templariuszy.

W ferworze walki nikt nie zwrócił uwagi na obiekt 210. Gdy zdecydowano o rozstrzelaniu Niewiadomskiego, umysł Rybańskiego nie wytrzymał, a więź z Eligiuszem została brutalnie przerwana, co spowodowało wstrząs i wylew krwi do mózgu.

Tymczasem na dachu wieżowca 4 skulone postacie biegły w kierunku wejścia do teleportu. Jedna z nich, otoczona przez pozostałą trójkę, biegła, kurczowo trzymając prawą rękę w kieszeni marynarki.

Po niezbyt miłym uczuciu rozszczepienia komórek i ich powrotu na swoje miejsce, dyrektor zacisnął dłoń w kieszeni. Jednak nie wyczuł w niej znajomego kształtu połowy artefaktu. Wyszarpnął rękę i otworzył mały zwój, który zastąpił Jabłko Edenu. Napis głosił: „Do następnego razu. E. N.”.

16.11.2017 21:16
154
odpowiedz
DarthON08
0
Junior

Jako wychowanek księcia Jeremiego, nie mogłem być niewzruszony na myśl, że Zbaraż jest pod oblężeniem. Po tym co zrobił dla mnie, kiedy moi rodzice zostali bestialsko zamordowani na moich oczach przez najeźdźców z Zaporoża, po tym, jak przygarnął mnie, wychował, nauczył szermierki oraz logicznego myślenia i posłał mnie na Uniwersytet w Padwie, gdzie poznałem bractwo Asasynów, po czym zostałem jego członkiem, jak teraz mógłbym się nie odwdzięczyć? To była najlepsza okazja.

Gdy zbliżałem się do oblężonego miasta, natrafiłem na patrolujący okolicę niewielki oddział Tatarów. Z racji, że nie był dobrze wyposażony, uwinąłem się z nim raz dwa, po czym przeszukując ciała, znalazłem rozkazy krymskiego paszy dotyczące nocnego szturmu janczarów, mającego być zasadzką. Wiedziałem, że muszę ostrzec księcia i resztę załogi zamku przed niebezpieczeństwem, ale był jeden problem - jak się przedostać do zamku?

Był już półmrok, kiedy zbliżałem się do obozu oblegających. Użyłem mojego wzroku orła, by ocenić sytuacje i podjąć właściwe kroki. Wiedziałem, że muszę wywołać panikę w obozie, do czego potrzebowałem łatwopalnego materiału. Dyskretnie zajrzałem do kilku namiotów i w jednym z nich odkryłem kilka beczek z alkoholem. Zaczerpnąłem odrobinę i przyznać muszę, że był wyjątkowo podły. Nie przeszkadzało to jednak w realizacji planu. Wytoczyłem trzy z nich i podpaliłem, co wywołało popłoch i zamęt, na których tak mi zależało.

Do zamku wszedłem niepostrzeżenie - jedna ściana, druga, po czym przez okno dostałem się do gabinetu księcia. Jakaż była jego radość, gdy ujrzał mnie po tylu latach rozłąki. Po serdecznym powitaniu i wymianie uścisków, książę zapytał mnie po co ryzykowałem życie i przybyłem. Kiedy podałem właściwy cel mej wizyty, w oku Jeremiego zakręciła się łza. Opowiedziałem mu również o rozkazach, które znalazłem w jukach tatarskich, czym bardzo go zaskoczyłem.

Książę opowiedział mi również o niejakim poruczniku husarskim Mikołaju Skrzetuskim, który wyruszył przed kilkoma dniami w przebraniu włóczęgi z rozkazami do króla Jana Kazimierza, stacjonującego z liczną armią w Toporowie. Jeremi liczył, że jeszcze dziś nadejdzie pomoc, lecz musiał sam stawić czoła zasadzce ze strony oblegających. Natychmiast wysłał rozkazy, by mieć oczy i uszy szeroko otwarte na wypadek zasadzki. Piechota janczarów, wraz z licznymi oddziałami piechoty zaporoskiej, maszerująca równo i energicznie nacierała na mury twierdzy. Co chwilę studziłem niepokoje wśród naszych żołnierzy. Nagle rozległy się salwy armatnie, rozpoczął się szturm, który był niezwykle wyczerpujący. Huk armat, krzyki żołnierzy, jęki ranionych i lejące się strumienie krwi sprawiły, że chciałem uciec z tego piekła na ziemi.

Zaczęło już świtać, kiedy armie kozacko-tatarskie przełamały naszą linię obrony. Zaczęliśmy już tracić nadzieję na zwycięstwo, kiedy nagle rozbrzmiały trąby kozackie, wygrywające odwrót. Nie wiedzieliśmy za bardzo co się dzieje, kiedy ktoś krzyknął, że przybył król z odsieczą. Szarża husarska była zdumiewająca, widziałem ją po raz pierwszy na własne oczy. Hetman Chmielnicki wraz z Chanem Islamem rzucili się do ucieczki. Wiedziałem, że szturm jest odparty. Gdy król wjechał do zamku, książę przywitał go i przedstawił mnie. Musiałem ukrywać moją prawdziwą tożsamość. Jeremi powiedział królowi, że jeśli nie ja to wpadlibyśmy w zasadzkę, a zamek byłby w kozackich rękach. Król w dowód wdzięczności darował mi tytuł szlachecki, lecz najbardziej cieszyłem się z tego, że mogłem spłacić dług wobec księcia Jeremiego.

16.11.2017 21:20
155
odpowiedz
DavinciOnline
0
Junior

5 Zamach na Pierwszego Prezydenta RP. Eligiuszu Niewiadomski! Pod zarzutem zabójstwa pierwszego prezydenta Rzeczy Pospolitej Polskiej... Zostajesz skazany na karę śmierci przez rozstrzelenie, tak jak tyś to uczynił...Główny Bohater: Warszawa, Nowy Świat, Aleje Ujazdowskie. Tłum ludu zebrał się w dzień ten, by wygłosić swe poglądy wolnej demografii... Jam Historie te opowiem... W głos ludu ucho uchyliłem. Swe uzbrojenie z bractwa zabrałem. Chodź młody nie jestem i mam lata swoje, zawsze byłem wierny bractwu swemu... A służyłem długo i sam jedyny nie jestem, nie byłem i nie będe, bo nas jest wielu, odwaga to nasze drugie imie... Cel, który otrzymałem, był nieświadomy, krwi przezemnie przelanej... 16-stego Grudnia 1922-drugiego roku pojawiłem się w Pałacu Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych, gdzie znajdowała się ma ofiara. Ukrytą bronią z której me bractwo słynie, ujawniłem prawdziwe oblicze wolności danego nam słowa i skierowałem trzy kule w kierunku byłego już Prezydenta... Nie żałuje czynu swego, które media wkrótce opiszą w tamtejszym piśmie. Zasługą było oddać swe życie za lepszy początek. Jeśli czytacie me słowa w roku wam danym wiedzcie, że jam Eligiusz Niewiadomski - Templariusz z Krwi i Kości... 16-sty Grudnia 1922 rok Warszawa/Siedziba Zakonu. - Odczytano 16-sty Listopada 2017.

16.11.2017 21:26
156
odpowiedz
Bma
0
Junior

9 Grudnia 1922
24 Minuty temu podano wyniki wyborów prezydenckich, które zwyciężył Gabriel Narutowicz.
- Stało się - stwierdził przywódca - natomiast nasza misja się nadal nie skończyła.
- Ależ panie - wykrzyknął Eligiusz Niewiadomski – Zrobiliśmy wszystko aby zatrzymać ich kampanię wyborczą, lecz lud się rozkochał w Narutowiczu! Nie możemy choć raz odpuścić a skupić się na przyszłych zadaniach?! - tłumaczył członek obrad.
- Mam rozumieć - zaczął przywódca - iż nie interesują cię zmiany które mogą zajść w Polsce, tak?
- Ależ Panie - począł mówić gdy zrozumiał swój błąd - ja w żadnym wypadku nie chcia...
- Wrzućcie go do celi - powiedział przywódca z lekkim uśmiechem - jutro jeszcze z tobą pogadam.
W celi było ciasno, a Eligiusz nie był małych rozmiarów. Po 5 godzinach rozmyślania o okrucieństwach, które mogą go spotkać zasnął.
10 Grudnia 1922
- WSTAWAĆ!!! - krzyknął osiłek - masz śniadanie i do przywódcy.
Eligiusz nie wziął kęsa swojej papki z resztek jedzenia po arystokratach. Gdy pojawił się na sali, widział po członkach bractwa, że nie skończy się to dobrze.
- A więc - bez przywitania mówił przywódca - ustaliliśmy, że dokonasz zbrodni na prezydencie.
Eligiusz skamieniał ze strachu.
- Zapewniam że nie będzie to potrzebne, panie.
- Wręcz przeciwnie! - wykrzyknął przywódca - na dworcu otrzymasz wyposażenie do zamachu oraz jego plan. Jakieś życzenia? - spytał się z zainteresowaniem w którym dało się wyczuć próbę sprowokowania Eligiusza.
- Nie. W żadnym wypadku...
- Fantastycznie, wyprowadzić!
11 - 14 Grudnia 1922
Eligiusz całe dnie rozmyślał nad zadaniem oraz przechadzał się po mieście. Czasami widywał na ulicy członków bractwa, lecz ci nie chcieli z nim spędzać czasu. Eligiuszowi to nie przeszkadzało, gdyż wolał przez ten czas śledzić wydarzenia w mieście. Chętnie obserwował jak przeciwnicy prezydenta skandowali wypowiedzi na jego temat próbując omamić lud. Dnie mijały a on nie zwracał na to uwagi...
15 Grudnia 1922
Eligiusz szedł uliczką gdy nagle zaczepił go zamaskowany mężczyzna.
- Bractwo chce cię widzieć za kwadrans, uważaj na ogon - wyszeptał.
Eligiusz zaczął podążać w stronę miejsca spotkań. Sprawdził czy jest pusto i prześlizgnął się do wejścia.
- Eligiusz! - wykrzyczał osiłek - bractwo czeka!
- Idę...
- Witaj Bracie! - wykrzyczał przywódca - usiądź proszę.
- Dobrze...
- A więc - mówił przywódca - czy znasz plan?
- Od deski do deski.
- Fantastycznie. Postanowiliśmy że na górnych oknach będzie Andrzej Zaraniecki. W razie niepowodzenia wejdzie do akcji.
- A co jeśli mni...
- Wyprowadzić! - przerwał przywódca.
16 Grudnia 1922
- OK, jestem w pałacu - mówił do siebie Eligiusz - Gdzie jest Sala numer 1...
Eligiusz chodził po pałacu w poszukiwaniu sali, aż w końcu ją znalazł. Zobaczył przed sobą tłum ludzi i zaczął szukać prezydenta. Gdy zauważył jego czuprynę, zaczął szukać dobrego miejsca na atak.
- Tu jest nie równo, nie... za dużo ludzi, może w rogu...
Gdy znalazł dobre miejsce, z podniecenia chwycił rewolwer, a gdy zauważył że się zdradził, szybko oddał 3 strzały w prezydenta. Nie było ratunku, to się musiało zakończyć zgonem...
- Tak jest! - wykrzyknął z podniecenia - teraz tylko czekać na eskortowanie z więzienia, muszą mnie wydostać, to już koniec tego koszmaru, tak jest, koniec...

post wyedytowany przez Bma 2017-11-16 21:30:49
16.11.2017 21:39
157
odpowiedz
ElPahako
0
Junior

Dochodziła dwunasta, kiedy młody Jankiel zauważył na dachu budynku dwie zakapturzone postaci, nerwowo zerkające w dół. Tutaj, na rogu Nowego Światu i Wareckiej, rzadkim widokiem były osoby w kapturach. Tutejsi bywalcy nosili raczej proste kapelusze.

Jankiel jednak nie zwracał uwagi na kapelusze. Napatrzył się na nie aż nadto podczas swoich codziennych wycieczek z Karmelickiej na Krakowskie Przedmieście. Najwięcej, o dziwo, widywał ich w połowie drogi, przy Grzybowskiej. Tam każdy panicz musiał się pokazać, taka okolica. Przyzwyczaił się do tego odkąd cztery lata temu, zaledwie miesiąc po przyjeździe Piłsudskiego do miasta, przeprowadził się z matką i dwójką braci z Płockiej. Matka tłumaczyła mu wtedy, że Żydom żyje się lepiej na Muranowie. Posłuchał więc matki, wziął pod pachę swój worek wypełniony wszelkiego rodzaju osprzętem i ruszył z rodziną w stronę Wisły.

Od tamtej pory z woreczka pozostały mu tylko wytrychy, z których dwa spoczywały teraz w jego kieszeni. Spoglądał co chwilę w górę, na odzianych w szare szaty brodaczy, i zastanawiał się – czego oni tak wypatrują? Zżerała go ciekawość, ale kompletnie nie miał pomysłu, jak się do nich dostać, żeby coś podsłuchać. Przypominali mu tych skrytobójców, o których krążyły na mieście legendy. Kolega z podwórka, Stasiek, opowiedział mu w maju tego roku, że istnieje pewne Bractwo, tajna sekta, której członkowie za dnia sypiają w podziemiu, a nocą biegają po dachach i okradają najbogatszych z ich kosztowności. Opowiedział o tej plotce swojemu ojczymowi, Jeremiemu, który po pijaku zaczął coś majaczyć o spisku Zamoyskiego, ale Jankiel kompletnie nie rozumiał o co mu chodziło. Naturalnie wielokrotnie wraz ze Staśkiem wypatrywał tych łowców po nocach, ale nigdy żadnego nie zauważył. Teraz aż go nosiło, żeby sprawdzić co to za jedni.

W końcu przyszedł mu do głowy pewien plan. Zebrał z ziemi trochę śniegu, ulepił kulę i rzucił nią w handlującego drobną galanterią sprzedawcę po drugiej stronie ulicy. Tego aż zamroczyło od uderzenia. Jankiel szybko podbiegł, złapał pierwszy lepszy materiał i ile sił w nogach popędził w stronę budynku, na dachu którego wypatrzył wcześniej dwóch mężczyzn w kapturach. Jeszcze w drodze zorientował się, że złapał za szalik, a nie rękawiczki, jak miał w zamiarze. „Szlag by to!” – zaklął pod nosem i po chwili już miał obie ręce obwiązane szalikiem. Na szczęście materiał był długi, więc nadal miał sporo luzu, żeby wspinać się po rynnie. Nie robił tego mniej więcej od połowy listopada, kiedy zrobiło się za zimno na chwytanie czegokolwiek gołymi rękoma. Na szczęście przez te parę tygodni nie wyszedł z wprawy i już po chwili wpełznął przez otwarte okno na strych. Pamiętając układ budynku podszedł do zamkniętego okna, przez które miał największe szanse coś podsłuchać. Otworzył je wytrychem i delikatnie uchylił szybę. Jednocześnie zauważył, że od południa nadjeżdża jakiś samochód. Zaczął nasłuchiwać.

„Jedzie Narutowicz” – odezwał się nerwowo jeden z zakapturzonych.
„Czas najwyższy, już się bałem że coś zwęszyli. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, Eligiusz będzie miał łatwą robotę” – zauważył drugi, o wiele spokojniejszy od swojego towarzysza.
„Nie mam nic przeciwko – byle skarbnik Maurycego się wypłacił”

Chwilę później Jankiel zobaczył, jak obaj mężczyźni skaczą w dół i lądują bezpiecznie na zataszczonym w jedno miejsce śniegu. Kiwnął głową z uznaniem – „Muszę zapamiętać ten trik”.

Następnego dnia stołeczne gazety poinformowały o udanym zamachu na prezydenta Gabriela Narutowicza.

16.11.2017 21:59
158
odpowiedz
Jedziemy do Gęstochowy
102
JUDAS PRIEST

Warszawa rok 1922. Prezydentem zostaje Gabriel Narutowicz. W obozie templariuszy wybucha panika, nastrój grozy udziela się wszystkim zgromadzonym na tajnym zebraniu na poddaszu jednej z obskurnych kamienic na Woli. Wejść do kamienicy bronią wynajęci za niezłe pieniądze miejscowi mieszkańcy, typy spod ciemnej gwiazdy. W pomieszczeniu, przy stole na którym stoją zapalone świece, siedzi kilkanaście osób. Debatują co zrobić z nowo wybranym prezydentem. Po burzliwej naradzie, wszyscy zgromadzeni na niej członkowie tajnego zakonu, a są to m.in.znani warszawscy handlarze, politycy i artyści, zgadzają się na najbardziej radykalne z wyjść. Zabójstwo. Prezydent Narutowicz musi zniknąć, gdyż będzie on z pewnością marionetką Piłsudskiego, którego federalistyczne ambicje godzą w templariuszowską wizję katolickiego państwa narodowego, będącego jednym z wielu takich państw, członków katolickiej Europy, a może i całego świata. Wszyscy zgodnie stwierdzają, że prezydentura tego nie-polaka i sługusa marszałka, przyniesie dużo więcej strat niż zysków. Sprawa postanowiona, lecz kto dokona tego wiekopomnego i wielkiego czynu? Zapadają chwile milczenia, wszyscy zdają się pogrążeni w otchłaniach myśli, każdy z osobna rozważa czy chce pozbawić się dostatniego życia w imię słusznej sprawy i dobra narodowego. Cisza trwa i trwa. Nagle jeden z obecnych, łysy mężczyzna o pociągłej twarzy, z podnieceniem graniczącym z przesadą, mówi głośno: ja to zrobię! Lewacka zaraza toczy nasz naród! w chwili zagrożenia zgonem ukochanej młodej ojczyzny, trzeba działać zdecydowanie i bez wahania! czymże jest życie jednostki, choćby wybitnej, przy życiu i trwaniu całego narodu bracia?, niczem. Powiedział to Eligiusz Niewiadomski, artysta i bohater, znany z ciętego języka i szczerych prawicowych poglądów. Słychać radosne szepty, i widać uśmiechy na twarzach zgromadzonych, którzy zaczynają podchodzić do Niewiadomskiego i obdarzać go uściskami. Takich bohaterów nam potrzeba! Polska zasługuje na nich! precz z lewacką zarazą! Piłsudski i Narutowicz to zdrajcy sprawy ojczystej! Polska tylko narodowa i katolicka! - rozlegają się głosy. Narada zakończona, postanowione, templariusze rozchodzą się do swoich domów, prowadzić normalne życie. Eligiusz nie wycofuję się, trwa stanowczo przy swoim zamiarze. Gotów jest poświęcić karierę, znajomości (wszak to portrecista chociażby Żeromskiego), czy nawet dobre imię u części ludzi (lewackich zdrajców). Kilka dni później Niewiadomski strzela do prezydenta w gmachu ,,Zachęty", zabijając go. Skazany na śmierć, do końca pewny jest templariuszowskich i narodowych racji. Umiera szczęśliwy. Wykonał swoje zadanie, przyszłość pokaże innym, co z tego wyniknie.

16.11.2017 22:25
159
odpowiedz
bekazzz
0
Junior

Polska. Jeszcze 150 lat temu była najpotężniejszym i największym krajem w Europie. Jak wiele może się zmienić w tak niewiele czasu gdy jakiś kraj staje się niewygodny i wychyla się zbyt bardzo. Gdy przyczyniliśmy się do pierwszego rozbioru sądziliśmy, że to wystarczy aby Polska swą potęgą przestała zagrażać naszym interesom. My templariusze mamy pewną wadę. Mianowicie dosyć rzadko uczymy się na własnych błędach. Tak samo było i tym razem. Potraktowaliśmy Lechistan zbyt łagodnie a niektóre persona nadal stanowiły dla nas problem. Może byli wspierani przez tych cholernych asasynów? Nieważne, nie mieliśmy czasu na takie rozważania, musieliśmy działać szybko i skutecznie. Naszym głównym celem było dalsze wspieranie szlachty i niszczenie tego państwa od środka, gdyż jak twierdziliśmy, nikt nie rozbierze Polski lepiej niż Polacy. Postanowiliśmy, że najpierw będziemy podburzać szlachtę przeciwko królowi a gdy sytuacja w kraju znacząco się przez to pogorszy, dokonamy kolejnego rozbioru, tym razem ostatecznego. Skoro mowa o władcy, niejakim Auguście, szczerze mówiąc do dzisiaj nie wiem, czy był tak słaby i uległy czy po prostu dowiedział się o naszym planie i był świadomy, że nie może nic zrobić. W 1788 roku atmosfera bardzo sprzyjała reformom i udało nam się zainicjować Sejm Czteroletni podczas którego doszło do wielu zmian, które jednak w rzeczywistości nie miały znaczenia bo tak naprawdę gra toczyła się o konstytucję i to nie byle jaką bo pierwszą w Europie i drugą na świecie! Ależ to dumnie brzmi, ależ to pełne nadziei i wszelakiego optymizmu! Dokładnie o to nam chodziło. Kompromis między szlachtą a królem, naszymi dwoma kukiełkami, który był świętowany przez długi czas. Gdy o tym piszę najbardziej chyba szkoda mi zwykłych obywateli. Jakie to paradoksalne, że wierzyli, że ich głos ma znaczenie i byli przekonani, że władza jest po ich stronie. Mam nadzieję, że powstanie więcej tych konstytucji bo przynajmniej od czasu do czasu człowiek się uśmiechnie. Powracając do tematu Polski. Jedni cieszyli się z Konstytucji i nowej Rzeczpospolitej a drudzy chcieli bronić wolność zagrożoną jej treścią. Gdy już podzieliliśmy zdania w kraju, przystąpiliśmy do realizacji „Targowicy”…

16.11.2017 22:32
160
odpowiedz
Pani Łyszeczka
0
Junior

Pierre Curie

1898
Cholera, jak tu mokro.
To była moja pierwsza myśl dzisiejszego środowego poranka. W sumie to była moja pierwsza myśl w ogóle. W głowie poza pustką, bezwstydną tęsknotą za domowym winem oraz zapachem kobiecych perfum, hulał strach i poczucie, że powinienem się ukryć. Ale chwila. Przed czym mam uciekać? Czego mam się bać? Bezkres założeń, wywodów logicznych, gotowych odpowiedzi zaczęły kołować się w zmarzniętej głowie. Zajęty rozprawianiem o celowości mojego strachu, mimochodem spojrzałem w witrynę pobliskiego sklepu. Tam był on!
Rozkazałem więc prędko swoim nogom, aby nie czekały łaskawie na dalsze przekomarzanie moich myśli, tylko ratowały całą resztę ciała przed niechybną śmiercią.
.
Cholera, co ja tu robię?
Ukrywając się w ostatniej ławie bocznej nawy kościoła św. Magdaleny czułem się jak idiota. Irracjonalnie czułem na sobie wrogie spojrzenia ludzi z obrazów i rzeźb. Każdy amorek celował strzałę w moją stronę. Wiedziałem, że jestem tu intruzem. Jak choroba dla rozkosznego ciała mojej kochanej żony. M. nie uwierzyłaby w to, że sam tu przyszedłem.
Nie chciałem tam być, nie mogłem tam być. A jednak tylko tam czułem się bezpiecznie. Wiedziałem, że mnie tu nie zaatakuje. Mogłem spokojnie myśleć.
.
Cholerne pogrzeby. Człowiek stoi, wraz z tłumem nieznanych mu ludzi napierających z każdej strony, nad martwą kukłą, która do niedawna nosiła w sobie pierwiastek przyjaciela. Zamiast żalu nad utraconym człowiekiem, myślałem tylko o tym, jak niewiele brakowało do kolejnego sukcesu. Nie uroniłem ani jednej łzy.
Właśnie tego wieczora, przy środowej kolacji Gabriel miał zamiar podzielić się wynikami swoich badań, które przeprowadził w Londynie. Niestety nie zdążył zjeść z nami barszczu, bo na godzinę przed planowaną kolacją powiesił się w parku niedaleko Wydziału. Oprócz „samobójczego” naboju tkwiącego w żebrach drogiego przyjaciela, wisielec pozostawił list pożegnalny, w którym prosił Boga o wybaczenie, a nas o modlitwę.
Wyniki badań przepadły, a wraz z nimi lata obserwacji, eksperymentów, pracy mojej kochanej M. i Gabriela. Na myśl o tym spod mojej powieki wytoczyła się łza. Wszystko stracone. Sięgając do kieszeni płaszcza poczułem w niej coś.
.
M. nie wiedziała, dlaczego tak mocno uściskałem ją tego wieczora. Nie wiedziała, że na pogrzebie przyjaciela otrzymałem prezent. Nadpalone fragmenty notatek mojego przyjaciela, nabój oraz informacja, że rozpoczął się sezon na czarownice. To, co spowodowało chwilowe zatrzymanie akcji mojego serca, był wycinek z gazety z informacją o ostatnich odkryciach M.
Chciałem spakować się i ukryć się wraz z M. na wsi na dalekim wschodzie. Tak podpowiadało mi serce. Wiedziałem jednak, że takiego diamentu jak M. nie można ukryć. On musi błyszczeć. Już wtedy wiedziałem, że muszę być gotowy na wszelkie poświęcenie. Byłem to winny światu.
.
1906
Cholera jasna, czemu te schody takie długie. Taka myśl przyświecała mi, gdy wybiegłem z zebrania Stowarzyszenia Profesorów Wydziałów Nauk Ścisłych. Przez okno zobaczyłem moją M. wraz z naszymi maluchami. M. rozmawiała z wysokim mężczyzną z charakterystycznym krzyżem na ramieniu płaszcza. Cholera jasna to on.
.
Ostatnie, co pamiętam to krzyk rozpaczy mojej M., obraz malutkiej Ewy na rękach tego potwora oraz rżenie koni.
Ta śmierć była przeznaczona Ewie. Jej utrata złamałaby serce i umysł M.
Umierając wierzyłem, że wraz z ostatnim spojrzeniem na Ewę, udało mi się wszczepić w tę małą istotkę wiarę. Ale nie wiarę w jakiegokolwiek boga. Wiarę w naukę.

16.11.2017 22:55
161
odpowiedz
jolunia1969
0
Junior

Konstytucja 3 maja!!!
Jutrzenka nadziei zaświeciła w naszym kraju
Wiemy ,że nie od razu będzie to życie w raju.
Ale dzisiaj złowrogie zamiary Templariuszy,odwiecznych wrogów ludzkiej szczęśliwości
Zostały pokonane i starte mimo ich wstrętnej i okrutnej złośliwości.
Rzeczypospolita Obojga Narodów ,kraj mężny i niepokonany
Od dziś może rosnąć w siłę i być niezrównany
Nasz Kraj umiłowany.
Wolna elekcja i demokracja szlachecka,przewrotna zmowa Zakonu
Chciała w perzynę obrócić mury naszego domu.
Ja obrońca ojczyzny Hugo Kołłątaj,z rodu Assassinów
Wiem,że potomni nie powstydzą się moich czynów.
Konstytucja 3 maja to ostatnia wola i testament gasnącej Ojczyzny
I to dla Niej nosimy dumnie nasze blizny.
Jutrzenka swobody zaświeci dla całego narodu
Zakon Templariuszy nie zniszczy już naszego grodu.
Witaj maj ,3 maj dla Polaków błogi raj!

post wyedytowany przez jolunia1969 2017-11-16 22:59:02
16.11.2017 23:37
162
odpowiedz
Ceramic
0
Junior

Templariusze i ich wojska pojawiły się nad Zbarażem 10 lipca 1649 roku. Tym razem nie tylko marzy im się Jabłko Edenu ale również Święty Gral. Pragnienie zdobycia tych artefaktów płynie we krwi Templariusza hetmana Bohdana Chmielnickiego, dowódcę wojsk Kozackich oraz Templariusza Chana Krymskiego Islama III Gireja władcę Tatarów. Do obrony twierdzy stanął mistrz Asasynów Książę Jeremi Wiśniowiecki wraz z siłami Rzeczypospolitej. Pierwszy szturm na twierdzę został przeprowadzony 11 lipca. Obrona była nie do przebicia. Wściekły Chmielnicki wrócił do obozu aby na nowo przemyśleć plan zdobycia twierdzy. W tym samym czasie Książę wezwał do siebie swojego ucznia o imieniu Jurgel Szczodrobliwy. Ten w pośpiechu przybył do Księcia mówiąc:

- Przybyłem na Twoje wezwanie. Jakie są Twe rozkazy mój Mistrzu?
Kiedy Jurgel mówił oczy Księcia były zwrócone w kierunku stolika, na którym stała niepozorna, drewniana skrzyneczka. Otworzył ją. Wyciągnął dwa ukryte ostrza i wziął je mówiąc:
- Jurgelu, przyjmij te ukryte ostrza Spadającego Gniewu jako znak przynależności do Bractwa Asasynów – dodając – Jeszcze tej nocy udasz się do obozu wroga. Odszukasz i zabijesz Bohdana Chmielnickiego oraz Islama III Giereja. Ty jesteś w stanie tego dokonać. Musisz chronić spoczywające tu artefakty.

Jurgel Wyciągnął swe ręce, a książę wsunął ukryte ostrza na jego przedramiona. Młody Asasyn udał się na dziedziniec, by dosiąść swego konia i ruszył w drogę. Po krótkiej podróży dotarł do obozu. Było tam wiele namiotów oraz paliły się pochodnie. Straż tatarska była wszędzie. Jurgel wdrapał się na drzewo stojące kilka metrów od obozu, po czym rozpoczął obserwację terenu. Po chwili dostrzegł mocno wyróżniający się duży namiot. Asasyn zszedł z drzewa i zakradł się w pobliże dobrze strzeżonego namiotu. Wiedział, że jeżeli tatarscy strażnicy go dostrzegą, nie zawahają się by go zabić. Nieopodal miejsca, w którym się znajdował, dostrzegł patrolującego, samotnego strażnika, ukradkiem zaszedł za jego plecy, powalił go tak, że stracił przytomność. Przywdział jego szaty, by móc dostać się do namiotu, w którym mogą przebywać Templariusze. Los chciał, że dwóch stojących przed namiotem strażników wchodziło do środka, wówczas wszedł on wraz z nimi. W namiocie było dwóch łowców, dwóch strażników, Islam III Girej oraz Bohdan Chmielnicki.

Asasyn powoli wyciągnął dwa noże, które umieścił w dłoni i rzucił nimi w stronę łowców. Nie mieli żadnych szans. Strażnicy chwycili za miecze i zaatakowali Asasyna. Ten chwycił za łuk i strzały, wycelował i szybko strzelił. Strzały przebiły kolczugę i wbiły się głęboko w ich ciała, pozbawiając ich życia. Chan nie wiedział co się dzieje. Chmielnicki dobył miecz, który miał przy sobie i rzucił się na Jurgela. Ten z kolei mieczem odparował atak, wybijając broń z rąk hetmana. Wszystko działo się szybko. Hetman nawet nie wiedział, kiedy ukryte ostrze dosięgło jego torsu. Odepchnął Jurgela. Ranny, wybiegł z namiotu, dosiadł konia i odjechał. Jurgel wiedział, że jego godziny są policzone. Chan patrząc na Asasyna, wyciągnął złoty nóż i rzucił nim prosto w niego. Jurgel bardzo szybko zareagował i odbił go ukrytym ostrzem. Ruszył w kierunku Chana, wyciągnął drugi Spadający Gniew i zadał mu trzykrotny cios. Chan padł na ziemię, ledwo dysząc. Patrzył jeszcze na swojego oprawcę, który wychodził z namiotu. Jurgel chwycił za pochodnie i rzucił na łoże Chana. Namiot natychmiast stanął w płomieniach obracając wszystko w popiół, nawet ciało Chana.

Asasyn zdołał uciec. Zadanie wykonane - artefakty są bezpieczne.

17.11.2017 00:02
163
odpowiedz
zombieniki
0
Junior

–Pobudka śpiochu! – głos Rebeki wybrzmiewający tuż nad uchem Desmonda wyrwał go ze snu. –Przed nami dużo pracy!
– A może tak najpierw 'dzień dobry'? – wymamrotał pod nosem – Dużo pracy? Co konkretnie masz na myśli?
– Chcę żebyś przejrzał nagrania z sesji w Animusie poprzednich obiektów, mam nadzieję że znajdziesz w nich coś co pomoże nam odnaleźć Fragmenty Edenu zanim zrobią to Templariusze – wyjaśniła Rebeka, podłączając kable i szykując sprzęt.
– Zapowiada się ciekawie...ale najpierw śniadanie.
>ANIMUS 2.0 WITA
>WCZYTYWANIE DANYCH
>URUCHAMIANIE SYMULACJI - OBIEKT 16 - 26/12/1898
>START
Nieprzenikniony mrok grudniowego wieczoru w chłodnym laboratorium, urządzonego w starej, murowanej szopie, rozpraszała tylko mała lampa naftowa, ustawiona na skraju zawalonego papierami biurka. Jej ciepły blask padał na przygarbioną sylwetkę pochyloną nad stosem papierów, zawzięcie wertującą olbrzymią księgę wypełnioną dziwnymi rycinami.
Przeciągłe skrzypienie drzwi laboratorium rozerwało ciszę i skupienie panujące w pomieszczeniu jednakże postać przy biurku nie przerwała swojej pracy jakby pogrążona w transie.
–Marie! –Obróciła się nagle, dźwięk jej imienia wyrwał ją z zamyślenia, jej dłoń odruchowo wędrująca do leżącego w pobliżu noża. Cofnęła rękę rozpoznając swojego męża i odetchnęła z ulgą.
– Marie jest tak późno. – Odezwał się on wreszcie, rzucając przewlekłe spojrzenie na broń za którą gotowa była chwycić jego żona jeszcze chwilę temu. – Powinnaś wreszcie odpocząć. – dodał cicho.
Wiedziała że ma rację - zmęczenie zaczynało powoli zlewać ciągi skomplikowanych reakcji chemicznych w zagmatwane linie - ale wiedziała również że nie może się jeszcze poddać, nie teraz kiedy już prawie widziała rozwiązanie zagadki leżącej przed nią.
–Jestem tak blisko! Spójrz tylko jakie ogromne postępy poczyniłam. – machnęła ręką w kierunku notatek rozrzuconych na biurku. – Wystarczy tylko, że-
– Mówisz to codziennie! – Przerwał jej stanowczo. – Od lipca nie udało się nam dokonać przełomu w naszych badaniach. Zapracujesz się na śmierć. Już zaczynasz widzieć cienie i duchy tam gdzie ich nie ma... – Skończył niepewnie wiedząc że porusza drażliwy temat.
– Wiesz dokładnie jak wiele osób chce dowieść mi niekompetencję! Wiesz że ludzie czekają na mój błąd, że źle mi życzą! – Gniew rozpalił iskry w jej zmęczonych oczach. – Dlaczego nie wierzysz mi kiedy mówię że ktoś próbował ukraść moje notatki, że mnie śledzono, że jestem w niebezpieczeństwie? –Pochylił głowę uznając jej rację. Po twarzy Marie przebiegł cień wahania.
– Pierre? Czy potrafisz dochować tajemnicy? – Zapytała po chwili milczenia. Spojrzał na nią zaskoczony nagłą zmianą tematu ale widząc jej powagę postanowił nie drążyć i tylko skinął głową. Z jednej z szafek biurka wyciągnęła metalowe pudełko ozdobione czerwonym krzyżem, w którym na aksamitnej wyściółce leżała srebrzysta kula. Otworzył już usta by zapytać co niezwykłego miał w sobie ten kawałek metalu gdy kula zaczęła emitować z siebie dziwne światło. Patrząc na nią miał wrażenie że powietrze wokół drga jakby było gorące.
– To jest Fragment Edenu. – Powiedziała uśmiechając się na widok jego zdziwionego oblicza. – Legenda głosi że sam Bóg stworzył te...urządzenia.
– Zapewne musi być jakieś naukowe wyjaśnienie ich istoty, prawda? – Podszedł bliżej, zwabiony do magicznego przedmiotu jak ćma do świecy. Marie zaśmiała się.
– Jeśli jest to jeszcze go nie znalazłam. Pierre, ta kula ma w sobie odpowiedzi na wszelkie zagadki wszechświata. Czuję że jestem tak blisko nowego odkrycia...
–Jak mogę ci pomóc?

17.11.2017 00:24
164
odpowiedz
YOGI07
0
Junior

11 sierpnia 1649, to nie do wiary, kolejny dzień apokalipsy. Dziesiątki tysięcy ciał zatruły wodę, fetor stał się nieznośny. Miliardy much, niczym chmury przykryły niebo a ustawiczny głód nękał resztki zmysłów. Zbaraż, twierdza i więzienie w jednym, nie bastion zwycięstwa, lecz cmentarz, na żer dla kroków przeznaczony. Taki to służby przeklęty porządek, walczyć i umierać, gdzie popadnie.
Templariusze się nie poddają, ja i kilku czcigodnych polaków pokażemy kim jesteśmy. Udowodnimy żeśmy godni nosić czerwone krzyże. Nazywam się Walery Bocianowski, opiszę com widział i przeżył. Waleczne czyny obrońców tego starcia, w istocie słusznie przejdą do legend.
Wysłano mnie tutaj pośpiesznie, na wieść o oddziale asasynów, zaciągniętych ukradkiem by zadać cios podstępny i morderczy. Wolałbym ścierać się z całą armią, niż tymi szubrawcami. Do licha nie wytropię ich, pozostaje czekać na ruchy przeciwnika.
Po nieudanych atakach kozackich, tatarami wspartych, ruszyli skrytobójcy. Pierwsi wspięli się ukradkiem na mury, wybili straże, niech ich diabli wezmą. Chcieli otworzyć bramę w porę ich odparłem, wiedziony szałem zemsty. Padło dwóch templariuszy, moi wierni przyboczni i przyjaciele, wraz z nimi wielu dzielnych szlachciców. Dnia następnego uaktywnili szpiega swego, naszą jedyną studnię zamierzał zatruć, niecny szubrawca! Lecz gniew mój przebił plan ów szkaradny i ciało nikczemnika. Kolejny zabijaka, drugi z szpiegów wysłał gołębie ukryte z wiadomością o położeniu naszym. Podszczówał ludzi, by się cieli między sobą, dezerterowali i poddawali. Cała bowiem jego sztuka wojenna w gębie, nie w szabli, dopadłem go szybko skonał na torturach. Niech to diabli wezmą, nic nam nie powiedział u schyłku swego obmierzłego żywota. Podejrzewam tajemny narkotyk, tak tylko był wstanie wytrzymać katusze.
Brakowało nam strawy, psy, koty i szczury pożarte, brzydzę się tym jak piekielną plagą. Jedliśmy co popadło, byle by przeżyć. 14 sierpnia, znaleźliśmy rannego, ponoć miał wieści dla księcia o królewskiej odsieczy. Był to kolejny już podstęp, zabójca przebrany, sam zadał sobie rany, by każdy był do niego przekonany. Ruszył na Wiśniowieckiego, sztylet wyjmując i skacząc po stołach niczym zając. Nie ma wodza, równemu jemu kalibru, zawsze przygotowany, wypalił z pistoletów, zbir padł bez ducha.
Chan wysłał ostatnich morderców, zwinnych sztuczek używali dla zamydlenia oczu. Mistrz nazamytów, niby z nadludzką mocą czarnoksiężnika, wprawił w strach nasze serca. Osłabieni traciliśmy głowy, dobyłem ukrytego dotąd miecza, zdradzając swą tożsamość, rozpłatałem go! Jeżeli domysł mój prawdziwy to wiele chorób rozsiali asasyni, zostaliśmy zdziesiątkowani podstępami bardziej niż orężem. Mikstury tajemne, odkryte przy zwłokach ich wodza zdradzają to dogłębnie.
W ostatnim dniu oblężenia strzelaliśmy z armat do siebie, na wprost z 30 metrów! Nieprawdopodobna walka, godna templariuszy, mimo wielu szturmów, pod wodzą Jeremiego, wytrzymaliśmy. Wysoka była cena uwolnienia wojsk naszych, umowy i ugody wiele dały wrogowi. Lepiej było skonać w boju. Usługi jakiem oddał Rzeczypospolitej były konieczne, nie szukałem zaszczytów, poklasku i hojnego wynagrodzenia. Zawsze jestem gotów na kolejne poświęcenia. Dostojnością okryli się natomiast polegli, wspaniali obrońcy, im cześć i chwała! Nie sądź nas ty, który to czytasz, miej nas jeno w sercu swoim.

17.11.2017 00:54
165
odpowiedz
ShyLooser
0
Junior

Oberża w Działdowie, kilka tygodni po wydarzeniach pod Grunwaldem, asasyn Arti w roli głównej (niedaleko pól, na których rozegrała się Bitwa pod Grunwaldem)

"Trzy. Jakże to ważna liczba dla każdego z nas. Tylko trzy święte prawa wyznaje bractwo, ale aż trzy wielkie krzyże legły na tych polach, cieniem swym obejmując całe Prusy Zakonne. I tylko trzech braci wystarczyło. Po obydwu stronach. Wszystko co największe i wszystko co najmniejszym się jawi zamknięte jest w tej liczbie. Wielu z was stanęło do bitwy. Wiem. I Prawda ta, choć skrzętnie skrywana, niezaprzeczalnym stała się faktem. Spoczywajcie jednak. Bractwo pamięta. Ja pamiętam. Dziś
piję za wasze zdrowie"– snuł w duchu, po czym spokojnym, opanowanym, ale jednocześnie pewnym ruchem prawej ręki uniósł masywny, bukowy kufel, po raz kolejny wypełniając usta gęstym trunkiem. Zapyziały, omijany kącik, w którym osiadł, objęty był półmrokiem, a jedyną rzeczą pozwalającą przypuszczać, że nie jest zapomniany całkowicie była cieniutka
świeca z nieustannie szarganym płomyczkiem, którą, o dziwo, komuś chciało się tu zapalić. Siedział więc, co rusz spłukując gorzkie myśli słodkawym trunkiem. Siedział i słuchał.
– ... A jakże! To Khe! Urlicha pierścień, O! źrzyj! - chwalił się mężczyzna o aparycji właśnie turlanej przez szynkarza beki. – Dźgłem go, o tak! prosto Khe! W ślepia! Potem w piersi! – darł się zapalczywie, odkrztuszając co chwilę kawałki gęsi.
„Co za nonsens...” – Arti czuł, jak coś w nim wzbiera. Nieopisana złość wymieszana z żalem. „Prostak pewnie nawet nie wie, jak dobrze trzymać miecz, nie mówiąc nawet o cięciu”.
Siedzący wokół krzykacza żołnierze, w przerwach między żłopaniem ciepłego piwa, a mieleniem kiełbasy, przytakiwali mu, co jedynie prowokowało go do snucia dalszych bajań, które w pewnym momencie nabrały wręcz kuriozalnych kształtów. Arti wziął więc ostatni, długi łyk ciemnego piwa, po czym wyjąwszy zalegający przy nodze czekan energicznie wstał jednocześnie wbijając go w ławę. Następnie odczekał chwilę kumulując lekko rozmyte już myśli, a zarazem upewniając się, czy wszyscy go usłyszą. W tej właśnie chwili uwaga całej karczmy skupiała się właśnie na nim. Mimo to, nie obawiał się. Panujący wokół niego półmrok w połączeniu z długim kapturem skutecznie maskowały jego tożsamość.
– Ponad dwadzieścia tysięcy konnicy – mówił wyraźnie i głośno. – Sześć tysięcy piechurów, artyleria… Dyscyplina. – Rozejrzał się po gawiedzi. – Czy naprawdę któryś z was wierzy w to, że Friedrich, Konrad, Ulrich – ikony zakonu – mogłyby zginąć z ręki zwykłego żołnierza? Patrzyłem na śmierć każdego z nich. Moi bracia byli wśród was, choć ich nie widzieliście. Sprawili, że cała gorejąca nadzieja zakonu została zdławiona, zgaszona i wdeptana w ziemie razem z krwią właśnie tej trójki. – Przeżycia powracały. Szalejąca w głowie krew dawała mu powoli o sobie znać w postaci mroczków. Ciągnął jednak dalej. – Zadania podjęli się najlepsi i czekali na ten moment całe dekady. Wielu poległo. Wybawiciele. A wszystko po to, abyście teraz mogli w spokoju popychać swoje bujdy. – Głos jego załamywał się. – Jak pewnie słyszeliście, zło nie sypia zbyt dobrze. I wy się zbudźcie. – Powiedziawszy to, błyskawicznie obrócił się w stronę uchylonej okiennicy ścinając przy okazji knot świecy ukrytym ostrzem. Nie minęło uderzenie serca, a w środku pozostał po nim już tylko pusty kufel i długa, nieprzerwana chwila kontemplacji.

17.11.2017 04:29
166
odpowiedz
marcin00
64
Forumowy Wilk

…co ja zrobiłem!? Czy naprawdę tak łatwo było mnie omamić? Czy mimo tylu lat poszukiwań wszystko poszło na marne? Czemu ja? Czemu zostałem ofiarą tej zmyślnej intrygi? Czy błędem było… nie. Co chcieli osiągnąć w ten sposób!? Tyle lat poszukiwałem śladów Arno i jego następców ostatecznie praca od świtu do zmierzchu wsparta zasobami bibliotecznymi Politechniki pozwoliła mi zgłębić ich tajemnicę. Poszukiwania trafiły na właściwy tor, nie mogło być mowy o pomyłce. Sam nie mogłem w to uwierzyć. Usilnie szukałem powiązań za granicami kraju, ale ta gra toczyła się też pod moim nosem – tu w Warszawie. Zwęszyłem trop, mozolnie brnąłem do znalezienia tej osoby, a gdy byłem już tak blisko on sam się ujawnił. Tego samego dnia otrzymałem list – „Jest nas niewielu, ale wciąż walczymy. Zobaczymy, czy jesteś wart poznania prawdy” podpisano J.P.
Poczułem przypływ dumy. Wreszcie mnie dostrzegli. Wreszcie miałem dowód na to, że to za czym dążyłem nie było wytworem mojej wyobraźni.

Kolejne noce były dla mnie bezsenne – czekałem na kolejny znak aż wreszcie w teatrze po odebraniu płaszcza znalazłem w kieszeni kartkę. Autor wiadomości był bez wątpienia ten sam. Wskazywał na to podpis J.P., „Eligiuszu, wszystko idzie zgodnie z moim planem. Ostatnia przeszkoda na drodze twojego wtajemniczenia to Narutowicz. Musimy pozbyć się go w sobotę. Zachęta będzie najlepszym miejscem. Plan jest gotowy. Musisz zrobić wszystko tak jak opisane zostało to w drugim liście. Bądź obecny, spotkamy się po akcji w piwnicy Galerii by wcielić Cię w nasze szeregi.”

16 grudnia czekałem przed Zachętą tak jak napisał w liście. Coś się stało, z jakiegoś powodu nie mógł się pojawić, ale w przypadku takiego obrotu spraw miałem załatwić wszystko osobiście pistoletem, który otrzymam na wystawie od człowieka w niebieskim kapeluszu. Wszystko wydarzyło się tak szybko. Po trzecim strzale zdałem sobie sprawę z tego co zrobiłem jednak byłem spokojny. Zgodnie z planem pojawiła się policja jednak coś było nie tak – nie byli o mężczyźni, których w liście opisał J.P.

Minęło półtorej miesiąca. Dzisiejszego dnia odwiedził mnie z rana. Poprosił strażnika o pozostawienie nas i zaczął wszystko mi wyjaśniać. „Byłeś tylko marionetką. Gabriel stał mi na drodze. Przyjaciel, którego od zawsze darzyłem szacunkiem zawiódł mnie i musiał zostać usunięty. Bractwo od zawsze było zaślepione niewiedzą… to Zakon miał rację to oni poznali prawdę. Myślałem, że będę sam musiał wszystko załatwić, ale zjawiłeś się Ty i co więcej znak dał mi Wojciechowski – człowiek, z którym nie zgadzałem się na każdym polu okazał się tym który spostrzegł tą chorobę. Była to niewiedza i ślepe dążenie ścieżką, którą wytyczyli pierwsi Asasyni. Narutowicz walczył, a jako członek o wielkiej charyzmie był w stanie zagłuszyć nas przez co reszta liczyła się tylko z jego zdaniem. Teraz będziemy mogli bez przeszkód wyjaśnić pozostałym, że mylił się, a twój zamach pomoże tylko przekonać ich, że to co się stało było spowodowane jego ignorancją, a każdego z nas może spotkać to samo w obliczu niesłabnącej siły Zakonu, jeśli nie zdecydujemy się wyzbyć fałszu.”
Wybiła szósta. Nie byłem w stanie nic zrobić. Pragnienie poznania pozornej, jak się ostatecznie okazało, prawdy zaprowadziło mnie tu, gdzie teraz się znajduję. Nadal nie mogłem pojąć, dlaczego to wszystko zaplanował – być może jego poświęcenie wojsku i przyjaciel o takich samych poglądach zasiadający na Belwederze mają zapewnić mu niewyobrażalną władzę jednak nie Mi dane będzie to zobaczyć. Piłsudski spojrzał na mnie i rzekł: „Na Ciebie już czas”.

post wyedytowany przez marcin00 2017-11-17 04:30:04
17.11.2017 08:43
167
odpowiedz
Pofisciel
0
Junior

3 maj, AD 1771. Wieść niesie, że dziś nasz sejm uchwali specjalną ustawę, dzięki której uda nam się odbudować naszą potęgę. Niestety, każde rewolucyjne przedsięwzięcie ma swych wiernych zwolenników, ale i również zagorzałych przeciwników, którym nie na rękę jest, by Polska wróciła do swej dawnej świetności. Można rzec, że jestem znawcą od "zakłócania porządku". Sabotażu w takich sprawach, można dokonać na wiele sposobów : od najzwyklejszego protestu, po wykonane z premedytacją zabójstwo przy świadkach. Nasi oponenci wolą jednak, subtelne metody eliminacji niepożądanych osobistości: trucizna wprowadzona do ciała, poprzez drobne ukucie małą szpilką czy też szybkie, wykonane w ciągu dwóch sekund, dźgnięcie celu małym nożem ukrytym w rękawie. O wiele bardziej niepożądane byłoby jeśli, z woli Boskiej król, Stanisław August zostałby zabity, w nie do końca jasnych okolicznościach. Na szczęście lub nie, pomoc królowi zaoferowała organizacja, zwąca siebie "Bractwem"- nasz władca przyjął tą ofertę, bo jak to powiedział " Oni są fachowcami, ich wiedza i umiejętności niezmiernie nam się przydadzą ".. i jak na razie, dzięki ich uzbrojeniu, o wiele łatwiej przyjdzie nam powstrzymanie wroga, bez niepotrzebnego rozpraszania zebranych w Sali. Broń, którą ponoć często używają, zwana ukrytym ostrzem, wygodnie spoczywa zamocowana na moim przedramieniu, czekając tylko by "zneutralizować" spodziewanego zamachowca. Co ciekawe, jako jedyny z gwardii królewskiej, otrzymałem tą broń - gdy mi ją wręczano, posłaniec tego bractwa powiedział mi: " nosisz w sobie skryte idee naszego bractwa… zabij wroga w imię sprawiedliwości", odrzekłem mu tylko, że :"Zrobię..co konieczne ". Ale koniec rozmyślań, skupiam się na zadaniu. Radość wielka w sali, akt czytać kończą, wszyscy się zgadzają, prawie że wiwatują, tańczyć chcą z podniecenia. Nagle w tłumie dostrzegam - cóż to- ostrze błyszczy, pod płaszczem skryte, nie znajomy ku królowi stąpa, błysk widzę w jego oku - czynić zło chce, znam ten błysk - nie od dziś, nie od wczoraj. Ruszam na niego - w spokoju lecz stanowczo-nie dopuszczę do króla - w przód zginę- wiem to. Ja bliżej niego i on nie ustępuje, wnet już przy nim staję, za ramię jego łapię, szepcze cicho mu w ucho :"Nie dziś psubracie ". Ciachnąć w obronie chce mnie - na to ja -ostrze moje, w jego brzuchu. Zwinął się, prawie w pół, z ust jego niemy krzyk , na krześle bliskim usadzam go, niech spocznie raz ostatni. Tedy łapą za kaftan chwycił mój, przyciągnął do się i szepcze w bólu : " zgrzeszyłem ja przeciw krajowi memu, biada mojej duszy, przebacz mi bracie nie krwi, lecz rodzimej Polaka duszy - On planują coś wielkiego musisz ich powstrzymać..Zakon Świątyni Salomona, a planują oni coś iście..." Niby jaskółka świsnęła koło ucha, odwracam wzrok -Co u Kaduka!?! I znów do zdrajcy wracam –martwy na krześle - strzałka, zatruta pewno, w szyi jego niech leży. Nachylam się, powieki opuszczam nieboszczykowi ,dorzucam szeptem : " Wybaczam tobie biedny bracie Polaku, mimo że zabójca tyś niedoszły - nie pożalę pacierza ". Wzrok zwracam do gawiedzi, czas wracać do roboty - Tłum już dłużej nie wysiedzi. W barwnej tej gromadzie, dostrzegam postać czarną - bezsprzecznie za śmierć zamachowca odpowiedzialną. Ona w cień się usuwa, posyłając uśmiech złośliwy- pozostawiając mnie wątpliwości pełnego. Może to "Bractwo" rozjaśni mi sytuację -bo pytań w głowie mej nie brakowało . Z sali wycofuje się, na razie opowieść kończę, lecz prawdę jedną wyniosę stąd nie mając wątpliwości - Nic w życiu prawdziwe nie jest, a cóż jest prawdziwego - a wszystko dozwolone jest -i złego i dobrego.

17.11.2017 10:13
168
odpowiedz
Suomi
17
Look at you hacker

Hej wszystkim!

Przypominamy, że dzisiaj jest ostatni dzień umieszczania prac konkursowych! Teksty przyjmujemy do 23:59.
Kto jeszcze nie umieścił własnej pracy niech się śpieszy i nie zostawia tego na ostatnią chwilę (wtedy zazwyczaj następuje złośliwość rzeczy martwych :)) - powodzenia!

17.11.2017 10:46
169
1
odpowiedz
Tal_Rascha
126
The Night We Met

Na 168 wiadomości aż 129 to juniorzy, śmiesznie to wygląda

17.11.2017 10:59
170
odpowiedz
sedziej
0
Junior

Byłem co najmniej poruszony słowami Mistrza. A jednak stałem nieruchomo, jak słup soli. Mistrz uśmiechnął się drwiąco i wcisnął w lewą rękę miotłę, a w prawą wiadro.
- Mianuję cię władcą podłóg i pogromcą nieczystości! – prychnął śmiechem przy ostatnim słowie i aż uderzył rękoma z swoje uda z wielce, według niego, udanego żartu. – Zaszczyty przyjdą później – dokończył z poważniejszą miną. I wiem, że nie żartował.
My, Templariusze, poszukiwacze prawdy przez władzę. Sędziowie i kaci niemoralnych, wybrani, stworzeni do kierowania losami ludzkości. Tym mnie skusili do wstąpienia w szeregi Zakonu. Wspomniano rzecz jasna o próbach, etapach wtajemniczenia, że „nie od razu zbudowano Rzym” i tak dalej. Spodziewałem się czegoś więcej niż szorowania podłóg, pucowania korytarzy i przeganiania ptactwa.
- Władca much i gołębi. - Westchnąłem przeganiając miotłą okoliczne nieczystości ożywione i te mniej żywe.
*
Krótka notatka z poleceniem: Spotkaj się jutro z Dyrektorem szkoły medycznej. Jest jednym z nas. Przekaże Ci szczegóły.
- Nareszcie! – Aż podskoczyłem. Czułem niesamowitą ekscytację.
*
- Widzisz to? – Dyrektor wskazał palcem budynek z przeszklonym dachem. - Masz uprzątnąć go jak najszybciej. W porozumieniu z obecnym tu Piotrem Curie.
- Jak masz na imię? – Zapytał mężczyzna o mądrych, przenikliwych oczach, z włosami krótkimi i gustownie przyciętą brodą.
- Franciszek.
- Polak?
- Oui, monsieur – odpowiedziałem.
- Świetnie! Maria, moja żona, się ucieszy. Będziesz nam pomagał przy urządzaniu laboratorium. A potem zadbasz o zaopatrzenie i porządek. Dyrektorze – ukłonił się w stronę swojego kolegi – muszę już iść. Wprowadź młodzieńca w temat.
Wyszedł sprężystym krokiem. Dyrektor skinął na mnie mówiąc:
- Uważaj teraz: masz być na ich zawołanie o każdej porze dnia i nocy. Pomagać we wszystkim i mieć oczy szeroko otwarte oraz bardzo dobrą pamięć. Codziennie masz mi meldować co robią. Masz dwa dni na uporządkowanie tej budy. Dwa dni.

Oszaleli! Toż to była ruina! Stary piec, szyby brudne jak spody kotłów w piekle. Leciwy budynek prosektorium jeszcze zalatywał zapachem po niedawnych gościach owego przybytku. Nos odpadał mi od woni, a ręce od wysiłku.

Dni upływały na sprzątaniu, doglądaniu obydwojga naukowców i podsłuchiwania strzępek rozmów, przepisywaniu notatek. Zimą wręcz zamarzali w środku. Piec nie był w stanie rozprowadzić dostatecznie ciepła, a siedząc blisko niego o mało nie umarłem z gorąca. Nie byli skłonni do opowiadana o detalach prowadzonych doświadczeń. Jednak zdążyłem się zorientować, że są na tropie czegoś wyjątkowego. Dyrektor podzielał moje zdanie i sugerował większe zaangażowanie.
Nadeszło upalne lato 1898 roku a z nim znaczące odkrycie: pierwiastek o nazwie polon. Zakon już widział jego zastosowanie w wykrywaniu i oznaczaniu wrogiego bractwa z którym źródła zatargu należało szukać kilkaset lat wstecz. Pracowali jeszcze intensywniej, a ja z nimi uwijając się jak w ukropie, starając zbytnio nie zbliżać do ich instrumentariów – coraz gorzej się tam czułem.
W mroźny poranek 26 grudnia 1898 roku zaspałem. Popędziłem czym prędzej do laboratorium. Piotr i Maria siedzieli z marsowymi minami, zamyśleni. Prawie nie zwrócili na mnie uwagi.
- Wybaczcie spóźnienie. Chciałbym powiedzieć tylko, że jestem niezmiernie rad, mogąc Wam pomagać.
- Co powiedziałeś?! – podnieśli jednocześnie głowy. – Franek!
Zdębiałem. Rany. Niby, że teraz?
- Jestem bardzo rad… - zacząłem niepewnie i powoli.
- Właśnie! Rad! - Aż klasnęli w dłonie. - Tak się będzie nazywał nowy pierwiastek!

17.11.2017 11:19
171
odpowiedz
Ledo974
0
Junior

Anno Domini 1922

Oto ja...dumny i niezłomny wojownik powstały ze zlepków dawnej chwały i wspomnień zwycięskich starć wywołanych silnym przymusem działania na rzecz całego świata.Chłodna, bezduszna tafla szyby odbija przyczajoną postać, którą skrywa smolista mgła nocy...czuję że każdy mięsień i nerw ciała jest już gotowy by podjąć misję która odmieni bieg historii. Czy mam do tego prawo?Kim jestem by decydować o której godzinie i którego dnia zgaśnie czyjeś życie...Jestem Asasynem-odwiecznym wrogiem zakonu Templariuszy, wydaję wyrok i karzę śmiercią wszystkich tych którzy są zagrożeniem dla stabilizacji i pokoju.To powołanie i brzemię, które dźwigam wraz z mymi braćmi, a jutro...jutro w tym miejscu jedną kulą zatrzymam czas i zmienię bieg wydarzeń.

16 grudzień, południe

E L I M I N A C J A to słowo klucz, które otwiera w mej podświadomości sekretne drzwi do mrocznego pokoju wypełnionego zwierzęcymi instynktami.
Salon Zachęta wypełnia światło, które zdaje się przenikać wszystko i wszystkich, ale mnie nikt nie dostrzega(sztukę kamuflażu otrzymaną z krwią przodków szlifowałem całe życie).
Przyjmuję pozę statysty, jednego z tych głupców wiwatujących na cześć człowieka , który jest niczym więcej jak tylko celem, śledzę każdy jego krok, ruch dłoni, spojrzenie.i nagle jest! Zatrzymuje się przed obrazem...
Teraz!!! Pistolet, z hukiem i dynamicznym impetem wiernie wykonuje moją wolę, a krew...Jego krew kończy wszystko...tłum kamienieje.Na wpatrzonych w ciało Gabriela Narutowicza twarzach maluje się groteskowy spazm zaskoczenia...a JA? Ja stoję z dymiącą bronią chwytając gasnące spojrzenie, które z każdą sekundą matowieje jak szron na podziwianym parę chwil wcześniej obrazie.Co czuję? Czuję że wykonałem misje, która przysłuży się całemu światu i z tą myślą jestem już gotowy na wszystko, na całą resztę która już zbliża się do mnie nieuchronnie 3,2,1...

17.11.2017 11:37
172
odpowiedz
bosheena
0
Junior

- What took you so long? - rzucił James młodszemu koledze Emilowi. Wyraźnie zdenerwowany rzucił mu sprzęt.
- And you?
- I’m not going today, Emil.
Emil, chociaż zdziwiony, nie mógł sprzeciwić się Asasynowi wyższemu randze, szczególnie zza granicy. Pożegnawszy Jamesa, wyskoczył przez okno i udał się w drogę.

Na ulicach wyraźnie czuć było napięcie. Kurz po protestach przeciw nowemu prezydentowi jeszcze nie opadł. Idąc Alejami Ujazdowskimi, Emil rozmyślał o tym, jak łatwo było Templariuszom zaognić ten konflikt. Lata praktyki też w sumie nie zaszkodziły - powiedział do siebie.

Na placu Trzech Krzyży w umówionym miejscu czekała na niego Anna. Na jej zwykle promiennej twarzy próżno było szukać spokoju.
- Dziś będzie zamach na prezydenta! - krzyknęła szeptem - Za dwie godziny w Towarzystwie, to już nie domysły, ma to zrobić Eligiusz Niewiadomski, człowiek podburzony przez Templariuszy, nie trać czasu, LEĆ! - wypaliła jednym tchem.
Anna nie dała czasu na wypowiedzenie ani słowa. Odwróciła się na pięcie i pobiegła gdzieś, pewnie zdać raport starszyźnie.

Zidentyfikować Eligiusza nie było łatwo, szczególnie w tłumie podobnie ubranych ludzi przed Towarzystwem. Trzeba było stać się jednym z nich. Emil na szczęście też posiadał wyjściowy frak, a jego przystojna twarz nie wydawała się odstawać od możnych wokół. Jego wzrok przyciągnął mężczyzna dość blady, spoglądający cały czas na zegarek i ludzi wokół siebie. Stanowczo zbyt podekscytowany jak na raut artystów.

Gości zaproszono do wnętrza. Emil pozostawał blisko Eligiusza. Prezydent jeszcze nie przybył. Eligiusz rozmawiał z gośćmi, podczas gdy Emil przyglądał się od niechcenia sztuce. Kątem oka zobaczył jakiś niezwykły błysk. Serce podjechało mu do gardła.

W gablocie lśniło jabłko Edenu. Widział je tylko na rysunkach, ale był pewien, że to właśnie ono. Jak to możliwe, że nikt z naszych nie wiedział? Czy wiedzieli, ale nie powiedzieli? W głowie Emila kołowały szalone myśli, jedna bardziej złowieszcza od drugiej. Przecież kto jak nie James powinien o tym wiedzieć?

Wielkie oklaski poprzedziły pojawienie się prezydenta. Emil otrząsnał się z szoku. Musiał znaleźć Eligiusza, którego spuścił z oczu. Tłum wyraźnie zgęstniał, serce biło mu jak nigdy w życiu. Misja zawisła na włosku. Na szczęście udało się mu wypatrzyć cel.

Eligiusz stał w kącie pokoju, z twarzą w kolorze talku i szaleńczym uśmieszkiem na postarzałej twarzy. Ręka wędrowała w poły surdutu, jakby chcąc wyciągnąć narzedzie zbrodni. Prezydent już zbliżał się do sali, trzeba było działać szybko. Emil ruszył do przodu, lecz poczuł na sobie lufę pistoletu.

- Don’t try anything or I will kill you. Or worse, expose you. - powiedział znajomy głos.
Emil stał bezsilny. Prezydent już prawie był w jego zasięgu, a nic nie można było zrobić!
- The Apple will be ours. The Templars will prevail yet again, Thomas.
Emil zobaczył, jak Narutowicz wchodzi do sali, jak Eligiusz podchodzi do niego, wykrzykuje kilka słów i strzela trzy razy w prezydenta. Tłum zafalował, pokój wypełnił się krzykami, a nacisk pistoletu na plecy Emila zniknął.

Jabłko, pomyślał. Miał tylko ułamek sekundy na reakcję. Nie mógł pozwolić na drugie tego wieczoru zwycięstwo Templariuszy. Dopadł gabloty równo z Jamesem. Ukrytym ostrzem przebił szkło i palec swojego nowego wroga. Wyszarpnął mu jabłko i pobiegł do okna.

Na wieść o zdradzie Jamesa Anna rozpłakała się.
- Są silniejsi i sprytniejsi niż myśleliśmy... Co mamy zrobić? - szlochała.
- Będą starać się ukraść Jabłko, ukryj je.
- A Ty?
- Ja muszę wyrównać rachunki.

17.11.2017 12:47
173
odpowiedz
Manilson
0
Junior

Wiatr od morza delikatnie smagał jej spaloną słońcem twarz. Siedziała skulona na gorącym piasku plaży a jej skupiony wzrok wbijał się łakomie w horyzont, którego prostą linię rozdzierała sylwetka galery z banderą Zakonu Rycerzy Świętego Jana. Nerwowo naciągnęła swą szarą, lnianą sukienkę na kolana a następnie ściśle oplotła je ramionami. Mimo, że suknię tę wielokrotnie prała w ciepłym ługu wciąż wprawne oko mogło dostrzec na niej brunatne plamy krwi. Tego stroju nie miała na sobie od blisko dwóch lat, od momentu gdy po raz ostatni z jej ręki zginął człowiek, na którego Rycerze Szpitalników wydali bezwzględny wyrok. Dziś założyła ją ponownie, by dokończyć dzieła, które rozpoczęła na polach Grunwaldu.
Z pozoru była zwykłą markietanką, dziewczyną podążającą za litewskim rycerstwem i służącą mu w miarę potrzeb. Głównie cerowała koszule, prała czapraki i handlowała czym popadło, wliczając w to również własne ciało. Gdy jednak dochodziło do bitew opatrywała rannych i niosła pocieszenie rycerzom właśnie witającym się ze Stwórcą. W opinii Mistrza Philiberta de Naillaca była wręcz idealna, by niezauważenie na polu bitwy przedostać się w kierunku krzyżackiej starszyzny zakonnej i wykonać wyrok.
Położyła się na plecach i wpatrując się w chmury przywołała w pamięci jego surową i despotyczną twarz. Nienawidził ludzi, którzy nie dotrzymują słowa i kłamią. Tomasz von Merheim był właśnie jednym z nich i dlatego musiał zginąć. Jako komtur Świecia pożyczył złoto na budowę kolejnej krzyżackiej twierdzy, a w rzeczywistości użył go by wystawić pod Grunwaldem blisko dwadzieścia tysięcy zbrojnych. Pozostałe złoto przekazał swojemu bękartowi Karolowi, który po wydarzeniach z lipca 1410 roku rozpłynął się niczym poranna mgła. Philibert nie mógł znieść tego kłamstwa. Poza śmiercią wielkiego skarbnika Tomasza, nie miał żadnego interesu, by angażować się w konflikt króla polskiego z Krzyżakami. Wysłał więc pod Grunwald tylko ją, swoją przyrodnią siostrę i najlepszego żołnierza.
Dźwięk wzburzonych fal, rozbijających się o brzeg przypomniał jej tętent pędzącej polsko-litewskiej konnicy. Na polu bitwy biegła tuż za nią wraz z resztą wyposażonej w miecze, topory i piki królewskiej piechoty. Sama miała ze sobą tylko worek z podartymi w pasy kawałkami lnianych płacht do obwiązywania ran ciętych oraz kilkunastocentymetrowy szpikulec, który czekając na użycie skrywał się w rękawie jej sukni. Wzrokiem podążała za Mszczujem ze Skrzynna. Gdy ten rozprawiał się z Wielkim Mistrzem Ulrichem, skupiając na sobie uwagę niemal całych wrogich sobie armii ona w tym czasie nie rzucając się w oczy przedostała się pod chorągiew wielkiego skarbnika. Nim ten zorientował się, że dziewczyna pomagająca rannym w rzeczywistości jest wytrawnym zabójcą, otrzymał od niej kilka kłutych ciosów w tętnice udowe, biodrowe i brzuszne. Wykrwawił się i wyzionął ducha nie zsiadając nawet z konia.
- Beatriz – usłyszała swoje imię. Karol stał w oknie wykuszowym willi wybudowanej na maltańskiej plaży za zawłaszczone przez jego ojca złoto. Chwilę później była już przy nim.
- Zabiłam go – powiedziała spokojnie, a ten spojrzał na nią pytającym wzrokiem – Twojego ojca – dodała, a w jej ręku błysnął ten sam szpikulec co wtedy. Jej szybki ruch ręką otworzył mu gardziel, z której niczym ogień z pieca buchnęła jasnoczerwona krew. Karol osunął się na ziemię bez słowa, wpatrując się w niedopraną plamę z krwi Tomasza von Merheim na jej sukience.
Wyjrzała przez okno. Do brzegów plaży dobiła właśnie łódź, z której dumnie wysiadał Philibert de Naillac.

17.11.2017 13:35
174
1
odpowiedz
Deviant666
0
Junior

Każda rzecz i zdarzenie posiada swoje zaprzeczenie i odwrotność. Historia też. To co za chwilę zostanie opowiedziane jest swoistą antyhistorią. Niejednokrotnie bywa, że antyhistoria jest zbyt niebezpieczna, wiec zastępuje się ją jedyną słuszną na dany czas ideą.
Tak też było z historią oblężenia Zbaraża w 1649 roku. Bo czy ktoś uwierzyłby, że Książe Jeremi Wiśniowiecki musiał sięgnąć po pomoc z rąk członka Bractwa Asasynów? Pewnie nigdy by nie doszło do tego odkrycia gdyby nie śledztwo Abstergo Industries przeprowadzone na Krymie po jego secesji w 2014. Czego szukali owiane jest tajemnicą, a to co odnaleźli to „efekt uboczny”. Był to dziennik nieżyjącego od wieków asasyna z Rzeczypospolitej Anzelma Dworowicza. Trzeba jeszcze tylko odnaleźć jakiegoś żyjącego potomka Anzelma i umieścić go w Animusie by odtworzyć poniższe wspomnienia.

30 VII 1649
Kniaź Wiśniowiecki wezwał mnie do siebie bym wykonał dla niego misję niesamowitej wagi dla Rzeczypospolitej. Wróg u twierdzy już od 20 dni a sytuacja coraz gorsza. Posiłków od króla Jana Kazimierza dalej nie ma.
Kniaź Jarema zna mnie od dawna i wie o mnie, że należę do bractwa Asasynów. Poczciwiec cały czas trzyma to w tajemnicy. I dobrze. Lepiej tak dla nas obu i dla Rzeczypospolitej.
Książe powierza mi tylko jedno ale za to niebywale trudne zadanie. Mam przedostać się do Toporowa by powiadomić króla o naszym położeniu i prosić go o nadesłanie posiłków. Przede mną poszło już kilku lecz każdy po kolei wracał jako trup na tarczy niesiony przez Kozaków.
Teraz moja kolej by ruszyć. Nie skrywam, że robię to nie tylko dla Rzeczypospolitej ale i dla własnej satysfakcji. Albowiem nie od dziś wiadomo, że wojska kozackie na zlecenie templariuszy działają a sam Chmielnicki ma stać się jednym z członków zakonu. Rad będę go pochwycić i szablą popłatać.

31 VII 1649
Ruszyłem o zmierzchu w kierunku Toporowa, gdzie ponoć nadal stacjonuje nasz Pan. Droga czeka mnie długa i niebezpieczna. Już na samym jej początku natknąłem się na kilkuosobowy patrol nieopodal rzeki. Na szczęście nigdy nie rozstaję się z ukrytym ostrzem. Po tysiąckroć zatapiałem je w gardłach moich nieprzyjaciół i nie inaczej było tym razem. Pierwsza przeszkoda za mną.

1 VIII 1649
Blady świt. Przedzieram się lasem przez gęstwinę. Słońce przenika promieniami z pomiędzy drzew. Lecz teraz jest mi ono nie na rękę. Przede mną obóz zagradzający mi drogę do jeziora, przez które muszę się przeprawić. To jedyna możliwa droga. Muszę unikać tym razem Tatarów. Siła ich jest tutaj, a ja w pojedynkę nie poradzę. Muszę czekać zmierzchu i przedrzeć się gdy część z nich na pewno pójdzie spać.

2 VIII 1649
Jest noc a straże dalej czuwają. Mało brakło a wpadłbym w zasadzkę. Cudem przemknąłem pomiędzy patrolami niejednokrotnie zostawiając krwawy ślad po nieszczęśnikach, którzy samotnie oddalili się od obozu. Dotarłem do jeziora. Jestem zmęczony a czeka mnie przeprawa przez bród. Na szczęście jezioro o tej porze podsycha i nie jest zbyt głębokie. Ale to nie oznacza, że będzie łatwo bo po jeziorze pływają kilkuosobowe oddziały w łódkach. Muszę być ostrożny.

3 VIII 1649

Jezioro pokonane. Jestem już blisko. Ledwo żyję. Na domiar złego pijawki obległy całe moje ciało. Wyglądam jak ostatni nędzarz.
Jest! To królewski oddział, który ruszył w podjazd po okolicy. Znaleźli mnie.
Król z przerażeniem w oczach wysłuchał mojej historii o sytuacji w oblężonym Zbarażu. O tym że brakuje prochu i że dożynane są ostatnie konie bo nie ma co jeść.

4 VIII 1649
Jestem już spokojny. Król wczorajszej nocy wyruszył z posiłkami na Zbaraż. A ja przeżyłem…

17.11.2017 13:52
175
odpowiedz
Hiob1992
46
Pretorianin

Warszawa, 16 grudnia 1922 rok

Godzina 11:51
Drzwi do samochodu zamknęły się z charakterystycznym trzaskiem. Gabriel rozsiadł się wygodnie.

- Kościół oczywiście jest po naszej stronie. Zanim się obejrzymy ten odradzający się kraj stanie się symbolem naszej odradzającej się sprawy. Kardynał Kakowski, bardzo się ucieszył z naszego planu, jeśli wszystko pójdzie po naszej myśli, to może nawet wepchniemy Polaka na stanowisko papieża. – Powiedział rozpinając marynarkę. – Podpisałem też akt łaski dla tego skazanego na śmierć rycerza zakonu. Teraz tylko musimy odebrać fragment Edenu od informatora. Mam z nim zaplanowane spotkanie w trakcie naszej wizyty w Zachęcie.

- Świetnie. Tym razem nikt nie może nam przeszkodzić. – Odpowiedział siedzący na tylnej kanapie wozu rozmówca. Elegancki garnitur świetnie na nim leżał. Odwrócił wzrok w kierunku Gabriela i wbił w niego stalowe spojrzenie szarych oczu. Wyglądem nie wyróżniał się względem innych polityków, których znał Gabriel, nietypowy był tylko duży sygnet z charakterystycznym czerwonym Krzyżem. – Gabrielu – powiedział – Masz imię nadane przez Boga. Symbol zmartwychwstania i zwiastowania. Wierzę, że dzięki Tobie nasz Zakon znów będzie wielki. W przyszłości może to właśnie ty zajmiesz moje miejsce. Miejsce mistrza zakonu.

Gabriel uśmiechnął się nieznacznie i z szacunkiem skłonił głowę. Tym razem nic im nie przeszkodzi.

- Polska to idealny kraj na naszą rewolucję… - ciągnął mistrz – Żaden inny naród nie potrzebuje kontroli w takim stopniu. Uwolnimy tych biednych ludzi z jarzma wolnej woli.

Samochód zbliżał się do celu.

- Mimo wszystko uważaj na siebie. Assasyni na pewno będą chcieli nam przeszkodzić – dodał na koniec.
Samochód zatrzymał się pod warszawską Zachętą. Gabriel wysiadł. Na odchodne rzucił jeszcze – Dziękuję.- Dla postronnych wyglądało to jakby podziękował kierowcy za podwiezienie. Tymczasem on doskonale wiedział, że mistrz zrozumie. Zrozumie, że dziękuje mu, za zaufanie.

- Nie ma, na co uważać – powiedział do siebie. W razie, czego Leopold Skulski zajmie się wszystkim.
Gabriel wszedł po schodach do Zachęty, jego osoba wzbudzała powszechne zainteresowanie. Udał się bezpośrednio przez pierwszą sale do obrazu Szron. To tam miał czekać ich człowiek. W drodze na miejsce drogę zastąpił mu angielski ambasador William Grenfell wraz z żoną. Gabriel od razu zauważył jego medalion z charakterystycznym symbolem Assassynów. – A więc jednak – pomyślał – są i tutaj.

Co ciekawe to żona Williama odezwała się pierwsza. – Pozwoli Pan sobie pogratulować Panie prezydencie. – Czy to możliwe, że ona nie wie, kim jest jej mąż? – Pomyślał. - Ja za to wiem, aż za dobrze. – Raczej złożyć kondolencje - odpowiedział, czym wprawił damę w zmieszanie. Odszedł pośpiesznie w kierunku obrazu. – Mimo wszystko muszę wykonać zadanie.

Był już na miejscu, zaczął rozglądać się nerwowo w poszukiwaniu swojego celu. Nie było go. Nie było informatora. Miał tu na niego czekać… Musieli dopaść go wcześniej. Ale jego przecież nie zabiją. Nie tutaj, zbyt wielu gapiów.
Uspokoił się i stanął przed obrazem. Jeden wystrzał, drugi, trzeci… Gabriel osunął się na ziemię. A więc jednak. Dopadli go… Ostatnie, co usłyszał to – Nie będę więcej strzelał. Zamknął oczy. Zmarł

17.11.2017 14:16
176
odpowiedz
Haako
10
Legionista

15 lipca 1410, Grunwald.

Bitwa trwa już dobre kilka godzin, a obie strony walczą zaciekle. Choć na prawej flance, jazda Krzyżacka rzuciła się za w pogoń Litwinami, mimo to bitwa piechoty na lewej flance była nadal nierozstrzygnięta. Zawisza Czarny zaczął powoli się niecierpliwić, bo nadal nie zbliżył się do Templariusza.

Nagle, jego towarzysz, Mściwoj ze Skrzyńska, wskazał lukę w formacji wroga. Nie myśląc dłużej, obaj rzucili się do przodu, ale niespodziewanie dwóch rycerzy stanęło im na drodze. Mściwoj w dobrym momencie odskoczył i zaczął walczyć z wrogiem, ale Zawisza wylądował na ziemi. Wtem, przeciwnik uniósł dwuręczny miecz, aby zadać ostateczny cios. Jednakże Asasyni słyną nie tylko ze sprawnego władania bronią białą, ale również mają zawsze kilka forteli w zanadrzu. Zawisza wyjmuje ukryty sztylet i dźga wroga w kolano, które nie było zasłonięte pancerzem. Wybiło to z rytmu rycerza, lecz tylko na krótką chwilę, bo ten znów zebrał się do ciosu. Ni stąd, ni zowąd, nagle zamarł w jednej pozycji, po czym zaczął krzyczeć i wymachiwać mieczem na wszystkie strony niczym opętany. Zranił kilku swoich towarzyszy i stworzył spore zamieszanie. „Nie ma jak stara, dobra trucizna szaleństwa” – pomyślał Zawisza – „muszę jej częściej używać. Daje takie piękne efekty.”

Teraz przygotował się, aby ruszyć w stronę Templariusza. Polacy zaczęli śmiało napierać, podczas gdy Krzyżacy ledwo trzymali linię, a oszalały rycerz został otoczony przez swoich towarzyszy. „To jest ten moment” – rzekł do siebie. Odbił się od ziemi i zaczął biec bez wytchnienia. Jego cel nie spodziewał się ataku. Patrzył w przeciwną stronę i obserwował jak Kawaleria Zakonu powracała na pole bitwy po pościgu za Litwinami. Lecz kiedy obejrzał się w stronę walczących, zobaczył tylko zakapturzoną postać. Asasyn wbił właśnie swoje ostrze w odsłonięty bok zbroi Wielkiego Mistrza Zakonu Krzyżackiego.

Zawisza położył powoli na ziemię umierającego wroga, który był również mistrzem Templariuszy na wschodnią Europę. Mściwoj rychło podbiegł do Zawiszy i zaczął do niego mówić oraz szarpać go za ramię. Czas jednak zaczął jakby zwalniać, wręcz się zatrzymał. Odgłosy bitwy umilkły na chwilę, a okolice zaszła biała mgła, aż zostali sami pośród pustki.

– Nie! To nie może być koniec! Nie mogli mnie pokonać ci przeklęci Słowianie! – wyjęczał Ulrich von Jungingen.
– Twój czas dobiega końca! Nie będziesz więcej uciskał wolnych ludzi. – odrzekł mu spokojnie Zawisza.
– Co?! Asasyn… Ty nie rozumiesz! Twoje bractwo jest zaślepione ratowaniem niewinnych i słabych ludzi. Wy nie myślicie w szerszej perspektywie!
– To czym jest ta perspektywa? „Nawracaniem” ogniem i mieczem? To odbieranie ziemi, która od wieków była w posiadaniu wolnych ludzi i tworzenie własnego państwa na ich zgliszczach?
– Mogliśmy tutaj stworzyć coś pięknego… Ład i porządek, Państwo zbudowane w oparciu o dyscyplinę… Wtedy, nastałby pokój…
– … żeby łatwiej było kontrolować ludzi – przerwał mu Zawisza – Tak, słyszałem ową rzecz nie pierwszy raz. Powiedz lepiej, gdzie To jest? Gdzie jest Relikwia?
– Nie tutaj… Nie mam jej przy sobie. Nadal jest w Malborku, ale ten zamek jest nie do zdobycia… – jego głos zaczął słabnąć – Dla Templariuszy, Zakon Krzyżacki jest znakomitym fundamentem na podwaliny naszej wizji, a Relikwia tylko nam to ułatwi… Jeśli myślisz, że moja śmierć coś zmieni, to się niebywale mylisz. Nasza wizja jeszcze się ziści… – Ulrich nie miał już sił dalej mówić, a ciało odmówiło mu posłuszeństwa.
– Nie. Twoja wizja, umiera wraz z Tobą. Spoczywaj w pokoju.

post wyedytowany przez Haako 2017-11-17 14:19:38
17.11.2017 15:25
177
odpowiedz
J@cob
0
Junior


22 sierpnia rok 1649
Zwą mnie Remigiusz. Liczę 25 wiosen. Moja historia jest opowieścią o człowieku, który kryje w sobie mroczną tajemnicę.
Urodziłem się w małej wsi na Ukrainie. Razem z siostrą Anastazją przeżyliśmy wiele trudnych chwil. Gdy miałem 6 lat, napadli na wioskę Kozacy, którzy zamordowali naszych rodziców, a mnie i siostrę porwali. Kozak, który przewodził grupie, był nazywany przez swoich towarzyszy Monetą. Uczono nas skradania, kradzieży i sztuk walki. Moneta zmuszał nas do złych rzeczy i nie lubił nieposłuszeństwa. Kiedyś gdy kazał mi uderzyć Anastazję, ponieważ odmówiła kradzieży, coś we mnie pękło i sprzeciwiłem się. Na ustach reszty rzezimieszków momentalnie pojawił się zadziorny uśmiech. Moneta poczerwieniał i złapał mnie za rękę, po czym przyłożył ją do drewnianego stolika. Z kieszeni wyciągnął nóż i starą antyczną monetę. Powiedział, że to los zadecyduje o moim życiu. Na awersie monety był miecz, na rewersie tarcza. Po chwili moneta wzleciała w górę i upadła, a w blasku słońca połyskiwał znak miecza. Moneta szybkim ruchem odciął mi środkowego palca i wrzucił mnie wraz z Anastazją do klatki. Zemdlałem… W nocy siostra obudziła mnie gwałtownie, bo zauważyła, że coś się dzieje w obozie. Trzy postacie w kapturach nasuniętych na głowy przedostały się do strzeżonej bazy Monety. Jedna z tajemniczych postaci kierowała się w stronę klatki, podczas gdy dwie sprawnie unieszkodliwiły bandę Monety. Tą postacią była kobieta o krótkich włosach, która nakazała milczeć i wytrychem otworzyła klatkę. Szepnęła: „Jesteśmy przyjaciółmi, od teraz czeka was lepsze życie”. Tak właśnie dołączyliśmy do zakonu Asasynów. Od tamtego wydarzenia minęło wiele lat wypełnionych szkoleniami u boku wspaniałych patriotów. Zostaliśmy cichymi zabójcami stojącymi na straży honoru i równości.
Dzisiaj dostaliśmy informacje, że Zbaraż jest oblężony i dowódcy potrzebują wsparcia. Nie wiele myśląc, zgłosiłem się na ochotnika. Nalegałem, by moja siostra została, ale była nieugięta. Niedługo później dojechaliśmy na miejsce. Już z daleka było widać połyskujące działa wroga. Twierdza była świetnie ufortyfikowana, lecz jej obrońcy byli skrajnie przemęczeni, odwodnieni i bardzo głodni. Gdy zauważyli nas, od razu przybiegli. Dzięki naszym zapasom i wsparciu mogli chociaż trochę odbudować morale. Jeden z dowódców obrony – Andrzej Firlej zaprosił mnie, Anastazję i króla do swojej komnaty, by przygotować plan. W obradach uczestniczyli też Mikołaj Ostroróg i Jeremi Wiśniowiecki. Walki trwały już bardzo długo, więc obie strony zaczęły popełniać błędy. Firlej wiedział, że jesteśmy specjalistami od działania w cieniu. Stwierdził, że powinniśmy zaatakować w nocy. Celem głównym było zabicie Bohdana Chmielnickiego - przywódcę Kozaków.
Nastała noc. Po dokładnej obserwacji wroga zdecydowałem, że zaatakujemy z dwóch stron: ja zajmę się Chmielnickim, a Anastazja zapewni mi drogę ucieczki w razie, gdy sprawy potoczyłyby się nie po naszej myśli. Prześlizgnięcie obok namiotów nie było łatwe ze względu na to, że wielu Kozaków nie spało. Poruszałem się niczym duch, aż doszedłem do czerwonego namiotu, w którym był Chmielnicki. Wszedłem i szybkim pchnięciem ostrza pozbawiłem go życia. To był czas zemsty! Chwilę później zniknąłem niezauważony przez nikogo…

17.11.2017 16:27
178
odpowiedz
Jurak93
0
Junior

Z ciemności za oknem dochodziły ciche, odległe, nieustające wystrzały walczących, nierzadko przecinane krzykami ludzi. Za drzwiami słychać przytłumione odgłosy pospiesznego ostrzenia kolejnych szabli. Od trzech dni przynoszono je zza murów Zbaraża, gdzie okopały się wojska broniące twierdzy. Pokój na poddaszu został on oddany bezpośrednio Bohdanowi na czas obrony twierdzy.

Odległy szum bitewny przerwało gwałtowne otwarcie bocznych drzwi kwatery Bohdana. Chmielnicki szybkim krokiem podszedł do grubo ciosanego biurka. Energicznym ruchem ręki zrzucił z niego mapy i kałamarz. Ten głośno rozprysł się na setki kawałków, a atrament rozlał się wokół butów hetmana, tworząc iskrzącą się w blasku świec granatową kałużę.

- Gdzie ja to… - niemal warczał na siebie Chmielnicki, gorączkowo przeszukując kolejne szuflady stołu. W końcu znalazł misternie zdobione pudełko, w którym zmieściłby się kamień wielkości ludzkiej dłoni. „Opiekuj się, to ważniejsze niż wszystko, co w życiu miałeś w rękach. Ktoś po to przyjdzie. Poznasz go po tym: ” I tu narysowany na kartce czerwony krzyż. Nie wiedział, co to za krzyż, ale nie miał zamiaru zawieść tajemniczego jegomościa, który mu to wręczył miesiąc temu i obiecał fortunę za przetrzymanie do zimy. 13 lipca. Jeszcze tyle czasu. Warto. - Nie wiem, czemu Tatarzy tak chcą tego jajka, ale nie zamierzam im go oddać. - Dodał, chciwym wzrokiem wpatrując się w obracaną w rękach szkatułkę.

Świeca zamigotała od nagłego ruchu powietrza za jego plecami, a potem szybko zaczęła przygasać. Nie. Obraz zaczął się rozmywać. Mięśnie zaczęły wiotczeć. Kolana uginać się. Wypuścił z ręki pudełko. Ostatnie, co zapamiętał, to fakt, że nie uderzyło o podłogę. Jego bezwładne ciało kilka sekund później jednak tak.

Zakapturzona postać złapała spadającą szkatułkę wyciągniętą ręką. Wślizgnęła się chwilę wcześniej do pokoju przez niezamknięte przez hetmana drzwi. Spojrzała na przeciwległy, nieoświetlony kąt.

- Znowu bezpieczne. Musimy się teraz tylko stąd wydostać.

- Tak. - odpowiedział mu kobiecy głos. Druga postać, w głęboko nasuniętym na czoło kapturze weszła w krąg światła i schowała pustą rurkę pod szatę, rurkę bez strzałki paraliżującej. Podeszła do okna i otworzyła je na oścież, wpuszczając do środka powietrze o zapachu prochu strzelniczego. - Zgodnie z planem. Wóz stoi na dole.

Jeden po drugim, dwójka napastników wyskoczyła przez okno. Nie było słychać uderzenia, jedynie trzask słomy pod ciężarem spadającego ciała. Dwa razy jeszcze w świetle pochodni ich sylwetki odbiły się na tle murów twierdzy, po czym jak koty przeskoczyły nad nimi.

Juru nie rozumiał. Niczego. Kilka godzin temu wszedł do pokoju gnany chciwością. Chciał ukraść zawartość szkatułki, którą hetman tak pieczołowicie oglądał wieczorami. Po wyjęciu dziwnej kulki ze środka i zastąpieniu jej odłamanym jelcem szabli dla zachowania wagi pudełka, usłyszał kroki. Zamknął szkatułkę i z kulą w dłoniach schował się w szafie.

Pierwszy łotr – jak się później okazało – kobieta, schował się w cieniu i czekał. Juru zauważył wyszyty na jej plecach charakterystyczny trójkąt, jakby dwa skrzyżowane sztylety. Taki sam jak na plecach tego drugiego.

Trójkąt i krzyż. Nie rozumiał, co oznaczają. Wiedział, że jest w posiadaniu czegoś, czego chcą. I jednych, i drugich musi zatem unikać.

Nie chciał ryzykować wykrycia. Cicho wyszedł z pokoju, zostawiając za sobą rozwiane mapy, ciało oblane atramentem niczym krwią i otwarte okno. Rozpłynął się w tajnym wyjściu ewakuacyjnym.

A co zrobi z dziwną kulką – jeszcze nie zdecydował.

17.11.2017 16:38
179
odpowiedz
wlodzix®
92
Zapach starca

Z ukrytego notatnika Marii Skłodowskiej-Curie ( odnaleziony w 1974 przez córkę Marii Eve ).

Gdy pierwszy raz ujrzałam i usłyszałam swego przyszłego męża Pierre, od początku stało się dla mnie jasne, że jest on człowiekiem z którym wiele mnie łączy. Do wspólnego języka i zainteresowań, doszła niedługo wspólna miłość, którą się darzyliśmy. Naturalnym następstwem tego stał się związek małżeński, który zawarliśmy później. Jednak podczas naszej podróży poślubnej na rowerach, pierwszy raz pojawiła się w mojej głowie myśl, że jednak nie wszystko wiem o swoim mężu. W pewnym momencie podróży Pierre ujrzał bardzo stromą uliczkę oświetloną latarniami. Bez większego namysłu postanowił z niej zjechać, wybijając się w pewnym momencie z siodełka roweru do góry, aby wskoczyć na latarnie, i następnie w biegu wskakiwać z jednej na drugą, a na końcu wskoczyć z powrotem na rower. Widząc to pomyślałam, że mój mąż poza genialnym umysłem oznacza się równie genialnymi zdolnościami manualnymi, jednak jak się okazało później, wyjaśnienie tego incydentu było bardziej zawiłe.

Nasze wspólne dni wypełnione były pracą naukową. Doprowadziło nas to w końcu do odkrycia polonu w lipcu 1898 roku i radu kilka miesięcy później. Pierre choć sprawiający wrażenie podekscytowanego kolejnymi odkryciami, jednocześnie sprawiał wrażenie człowieka wręcz osaczonego. Nieustannie wyglądał przez okna naszej pracowni, mając przy tym często obłęd w oczach. Znikał również często na długie godziny, jednak nigdy nie dociekałam gdzie właściwie był, ponieważ intuicja podpowiadała mi, że i tak nie dostanę szczerej odpowiedzi. Choć muszę przyznać, że bardzo interesowało mnie czym mój mąż zajmował się poza naszą wspólną pracą.

W końcu pewnego dnia łzy szczęścia związane z sukcesami, zmieniły się w łzy rozpaczy po stracie ukochanego męża, który zginął w wypadku z udziałem konnego wozu ciężarkowego. Wspomnienia dawnych dni i ból po utracie ukochanego męża trwały długie dni i noce. Pewnej usłanej bólem nocy, przebierając w ubraniach Pierre’a, znalazłam list napisany przez ukochanego. Jak się od razu przekonałam, skierowany był do mnie, i miał mi zostać wręczony pewnego dnia. Jego treść brzmiała następująco:

Kochana Mario. Nie będę Ci w tym liście opowiadał jak długa i mozolna jest walka dobra ze złem. Bo choć zapewne uznasz to za rzecz w kategoriach fikcji i fantazji, taka właśnie walka prowadzona jest od setek lat na całym świecie. Prowadzą ją źli Templariusze, którzy dążą do kontroli nad całym światem, i Assasyni próbujący do tego nie dopuścić. Piszę Ci to, ponieważ byłem jednym z nich. Tak Mario – byłem assasynem. Używam słowa byłem, gdyż jeśli to czytasz, to zapewne już nie żyje. I musisz wiedzieć, że nasze małżeństwo choć oparte w głównej mierze na miłości, było również konieczne by chronić Ciebie i twoje jak się okazało później, tak istotne dla nauki i świata odkrycia przed plugawymi łapskami Templariuszy, którzy mogli by je przejąć bez wahania na własny, niekorzystny dla świata użytek. Albowiem podejrzenia wśród braci Assasynów krążyły, jakoby Templariusze planowali podjąć się na podstawie tych ważnych odkryć zbudowania bliżej nie określonej, lecz na pewno strasznej dla ludzkości broni, która mogłaby wpłynąć na losy świata i panujący na nim porządek.

Koniec zapisu w notatniku. Na samym dole strony zapisane mało starannie pytanie – dlaczego?

17.11.2017 17:15
180
odpowiedz
BvBuster
6
Legionista

Dwa nagie miecze wręczone Polakom oznaczały tylko wezwanie do bitwy. Ta nastała po dwóch dniach. Zakon Krzyżacki zgromadził swój oddział, który stanął na polanach grunwaldzkich w upale letniego słońca. Zaś liczniejsza armia Jagiełły i Witolda odpoczywała w lesie. Wygrana zdawała się być po stronie Polaków. Jednak sztandar o potężnej mocy dzierżony przez Ulricha mógł odmienić wszystko.
- Właśnie przybył Zawisza Czarny - oznajmił jeden z rycerzy.
Przybysz stanął naprzeciw Króla, uklęknął, złożył szacunek.
- Na wieść o waszych planach powróciłem do Polski, by bitwę na śmierć i życie z Zakonem stoczyć!
Wstał i dumnie spojrzał po twarzach ważnych jegomości.
Niebo zakryły chmury, które wypuściły lekki deszcz, a z pól grunwaldzkich dobył się świst kul armatnich.
Walka się rozpoczęła.
- Od tej bitwy zależy przyszłość całej Europy! - Wrzasnął Książę Witold.
Jego oddział jako pierwszy ruszył na bitwę.
Pierwsi polegli padli na ziemię.
Ulrich von Jungingen uniósł białą chorągiew ze złotym krzyżem. Ta zalśniła złotym blaskiem. Wydobywała się z niej jakaś obca energia. Pobudziła ona strach w wojskach litewskich. Rycerze zaczęli się wycofywać.
- Wracać do walki! - Wydarł Książę Witold.
Krzyki nic nie dały. Całej sytuacji na niewielkim pagórku przyglądał się Jagiełło. Klął na moc potężnego artefaktu.
Wydał rozkaz.
Na wroga natarła armia, a wraz z nią Zawisza Czarny. Przedzierał się między walczącymi wojownikami, by dostać się do największego przeciwnika.
W końcu stanął naprzeciw niemu. Wiedział o mocy fragmentu edenu. Nie opierał się jej. Trwał w zamyśle zdobycia sztandaru. Ruszył na wroga z wyciągnięta szablą.
Tymczasem na Króla Polski rzuciła się wataha krzyżaków wraz z Dypoldem. Jagiełło odparł jego atak, lecz nadal był w niebezpieczeństwie. Sytuację tę dostrzegł Zbigniew Olesiński. Szybko udał się do przeciwnika.
Zderzyły się ostrza ich mieczy, a po chwili te dzierżące przez Polaka przebiło ciało krzyżaka.
Walka między Jungingenem, a Zawiszą trwała nadal. Oddawali na siebie groźne spojrzenia, atakowali się.
- Zwycięzcą może być tylko jeden z nas - poinformował Książę spod krzyżowej chorągwi.
- Gdy z tobą skończę, odbiorę coś co nigdy nie powinno się znaleźć w twoich dłoniach i zwrócę memu Bractwu!
Ich konie stanęły naprzeciw siebie. Rycerze chwytając mocno w dłoniach swoje bronie czekali na odpowiedni moment.
Ruszyli.
Zbliżali się do siebie nieubłagalnie.
Stało się.
Ulrich spadł z konia wraz ze sztandarem, lecz to nie był jego koniec. Czarnowłosy rycerz biegł na swym koniu by dobić wroga. Gdy był tuż przed nim, zeskoczył z wierzchowca.
Wbił swe ukryte ostrze w krtań Księcia.
- Cóż za plama na honorze, być pokonanym przez asasyna. Zakon się zawiedzie!
Mówiąc to krztusił się swoją krwią.
- Rozumiem twe zmartwienia. Lecz teraz dzięki odebraniu tobie artefaktu Zakon Krzyżacki upadnie.
Wielki mistrz zaśmiał się chrząkając.
- Może i upadnie, ale nigdy nie zniszczycie Zakonu Templariuszy, skrywający się w cieniu bandyci!
Wyzionął ducha. Krew z jego ciała spłynęła strumykiem na chorągiew przebarwiając ją na karmazynowy kolor. Zawisza wyrwał ją ze sztandaru, a następnie spojrzał się ku sobie.
Teraz wygrana leżała zdecydowanie po stronie polsko-litewskiej. Krzyżaccy rycerze ginęli w popłochu.
Przegrali.
Nastał koniec bitwy. Pozostali żywi wznieśli radosne krzyki. Zawisza Czarny dotarł do Króla. Kucnął przed nim z powagą wręczając mu złotą chorągiew.
- Jestem z ciebie dumny, rycerzu! Twoje zasługi zostaną zapisane - podał Król Władysław.
- To był dla mnie zaszczyt!

17.11.2017 17:31
181
odpowiedz
Yasqo
0
Junior

Kraków, 10 lipca 1410 roku

Zawsze przy zleceniach postępujemy tak samo, niezależnie od tego kto ma paść naszą ofiarą. Taką samą wartość ma dla nas życie pucybuta, króla, zakonnika, czy wielkiego mistrza. Zawsze postępujemy identycznie i zgodnie z kodeksem, tym razem jednak mam problem z przeprowadzeniem rzetelnego osądu.
Do tej pory niemalże jawnie wspieraliśmy króla Władysława i jego dwór w dążeniach do odbudowy potęgi Królestwa Polskiego, jednak ostatnie wydarzenia mogą postawić kres naszej dalszej współpracy. Okazało się, że król nie planuje jedynie zniszczyć Zakonu Szpitala Najświętszej Maryi Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie, on planuje przejąć jego wpływy na terenie środkowej Europy i Lewantu. W takiej sytuacji musimy raz jeszcze sprawdzić cały stan rzeczy i przygotować ewentualne kroki.

Zamek Gryfitów, 11 lipca 1410 roku

Po rozmowie ze Świętoborem, księciem szczecińskim, zdobyłem nowe dowody potwierdzające nasze spekulacje odnośnie polskiego króla, planuje on połączyć swoje siły z Zygmuntem Luksemburskim w walce o koronę niemiecką i dalej o koronę cesarską. Następnym ich celem ma być podbój Lewantu z Jeruzalem na czele. Nie możemy do tego dopuścić!

Gdańsk, 12 lipca 1410 roku

Dzisiaj ustaliłem ze swoimi współbraćmi szczegóły planu. Wojska Zakonu, ukrytego pod piękną nazwą w celu ukrycia swoich prawdziwych mocodawców. Za 3 dni wojska mają się spotkać w walnej bitwie na polach pod wsią Grunwald. Wtedy zamierzam uderzyć i odrąbać hydrze obydwie głowy, muszę jednak uważać, aby nie dać zwyciężyć wojskom Zakonu. Będę potrzebował doskonałego planu, aby wyjść cało z tej potyczki, to zupełnie nie w stylu asasyna.

Toruń, 13 lipca 1410 roku

Próbują mnie namierzyć, zabili już kilku moich informatorów, nie mogę się teraz poddać, ale nie mogę też za bardzo się wychylać. Muszę przeczekać.

Ostróda, 14 lipca 1410 roku

Na polach Grunwaldzkich zaczęła się rozbijać obca armia. To na pewno nie Polacy, Litwini czy Krzyżacy. Jeśli mnie wzrok nie myli to wojska Dżalal ad-Dina, syna Złotej Ordy chańskiej. Ich zamiary na pewno nie są czyste, chociaż kiedyś współpracowali z nami.

15 lipca 1410 roku

To dzisiaj, wielki dzień, w którym wypełni się los. Niech moje ostrze będzie moim przewodnikiem wśród zgiełku bitwy. Niech moje strzały docierają do celu. Niech moje myśli będą jasne. Niech moi przodkowie wspierają mnie w godzinie próby.

Spełniłem swoją powinność, teraz muszę uciec w mrok i przeczekać zawieruchę. Polski król uszedł z życiem, ale Ulrich zdążył wyszeptać nazwisko przed swoją śmiercią – Matylda z Canossy. Czyżby Zakon Rycerzy Tau też był zaangażowany w spisek? Muszę wezwać braci do naszej twierdzy i razem postanowimy co zrobimy z nowymi informacjami. Powinniśmy poszukać informacji o Rycerzach świętego Jakuba i wejść w ich szeregi, aby poznać ich rolę w planie nowego ukształtowania świata. Dawniej myśleliśmy, że tylko Templariusze są naszym problemem, jednak ich ostrza sięgają głębiej i są bardziej skryte niż mogliśmy się spodziewać.
Tymczasem jednak moje zadanie dobiegło końca.

17.11.2017 17:55
182
odpowiedz
yans20
21
Legionista

Białe marmury owalnego gabinetu podtrzymywały kolumny szklanych regałów, na których pedantycznie ułożone, prężyły się bogato zdobione grzbiety setek ksiąg pamiętających czasy początków wielu cywilizcji. Ogniki refleksów zachodzącego słońca, którego promienie wpadały przez olbrzymie okna wieżowca, tańczyły refleksami na powierzchniach wielu unikatowych artefaktów z czasów 2 Wojny Światowej. Ich właściciel, Dyrektor polskiego oddziału Abstergo Industries wpatrzony w horyzont, zdawał się widzieć przez chmury skąpane w odcieniach różu zachodzącego słońca, z zadumy wyrwał go dźwięk komunikatora. - Słucham. Gabinet wypełnił miły głos sekretarki. - Dyrektorze Gambrinus, przypominam o wykładzie dla dzieci naszych pracowników. Mężczyzna strzepną niewidzialny pyłek z eleganckiego szarego garnituru, najnowszego krzyku mody wśród dyrektorów Abstergo, - Dziękuję Moniko, na dziś to wszystko.

Aulę wykładową uniwersytetu Abstergo wypełniły entuzjastyczne oklaski, Dyrektor przywitał studentów szerokim uśmiechem. - Dawno temu. Na sali nastała cisza. - Pewien mądry góral powiedział. Dyrektor zrobił efektowną pauzę. - Są trzy rodzaje prawdy, świento prawda, tys prawda i ta trzecia, sami wiecie jaka. Aulę wypełnił gromki śmiech. - Nasz zakon jest elitą, to MY tworzymy prawdę! Tak było, jest i będzie! Oklaski zdawały się nie mieć końca. - Nic nie jest prawdziwe, wszystko jest dozwolone. Od tysiącleci z takimi słowami na ustach szli w bój z naszym zakonem, najwięksi terroryści znani ludzkości, nasi najwięksi wrogowie, assassyni. Nie inaczej było podczas naszego spektakularnego zwycięstwa na polach pod Grunwaldem 15 lipca 1410r. Niczym wirus zabójcy przeniknęli w szeregi zakonu Krzyżackiego, knując i podszeptując Urlichowi von Jungingenowi nieroztropne działania, których konsekwencją była zdrada Urlicha wobec zakonu Templariuszy. Decyzje zapadały szybko. Księstwo Mazowieckie, Płockie, Belskie, wystawiło dzielnych mężów. Hospodarstwo Mołdawskie, Podole, litewskie lenna na Rusi wyszykowali swoje wojska. Dzięki hojności zakonu Templariuszy, sypnięto złotem na najemników z Czech, Moraw i małych państewek ze Śląska. Duma zakonu Templariuszy, książę Lingwen Semena z Nowogrodu Wielkiego, dołączył do króla Polski Władysława II Jagiełły i wielkiego księcia litewskiego Witolda, jako doradca, wybitny strateg, szkolony w naszym zakonie przez najlepszych historyków w dziejach świata. Dyrektor polskiego oddziału Abstergo słynął w zakonie z elokwencji i krasomówstwa, z pasją opowiadał o niuansach strategicznych, detalach terenów Grunwaldu, sposobach wytwarzania broni białej templariuszy oraz ostrzy zabójców, heroicznych wyczynach na polu walki mniej znanych Templariuszy z liczniejszymi grupami zabójców, z których wychodzili zwycięsko, studenci chłonęli wszystko z wypiekami na twarzy. - Jeden z zabójców, chorąży Jan Sarnowski próbował uszczuplić wojska Polskie i namówił najemników Z Czech i Moraw do ucieczki, Templariusz Jan Trąba powstrzymał go, a wierny, sławny kronikarz zakonu, Jan Długosz, opisał całe zajście. Moi drodzy, historię piszą zwycięzcy, jesteście przyszłością Zakonu Templariuszy, Zakon nigdy się nie podda, wygramy każdy bój z zabójcami, to MY jesteśmy prawdą! Studenci nagrodzili wykład owacjami na stojąco, oklaskom nie było końca, Dyrektor Gambrinus ukłonił się uśmiechając się szelmowsko.

post wyedytowany przez yans20 2017-11-17 17:59:36
17.11.2017 18:34
183
odpowiedz
StgWasser
0
Junior

RAPORT POOPERACYJNY ABSTERGO – DZIAŁ SPRAW WEWNĘTRZNYCH – OPRACOWANIE 3/POL/1922

Od początku listopada 1922 roku lokalna komórka Templariuszy miała wyznaczony za cel wpłynąć na wybór prezydenta Rzeczpospolitej Polskiej. Zamoyski (Agent 799PL/785, pseudonim Herod), który był pod wpływem komórki (dzięki obciążającym materiałom i socjotechnikom), miał zostać prezydentem, dzięki czemu Templariusze mogliby kreować politykę wspierającą działania pozostałych komórek.

Błędy i zaniedbania popełnione przez Operatorów doprowadziły do tego, że w dniu 9 grudnia 1922 roku na stanowisko prezydenta został wybrany Gabriel Narutowicz – postać, którą podejrzewano o bliską lub dalszą współpracę z asasynami (precyzyjną sylwetkę zakonu asasynów na ziemiach Polskich znajduje się w raporcie 45/POL/1922).

W celu kontroli sytuacji opracowano trzystopniowy plan:
1. Utworzenie demonstracji przy wykorzystaniu przychylnych posłów
2. Kreowanie wizerunku Narutowicza w prasie jako tryumfu obcych państw i klęski dla narodu
3. Eliminacja celu

Do realizacji punktu trzeciego wykorzystano Eligiusza Niewiadomskiego (Agent 47PL/649, pseudonim Zapalnik), za którego odpowiedzialny był Templariusz Adam Kosmykołowicz. Dostarczone przez zachodnich Templariuszy medykamenty oraz umiejętności Operatora pozwoliły na przygotowanie zamachu, którego datę wyznaczono na 16 grudnia 1922 roku. Zadanie zostało wykonane, gdy Agent trzykrotnie pociągnął za spust broni. Nie odnotowano w tym czasie aktywności asasynów, co można uznać za sukces komórki w wyborze miejsca zamachu. Jednocześnie uznano, że dalszy kontakt z Niewiadomskim jest zbyteczny i wykreślono go z listy współpracowników.

Po dalszych próbach obsadzenia stanowiska prezydenta zdecydowano się na porzucenie sprawy Polskiej i skupienie się na krajach sąsiedzkich i możliwej likwidacji nieprzychylnych struktur asasynów przy pomocy młota, a nie skalpela.

Agent Gal Anonim – data opracowania 16 marca 1996 – Abstergo Polska z siedzibą w Warszawie

Dokument do wglądu na szczeblach A12-A9, na niższych jedynie przy wykonaniu poprzedniej korekty pseudonimów i nazwisk agentów.

17.11.2017 18:40
184
odpowiedz
CheshireDog
57
Desk jockey

Maksym siedział nieopodal namiotu Chmielnickiego. Pisał on w spokoju list na zdobycznym szwedzkim stole. Wieczór się zbliżał, więc świece okazały się nieocenione.

Drogi Batko,

Pludracką twierdzę oblegamy już dzień kolejny. Ni skarbów, ni jeńców jeszcze nie mamy. Wojska Korony parszywe przed murami się okopały, więc wpierw musimy ich tam pokonać. Armaty zamku dokuczają nam ciągle, a nasze jakoś rady dać im nie mogą. Sam hetman Chmielnicki dba o mnie jak o syna rodzonego. Ja za to mu radą i szablą służę, a nie spocznę dopóki do cna nie wygubię tych okrutników. A koniec walk nam bliski, ponoć już koninę w zamku jeść muszą, zaraz ich chęci do wojaczki odejdą. Ale piszę do Ciebie w jeno innej sprawie. Przyślij mi ziemi spod chutoru mojego, jakbym tu spocząć miał żeby mi mogiłkę własną ziemią nadsypali. Każdy kozak powinien móc umrzeć wolny z szablą w ręku a nie z inkaustem i piórem.
Maksym

Stefan Chmielnicki, swej pozycji nie zdobył bez powodów, albo przynajmniej tak uważał. Każdy wysłany list, nawet przez najbardziej zaufanych sprawdzał. W liście Maksyma jak zwykle wszystko było bez zastrzeżeń. Jednak prawda była inna. Od dawna sztuki maskowania wiadomości był znane, a tutaj zastosowano zwykły sok z cebuli.

Bracie,
Zadanie wykonane. Dopilnowałem, aby Skrzetuski wydostał się z oblężenia. Wojska króla przybędą tu niedługo. Rejony te będę jeszcze długo w ogniu walk, a ludzie mieszkający nie będą sobie ufać wiekami. Czekam na następna zadania. Co ważne bractwo Assasynów również podejmuje działania. W zgiełku walk zabijają najbardziej żądnych krwi i wojny ludzi. Tatarzy stracili już kolejnego z dowódców. Bractwo dąży do pokoju, jednak takie rany będą goić się zbyt długo. Co ważne ufa mi chan Islam Girej, może się on przydać do wykonania naszych planów. Pamiętaj o opóźnieniu pospolitego ruszenia. Ja sam postaram się tak kierować walkami tutaj, aby armia Chmielnickiego nie zdobyła Zbaraża.

Brat służebny Maksym

Tak wiele rzeczy zawsze było ukrytych przed oczami ogółu. Tak mało ludzi rozumiało, że to tylko zwycięzcy piszą historię. Templariusze mimo braku swoich sił zbrojonych potrafili prowadzić wojny i pogrążać narody. Oni mieli swoich ludzi blisko ważnych person. Czy to, jako doradców, czy jako przyjaciół. Namówienie Czaplińskiego do zajazdu nie było dla nich trudne. Jeszcze łatwiejsze było zachęcenie Chmielnickiego do zemsty. Takie proste sprawy a tyle krajów i nacji, zamiast się rozwijać w spokoju, zaczęło walczyć. Tym razem Templariusze wygrali, ale co przyniesie przyszłość, czy wygrają Assasyni?

17.11.2017 19:06
185
odpowiedz
Lechiander
51
Fuck Black Hole

- A więc przysłali ciebie – starszy mężczyzna przyglądał się wchodzącemu bezszelestnie do izby młodszemu osobnikowi.
- Mogłem się tego spodziewać, znając ich metody – podjął po chwili gospodarz – Zanim wykonasz swe zadanie, proszę jedynie o wysłuchanie mych słów.
Gdy młodzieniec po chwili zastanowienia usiadł czujnie na podsuniętym zydlu, starszy przyglądając mu się niemal z dostrzegalną miłością kontynuował.
- Zapewne słyszałeś o największej bitwie naszych czasów z odłamem Termplariuszy, Zakonem Szpitala Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie. Wiedz więc, że to ja do niej doprowadziłem.
Swego czasu miałem udać się do Portugalii i pomóc w osłabieniu Zakonu Rycerzy Chrystusa. Jednak z własnej i nieprzymuszonej woli przybyłem tutaj, co uznano za bunt i zdradę. Uważałem, iż ten Zakon stanowi o wiele większy problem, niż myśli nasze Bractwo, a pomijanie go jest zwykłą głupotą i bezmyślnością naszych Mentorów!
Pięć długich lat zajęło mi zbliżenie się do króla i zdobycie jego zaufania. Kiedy to osiągnąłem wywołanie wielkiej wojny nie było wyzwaniem. Cztery lata temu namówiłem króla i jego brata stryjecznego do prowokacji i wszczęcia buntu w dzielnicy, którą sami oddali Krzyżakom.
Po kolejnym roku nie było już odwrotu. Zakon zajął kolejne ziemie praktycznie bez walki. Kiedy w końcu zebrano armię i wyruszono na północ, był on powolny i żmudny. Z niecierpliwością poradziłem, aby zrobić most z okolicznych łódek, przeprawić się przez tutejszą największą rzekę. Mimo zaskoczenia Krzyżacy już na nas czekali na rozległych polach dnia pańskiego 15 lipca 1410.
Dzień był upalny, że Jerozolima by się nie powstydziła. Namówiłem króla, aby nie ustawiał jeszcze wojsk i trzymał ich w lesie, a w tym czasie miano odprawić, ile się da mszy św. Krzyżacy zaś stali w pełnym szyku i pełnym słońcu gotowi do boju. W końcu Wielki Mistrz Zakonu nie zdzierżył i przysłał dwóch posłów. Przynieśli dwa miecze i butnie przekazali je królowi, jakoby ich nam brakuje. Odprawiono jeszcze dwie msze i wreszcie wydano rozkaz ustawienia ustawienia się w polu. Cóż, bitwa oczywiście była długa i krwawa. Stałem z królem na wzgórzu i obserwowałem zmagania dwóch potęg i targały mną każde mięśnie, aby zlecieć w ten tłok blach, mieczy, włóczni, kopii, tarczy i innego wszelakiego żelastwa, kiedy jakiś rycerzyk przedarł się i zaczął na nas szarżować. Choć tyle miałem z tego z tego, że sam go ubiłem, a przy okazji ocaliłem władcę.
Po bitwie oczekiwałem szybkiego marszu na stolicę i dokończenia dzieła! Jednakże z niewiadomych dla mnie powodów król opóźniał marsz, tłumacząc się poddającymi bez walki na naszej drodze miastami. Wyjaśniałem, że to jest właśnie powód, dla którego nie wolno zwlekać, że nie można mieszkańców tych ziem zawieźć! Nic nie docierało.
Kiedy przybyliśmy pod mury twierdzy, obrońcy byli gotowi na długotrwałe oblężenie. A trzeba przyznać, że zamczysko prezentowało się groźnie i okazale. Nie mieliśmy szans je zdobyć. Tak więc, w ten sposób wszystko poszło na marne.
Wszystkie moje starania, aby osłabić Templariuszy zostały zniweczone przez nieudolność i zwykłe tchórzostwo! Poświęciłem swe życie i zbuntowałem się przeciw Bractwu. Przeze mnie oddało ducha wielu niewinnych ludzi. I coś, co mnie boli równie mocno, a może i najbardziej, to opuszczenie rodziny. Zaryzykowanie życiem moich najbliższych.
Nie błagam o litość. Próbuję wyjaśnić jeno, w imię czego to wszystko uczyniłem. I mam nadzieję synu, że mi to kiedyś wybaczysz. Ty i twoja matka. Dokończ swe zlecenie.
Młodzieniec wstał ze smutkiem w oczach…

17.11.2017 19:19
186
odpowiedz
kluha666
111
See you space cowboy

Usłyszał mocne pukanie do drzwi. Podekscytowany swoimi odkryciami nie zdążył nawet zmyć z siebie chemikaliów. Tuż za nimi stał młody mężczyzna o kruczoczarnych włosach ubrany w schludny surdut.
- Pierre Curie, jak mniemam? - zapytał z wyczuwalnym brytyjskim akcentem.
- W Anglii tak się witacie? - odpowiedział.
- Przepraszam. Gdzie moje maniery. - podał mu rękę - James Mearns.
- Pierre Curie, miło mi. - odwzajemnił uścisk.
- Nie zajmę panu wiele czasu, pozwoli mi pan, że wejdę. Od razu powiem, że chodzi o pańskie badania.
Pierre zaprosił nieznajomego do środka. W salonie siedziała żona Pierre'a, Maria oraz przyjaciel rodziny Gaston. Po przedstawieniu się domownikom, James przeszedł do sedna sprawy.
- Chodzi o badania, które państwo prowadzą. Nie chcę was obrażać, ale chcę odkupić od was wyniki waszych badań i wszystko co z nimi związane. - powiedział mężczyzna w surducie.
- Nie ma mowy! - powiedziała Maria. - wie pan, że nie chodzi nam o pieniądze. Ważna jest sama idea. Świat potrzebuje zmian a nasze odkrycia pomogą popchnąć o wszystko do przodu.
Mężczyzna wyjął kartkę papieru z zapisaną kwotą. Położył na stole i pchnął lekko w stronę Marii.
Gaston zwrócił uwagę na sygnet zdobiący jego serdeczny palec. Był na nim czerwony krzyż.
- Jeśli jednak państwo się zdecydują, to proszę mnie poszukać w brytyjskiej ambasadzie. Niech prowadzi nas Ojciec Zrozumienia - powiedział doniośle na koniec i wyszedł.
Maria podniosła kartkę i wyrzuciła ją do kosza.
- Wracajmy do badań. - powiedziała stanowczym tonem.
Pierre siedział dalej na sofie i nawet się nie poruszył. Gaston szturchnął go w ramię.
- No chodź! Badania czekają! - powiedział.
Temat tajemniczego mężczyzny więcej nie powrócił.
*
Napawał się dumą widząc swoich najlepszych przyjaciół odbierających Nagrodę Nobla. Poczuł się naprawdę szcęśliwy. Jako Asasyn nie mógł się przywiązywać do ludzi, niemniej ta dwójka była dla niego jak rodzina. Był szczęśliwym człowiekiem
*
Zlecenie wydawało się proste. Wyśledzić cel, zdobyć informacje a potem pozbyć się kapusia. Ktoś od dłuższego czasu dzielił się poufnymi informacjami dotyczącymi odkrycia małżeństwa Curie z Templariuszami. Dla Gastona było to jednak bardzo ważne zadanie. W końcu sam był częściowo odpowiedzialny za sukces przyjaciół. Z brytyjskiej ambasady wyszedł właśnie James Mearns. Jak zwykle w obstawie kilku strażników. Widok z dachu był doskonały. Rozświetlone latarnie ułatwiały śledzenie celu w ciemnościach. Mężczyzni wsiedli do powozu i ruszyli w stronę Pól Elizejskich. Gaston ruszył ponad głowami mieszkańców na trop. Cieszył go postęp w architekturze, który poczyniono na przestrzeni lat. Budynki były zbite, blisko siebie, dlatego poruszanie się górą było bardzo wygodne. Szkoda, że ceną rozwoju było usuwanie wozów z sianem.
Wóz nagle się zatrzymal. James wyszedł z niego sam i podszedł do stojącego w ciemnościach mężczyzny. Gaston niepostrzeżenie zbliżył się do rozmówców.
- Tak jak obiecałem. Oto reszta Twojej kwoty drogi Pierre! - powiedział James
Gastona zamurowało. Czyżby jego przyjaciel, był jednocześnie kapusiem?
*
Gaston po raz pierwszy poczuł to czego nie powinien. Miał wyrzuty sumienia, było mu żal ofiary, ale w Kodeksie niestety nie było ani słowa o takiej sytuacji. Wóz przyspieszył. Ich oczy spotkały się na moment. Nie mógł powstrzymać łez.

========================================

post wyedytowany przez kluha666 2017-11-17 19:30:51
17.11.2017 19:46
187
odpowiedz
crimson_m
0
Junior

Atmosfera była nadzwyczaj napięta, każdy to czuł – trzeci maja miał zostać zapamiętany jako dzień, w którym wszystko się zmieniło. Przyspieszono termin obrad, by wykorzystać nieobecność głównych przedstawicieli opozycji, którzy rozkoszowali się ostatnimi chwilami przerwy świątecznej. Oczywistym było, że templariusze postanowią rozwiązać problem w inny sposób, niż do tej pory planowali. W końcu mieli do czynienia z zamachem stanu.
Poinformowałem króla o swoich podejrzeniach. Odpowiedział, że Gwardia Królewska zapewni ochronę zamku, a przy samym tronie staną oddziały wojskowe z księciem Józefem Poniatowskim na czele.
- Wasza Wysokość, obawiam się, że to nie wystarczy. Atak z pewnością nadejdzie z ukrycia, a mordercą może okazać się każdy, nawet najbardziej zaufany przyjaciel. Jeśli pozwolisz mi rozejrzeć się po Zamku Królewskim, sam dopilnuję, by obrady przebiegły bez zakłóceń.
Stanisław August spojrzał na mnie i pokiwał głową.
- Adamie – powiedział – Masz moje błogosławieństwo. Postaraj się jednak nie pozbawić przez pomyłkę życia jakiegoś niewinnego oponenta, dość mamy problemów.
W jego głosie dało się wyczuć niepokój. Współautor tekstu Konstytucji, który tak bardzo pragnął zmian, obawiał się nie tylko o powodzenie planu, ale też o własne życie. Nie mogłem dopuścić, by ktoś zakłócił obrady. A tym razem, niestety, zmuszony byłem do działania w pojedynkę.

Ubrany w strój typowy dla służby – prosty, lecz jednocześnie wygodny i nieograniczający zbytnio ruchów, z ukrytym ostrzem zasłoniętym długim rękawem, spacerowałem po terenie zamku, co jakiś czas napotykając spieszących się posłów i senatorów. Wskazywałem im drogę do sali obrad, zachęcając by udali się do niej jak najszybciej.
W pewnym momencie moją uwagę przykuł elegancko ubrany mężczyzna, Rosjanin, jak wywnioskowałem na podstawie jego akcentu. Nie wdawał się zbytnio w dyskusje z innymi, nie poszedł też za nimi do sali, w której odbywały się obrady. Dostrzegłem, że rozmawia z jednym z oficerów i wręcza mu wypełnioną monetami sakiewkę.
Widząc z bliska rumianą twarz, rozpoznałem go. Dimitrij Romanov, były członek Bractwa, znienawidzony przez wszystkich asasynów oszust i morderca. Skierował się do jednej z komnat, otworzył ją kluczem i zamknął się w niej od środka. Musiałem szybko podjąć decyzję – wybiegłem na balkon, by z niego przeskoczyć na parapet i stamtąd podsłuchać rozmowę Rosjanina z innym, nieznanym mi mężczyzną.
- Przekupiłem oficera, by w razie konieczności odwrócił ode mnie uwagę. Mam szansę tylko na jeden szybki strzał, więc nie mogę jej zmarnować. Zabójstwo króla wywoła zamieszanie, a obrady zostaną przerwane. Ta konstytucja nie może zostać uchwalona.
Dostrzegłem, że Romanov ma na szyi dobrze znany mi znak – krzyż templariuszy. Popchnąłem okno, które na szczęście było otwarte, chcąc przykuć uwagę obu mężczyzn. Następnie szybko zawisłem, dłońmi przytrzymując się parapetu i trzymając ostrze w gotowości.
- Co to było? – zapytał Rosjanin, podchodząc do okna. Wyciągnął rękę, chcąc je zamknąć, lecz ja byłem szybszy. Złapałem go i, wbijając ostrze prosto w jego serce, pozbawiłem templariusza życia.
Drugi chciał uciec, lecz nie miał klucza pod ręką. Zdążyłem do niego doskoczyć i poderżnąć mu gardło, nim zdążył krzyknąć. Upadł, brudząc pokrytą drogim dywanem podłogę krwią.
Wtedy usłyszałem radosne okrzyki ludzi. Owacje dobiegały zarówno z zamku, jak i z zewnątrz. Wytarłem ręce z krwi i opuściłem budynek, wtapiając się w rozradowany tłum. Działamy w mroku, by służyć światłości. A jej czas właśnie nadszedł.

17.11.2017 19:53
188
odpowiedz
jacek2000
0
Junior

Bitwa pod Grunwaldem 1410:
Kim jestem? Jestem cieniem. Co tu robię? Wymierzam sprawiedliwość.
Wszystko zaczęło się już w XI wieku kiedy to powstał zakon krzyżacki. Był to osobny zakon nie był powiązany z templariuszami. Lecz i tak był sterowany, przez kogo?... templariuszy. My asasyni walczymy z nimi od niepamiętnych czasów. Ale przejdźmy do konkretów Krzyżacy przybyli do polski w 1226 roku na zaproszenie Konrada Mazowieckiego i od tamtej chwili powoli podbijali kraj polski… Wystarczy tej historii mamy 1410 roku a ja z moimi pobratymcami szykujemy się do bitwy. Mój mistrz uczył mnie że kiedyś do tego dojdzie. Asasyni zaproponowali Władysławowi Jagielle swoją pomoc ale będziemy walczyć w swój sposób. Przystał na nasze warunki i zaczęliśmy szykować się do bitwy, trenowaliśmy bez wytchnienia, planowaliśmy i podesłaliśmy kilka pomysłów królowi polskiemu. Polacy zorganizowali więcej wojsk i szykowaliśmy się do bitwy. 15 lipca 1410 zaczęła się bitwa pod Grunwaldem Polacy stali w cieniu pod drzewami był to nasz pomysł natomiast Krzyżacy w palącym słońcu. My natomiast ukryliśmy się w lesie i ruszyliśmy w odpowiednim momencie. Bitwa rozpoczęła się… byliśmy jak cień niezauważalni atakowaliśmy raz z razem i znikaliśmy. Była to moja największa bitwa… ale moim największym celem był Ulrich von Jungingen mistrz krzyżacki a tak naprawdę templariusz… ponoć zginą z rąk Mszczuja ze Skrzynna. Kto tak naprawdę go zabił?.. ja, dostał moją strzałą prosto w serce, dlaczego o tym nie wiecie? Strzeliłem z 200 metrów z ukryci byłem cieniem…Mszczuj go dobił i został uznany za tego który zabił Ulricha, lecz to byłem ja... Zwyciężyliśmy ale templariusze nadal istnieją tak jak i my Asasyni.
Puki istniejemy będziemy walczyć, może o nas nie słyszałeś, nie widziałeś, ale my jesteśmy bliżej nisz wam się zdaje.

17.11.2017 20:01
189
odpowiedz
paul181818
37
Generał


Było zaledwie kilka minut po dwunastej a już goście skupieni byli w westybulu, porozrzucani po ogromnym przedpokoju, w małych, rzekłoby się, sitwach, lecz nie przyszło
mi oceniać ludzi po pierworysie. Przyszło mi natomiast sterczeć gdzieś w kącie zdala od szlachetnej gromadki dyskutującej namiętnie o dorodnych obrazach czy uprzednich wyborach.
Atmosferę burzyło nieco zimne nieprzyjemne grudniowe powietrze uchodzące z podwórza, mimo, że stałem z dalsza od glównego wejścia , mi jednakże doskwierało ono najbardziej
tak jakby chciało mi coś przekazać. A może to dlatego, że nigdy nie lubiłem tej pory roku. Burzliwe dyskusje z różnych stron sali przeplatały mi się przez uszy, ucichły jednak
na chwilę, moje uszy natomiast wyłapały w tym momencie słowa..
-lada chwila...
Słowa jegomościa, który stał tuż obok mnie, który szepnął mi je do ucha.
-wspaniale...-odrzekłem
dobrze się spisałeś...
Po krótkiej chwili główne wejście do przedsionka otworzyło się tym samym tężąć wlot chłodnego wiatru i rzucając wzrok gości w jednym kierunku. Pierwej wstąpił on, sam prezydent
z wesołym grymasem, targając na butach resztki śniegu. Tuż za nim Prezes „Zachęty” z jeszcze większym grymasem na twarzy. Rozległy się oklaski.
-niech ci misja łatwą będzie- rzekł cicho towarzysz
-trudność istnieje tylko do momentu przyłożenia ostrza do gardła, Albercie, później to ino malizna.
Prezydent po chwili udał się do sal wystawowych.
-zresztą... - kontunuowałem
i tak jej nie będzie...
przekaż naszym, że misja została wykonana.
chociaż... i tak wiadomość ta rozniesie się szybciej niż twoje słowa. W każdym razie idź i czyn to co należy dla bractwa.
Towarzysz kiwnął niepewnie głową. Na jego twarzy malował się pewnien nieopisany smutek. Szybko jednak odszedł.
W westybulu było coraz mnie osób, toteż po chwili oglądu udałem się do sal wystawowych.Przechodząc tak obok bezcennych malowideł przez chwilę nie pomyślałem nawet by na któreś
spojrzeć, niestety, tym razem sztuka musiała milczeć, zresztą inni zdawali być się bardziej zainteresowani wizytą Narutowicza niźli skupiskiem pięknych malunków.
Najbardziej zainteresowany sztuką wydawał się być sam prezydent, który pochylał się nad jednym z obrazów przedstawiający zimowy pejzaż, kiedy akurat zachodziłem z naprzeciwka.
-nienawidzę zimy...- rzekłem ozięble
Narutowicz zerwał się znad obrazu i spojrzał na mnie dociekliwie.
-brud, zimno, zamęt - kontynuowałem
zresztą nie tylko na podwórzu.
Prezydent nieco przejęty moimi słowami zarzucił z powrotem wzrok na nietęgi pejzaż.
-potrzebny jest ktoś kto zrobi porządek, ktoś kto pozbędzie się tego zbędnego szronu- spojrzałem dogłębniej na obraz
Narutowicz uniósł głowę znad obrazu i rzekł spokojnie:
-każdy w życiu ma jakąś rolę którą należy zagrać jak najlepiej...
-jeden znosi szron , drugi musi się go pozbyć... Ty wypełniłeś swoją rolę doskonale, teraz moja kwestia...
Ostrze... na początku miało być to ostrze...
W końcu mamy działać w ukryciu.. Ale przecież nic nie jest prawdą, wszystko jest dozwolone. Tak to sobie tłumaczyłem. Bo coś mi wtedy powiedziało żebym strzelił, rozpalił
pewien 'ogień'. I rozpaliłem. Nawet trzykrotnie.

17.11.2017 20:08
190
odpowiedz
fuyumicchi
0
Junior

Ma najdroższa Adrianno.
Obawiam się, że może to być mój ostatni list, list pożegnalny. Mój Aniele, możliwe że po raz ostatni mogę wyznać Ci moją nieśmiertelną miłość jaką i Ty mnie obdarowałaś. Przez tyle lat, odkąd czarne loki delikatnie zakrywały Twe zarumienione, młodzieńcze lico. Czuję prze to zobowiązany być do wyjaśnienia Ci okoliczności płaczu mego serca. Zaczynając od początku, 1789 roku, zakon otrzymał informację od króla, Stanisława Poniatowskiego plany wyzbycia się władzy templariuszy w kraju. Przez wcześniejsze przysługi króla, zakon zgodził się pomóc jednocześnie korzystając z możliwości wyzbycia się wrogów. Podczas obrad Sejmu podjęto decyzję i rozpowszechniono przeświadczenie o konieczności przeprowadzenia reformy ustrojowej, aby odtrącić Templariuszy od władzy. Adrianno, to wszystko dla Was. Powołano Deputację, która wskazywała kierunek republikański. Templariusze kryjący się pod postaciami posłów przeciągali jednak dyskusję, dyskretnie chcąc odtrącić reformę. Adrianno, byłem świadkiem. Następnie dowiedziałem się, że bracia moi dotarli do odpowiednich osób i przez metody o których nie może myśleć Twoja anielska główka zdołali doprowadzić do decyzji o przeprowadzeniu wyboru nowych posłów. Królowi pomóc mieli ukryci Asasyni - Hugon Kołłątaj, Stanisław Małachowski oraz Ignacy Potocki. Dodatkowo sam król wybrał do pomocy również swojego sekretarza i lektora - Scipiona Piattolima. Projekt, moja Adrianno, przygotowano już w marcu 1791. Nie przedstawili go jednak, ponieważ templariusze poczęliby dyskusje i do reform by nie doszło. Król więc, pod ochroną mych braci poczęli prace poza sejmem, by pominąć procedury i głosowania wiedząc jakby się to skończyło. Korzystając więc ze świąt i nieobecności templariuszańskich postów oraz agitując posłów przyjaznych reformie wprowadzono projekt pod obrady. Aby przyczynić się do wprowadzenia ustawy ja, Edward Armiński, musiałem Adrianno, dokonać rzeczy których za największe bogactwa nie mógłbym Ci nigdy wyjawić. Nie śmiem nawet prosić o Twoje wybaczenie, lecz pamiętaj, że dla kraju Polskiego musiałem to wykonać. Termin posiedzenia przesunięto z 5 na 3 maja. Rozpoczęto je depeszami od posłów zagranicznych związanych z zakonem, które sugerowały reformy i ustanowienie "dobrego rządu". Jednakże, Adrianno, jeden z templariuszy - Jan Suchorzewski był osobą, która najbardziej wyrażała swoją przeciwność ustawie. Widząc przewagę asasynów postanawia sterroryzować zgromadzonych grożąc zabiciem swojego syna. Jednak Stanisław Kublicki, osoba bliska zakonowi, powstrzymuje jego rękę z nożem. Wiem, że planuje wyrok jego powieszenia, a także odebrania wszelkich dóbr. Pamiętam Adrianno, jak wezwano zebranych do głosowania, a następnie 5 maja na posiedzeniu sejmu zalegalizowano ustawę. Tego samego dnia asasin Marszałek Małachowski oblatował Konstytucje w grodzie warszawskim. Teraz, Adrianno, już wiesz. Poczułem się do odpowiedzialności opowiedzenia Ci o wszystkim, jak zakon przyczynił się do odbudowy Polski. Jednakże czuję, że mnie dorwą i dopadną, za moje czyny. Lecz wiem, że Ty, Adrianno...

Otwierasz oczy. Czujesz jak ostre światło niesamowicie pali. Sprawdzasz w dół swojego Animusa, a tam młody informatyk błądzi między kablami. Przewracasz oczy.

17.11.2017 20:23
191
odpowiedz
Jamper2112
0
Junior

18 lipca 1898 Zakradłem się nocą, do ich rezydencji. Nie wiedzieć czemu, zawsze napotkam kogoś kto staje mi na drodze. Pozbyłem się wroga i ukryłem jego ciało w najbliższych krzakach. Zacząłem się wspinać po ścianach rezydencji. Wszedłem właśnie na balkon gdy usłyszałem rozmowę. Wiedziałem, że jeśli chcę ocalić honor mojej rodziny, wyrównać rachunki. - Nie możemy! - To nie ty będziesz decydowała! - słysząc ten głos już wiedziałem co miałem robić. Mój największy wróg był na wyciągnięcie ręki. Wystarczyło pozbyć się go i jego żony i moja sprawa byłaby rozwiązana. - Już mówiłam tego nikt nie dostanie! - Musimy to przekazać Asasynom. Co jeśli Templariusze, posiądą tą wiedzę wcześniej. - A co jeśli ktoś z Asasynów, użyje te go do własnych celów? - Wiesz dobrze że jeśli nie podzielę się informacjami z moim bractwem, mogę zginąć. - Wiem, ale jeśli nasze badania trafią w niepowołane ręce... - Przemyśl to i tak nie ma wyjścia. - Dobrze zastanowię się jutro, teraz idę spać. - Dobranoc. W tym momencie, już wiedziałem co należy zrobić. Najpierw muszę zabić Pierre’a Curie, a potem wykraść wyniki badań. Drzwi od pokoju zatrzasnęły się i mój największy wróg został sam. Wszedłem do pokoju, przez balkon. Ruszyłem od razu do przodu i zaatakowałem Perre’a. Złapałem go od tyłu i zacząłem dusić, lecz zdołał się wyrwać. Złapałem za wazon, leżący na stole i trafiłem nim prosto, w jego głowę. Myślałem że zemdlał, lecz on nagle się zerwał i w błyskawicznym tempie, przyłożył mi nóż do szyi. Zapytał mnie: - Kim ty jesteś!? – Nie odpowiedziałem mu, ale poczułem jak nóż wbija mi się coraz mocniej w moją szyję. - Powtarzam, kim jesteś? – Nie mogłem wytrzymać bólu, więc powiedziałem mu prawdę. - Germain, mówi ci coś to nazwisko? - Coś ty za jeden? – Musiałem mu powiedzieć. - Jetem jego przodkiem. - Więc jesteś moim wrogiem, Anno Dorian był moim przodkiem. - Anno Dorian zabił Francisa Germaina, a teraz ja przybyłem cię zabić. - Na razie, to ja mogę pozbyć się ciebie. – Myślisz, że przybyłem tu sam. – Uśmiech na mojej twarzy prawie zdradził kłamstwo, ale się powstrzymałem. – Uwolnij mnie. - Cóż z tego, skoro i tak zginę? – Wiedziałem że mój przeciwnik uwierzył w to, że przybyłem z innymi członkami zakonu. – Uwolnij mnie, a nie zginiesz. – Wolę walczyć. – Wiem, że niedługo zostaniesz sławnym chemikiem, szkoda że nie będziesz się mógł nacieszyć z odkrycia Polonu. – Co dokładniej mam zrobić? – Wiedziałem już, że zasiałem ziarnko niepewności i teraz trzeba tylko czekać, na stosowną sytuację. – Templariusze chcą waszych wyników badań. Wiedzą, że odkryliście kolejny pierwiastek, ale chcą wiedzieć wszystko z wyprzedzeniem. – Nie! – krzyknął. Była to moja ostatnia szansa. Koniec ostrza odchylił się lekko od mojej szyi. Odepchnąłem przeciwnika, który poleciał na regał z książkami. Miał on już ruszyć do ataku, gdy zdałem sobie sprawę, że go nie pokonam i jedyną szansą jest ucieczka. Wybiegłem na balkon, wiedząc że nie wykonałem zadania, ale wolałem przeżyć. Byłem już w ogrodzie. Krzyknąłem jeszcze: - I tak Cię kiedyś znajdę, a wtedy nic Cię nie uchroni przed śmiercią. Biegłem co sił w nogach, aż zostawiłem mojego największego wroga daleko za sobą, wiem że ponownie zhańbiłem mój ród, ale strach zwyciężył. Kiedyś i tak zabiję Perre'a

17.11.2017 20:52
192
odpowiedz
Mortiss19
2
Junior

Zamach na Gabriela Narutowicza
Policjantka Alicja zawsze odznaczała się wzorową postawą na służbie. Była jednak młoda i mało doświadczona Nareszcie miała okazję sprawdzić się w prawdziwej akcji. Wraz z oficerem Marcinem miała zabezpieczać wizytę nowowybranego prezydenta Gabriela Narutowicza podczas otwarcia Salonu Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych. Sam Narutowicz zajmował w zakonie templariuszy wysoką pozycję i został osobiście oddelegowany przez Wielkiego Mistrza do zajmowania tak ważnego stanowiska. Ala szybko przekonała się, że chcąc zajść w pracy wysoko musi należeć do Zakonu - osób sprawujących rzeczywistą władzę w państwie. Akcja zabezpieczenia wizyty notabla stanowiła wielką szansę. Tym bardziej, że wraz z Marcinem rozpracowali szyfr ich odwiecznego wroga – assassynów. Dowiedzieli się, że to właśnie dzisiaj assassyni planują wielką akcję. Zajęli stanowiska i obserwowali salę, w której znajdował się prezydent.
A: Jak myślisz, pojawią się dzisiaj? Może się pomyliliśmy?
M: No co ty… pojawią, pojawią. Nie po to ślęczałem nad tym szyfrem nocami żeby się teraz mylić.
Czas mijał i wszystko przebiegało zadziwiająco spokojnie. Aż w końcu usłyszeli odgłosy zamieszania przy wejściu
A: Słyszałeś? Coś się tam dzieje. Trzeba to sprawdzić
M: Pójdę zobaczyć a ty pilnuj prezydenta
Ala obserwowała salę ze swojej pozycji. Po chwili usłyszała za sobą cichy szelest. Zanim się odwróciła poczuła lufę pistoletu przyciśniętą do skroni.
Męski głos: A teraz stój spokojnie bo cię rozwalę!
Po chwili usłyszała strzały w głębi sali. W tym samym momencie szmatka nasączona chloroformem zatkała jej usta.
Alę obudził ból głowy. Powoli docierało do niej to co się stało. Próbowała wstać, ale była przywiązana do krzesła. Miała opaskę na oczach jednak domyśliła się, że jest w piwnicy. Wyczuwała czyjąś obecność, słyszała równy oddech.
A: Co ze mną zrobicie?
(cisza)
Po chwili usłyszała kroki i trzaskanie drzwi. Jakiś czas później męskie ręce zdjęły jej opaskę z oczu. Przed nią ukazał się przystojny mężczyzna w ciemnych okularach, dziwnie znajomy
A: To ty…?
Był to jej dawny przyjaciel z dzieciństwa Dawid
D: Później porozmawiamy, nie ma czasu
Gestem nakazał jej ciszę. Wyjrzał za drzwi i po chwili wrócił. Zarzucił ją sobie na plecy. Tak rozpoczęła się próba wydostania z kryjówki. Dawid musiał poruszać się ostrożnie i cicho. Jego szkolenie mu w tym pomagało, jednak za przeciwników miał swoich braci, którzy przeszli takie samo szkolenie. Niestety z dodatkowym obciążeniem nie było mu łatwo. W końcu wydostali się na zewnątrz
A: Po wszystkim liczę na długą rozmowę
D: Czarująca jak zawsze. No dobra, teraz biegiem
Dawid otworzył drzwi i pobiegł w kierunku krzaków. Nagle usłyszeli za sobą krzyki i wystrzały. Kiedy dotarli pod osłonę liści Dawid przystanął i rozwiązał Alę. Zdjął okulary i spojrzał policjantce w oczy
D: Niedługo dane nam było cieszyć się swoim towarzystwem. Biegnij przed siebie. Znajdę cię
A: Obyś tym razem nie zniknął na 10 lat. Jeśli nie dotrzymasz słowa, to ja cię znajdę i wypatroszę.
Kolejne wystrzały nie pozwoliły się długo namyślać dziewczynie, pędem ruszyła przed siebie. Nie widziała czy Dawid biegnie za nią, miała tylko nadzieję, że tak. Kiedy nie słyszała już żadnych odgłosów w końcu odważyła się spojrzeć za siebie. Mężczyzny nie było… Dotarła do drogi i szła sama nie wiedziała jak długo. Dotarła na posterunek i zdała raport i wskazała, gdzie może się znajdować kryjówka assassynów. Niestety po przyjeździe na miejsce policjanci znaleźli tylko pusty budynek. Po Dawidzie nie było śladu. Do czasu…

17.11.2017 20:54
193
odpowiedz
wytrawny_troll
11
Centurion

post wyedytowany przez wytrawny_troll 2017-11-17 21:02:42
17.11.2017 20:54
194
odpowiedz
wytrawny_troll
11
Centurion

Do wielkiego mistrza zakonu assassynów Zall Apall Mulla.

Mój panie zgodnie z instrukcją, którą otrzymałem od Ciebie. Wyruszyłem do Ziemi Zakonu Najświętszej Maryi Panny Domu Niemieckiego. Czyli w skrócie pojechałem do Krzyżaków, którzy przygarnęli mnóstwo Templariuszy po tym jak wielu z nich u grillował król francuski.
Po dość upierdliwej podróży dotarłem do miasta Marianów. Zwanych krótko Marianów Burgiem. Czy jakoś tak.Miałem co prawda trochę problemów z moją "opalenizną". Ostatecznie udowodniłem Krzyżakom, że jestem rdzennym Teutonem. Uwierzyli mi i wysłali z dwoma Templariuszami z poselstwem do stolicy jakiegoś wschodnio europejskiego Królestwa Polskiego. Po wielu księżycach dotarliśmy pod stolicę Królestwa Polskiego zwanego Crack ovią, Krakauem, Krak owem, czy Krakowem.
Tu spotkała nas przygoda, która na całą moją misję związała mnie z dwoma facetami (bez podtekstów proszę)
A było tak. Gdy już byliśmy nieopodal miasta zaatakował nas jakowyś osobnik z wyglądu podobny do księcia nie z tej bajki.
Też zarzucił grzywką i ruszył z wrzaskiem na Krzyżaka. Ten zdurniał, stanął jak wryty.I niechybnie by zginął, gdyby jakowyś miejscowy osiłek nie złapał napastnika za kopię i złamał ją. Jaaaaacieee co to był za widok. Szaleństwo.
Dość na tym, że nasz książę nie z tej bajki, beknął za to. A wszystko to z powodu jakieś babki.Miałem się nie mieszać.
Ale w lokalnej knajpie spotkałem pewnego grubasa, który okazał się być wujkiem "księciunia" Był zrozpaczony. Chodziło o kwestię prokreacji. Skomplikowane.Wpadłem na pomysł, że mu pomogę, a tym samym pokrzyżuję plany Templariuszom.
Podszedłem do grubasa i zaproponowałem mu swoje usługi.
- No i niby jak chcesz to zrobić? Zapytał wujcio skazanego.
- To proste wejdę na wierzę kościoła, skoczę w dół i go uratuję.
- A jak w ogóle masz na imię, szalony. Zapytał grubas
- Bayek XV.
- No bajek to mi ty nie opowiadaj. Gadaj jak cię zwą.
- No przecież mówię, że Bayek.
-A ja ci gadam bajek mi tu nie opowiadaj.
Chwila konsternacji.
- Mam na imię Bayek XV. Cała karczma ryknęła śmiechem.
-Ludziska ten szaleniec opowiedział mi mnóstwo bajek, że skacze z wieży kościoła.
Odprowadźmy gościa na miejsce kaźni i niech nam nie prawi już bajek.
-Mam na imię Bayek. Odpowiedziałem.
-Tak.tak. Ryknął rozbawiony do nieprzytomności tłum.
Byłem ubrany jak zwykle w moją białą szatę, która nie wiedzieć czemu przypominała ubiór miejscowych kobiet .
Wlazłem na wieżę, skoczyłem na dół zrobiłem swoje i usłyszałem, jak tłum krzyczy.
- Nałęczką go nakryła, nałęczką.
Słabo mówię po polsku. Tryumfalnie zakrzyknąłem.
-Mój ci on. No i odstąpiono od wykonania wyroku ku mojemu zdziwieniu. Gładko poszło.
W międzyczasie okazało się, że laskę, która była winna całemu zamieszaniu, ktoś porwał.
A to pech. Wybuchła przez nią wojna pomiędzy Polakami i Krzyżakami. A mnie skomplikowało to zadanie sprzątnięcia brata wielkiego mistrza Zakonu Najświętszej Maryi Panny Domu Niemieckiego. Nie mając nic innego do roboty. Pojechałem z grubasem i księciem nie z tej bajki. Najpierw do miasta Marianów. Potem na szczyt. No. Szczy tno? Szczytno czy jakoś tak. Potem pojechalim do Ewoków na Żmudź.A stamtąd dotarliśmy pod Grunwald.
- Trochę wiocha tutaj prać się po pyskach. Stwierdziłem. Ale co było robić. Laska księciunia kipnęła. On i gruby byli żądni zemsty. Wojska szykowały się do bitwy. A ja miałem swój doskonale maskujący przed wrogami biały szlafrok z pasem na sztylety i ukryte ostrze. Jednym słowem. Bitwa to nie impreza dla mnie.
Wieczorem polazłem do obozu wroga. Zatłukłem brata Wielkiego Mistrza, który sam stał się Wielkim Mistrzem w międzyczasie. Rano 15 lipca 1410 roku Templariuszom było głupio, że nie mają prawdziwego mistrza i wystawili jakiegoś ćwoka, który zginął. Król Polski i tak nie poznał zwłok bo Ewoki tak zszargały trupa, że za Chiny Ludowe nikt by go nie poznał.
Zadanie wykonałem i radośnie powracam do domu.
Pozdrawiam Wielkiego Mistrza zakonu assassynów Zall Pall Mulla.
Nie opowiadam Bayek piętnaście.

17.11.2017 21:16
195
odpowiedz
Schlafrok
1
Junior

Czerwiec. Całkiem niedawno rozpoczęło się lato - okres, w którym Natura pozwala nam na oderwanie się, przynajmniej myślami, od trudności codziennej egzystencji. W powietrzu czuć ten charakterystyczny, orzeźwiający zapach, który wręcz zachęca do życia; słońce roztacza się nad naszymi ukochanymi polanami, a kobiece ciała są nieco bardziej odkryte, rozbudzając nasze wyobraźnie. Chciałbym pozwolić sobie na taki chwilowy przejaw zapomnienia, na odrzucenie moich trosk na dalszy plan, na cieszenie się drobnostkami życia, może nawet i na miłość; ale koniec końców, wszystko to jest tylko dystrakcją. Tego rodzaju życie już dawno zostawiłem za sobą, decydując się na bycie częścią bractwa, oraz walkę z Templariuszami. Na mnie i moich pobratymców czeka misja, będąca kolejnym krokiem w walce o pokój i prawdę.

Od kilku tygodni praktycznie nie mogłem nawet złapać oddechu, nie mówiąc o jakiejkolwiek chwili spokoju; ale ludzkie zmęczenie jest tylko błahostką wobec ogromu naszych problemów i ideałów. Całe nasze bractwo zostało postawione na nogi, od kiedy doszła do nas wiadomość o nadchodzącej bitwie. Wszyscy wiedzieli ze ten dzień w końcu nadejdzie – wydarzenia z ostatnich lat były przecież czymś więcej niż tylko błahymi wskazówkami. Nareszcie dostaliśmy w swoje ręce okazję, dzięki której możemy zakończyć nędzny żywot von Jungingena, jednego z łbów templariuszowej hydry, oraz przysłużyć się w rozbiciu ich sił. Z pomocą kilku zaufanych kontaktów, udało się nam zawrzeć potajemną koalicję z siłami polsko-litewskimi. Dzięki niej będziemy mogli tymczasowo wmieszać się w szeregi tamtejszych armii, a tym samym o wiele łatwiej przeprowadzić nasz atak. Król Władysław i książę Witold nie wiedzą o jakichkolwiek pertraktacjach, ani o istnieniu naszego bractwa; w ich oczach będziemy tylko kolejnymi sojusznikami w bitwie z wrogiem, braćmi w walce o lepsze jutro. Naszym zadaniem jest dopilnować żeby się to nie zmieniło, ponieważ cała operacja musi pozostać na tyle tajna, na ile będzie to możliwe. Zbyt wiele zaznajomionych z nami osób oznacza zbyt duże ryzyko, a do tego nie możemy dopuścić – tak samo jak do jakiejkolwiek porażki. Jeśli ta okazja nie zostanie przez nas wykorzystana, nie wiadomo kiedy, ani czy w ogóle, dostaniemy kolejną. Zostało już tak niewiele czasu…

Dziś nadszedł ten dzień. 15 Lipca. Ludzie w naszym obozowisku ewidentnie czują nadchodzące wydarzenie. Razem z moimi braćmi po raz ostatni uzgadniamy szczegóły oraz dodajemy sobie otuchy - jednocześnie odliczając momenty przed nadciągającą bitwą. Mathaél poleruje swoje ukryte ostrze, jakby używając tej czynności do walki z ogarniającym go stresem. Ktoś przebiegł obok naszej grupy, ochlapując nas wodą z pobliskiej kałuży. W nocy byliśmy świadkami jednej z najgwałtowniejszych burz, jakie dane było mi zobaczyć w całym moim życiu. Jednak teraz, o poranku, pogoda wyraźnie się uspokoiła. Na swojej twarzy czuję tylko delikatne krople deszczu, w niczym nieprzypominające miniaturowej powodzi, która miała miejsce jeszcze kilka godzin temu. Może to znak od niebios, zapewniający nas o powodzeniu naszego zadania? Modlę się, żeby tak właśnie było. Templariusze nie mogą zwycięzcy tej bitwy, a von Jungingen nie może ujść z życiem.
Przed chwilą dało się usłyszeć trębacza, który poinformował nas o zbliżających się wojskach krzyżackich. Po raz ostatni wymieniliśmy porozumiewawcze spojrzenia z resztą moich braci. To już ten moment. Czas wypełnić nasz obowiązek.

17.11.2017 21:29
196
odpowiedz
Wy1m4g1n0w4ny
5
Junior

Zamach na Gabriela Narutowicza (1922 r.)

11. grudnia 1922 r.
- Nie uwierzysz co się dzieje na Ujazdowskich! - krzyknął Klemens wchodząc do pokoju. - Od rana strajk, co? - powiedział zaspany Fryderyk. - Gorzej! Cała droga już zablokowana. Nie dadzą przejechać Gabrielowi. - Damy radę coś zdziałać? - zapytał z nadzieją. - Nie sądzę, jest ich za dużo. - Szlag! - zaklął pod nosem. - Cóż, chodźmy więc ocenić sytuację. Po chwili byli na miejscu. Już z daleka słyszeli tłumy strajkujących. Sytuacja był kiepska - rozjuszony tłum czekał na przejazd prezydenta, udającego się na zaprzysiężenie. - Nie wiele możemy zdziałać - powiedział zniechęcony Fryderyk. - Zrobimy co w naszej mocy. Byle nie rzucać się w oczy. - dodał Klemens - Naszym celem jest obrona prezydenta.
Dochodziła godzina 12. Tłum się powiększał i zamieszki przybrały na sile. - Nie przebijemy się! - krzyknął jeden z asasynów. - JEDZIE! PRECZ Z NARUTOWICZEM! - krzyknął ktoś z tłumu, po czym masa ludzi rzuciła się w kierunku powozu prezydenta. Asasyni byli już tylko widzami. Prezydent kilka razy został uderzony kamieniami, kijami, czy bryłami lodu. Szczęśliwie jednak dotarł do gmachu sejmu, gdzie odbyło się zaprzysiężenie.
Do Sejmu wbiegli zdyszani Klemens i Fryderyk. Starając się nie zwracać uwagi na siebie zauważyli prezydenta - całego i zdrowego. - Tym razem się udało! - powiedział Klemens - Następnym razem może nie mieć tyle szczęścia. - Nic nie mogliśmy zrobić ... - odpowiedział załamany - ...niestety, nic...

Cztery dniu później.
- 15. grudnia - powiedział Fryderyk - Jakieś wieści o prezydencie? - Tak! Ktoś grozi nowej głowie państwa! - Świetnie... - odburknął Fryderyk - Spokojnie, wiem kto! - Niech zgadnę... templariusze? - W istocie! Planują coś na dzień jutrzejszy. Udało mi się dowiedzieć, że prezydent ma w planach spotkanie z kardynałem Kakowski, a później wizytę w salonie sztuki... ach! Jak on się nazywał!? - „Zachęta”? - podpowiedział Fryderyk - Tak! „Zachęta”! Musimy tam jutro być! Znikniemy w tłumie i będziemy czujni. - W porządku. - przytaknął Fryderyk - 11:50, przed salonem! Nie spóźnij się! - dodał Klemens.

16. grudnia 1922 r.
- Nie spóźniłeś się, coś nowego! - powiedział złośliwie Klemens - Koniec żartów! Wchodzimy, prezydent zaraz będzie! O 12:10 prezydent przyjechał do salonu. - Ja pokręcę się tutaj, ty podejdź bliżej! - szepnął Klemens. Nagle rozlegają się strzały. Prezydent upada trzymając rękę na klatce piersiowej. Wybucha panika! Fryderyk zauważa zamachowca i rzuca się na niego razem z kilkoma innymi osobami. - Templariusz! Jakżeby inaczej! Nie wybaczę Ci tego! Zginiesz jak twoja ofiara! - krzyknął zrozpaczony asasyn. - Nie będę więcej strzelał - odrzekł Eligiusz Niewidomski - Ja cię poznaję! Eligiusz! Templariusz! Patrz co zrobiłeś! No popatrz! - krzynął Klemens - To moja wina! Powinienem być bardziej uważny! - odrzekł zdruzgotany Fryderyk, po czym wybiegł z salonu.

22. grudnia 1922 r.
- Dzisiaj pogrzeb? - zapytał Fryderyk - Nie wierzę w to co zrobiłem. Nigdy sobie tego nie wybaczę! Rozumiesz?! Nigdy! - Teraz już za późno na takie rozterki. Obydwaj źle zrobiliśmy. Tym razem templariusze nas pokonali, ale asasyni nie składają broni. - odrzekł Klemens. - Pamiętaj, nigdy się nie poddawaj. Bractwo Cię potrzebuję. Przebrniemy przez to razem! Fryderyk nic nie odpowiedział. Miał łzy w oczach. Przy życiu trzymała go tylko chęć zemsty....

17.11.2017 21:38
197
odpowiedz
TenSoon
0
Junior

14 grudnia

Rozkaz Wielkiego Mistrza brzmiał prosto - zabij Narutowicza, ale czy taki był? Była to jedna z tych misji z których nigdy się nie wraca. Trzeba poświęcić wszystko w imię wyższego dobra. W imię Ojca Zrozumienia.
Gdy usłyszałem to żądanie, świat jakby stanął w miejscu. Misja samobójcza dla jednego z lepszych templariuszy? Brzmiało jak obłęd. Kto ofiaruje gońca, gdy miast tego może poświęcić zwykłego piona? Zamarłem w bezruchu i nierozumiejącymi oczami spojrzałem na Mistrza.
-Misja samobójcza? - Spytałem mimo to, że już znałem odpowiedź.
Wielki Mistrz kiwnął głową.
-Jutro wyślę kogoś do ciebie, żeby przekazał ci niezbędne informacje – przywódca podrapał się po brodzie. - Trzeba zakończyć ten cyrk raz na zawsze.
Sztywno zgiąłem się w ukłonie.
-Niech nas prowadzi Ojciec Zrozumienia – pozdrowiłem go, po czym wyszedłem.
15 grudnia
Zgodnie z wczorajszą zapowiedzią, w południe do moich drzwi zawitał młody mężczyzna, informując mnie, że zjawił się na życzenie Wielkiego Mistrza. Wpuściłem go i wysłuchałem co miał mi do przekazania. Wytyczne były proste: publicznie zabić kukłę asasynów, prezydenta, na otwarciu Zachęty, przy użyciu przekazanego przez młodzieńca rewolweru, a następnie nikogo więcej nie zabijając – dać się złapać i zażyczyć dla siebie kary śmierci.

16 grudnia

Spokojnie wpatrywałem się w tłumy otaczających Narutowicza. Wzrokiem szukałem ukrytych pośród dziesiątków ludzi skrytobójców. Zauważyłem kilka postaci czujnie przyglądających się prezydentowi. Sam mimowolnie podążyłem oczyma ku obiektowi ich zainteresowania. Narutowicz nie pasował na swoje stanowisko, nawet jeśli był chroniony przez asasynów. Za dużo było w nim ufności do innych. Sądząc po jego zachowaniu śmiem twierdzić, że czuł się bezpiecznie w otoczeniu tylu ludzi. Podchodził kolejno do malarzy organizujących wystawę i witał ich z uśmiechem. Nagle z tłumu wyłoniły się dwie osoby, kobieta i mężczyzna. Podeszli do Narutowicza i serdecznie podali sobie ręce. Przymrużyłem oczy, próbując ocenić czy należą do bractwa. Chwilę rozmawiali, a później prezydent delikatnie się kłaniając, pożegnał się z nimi. Już czas, poczułem i zacząłem zbliżać się do ofiary. Gdy Narutowicz znalazł się w zasięgu strzału, prędko wyciągnąłem broń zza pasa i kilkakrotnie nacisnąłem spust. Wkoło wybuchła panika. Postrzelony spojrzał na mnie ze zdziwieniem, po czym powoli opadł na ziemię. Cały świat jakby zwolnił. Widziałem kilka postaci biegnących prosto na mnie. „Nikogo więcej nie zabijając – dać się złapać”. Już miałem się poddać, gdy nagle ktoś szarpnął mnie za ramię i wskutek czego wytrącił mi rewolwer z ręki.
-Mam mordercę! - Krzyknął tuż nad moim uchem i zacisnął uchwyt. - Niczego nie próbuj – ostrzegł.
-Proszę się o to nie martwić – odparłem spokojnie i z lekkim uśmiechem spojrzałem na stojącego parę metrów ode mnie skrytobójcę. - Poddaję się.

Dzień egzekucji

Nie żałuję tego, że zabiłem prezydenta. Mogę nawet powiedzieć, iż cieszę się, że mogłem zrobić coś jeszcze dla zakonu. Żywię nadzieję, że moja ofiara nie poszła na marne, templariusze wykorzystają sytuację i znów zapanują nad Polską, tak jak to było dotychczas i liczę, że będzie zawsze.
I niech cię prowadzi Ojciec Zrozumienia, Drogi Czytelniku.

17.11.2017 21:41
198
odpowiedz
Wiśniowy Naleśnik
0
Junior

Do Johna Talbot'a

W pergamin któren teraz w prawicy trzymasz i z błogosławieństwa Ewy w zdrowiu czytasz, wsiąkł nie jedynie inkaust ciemny, a również fetor cuchnący setek ciał ducha pozbawionych. Śród nich, z agonią niemożebną na gębie wyrzeźbioną, leży sam von Jungingen. Wielki Mistrz Zakonu Krzyżackiego i, o czym niewielu wiedzę posiada, Wielki Mistrz Zakonu Templariuszy. Leży tam z gardłem rozoranym, a jucha z niego wściekle buchająca moją to szatę spryskała. Niechaj mars konfuzji i zdumienia z Twego czoła zniknie. Pewien żem jego drugiej tożsamości i honorem za prawdziwość tego gotów ręczyć jestem.

W 154 lata od upadku Twierdzy Zarania Alah Amut, dziedzictwo La-Ahada nadal nieprzerwanym pozostaje. Wiktoria to doniosła, radości wielkiej godna. Euforii dopełnia pojęcie, iż trudem syzyfowym i nakładem istnień wielu Braci, pierwszy raz od stulecia niemalże, kiedyż to de Molay dekretem Filipa IV na stosie sczezł, a templariusze niczym szczury strachem zdjęte do podziemia zeszli i w konfidencji działać jęli, zdołaliśmy ichniego Mistrza wytropić i do śmierci doprowadzić.

W matczynej mej ziemi odpór templarskim psubratom dajemy silny, atoli knowania ich bezecnych emisariuszy i jad przezeń sączony w uszy szlachty europejskiej, wpływy ich zwiększyły niepomiernie. Ich bezdenna rządza i zachłanność, fałszywym całunem religijności okryte, doprowadziły do insurekcyi księcia Witolda na żmudzkich włościach mu przynależących. W sukurs poszedł mu brat, miłościwie nam panujący Król Władysław. Wszyscyśmy świadomi byli, że rychło bitwa nastanie i przygotowań doń pora nadeszła. Przypadkiem jeno na jednym z gościńców szpiega w przebraniu weneckiego merchanta przechwyciliśmy. Spytki zaciśnięty jęzor w mig mu rozwiązały. Wtedyśmy dowiedzieli się kim po prawdzie jest von Jungingen. Brat mój Zawisza, wiadomość ową wnet do naszego Władcy przekazał i rozkaz otrzymał by Urlich, niezależnie od batalii wyniku, pobitewnego jutrzenki blasku nie zaznał.

Eter na polu boju gęsty był od przedbitewnej ekstazy, która nawet wątłych i małej wiary ludzi, walecznością wypełnia. Patrzyłem to wszystko z gaiku skryty w kniejach zacienionych, czekając na ważki moment, który zarutko miał nadejść. Z południa objawieniem ferwor bitewny rozszalał się diabelnie. Z piątym dzwonem bitwy trwania, krzyżackie zastępy widmo śmierci swej jasno ujrzały i w rozsypkę poszły. Wtem ukazał się arcywróg nasz. Czmychnięcia próby się chwytał w świty otoczeniu. W wojenną kipiel żem się rzucił, mieczem tnąc konia jego. Ogier z impetem się zwalił na glebę ubitą stóp tysiącami, łamiąc jeźdźca nogę. Dwóch rycerzy go broniących położyły sztylety w ich lica rzucone. Resztę w pył rozbiła ariergarda księcia Witolda ścigająca umykający tabor krzyżacki. Pozostałżem z wrogiem sam. Czas spowolniał krzynę, wzrok mój zmatowiał i wyostrzył się, jako ostrze wysuwające się z mego karwasza. Mistrz pełzał niby robak za nogę kurczowo się łapiąc. Pardonu jednakowoż nie błagał. Z konsternującą mnie godnością przyjmował mój dar, gdym jego szyję na pół dzielił.

Pomnij, żem zgodnie z Kredo, na peany i zaszczyty nie łasy, przeto gloria za Mistrza głowę, na Mszczuja ze Skrzynna spłynęła, który truchło na pobojowisku odnalazł.

Raduj się zatem wspólnie ze mną póki triumf świeży.

Jan Farurej

post wyedytowany przez Wiśniowy Naleśnik 2017-11-17 21:43:58
17.11.2017 21:44
199
odpowiedz
DaeL
0
Junior

Poranek pachniał krwią. Grudniowe powietrze wpadające przez otwarte okno nie przynosiło ukojenia. Dla Eligiusza Niewiadomskiego było lepkie i duszące. Tak jak dwadzieścia lat temu, gdy rosyjski klawisz obijał mu młotkiem dłonie na warszawskim Pawiaku. Eligiusz myślał wtedy, że już nigdy nie namaluje obrazu. Ale dłonie ocalały. Może nigdy nie były tak sprawne jak teraz, gdy siedząc na skraju łózka, ściskał w ręku pistolet. Małą, hiszpańską, dziesięciostrzałową Cebrę. Malarz przyłożył na chwilę zimną stal do twarzy, licząc, że zgasi płomienie, które zalewały jego policzki. Ale wewnętrznego ognia już nic nie mogło stłumić.
***
Do Zachęty dotarł o 11.30.
- Dyrektor Niewiadomski, wydział malarstwa i rzeźby w Ministerstwie Kultury i Sztuki – powiedział beznamiętnie, wręczając strażnikowi zaproszenie.
- Oczywiście, panie dyrektorze. – strażnik cofnął się o krok – Publiczność zbiera się w westybulu.
- Prezydent dotarł? – spytał od niechcenia Eligiusz.
- Jest na spotkaniu z kardynałem Kakowskim. Ma nas odwiedzić za pół godziny.
- Poczekamy – odparł malarz powoli krocząc w stronę schodów.
***
Wchodząc na górną galerię Niewiadomski czuł na sobie spojrzenia pracowników Zachęty. Darzono go tu mieszanymi uczuciami. Uwielbiano za studia portretowe. Kochano za broszury o propagowaniu sztuki. Nienawidzono za teksty polityczne.
Na całym świecie rozumiał Eligiusza Niewiadomskiego tylko Giacomo. Włoski doradca wojskowy, którego malarz spotkał w czasie ofensywy bolszewickiej. Niewiadomski prosił o przeniesienie z kontrwywiadu do piechoty, zaskakując Włocha.
- Chcesz walczyć jako szeregowiec?
- Mój syn będzie na froncie. – odparł malarz – Wcześniej odrzucono mój wniosek ze względu na wiek. Mam 51 lat. – dodał – Ale teraz to się nie liczy. Teraz potrzebny jest każdy żołnierz.
Włoch musiał się fascynować nietypowym artystą, który łączył antyrosyjskość z nacjonalizmem.
- Nawet nie wiesz, jak bardzo jesteś potrzebny – powiedział Włoch poklepując go po plecach.
***
W całej galerii tylko „Szron” Teodora Ziomka przykuł uwagę Eligiusza. Białe płotno, przedstawiające cień drzewa na śnieżnych zaspach. Niewiadomskiemu wydawało się, że obraz aż iskrzy od bieli, a jego chłód przynosił dziwną ulgę.
Nagle poczuł na plecach poczuł czyjąś rękę. Pociągnęła go do tyłu.
- Tutaj. – powiedział głos z wyraźnym włoskim akcentem – W tym miejscu. Ale ty się od obrazu odsuń.
Niewiadomski nie zdołał odpowiedzieć. W gwarze rozmów usłyszał głos Gabriela Narutowicza.
- Pozwoli pan sobie pogratulować panie prezydencie. – mówiła po francusku jakaś kobieta.
- Chyba raczej złożyć kondolencje. – odparł uśmiechnięty Narutowicz.
O godzinie 12:12 prezydent Rzeczypospolitej Polskiej stanął przed obrazem Teodora Ziomka. Wpatrywał się w „Szron”, kiedy jego pleców dosięgły cztery kule wystrzelone z hiszpańskiego pistoletu. Upadając, prezydent Narutowicz wyciągnął rękę w stronę płótna, jak gdyby miało ono go uratować.
Goście galerii rzucili się do ucieczki. Eligiusz Niewiadomski złożył broń, krzycząc, że nie będzie strzelać. Jego głos utonął w hałasie. Na malarza skoczył jeden z adiutantów prezydenta. Pomógł mu wicedyrektor Zachęty. Obydwaj wykręcili ręce Niewiadomskiemu.
- Gdzie lekarz? – krzyczał jeden ze strażników – Zróbcie dostęp do prezydenta! – dodał zdejmując ze ściany płótno.
***
Ręce Giacomo Baguttianiego operowały z największą precyzją. Skalpelem i rozpuszczalnikiem. Już niemal połowa obrazu odsłoniła swą pierwotną barwę.
- Szron... Shroud... Całun. – mruknął.

17.11.2017 22:14
200
odpowiedz
Trader98904510
1
Junior

Zbudził mnie jakiś dziwny dźwięk. W zasadzie nie dziwny, był znajomy, ale zupełnie niepasujący do snu, który ów czas miałem. Moment później poczułem chłód stalowego ostrza na szyi. Ciemność była absolutna, w nozdrza uderzyła kwaśna woń spoconego ciała.

"Jasny gwint! Dałem się podejść jak rekrut" – to nie była podbudowująca myśl. Ze zmęczenia nie ustaliłem systemu wart, w efekcie wszyscy spaliśmy jak knury. Jednak nie było czasu na samokrytykę. Błyskawicznym ruchem złapałem za nadgarstek zbója, jednocześnie uderzając kolanem w jego krocze. Postać jęknęła, po czym z głuchym hukiem zwaliła się na drewniane deski.

W ułamku sekundy zerwali się moi żołnierze, usłyszałem kroki na schodach, a po chwili pojawił się karczmarz z kagankiem, którego światło nieco rozświetliło mrok.

Żołdacy wiedzieli co robić. Rzucili się na śmierdzącego draba, rozpoczynając "taniec powitaniec", standardowy dla tej sytuacji. Po chwili przybysz cały był posiniaczony i jakby taki pokurczony, ze dwa razy mniejszy. Z doświadczenia wiedziałem, że to był jeno początek. Żołnierze wywlekli pechowca przed karczmę, przywiązali do solidnego krzesła i jęli oblewać zimną wodą. A trzeba wam wiedzieć, że to dopiero początki wiosny były.

- Gadaj, ktoś ty?! – krzyknąłem jak tylko związany odzyskał przytomność – popatrzył na mnie błędnymi wzrokiem. Mimo tego z oczu można było wyczytać nienawiść.

Solidne uderzenie pięścią sprawiło, że z ust bandyty potoczyła się krew.

- Posłuchaj mnie dobrze – ponownie zwróciłem się do naszej ofiary – Podejrzewam, że twoja obecność tutaj nie jest przypadkowa. Zdradź nazwiska twoich mocodawców, a zapewnię ci szybką śmierć. W przeciwnym razie, w ciągu najbliższych kilku godzin, zamienię cię w strzęp człowieka. Uwierz mi, mam w tym doświadczenie – żołnierze popatrzyli na siebie znacząco, mrucząc coś pod nosem.
- Dla takich jak ja, dla takich którzy zawiedli, jest tylko jedno wyjście i jest nim śmierć – spuścił głowę na pierś i zamarł w bezruchu.
- Zdradzisz wszystko, jakem pułkownik Jogaila! - ryknąłem wściekle – Przywiązać go do siodła! - krzyknąłem do żołnierzy.

Dwóch żołnierzy rzuciło się na więźnia i jęli zawiązywać sznur wokół jego nadgarstków. Ten moment wykorzystał zbój, i uderzył jednego z nich w gardło. Żołnierz jęknął, zesztywniał, po czym runął, jak długi, w błoto zmieszane z końskimi ekskrementami. Z nieosłanianej dłużej rany trysnęła krew. Żołdak charczał, nie było wątpliwości, że to agonia. Wyciągnąłem pistolet i wypaliłem, celując w kark więźnia, który właśnie wskakiwał na konia. Pocisk trafił w łopatkę, bandyta zwalił się pod końskie kopyta. W ułamku sekundy byłem przy nim. Zza kontusza wyciągnąłem zwój z tekstem Prawa konstytucyjnego, nad którym dzień wcześniej zakończył prace kanonik Kołłątaj. Złapałem za szyję bandytę, zacisnąłem palce. Patrzyłem w wytrzeszczone z przerażenia oczy.

- Tego chcesz?! - nie poznawałem swojego głosu – zwój rzuciłem jednemu z żołnierzy, a sam zdjąłem kontusz i owinąłem ofierze wokół szyi. Po krótkiej szamotaninie sprawa była załatwiona. Nasza misja dotarcia do Króla, mogła być kontynuowana.

Po zabójstwie mojego żołnierza, zorientowałem się z kim mam do czynienia i jakiego rodzaju bronią dysponuje. Zrozumiałem, że z tego zabójcy niczego nie wyciągnę. Spotykałem się z tym już wcześniej, kilkukrotnie wychodząc cało z podobnych opresji. Wyszkolenie oraz wieloletnie doświadczenie procentowało, a przynależność do Zakonu Świątyni dodatkowo wzmacniała moją motywację. Jeszcze wiele przede mną.

17.11.2017 22:36
201
odpowiedz
Aga T
0
Junior

W Polsce od dawna sytuacja nie była dobra, po nieudolnych rządach Augusta II Mocnego i Augusta III kraj stanowił łatwy łup dla sąsiadów. Do 1763 nie doszedł do skutku żaden sejm, zerwano ich aż trzynaście. Kiedy w 1764 roku rządy objął nieprzychylny zachowaniu szlachty Stanisław August Poniatowski nie zdziwiła mnie jego prośba o pomoc. Plany reform króla były ciekawe, ale czasy nie sprzyjały radykalnym zmianom, jednak w 1773 roku szlachta Rzeczpospolitej ratyfikując traktat rozbiorowy zachowała się niczym wąż kąsający własny ogon, dlatego uznałem, że czas przejść do czynów. Wyruszyłem do Petersburga i wkradłem się w łaski Sophie, oficjalnie znanej jako Katarzyna II Wielka i przekonałem ją, że samo pragnienie czegoś nie daje jeszcze prawa by po to sięgać. Nie, nie zostałem jej faworytem, ale umiejętnie wykorzystałem wiedzę, że kobieta dowartościowana i umiejętnie adorowana jest skłonniejsza do ustępstw i kompromisów. Spędziłem tam wiele lat w duchu bylem martwy, ale musiałem dokończyć to, czego się podjąłem. Wiosną 1791 roku wróciłem do Polski, w tym czasie trwał Sejm Czteroletni. 3 maja tego roku po burzliwych obradach udało się uchwalić Konstytucję, która wprowadzała trójpodział władzy, zlikwidowała konfederacje i liberum veto w Sejmie, a także ograniczała prawa polityczne szlachty. Odbyło się to w drodze zamachu a ja byłem jego prekursorem. Doradziłam włodarzom by nie zapoznawali wcześniej posłów z tekstem ustawy i zadbałem by posłowie i przywódcy stronnictwa hetmańskiego nie zdążyli na czas wrócić do Warszawy z wielkanocnej przerwy świątecznej. Uchwała została przegłosowana w obecności jedynie 1/3 posłów. Niestety, sukces w Warszawie kosztował mnie utratę wpływów w Rosji, co w kwietniu 1792 zostało wykorzystane przez Stanisława Potockiego i Seweryna Rzewuskiego i ich popleczników. Konfederacja Targowicka stała się faktem, doszło do wojny a nierównomierne rozłożenie sił spowodowało, że Stanisław August został zmuszony do przystąpienia do niej, co stało się 24 lipca 1792 roku. W 1794 roku większość czołowych przywódców targowicy została skazana na śmierć i powieszonych, a pozostałymi zająłem się osobiście. Niektórzy zaginęli w niewyjaśnionych okolicznościach, inni dożyli swych dni, ale to tylko część prawdy. I choć zwycięstwo okazało się pyrrusowe, bo II rozbiór Polski stał się faktem, to jednak nikt nie zaprzeczy, że 3 maja 1791 narodziła się Rzeczpospolita Polska. Czy było warto? My nie działamy by zbierać podziękowania.

17.11.2017 22:37
202
odpowiedz
Aga T
0
Junior

W Polsce od dawna sytuacja nie była dobra, po nieudolnych rządach Augusta II Mocnego i Augusta III kraj stanowił łatwy łup dla sąsiadów. Do 1763 nie doszedł do skutku żaden sejm, zerwano ich aż trzynaście. Kiedy w 1764 roku rządy objął nieprzychylny zachowaniu szlachty Stanisław August Poniatowski nie zdziwiła mnie jego prośba o pomoc. Plany reform króla były ciekawe, ale czasy nie sprzyjały radykalnym zmianom, jednak w 1773 roku szlachta Rzeczpospolitej ratyfikując traktat rozbiorowy zachowała się niczym wąż kąsający własny ogon, dlatego uznałem, że czas przejść do czynów. Wyruszyłem do Petersburga i wkradłem się w łaski Sophie, oficjalnie znanej jako Katarzyna II Wielka i przekonałem ją, że samo pragnienie czegoś nie daje jeszcze prawa by po to sięgać. Nie, nie zostałem jej faworytem, ale umiejętnie wykorzystałem wiedzę, że kobieta dowartościowana i umiejętnie adorowana jest skłonniejsza do ustępstw i kompromisów. Spędziłem tam wiele lat w duchu bylem martwy, ale musiałem dokończyć to, czego się podjąłem. Wiosną 1791 roku wróciłem do Polski, w tym czasie trwał Sejm Czteroletni. 3 maja tego roku po burzliwych obradach udało się uchwalić Konstytucję, która wprowadzała trójpodział władzy, zlikwidowała konfederacje i liberum veto w Sejmie, a także ograniczała prawa polityczne szlachty. Odbyło się to w drodze zamachu a ja byłem jego prekursorem. Doradziłam włodarzom by nie zapoznawali wcześniej posłów z tekstem ustawy i zadbałem by posłowie i przywódcy stronnictwa hetmańskiego nie zdążyli na czas wrócić do Warszawy z wielkanocnej przerwy świątecznej. Uchwała została przegłosowana w obecności jedynie 1/3 posłów. Niestety, sukces w Warszawie kosztował mnie utratę wpływów w Rosji, co w kwietniu 1792 zostało wykorzystane przez Stanisława Potockiego i Seweryna Rzewuskiego i ich popleczników. Konfederacja Targowicka stała się faktem, doszło do wojny a nierównomierne rozłożenie sił spowodowało, że Stanisław August został zmuszony do przystąpienia do niej, co stało się 24 lipca 1792 roku. W 1794 roku większość czołowych przywódców targowicy została skazana na śmierć i powieszonych, a pozostałymi zająłem się osobiście. Niektórzy zaginęli w niewyjaśnionych okolicznościach, inni dożyli swych dni, ale to tylko część prawdy. I choć zwycięstwo okazało się pyrrusowe, bo II rozbiór Polski stał się faktem, to jednak nikt nie zaprzeczy, że 3 maja 1791 narodziła się Rzeczpospolita Polska. Czy było warto? My nie działamy by zbierać podziękowania.

17.11.2017 22:50
203
odpowiedz
Iviai
0
Junior

Poszukiwania i walki ustały.
Nie był to jednak zwiastun pokoju, wręcz przeciwnie był to czas przegrupowania Bractwa.
Zostaliśmy wysłani w najróżniejsze części Starego Kontynentu.

Z cienia mieliśmy zdobyć informację umożliwiające zlokalizowanie szkatuły.
A ja - Anis, zawiodłem.

Ciekawość towarzysząca ludziom nauki nie raz utrudniła mi misję jaka została mi przydzielona.
Kobieta naukowiec wraz ze swym towarzyszem życia. Obserwowałem ich od zimy. Wiedziałem doskonale kto jest moim celem - Pierre Curie. Charakterystyczny krzyż Templariuszy towarzyszył mu prawdopodobnie od narodzin. Wyszedł jak to uczony na spotkanie z innymi naukowcami. Tym razem jednak wziął ze sobą znacznie większy pakunek. To nie były tylko dokumenty, szkatuła odbiła od siebie wiosenne promienie słońca.
Sprawiał wrażenie przerażonego dziecka, które wie, że zrobiło coś złego.
Nie traciłem celu z pola widzenia. Debatowali o szkatule. Curie wychodząc ze spotkania dalej wydawał się spanikowany. Podejżliwie obłąkanym wzrokiem spoglądał na mijanych mieszkńców Paryża. Ruszyłem wślad za nim wąskimi uliczkami. Mijani bezdomni prosili o pomoc każdego napotkanego człowieka. Pierre zaczął uciekać. Wszcząłem pościg. Zauważył mnie jak tylko wybiegł na jedną z głównych dróg. Przykre, że przed swoją śmiercią ostatnie co zobaczył to moja osoba i kopyta koni. 19 kwietnia szanowany naukowiec zmarł. Przy zmarłym zebrała się grupa gapiów ze strachem i ciekawością spoglądali w uliczkę z której wybiegł naukowiec. Doglądając sytuację z dachu jednego z budynków dostrzegłem mężczyzn uciekających ze szkatułą. Charakterystyczne krzyże, identyczne jak u zmarłego. Wiedzieli, że jesteśmy w Paryżu.
Wojna zacznie się od nowa...

Po szkatule zniknął ślad, a poszukiwania nie przynosiły żadnych rezultatów. Ja tymczasem kierując się intuicją po 5 latach postanowiłem odwiedzić sławną Kobietę, która była juz znana jako noblistka. Najbardziej utknął mi w pamięci koniec naszej rozmowy, dzięki czemu odzyskałem nadzieję.

(...)

-Pani Mario, została Pani podwójną noblistką, jest Pani szanowana przez uczonych, którzy wcześniej nie akceptowali Pani jako naukowca. Odkrycie Radu i Polonu zmieni świat nauki
-Zmieni, ale to nie koniec badań mój nowy studencie, jest jeszcze wiele pytań na które nie ma odpowiedzi.
-Pracuje Pani nad czymś nowym? Promieniowanie?
-Rodzina. Historie rodzinne mają najwięcej informacji dzięki którym możemy zmienić przyszłość. Mój mąż w dniu kiedy odszedł był zafascynowany pamiątką z mego domu rodzinnego.
-Zafascynowany? Odnalazła Pani tę pamiątkę?
-Jej promieniowanie...nie nie odnalazła się. Jednak jestem przekonana, że jest w drodze do domu.
-do Polski?
-Tak, do Polski.

17.11.2017 22:55
204
odpowiedz
3 odpowiedzi
emwusc
0
Junior

Raport 6
Paryż 26/12/1898 Katedra Notre Dame

Wielki Mistrz – Raportuj o postępach Projektu Atom

Templariusz – Pozyskaliśmy wybitnych naukowców którzy kontynuują badania
Becquerela nad niewidzialnym promieniowaniem
To małżeństwo Curie
Finansujemy ich. Są duże postępy
Dowiedli tego co nasi naukowcy podejrzewali od lat
Odkryli dwa radioaktywne pierwiastki o nieograniczonym wręcz potencjale militarnym i biologicznym
Czegoś takiego jeszcze nie było
Można to zrównać tylko z..
Apokalipsą

Mistrz – Hmm A więc świat wchodzi w nową erę..

Templariusz – Były próby skontaktowania z nimi przez Asasynów
Na szczęście w porę je udaremniliśmy
Nie wiemy czy chodziło im o werbunek czy o likwidację
Na tą chwilę Curie są pod stałą obserwacją Zakonu
I nic nie podejrzewają..

Mistrz – I niech tak zostanie! Muszą dokończyć to dzieło! To priorytet!
Ważniejszy nawet niż była Rewolucja Francuska
Nie możemy dopuścić do ich likwidacji lub co gorsza utraty na rzecz wroga
Napięcia są coraz większe
Od tego kto posiądzie Atom zależeć będzie wynik zbliżającej się wojny światowej
Zakon musi być na czele tego wyścigu
Wtedy wynik wojny zależeć będzie tylko od naszej przychylności..

Raport 77
Paryż 19/04/1906 09:38
(Podsłuch z domu Curie zarejestrowany fonografem Edisona)

– Mario od miesięcy prawie nie wychodzisz z laboratorium
ale wczoraj to już przesadziłaś
Czy Ty w ogóle spałaś?

– niewiele.. ale nie jestem śpiąca!
Od odkrycia Polonu i Radu jestem ciągle podekscytowana!
Piotrze pomyśl jakie to daje możliwości!
Medycyna
Przemysł
Technika
Energetyka
A może nawet i.. Kosmos!

– Zdecydowanie powinnaś odpocząć
Przewietrzyć umysł
Co powiesz na kino? W mieście będzie projekcja filmu kinematografem braci Lumiere
Ciągle mówisz że chciałabyś zobaczyć w końcu jak działa to ustrojstwo

– Może masz racje
Pójdę! Wszak nie samą chemią człowiek żyję
Może mnie to jakoś zainspiruję
Pójdziesz ze mną?

– Idź sama. Muszę wykonać pewne testy w laboratorium nim pójdę na spotkanie w Wydziale ale tobie przyda się odpoczynek i trochę rozrywki

(z obserwacji przez system skrytek i korytarzy za ścianami w domu Curie na zlecenie Zakonu w celu inwigilacji 10:18)

Po wyjściu Marii Piotr zaczął pośpiesznie pakować do teczki notatki z jej biurka, laboratoryjne próbki, w tym najcenniejsze, najstabilniejsze izotopy Radu 226 i Polonu 210
Wyglądał na bardzo zdenerwowanego i działał chaotycznie
Zostawił list po czym wyjrzał podejrzliwie przez okno i prędko wyszedł
Wygląda na to że obiekt próbuje się urwać!

Alarm
Należy bezwzględnie zatrzymać Piotra
List został przeze mnie przejęty
Maria nigdy go nie czytała

List
Mario robię to dla naszego dobra
Od lat jesteśmy obiektem dziwnej
gry związanej z tymi badaniami
Grozi nam wielkie niebezpieczeństwo
Pewni ludzie oferują pomoc ale musimy
jak najszybciej opuścić Paryż
Nie wiem jak daleko to sięga
ale zrobię wszystko by nas z tego wyciągnąć
Zachowaj wszelkie środki ostrożności
Obawiam się że w domu jest podsłuch
Gdy Ty jesteś w kinie ja organizuje ucieczkę
Zostawiam ci wskazówki
Trzymaj się ich a oboje z tego wyjdziemy

Twój ukochany Piotr

Udaj się do naszej kawiarenki
Właściciel wypuści cię przez zaplecze
a tam będę czekał w powozie którym
uciekniemy z tego przeklętego miejsca

(działania Agenta w terenie 10:38)

Śledziłem Go
Nerwowo się rozglądał
Zauważył mnie i przyśpieszył
Zaczął uciekać wzdłuż ulicy
Szlag! Zostałem zdemaskowany! Nici z załatwienia sprawy po cichu
Dałem znak agentowi na powozie by go stratował
Obiekt zlikwidowany
Zabrałem teczkę i oddaliłem się nim zbiegli się gapie
Agent z powozu wziął winę na siebie

post wyedytowany przez emwusc 2017-11-17 22:57:16
18.11.2017 17:30
204.1
emwusc
0
Junior

2999 znaków liczone za pomocą http://www.agencja-tlumaczen.pl/policz.html
I sprawdzone ręcznie akapit po akapicie. Nie wiedzieć czemu ale różne zliczacze znaków podają różne wyniki.

post wyedytowany przez emwusc 2017-11-18 17:34:21
19.11.2017 21:46
204.2
Bukary
150
Senator

Spokojnie. Word potwierdza: 2999. :) Jaki "zliczacz" podaje inną liczbę?

19.11.2017 21:52
204.3
Gremlinek
19
damian1996PL

Chyba chodziło koledze o te internetowe, ale niektóre właśnie bez konkretnej informacji liczą ze spacją. Potwierdzam też, że wśród innych narzędzi bez spacji jest 2999. <3

17.11.2017 23:22
205
odpowiedz
Rysiuu
18
Legionista

Będąc jeszcze młody byłem zagubiony, nie potrafiłem określić kim chcę być w przyszłości. Próbując odnaleźć moje własne miejsce na ziemi postanowiłem wybrać się w długą podróż. Zwiedziłem wiele miast i poznałem ogromną ilość osób. Wielu z nich starało się wpłynąć na mnie i mój światopogląd. Słyszałem już wcześniej o Asasynach i Templariuszach, lecz nie miałem pojęcia jak wielkie znaczenie na losy świata ma ich konflikt. Będąc w Budzie pewna osoba uratowała mi życie broniąc mnie przed stadem wilków. Jego ruchy były płynne i niezwykle skuteczne. Powiedział mi, że jest Asasynem i poszukuje uczniów. Dlaczego o tym mówię? Otóż rozmawiając z nim i zgłębiając wiedzę na temat konfliktu Templariuszy z Asasynami postanowiłem dołączyć do zakonu skrytobójców. Nie wszystko z światopoglądu Asasynów mi się podobało, jednak uznałem że nie mogę stać bezczynnie patrząc na to co się dzieje i wybrać właściwą stronę. Przeszedłem trening z moim mistrzem, nauczyłem posługiwać się ukrytym ostrzem oraz łukiem. Cechą charakterystyczną węgierskich asasynów jest noszenie skór zwierzęcych, niczym nordyccy berserkerzy. Po treningu w Budzie postanowiłem powrócić do Polski, gdzie podobno miało dojść do wojny z Krzyżakami. Zaoferowałem swoje usługi Władysławowi Jagielle, a on od razu wysłał mnie na teren wroga. Moje zadania były dość proste - napaść na konwój, podpalić zbrojownie, pozyskiwać informacje. Dowiedziałem się, że Krzyżacy wiedzą o ofensywnych planach Korony i nie zamierzają się temu jedynie przyglądać, więc o wszystkim poinformowałem króla Władysława, wysyłając mu wiadomość gołębiem pocztowym. W końcu wojska stanęły twarzą w twarz. Miejscem walki został Grunwald. Król dał mi wolną rękę jeśli chodzi o działanie, dlatego postanowiłem z początku obserwować sytuację i interweniować dopiero w odpowiednim momencie. Wpierw lekka jazda litewska oraz tatarska zaatakowała piechotę krzyżacką, dzięki czemu krzyżacka artyleria przestała stanowić dla nas zagrożenie. Byłem pod wrażeniem ich celności strzelania z łuku konno, musiałbym wiele lat trenować by osiągnąć ich poziom. Później doszło do wielkiego starcia obu ciężkich kawalerii. Czułem się dość głupio stojąc i patrząc na to wszystko, jednak działałem sam więc nie mogłem się rzucić w wir walki. W pewnym momencie zauważyłem, że wojska krzyżackie powoli słabną, wtedy postanowiłem zakraść się na tyły wroga i zabić samego Ulrich von Jungingena. Wbiłem mu ostrze prosto w serce, a on zdołał ostatkami sił krzyknąć "niech żyje zakon!". Wtedy jego straż przyboczna rzuciła się na mnie, uniemożliwiając przekazanie królowi informacji o śmierci wodza rywali. Na szczęście całe zdarzenie zauważył Mszczuj ze Skrzynna i prędko poinformował króla o wszystkim. Ja starłem się z gwardią Ulryka, gdzie odniosłem poważne rany. Ostatecznie pokonaliśmy wojska krzyżackie, które uciekły aż do twierdzy w Malborku. Niestety, król Władysław nie posiadał odpowiedniego sprzętu oblężniczego, a ja sam nie mogłem wspiąć się na mur twierdzy ze względu na odniesione rany. Po dość długim czasie postanowiliśmy się wycofać. Nazywam się Bogumił z Małobądza, a to była historia moich potyczek z Krzyżakami.

17.11.2017 23:26
206
odpowiedz
Jeyde
0
Junior

Pape Clément!… Chevalier Guillaume!… Roi Philippe!… Avant un an, je vous cite ŕ paraître au tribunal de Dieu pour y recevoir votre juste jugement!

              Po ponad wieku, odkąd Wielki Mistrz Jaques de Molay wypowiedział te słowa, Zakon nigdy jeszcze nie był tak potężny. Wejście pośród cienie tylko umacniało Rycerzy Świątyni, którzy nigdy nie zapomnieli i nie wybaczyli tym, co w tak barbarzyński sposób wbili im nóż w plecy.

              Piękna, kara klacz zajechała przed rycerski namiot, stojący na jednym z mazurskich wzgórz.
- Lordzie Seneszalu! Wielki Mistrz pragnie cię pozdrowić i życzyć ci powodzenia w nadchodzącym starciu!
- Rad jestem to słyszeć, Bracie-Kapelanie. Non nobis Domine, non nobis, sed nomini Tuo da gloriam. - Mężczyzna wyszedł z namiotu w stronę przybysza, unosząc dłonie w geście pozdrowienia.
          Jeździec, zsiadłszy z wierzchowca, podszedł do witającego go rozmówcy i skłonił się nisko.
- Non nobis, Królu Władysławie…

              Niedaleko miejsca spotkania jeden z królewskich przybocznych przechadzał się, patrolując stok wzgórza. Nagle coś przykuło jego uwagę. Coś, co wydawało się nietypowe wśród zarośli.
              Kiedy podszedł bliżej, aby się temu przyjrzeć, ktoś pociągnął go do przodu, nadziewając na stalową klingę. Zimne ostrze przeszyło jego ciało na wylot.
- Krzyżak! – wykrzyczał jeden z giermków, który przyglądał się całej sytuacji.
Z gęstwiny wyłonił się mężczyzna w czarnym kapturze i białej tunice z krzyżem. Dopadł młodzieńca i kontrując uderzenie jego sztyletu, zadał mu śmiertelny cios w samo serce.
              W całym obozie rozległ się alarm. Rycerze, jeden za drugim, chwytali za miecze, a w okolicy było słychać  okrzyki: „Krzyżak!”, „Asasyn!”.
              Skrytobójca wszedł na stojącą nieopodal beczkę i przeskoczył nad dwoma mężczyznami, próbującymi go pochwycić.
              Nie oglądając się za siebie, pobiegł w stronę króla.
              Władysław dobył miecza i sparował silne uderzenie oponenta. Kapelan także chwycił swoją broń, lecz w tym momencie poczuł przeszywający ból w plecach, po czym osunął się na ziemię bez tchu.
Asasyn wyciągnął ostrze ze zwłok templariusza i ruszył na pomoc towarzyszowi. Ten wykorzystał chwilową dezorientację monarchy, tnąc go w ramię. Przypłacił to jednak własnym życiem, gdyż odsłonił się na tyle, aby król bez większych przeszkód przeszył go mieczem.
              Drugi ze skrytobójców rzucił się na Władysława, zwalając go z nóg i już miał zadać śmiertelny cios, gdy jeden z rycerzy wbił miecz w jego bok.
              Monarcha powalił krzyżaka na łopatki i zaczął okładać pięściami, krzycząc w szale:
- Już niedługo będziecie przeklinać dzień, w którym Siegfried von Feuchtwangen postanowił zdradzić Templariuszy! Nas! – Uspokoiwszy się, odszedł od zmasakrowanego oblicza asasyna i spojrzał na otaczających go ludzi. Rycerze wydawali się być pełni podziwu, jednak reszta otaczających go dostojników była przerażona.
              Władysław, uciskając ranę na ramieniu, nakazał jednemu z gwardzistów, aby ten wziął miecze należące do skrytobójców, po czym skinieniem przywołał sługę do siebie:
- Mieczów ci u nas dostatek, ale i te przyjmuję jako wróżbę zwycięstwa, którą mi sam Bóg przez wasze ręce zsyła. A pole bitwy On także wyznaczy. Do którego sprawiedliwości ninie się odwołuję, skargę na moją krzywdę i waszą nieprawość a pychę zanosząc – amen.
              Następnie spojrzał się na zgromadzonych:
- Zapamiętaliście?!

17.11.2017 23:35
207
odpowiedz
legia2396
29
Centurion

21 grudnia 2012 – Warszawa – Polski oddział Abstergo Industries
W korytarzu dało się słyszeć jak komputerowy, mechaniczny głos witał nowych gości – „Witamy w Abstergo Polska”. Dzisiaj miał nastąpić przełom, nad którym cały jego dział pracował od wielu miesięcy. To właśnie dzisiaj miał się dowiedzieć, gdzie prezydent ukrył fragment Edenu, gdzie ukrył włócznie św. Maurycego, która dawała niewyobrażalną siłę.
– Jak się dzisiaj mamy Kuba? Gotowy na wielki przełom?
– Gotowy i w stu procentach skupiony na doprowadzeniu sprawy do końca. Pracowaliśmy nad tym od wielu miesięcy i już nie mogę się doczekać, aby doprowadzić to do końca.

16 grudnia 1922 – Warszawa – mieszkanie Eligiusza Niewiadomskiego
A więc to dzisiaj dokona się kolejny krok mojego bractwa ku zwycięstwu nad templariuszami. To właśnie dzisiaj Ja i moje czyny sprawią, że świat stanie się trochę lepszym miejscem do życia…
Niebo było ciemnoniebieskie, lecz na ulicach nadal roiło się od ludzi. Tysiące warszawiaków i przybyszów spoza miasta tłoczyło się na chodnikach. Gdzieniegdzie można było dojrzeć większe skupiska obywateli, którzy żywo dyskutowali o wyborze tego masońskiego śmiecia Narutowicza na prezydenta. Wyobrażał sobie, jak ta głupia twarz wiotczeje, od jego strzałów z rewolweru, a rdzawa woń wypełnia powietrze wciąż drżące od krzyków...
Przepychając się przez tłum pijących na chodniku, pomyślał, że będzie się musiał bardzo starać, żeby przekazać informacje swoim braciom o miejscu ukrycia włóczni. Umiał się stać właściwie niewidzialny, ale gdyby nie udało mu się uciec z galerii… Nie, nie może teraz o tym myśleć. Przede wszystkim musi skupić się na tym co tu i teraz, później będzie się martwił o to jak przekazać braciom informacje.

Galeria „Zachęta”
W pałacu roiło się od ludzi. Nic dziwnego w końcu nowo mianowany prezydent Polski zaszczycił swoją obecnością dzisiejsze otwarcie salonu sztuki.
Wpuścili go niezbyt chętnie. Strażnicy robili mu problemy: przez chwilę się bał, że go przeszukają i znajdą ukryty rewolwer. Znowu ogarniało go to uczucie wszechmocy. Od razu go zauważył. Dla niewprawnego adepta mogłoby się wydawać, że prezydent chodzi bez obstawy, ale nie dla kogoś takiego jak on. On już planował następny ruch. Czekał tylko na moment, gdy prezydent będzie całkowicie sam, kiedy jego strażnicy będą zaaferowani małą bombą dymną, którą udało mu się dzień wcześniej umieścić w galerii. Bomba miała się uaktywnić równo o godzinie 12:20. Miał więc jeszcze trochę czasu. Zatrzymał się przed obrazem jego ulubionego malarza Teodora Ziomka. Obraz nosił tytuł „Szron”. Z zadumy wyrwał go stanowczy głos.
– Więc to ciebie wysłali byś mnie zabił. Musisz jednak wiedzieć, że to po co cię przysłali nie ma już w Polsce.
– A więc gdzie to jest?
– Tego nawet ja nie wiem. Jestem tylko skromnym sługą mojego zakonu. Zrobiłem to o co mnie poprosili.
– Kłamiesz! Powiedz mi gdzie to jest, a obiecuję, że zginiesz szybko.
– Kusząca propozycja, ale jestem zmuszony odmówić. Zbyt cenię sobie moje oddanie do zakonu, aby zdradzić go komuś takiemu jak ty.
- Twój wybór. Spoczywaj w pokoju.
Rozległy się trzy strzały, które na zawsze zmieniły bieg historii…

17.11.2017 23:49
208
odpowiedz
flikoutsider
0
Junior


Na szczęście rżenie koni, z pobliskiego pastwiska zagłuszyło łoskot upadającego ciała. Ale Wilski był zły – nie tak miało być. Głodówka, wszy i wilgoć zbaraskiej twierdzy sprawiły, że siły go opuściły i szybkości brakowało. Umierający gwardzista zabulgotał jeszcze, wyprężył się i znieruchomiał na ziemi. Wilski przykrył go troskliwie, przygotowanym zawczasu kocem z trawy. Wytężył resztki sił. Wzrok mówił mu że Chan nie patrzy, rozciął więc ścianę namiotu.

Islam Girej II drzemał wpółleżąc na poduszkach. Jedną rękę wciąż trzymał w misce pełnej fig. Zbytkowe tkaniny wokół zaściełały wyplute pestki. Zwyczaje, nawyki. Chan odprawił niedawno swoją nałożnicę i zapragnął się zdrzemnąć w samotności. Jak to zwykle czynił.
– Najpierw rajski odłamek – pomyślał Wilski – to on jest najważniejszy. Od razu poznał złotą i srebrną nitkę lśniącą bardziej niż w innych przepysznych tkaninach sułtańskiego namiotu. Płaszcz Henocha. Ten sam który, był w Arce Przymierza. Wyrwany Isu...
Nagle zaczęło dziać się mnóstwo rzeczy. Do środka wpadli gwardziści, Wilski złapał płaszcz, rzucił za siebie bombę dymną, po czym wypadł na zewnątrz i ruszył między namioty.
Grzmotnęło. Podniosła się wrzawa. Wilski podwinął brzeg któregoś namiotu i rzucił petardę zapalającą. Kozacy i Tatarzy biegali jeszcze bezładnie ale już dowódcy skrzykiwali ich. Z tyłu gardłowym głosem Agał-bej, dowódca gwardii wydawał komendy. Naraz znowu wybuchł tumult. To czerń zbudzona w środku nocy, niekiełznana, bez dyscypliny, bojąc się ataku Polaków zaczęła uciekać. Na to czekał tylko Wilski.

Jeszcze klika susów i znalazł się rzut kamieniem od ostatniej linii straży otaczającej obóz.

Włożył rękę do tobołka, lecz zamiast bomby złapał i wyciągnął róg płaszcza. Zamarł - sukna nie było, jakby ktoś je udarł. Ręki też nie widział - tylko tobołek i trawę .
– Więc tym jesteś – wymruczał – w samą porę objawia mi się twoja moc.
Wilski owinął się i stwierdziwszy, że spod spodu tkanina jest niemal przezroczysta, ruszył pomiędzy strażnikami, w stronę zagajnika. Już mijał pierwsze drzewa zostawiając za sobą krzyki i gdy z boku

– Tu cię mam złodzieju. – Agał-bej uśmiechał się. – Nie uciekniesz mi tak łatwo, płaszcz zostaje ze mną.

Wilski poczuł słabość. To że Agał-bej jest templariuszem wiedział. Tego, że również ma wzrok, już nie.

Templariusz zaczął obchodzić go od prawej po czym doskoczył i ciął w dłoń. Podmuch stalowego ostrza musnął skórę Wilskiego. Agał-bej nie dał mu chwili i złożył się ósemką z góry. Wilski przyjął na trzecią cześć długości ostrza od głowni licząc. Odbił i błyskawicznie ciął w skroń, lecz głowy Agał-beja już tam nie było. „Za wolny jestem, umrę” – pomyślał Wilski i postawił wszystko na jedną kartę. Zbił ostrze, zmylił, że celuje w głowę po to tylko by zamiast cięcia na pierś, szybkiego niczym kobra, które Agał-bej odgadł, zbić szablę i wbić się pod nieosłonięty bok ostrzem asassyna. Prosto w pachę. W tętnicę
Wilski odskoczył, wycofał się. Agał-bej rzucił się do przodu ale zwiotczał i opadł na kolano. Wypuścił szable, usiłując dłońmi zatamować buchającą krew. Pomiędzy drzewami zamajaczyły sylwetki Tatarów. Wilski błyskawicznie owinął się płaszczem i ruszył pędem w stronę polskich pozycji.

– Nic z tego wam nie przyjdzie – wychrypiał Agał-bej Jak nie tą to inną rękę położymy na tym kraju. – Zakrztusił się. – Nie wszyscy są nasi, choć i tak jakby nasi byli... Jarema, Ossoliński... tylko władza i siła...
Wilski biegł i uśmiechał się, ściskając brzegi płaszcza. I nie siła go pchała do przodu, bo słaby był i nie nakaz władzy żadnej Tylko pragnienie wolności.

17.11.2017 23:53
209
odpowiedz
xywa11
1
Junior

Tak wiele zapomniano. Jeszcze więcej zapomnimy. Nieprzyjemna myśl ukłuła go w spieczony letnim słońcem kark, niczym zbłądzona pod kołnierzem osa, szukająca ucieczki.
Czas spędzony w erfurtckiej fraterni klasztornej, czas naznaczony zbieraniem doświadczenia i nauk niemieckich bernardynów miał zapewnić mu coś więcej, niż tylko ślepe machanie mieczem na rozkaz seniora. Coś więcej, niż dźwiganie na barkach ciążącej inwestytury. Coś więcej, niż osamotnioną, choć honorową śmierć na polu bitwy.
Opuszek palca potarł gładką fakturę leżącego we wnętrzu sekretarzyku papieru. Mężczyzna nachylił się lekko nad papierzyskiem, mrużąc oczy; szukał skaz, wad, pretekstów, by zacząć pisać od nowa. Nie wiadomo, czy fakt, że ich nie znalazł, napełnił go zmartwieniem, czy ulgą; lekko wydęta dolna warga nie zdradzała wiele. Spoczął na oparciu skrzypiącego, krzesła i odsunął zapisany arkusz daleko od siebie, w głąb sekretarzyku, tak, że niemal stykał się ze drewnianą ścianą mebla.
„Bóg ich, czy diabeł złączył”, nie wiedział. I wiedzieć nie chciał. Był jednak pewien, że gdy ją ujrzał, tam w zakurzonej, śmierdzącej potem i fekaliami mieścinie, wszystko inne obumarło, pozostawiając ją. W samym centrum uwagi, na samym szczycie jego kłębowiska myśli. Myśli, które, wyznając przed Panem, wstydziłby się. Cała, śmierdząca polskim plebsem wiocha, mogłaby wokół niego spłonąć, a on nie strzepałby nawet popiołu z połyskujących ogniem naramienników. Sapnął gwałtownie.
Przełożeni mówili, że będzie ich trzech. Trzech gońców assasynów. I że jeden z nich, grzesznych kurierów, cieniokrążców, niósł będzie pogański artefakt. Dar od dawnych bogów. Starożytny i potężny. Na tyle potężny, że zaogniany od lat konflikt, opłacało się przekuć na odwracającą uwagę bitwę-maskaradę. Przełożeni nie napomnieli, że gońcem może być niewiasta. Pokój wciąż nią pachnął. Słowiańską łąką, dębem rozpinającym swe gałęzie nad pagórkiem.
Sprawozdanie zdawało się wić, jak rozeźlony wąż. Świece, jakby na złość umożliwiały odczytanie jego treści.

Rok Pański 1410
Znamienity Wielki Mistrzu,
Teraz, gdy echa wojny powoli przemijają, a bitewny kurz stopniowo opada, kryjąc sobą krew i ciała, pragnę z przykrością was powiadomić o jakże nieszczęśliwym zakończeniu misji, jaką w swej łaskawości uraczyłeś mi powierzyć. Gońcem był grzech o kobiecej twarzy i koniu podążającym teraz bez spoczynku w głąb Księstwa zwycięskiego Kiejstutowicza, gdzie nasze perspektywy są równie zamglone, co poranki na tym przeklętym kawałku Europy.
Niewiasta, niby bagienna wiedźma omotała mnie najpierw zauroczeniem, ale w miarę upływu czasu to zaczęło mijać, a ja zacząłem podejrzewać. I gdy ja z wpół wyciągniętą prawicą po ujawniony przez gońca artefakt, ta użyła sztuczki podłej, nieczystej. Mikstury szatańskiej, by stępić mój umysł i osłabić ciało. Zanim jednak ta zaczęła działać, moje oczy spoczęły przez chwilę na ów przedmiocie, który naszemu bractwu jest tak drogi. Wyryta w drewnie czterotwarz, każda morda w innym kierunku zwrócona, zapewne inny zabobon reprezentująca. Identyfikacja ta nie była nad siły trudna, gdyż całą izbę zalał jakby czar, energia bałwochwalcza. Przed oczami malowały się wizje, których nigdym nie widział. (…)
Czas spędzony w klasztorze zapewnił mu, nie tylko piśmienność. Okupione krwawicą ojca szkolenie sprawiło, że doskonale wiedział, co się wydarzy po tej porażce.
Powiadali, że Wielki Mistrz, czytając sprawozdanie, mruczał nieustannie: „Taki młody, taki obiecujący. Takka szkoda.”

17.11.2017 23:54
211
odpowiedz
Aldo_Raine
0
Junior

„Mamy gości Mości Panowie!” – rzekł dnia 10 lipca 1649 roku Ojciec Królów Jeremi Wiśniowiecki do swych pobratymców, którzy zwali go również Młotem na Kozaków. Na Zbaraż nacierała Kilkudziesięciotysięczna armia wojsk kozackich, tatarskich oraz chłopskich na czele których stał Mistrz Zakonu Templariuszy, zdrajca i buntownik - Bohdan Chmielnicki oraz zmanipulowany przez niego chan Islam III Girej. Nim do oblężenia w ogóle doszło agenci zakonu zdając sobie sprawę z siły oporu, jaką mogą napotkać postanowili zdestabilizować obrońców Zbaraża od wewnątrz poprzez opóźnianie dostaw żywności i amunicji, wypędzanie zwierząt oraz zatruwanie wody. Mimo rozpaczliwej i heroicznej postawy obrońców ich siły topniały w szybkim tempie, głównie z powodu głodu, chorób oraz ograniczonej ilości amunicji. W samym Zbarażu jedynym przedstawicielem Zakonu Asasynów był osobnik, którego do dziś uważa się za jednego z najbardziej zdziwaczałych i wzbudzający największe kontrowersje w całej jego historii. Jan Onufry Zagłoba niewątpliwie nie był przykładem cnót zakonu Asasynów, zaś od skrytobójczych misji wolał alkoholowo-filozoficzne dysputy. Niemniej lojalności oraz trzeźwości myśli, która zawsze szła w parze z nietrzeźwością umysłu niejeden mógłby mu pozazdrościć. To on był głównym pomysłodawcą, by przekonać chana Islama III Girej iż dalsze oblężenie wcale nie leży w jego interesie oraz za jego słowami posłańcy argumentowali u Króla Jana II Kazimierza konieczność natychmiastowej odsieczy. I choć te działania nie były w żadnym razie spektakularne, to nie można odmówić im skuteczności. Zagłoba faktycznie miał kluczowe znaczenie dla zawartej ugody, która sama w sobie nie zadowalała żadnej ze stron (Jak się później okazało pod tym względem historia tych ziem jeszcze nie raz miała się powtórzyć). W ten sposób powstrzymano inwazję tatarską w głąb kraju oraz w pewnym stopniu stłumiono powstanie kozackie, zaś zadowolony z siebie Zagłoba mógł się za to spokojnie napić. Cóż… jaki kraj, tacy Asasyni.

17.11.2017 23:55
212
odpowiedz
schwytajmnie
0
Junior

- Zapamiętasz?
Aram chwycił kawałek papieru, z naszkicowaną nań węglem facjatą mężczyzny. Była to dość łagodna, na swój sposób nieco chłopięca twarz, którą zdobiły wielkie oczy. Przebiegł wzrokiem po narysowanej podobiźnie, po czym zgniótł w dłoni trzymany arkusz i upuścił go do ogniska.
- Znajdziesz go? - zakapturzony osobnik zadał kolejne pytanie. Odpowiedź na poprzednie pytanie najwidoczniej go usatysfakcjonowała.
Aram skinął głową.
- Doskonale – tym razem to nieznajomy pokiwał głową – zatem wiesz co robić.
Owszem, wiedział. Dlatego obrócił się na pięcie, niemal od razu po usłyszeniu tych słów i zanurzył się w ciemności, która wgryzała się w kopułę światła, jaką tworzyło wokół siebie ognisko.
- Uważaj na Templariuszy… - Aram usłyszał jeszcze ostatnie słowa za swoimi plecami.
Wiedział, że musi na nich uważać. Jeden z wojowniczych zakonów osiadł na tutejszych ziemiach już dawno temu i przez długi czas sprawiał Polakom rozliczne problemy. A zlikwidowanie oficjalnych struktur państwa krzyżackiego wcale nie musiało oznaczać, że ich tajne służby przestały kiedykolwiek zupełnie funkcjonować. To była ostatnia rzecz, o jaką można było podejrzewać Templariuszy.

*****

Tadeusz nałożył na głowę perukę i przejrzał się w lustrze.
- Hugo – zawołał do mężczyzny siedzącego na sofie, w tym samym pomieszczeniu – wszystko gotowe?
- Tak, zebranie zwołane – odrzekł mu – myślę, że czas zacząć.

*****
Pałac Radziwiłów był prostą, choć estetyczną budowlą. Jej płaskie ściany, tu i ówdzie przyozdobione skromnymi reliefami, nie dawały zbyt wielu szans na wspinaczkę. Być może dlatego, żaden z żołnierzy stojących na straży nawet nie pomyślał, by spojrzeć na dach, po którym przemykały cienie. Wśród nich Aram.

Pierwszy cień padł martwy bez najmniejszego szelestu. Sztylet asasyna przebił mu tchawicę błyskawicznym ruchem, nawet nie zdążył dobyć z siebie żadnego jęku bólu czy rozpaczy. Drugi cień padł chwilę później, z aortą przeciętą w poprzek od nadzwyczaj ostrej klingi handżaru. Trzeci cień spostrzegł, że coś jest nie tak. Lecz nim zdążył zaragować, chwycił się za rozpłataną szyję, próbując zatamować krwawienie. Był już jednak praktycznie martwy.

Później były jeszcze trzy cienie. Umarły szybko.

Następny cień, jaki spotkał, leżał już martwy. Jednak nie z jego dłoni...

- To już wszyscy - Aram usłyszał za sobą obcy głos. Obrócił się i, o zgrozo, w cieniu stojącym nieopodal rozpoznał Templariusza - spokojnie, asasynie. Jestem tu w tym samym celu, co ty. Ochronić go...

Spojrzeli na drzwi balkonowe, na które mieli z dachu idealny widok. Nikłe światło kaganków oświetlało dwie postacie, które właśnie stały przy balustradzie.

- Spisali już tę swoją konstytucję - odezwał się nagle Templariusz - jutro ją ogłoszą. A później wybuchnie wojna z moskalami - wskazał na leżące martwe cienie - i z prusakami. O to wam chodziło? Tak jak i nam...

Aram zrozumiał. Choć nie rozumiał wielkiej polityki.

Cień Templariusza zniknął w mroku nocy.

17.11.2017 23:58
213
odpowiedz
agimagi
0
Junior

Do Zbaraża dotarłem z Mikołajem Skrzetuskim który przybył by wspierać księcia w obronie Zbaraża. Jednak jednym z moich zadań po za zlikwidowaniem Tuhaj-beja było ocalenie rajskiego jabłka przed żądnymi władzy nad światem templariuszami , było ono bowiem ukryte w murach twierdzy. Twierdza była nacierana przez ordy tatarów tabory kozaków , nie miałem jak opuścić twierdzy by ukryć artefakt w bezpiecznym miejscu gdzie templariusze nie mieli sposobności na jego zdobycie. Ataki trwały w nieskończoność, wydawało by się że nigdy nie ustaną, ale odpieraliśmy je jeden za drugim. W końcu w twierdzy zaczęło brakować żywności i książę podjął próby wysłania posłańców o odsiecz do króla. Gdy ci nie wracali ani nie było widać by odsiecz nadciągała wpadłem na pomysł jak wyniosę artefakt z twierdzy i gdzie go ukryje. Gdy zaczęło brakować prochu za moją namową Skrzetuski wstawił się do księcia z chęcią wyruszenia z posłaniem do króla, który był wraz z armią w Toporowie(tam ukryje jabłko). Zgłosiłem się więc wraz ze Skrzetuskim do wykonania zadania doręczenia listu królowi,w ten sposób mogłem ocalić nie tylko artefakt ale i mojego kompana Mikołaja Skrzetuskiego przed losem wcześniejszych śmiałków. Posłańcy wyruszający samotnie nie wracali pewnie ranni nie docierali a inni trafiali na pal ku przestrodze ze nie ma wyjścia po za granice obozów tatarskich i nie ma drogi ucieczki, choć nikt w twierdzy nie myślał o ucieczce, dumni i honorowi Polacy nie tylko szlachta ale i prości ludzie walczący u boku księcia Jeremiego nie myśleli uciekać przed tatarami i kozakami mimo wyczerpania i głodu. Ale miałem jeszcze jeden cel Tuhaj-bej którego bractwo nakazało zabić.
Jeszcze tego samego dnia miałem szanse wypełnić zadanie zabicia Tuhaj-beja. W trakcie odpierania natarcia zauważyłem go ruszyłem w jego stronę w ferworze walki pokładając jeden za drugim stojących na drodze tatarów. Dotarłem do Tuhaj-beja i utopiłem ostrze tuż pod jego sercem o ile je miał . Gdy zsunął sie z konia prawie martwy, wielki Tuhaj-bej prosił o łaskę i prosił o szybką śmierć. Zostawiłem go konającego w męczarniach na polu bitwy ale dzięki temu co powiedział bym nie pozwolił mu zdychać jak psu wiem jak opuścić w miarę niezauważonym przez tatarów . W nocy wraz ze Skrzetuskim ruszyliśmy na moczary gdzie wypływało dziennie wiele trupów one pomogły maskować naszą obecność w wodzie. Przed opuszczeniem Zbaraża wydostałem artefakt i ukryłem w menażce dla niepoznaki. Udało nam się ominąć 2 punkty kontrolne tatarów ale przy trzecim niespodziewanie Skrzetuski natknął się na tatara który okradał wypływające zwłoki i (gdyby był sam nie wiem czy dotarł by do króla) wtedy kazałem Skrzetuskiemu uciekać a tatar i jego kompan posmakowali mojego ostrza. Upewniając się ze jest bezpiecznie dogoniłem kompana i ruszyliśmy do Toporowa. Zadanie poselskie wykonane a król ruszył z odsieczą ja z nim ,ale przed tym ukryłem artefakt w podziemiach Toporowa . W drodze z odsieczą zaskoczyły nas orda tatarów z Chanem i kozacki tabor z Chmielnickim. Chan był pazerny na łupy i łasy pochlebstw wiec udało się go przekupić paktem ziemie którymi będą wracać mogą plądrować a Zbaraż i czernie i ich ziemie trafią do kozaków nie całkiem o to chodził mi ale i tak templariusze nie dostana tego co chcieli a ludzie z księciem mogą opuścić spokojnie bez obaw twierdze

17.11.2017 23:59
215
odpowiedz
rejzefiber
0
Junior

Kamień pono wytrawić jest trudno. Ale paryski bruk krew chłonie lepiej niż jedwabna materia. Jucha wsiąka w niego szybciej niż w rękaw, którym otarto obity nos. Wżera się w niego prędko, znaczy go nieubłaganie, przybija na nim swój straszny stempel i barwi go z łatwością, z jaką nie farbuje się nawet niewieściej sukmany. Czerwi szkarłat z czasem jednak blaknie; krew rozlana na brukach – przeciwnie – czernieje. Jest lepka, ciężka i pachnie żelazem. Śmiercią, do której zlatują się muchy i przypełza robactwo. Za grosz w niej wzniosłości. Stężała krew ludzka tożsama jest ze zwierzęcą. Nie dostrzeżesz różnicy.

Pod datą 19 kwietnia 1906 roku na paryski krew również bryznęła krew. Upadł wtedy, trącony wozem niebacznego furmana, Pierre Curie. Nad mężczyzną szybko uczyniło się zbiegowisko; przekupki rzuciły tobołki, dzieci – ciekawe zakazanych widoków – wyrywały się rodzicom. Nawet damy, w woalach i pod parasolkami, obracały się na ten widok z zainteresowaniem. W oddali ujadał pies, na trotuarze rżały przestraszone konie, które odprzęgnięto już od nieszczęsnego wozu. Z Pierre’a Curie uchodziło zaś życie.

Ktoś nagle zaczął się przeciskać przez spory tłumek. Napięte ekscytacją ciała rozstępowały się, ulegały kuksańcom, które – prąc przed siebie z nadludzką siłą – ktoś rozdzielał na prawo i lewo, na oślep, w amoku. Z ciżby wyłonił się Paul Langevine, przyjaciel Marii, jej totumfacki, ale i wcale utalentowany fizyk. Langevine, zdjęty przerażeniem, mimowolnie przypadł do ciała Pierre’a. Niesiony niejasnym impulsem jedną dłonią chwycił go za rękę; drugą położył mu pod głowę, palce wplatając we włosy. Curie uniósł na niego swe oczy. Jeszcze pełgało w nich życie. Wycedził:

– Paul, to oni zrobili. – Powietrze nabierał z trudem, mozolnie, jakby wtaczał pod górę ciężki głaz.
– Pierre, przyjacielu, co ty mówisz? Jacy oni? – do Langevine’a widomie nie docierało to, co usłyszał.
– Ty wiesz. Zrozumiesz. Będziesz musiał zająć się Marią. Ja jej już nie ochronię.
– Leż i nie gadaj, bo pleciesz. Bywało, żeś się, bratku, z gorszych rzeczy wylizywał. Zaraz przybędzie pomoc – Paul sam w te słowa nie wierzył. Curie leżał na ziemi bezwładnie; wóz furmana cisnął nim jak lalką, którą daje się dziecku. Jedno z jego żeber sterczało z kamizelki, bieląc się bezwstydnie. Langevine mówił tak, bo wypadało. Czuł, że Curie nie dożyje przyjazdu sanitariuszy. – Leż, spokojnie, leż. Jeszcze mi się będzie Maria na ciebie skarżyć.

Ale Curie nie przeżył. Potrącenie okazało się śmiertelne. Pierre – człowiek, który lata temu rozpostarł nad Marią ochronny parasol – tym razem uległ knowaniom wroga, dla którego takie zabójstwo było najniższą ceną, jaką mógł zapłacić za dostęp do sekretów genialnej Polki. Wypadek nie był dziełem przypadku, ale zwieńczeniem dawno już zawiązanej intrygi.

Ale Langevine o tym jeszcze nie wiedział. Dopiero osobiste śledztwo pozwoliło mu odkryć prawdę. Niejawne fakty zaczęły mu się z wolna ukazywać z całą ostrością. Pierre był templariuszem, który od dawna już zapewniał Marii bezpieczeństwo. Był przy niej, gdy ta dokonywała największych odkryć – przede wszystkim po to, by dać odpór asasynom czyhającym na jej tajemnice. Gdyby nie on, nie byłoby ani lipca, ani grudnia 1898 r.

Teraz to Langevine miał się stać protektorem Marii Curie-Skłodowskiej.

18.11.2017 00:01
217
odpowiedz
mniszekzakonny
0
Junior

Głupcy, ambitni głupcy. Naprawdę sądzą, że służą słusznej sprawie. Tymczasem ten ich bezprzedmiotowy spór szerzy tylko chaos. Mogli ustąpić, wszak wielokrotnie już dawaliśmy im szansę na porozumienie. Ale nie! W końcu racja musi być po ich stronie i jest dla nich bez znaczenia gdzie rzeczywiście się ona znajduje. Ściągają więc posiłki, gromadzą zaciężnych i wzywają sojuszników, by wesprzeć własne oddziały w decydującym starciu. Siły obu państw zdają się być wyrównane, nic więc dziwnego, że wątpią w możliwość samodzielnego zwycięstwa. Tym niemniej, dowodzi to tylko tego, iż należy zmienić dotychczasową strategię. Wszakże brak prawdziwej wiary w słuszność własnych działań i możliwości to największe zagrożenie dla powodzenia naszej misji – coś, na co nie możemy pozwolić.

Tak więc dobrze, pomożemy im. Dostarczymy najemników, pomożemy uzgodnić korzystne przymierza, użyczymy doświadczenia naszych dowódców. Niech idą w bój, niech zapłacą daninę krwi tej ziemi, której spokój zakłócają krnąbrnością i pychą. Koniec końców, wynik tego starcia nie ma znaczenia. Którakolwiek strona odniesie zwycięstwo, to jedynie drobny epizod w procesie realizacji naszej wizji. Trwały pokój osiągniemy wszak dopiero wtedy, gdy stracą powód - lub możliwość - dalszej walki.

Ruszajcie więc, bracia. Fryderyku, od kilkunastu już lat służysz radą kolejnym Wielkim Mistrzom. Rób to dalej. Pamiętaj tylko, jaki przyświeca nam cel – musisz wyrwać Zakon z łona Kościoła. Wtedy i tylko wtedy zakonnicy stracą główny pretekst do podboju jak też przede wszystkim opiekuna, która do tej pory pozwala im utrzymać się na powierzchni zdarzeń bez względu na gwałtowność jego nurtu. Ty zaś, Wacławie, zadbaj o to, by młody Władysław nie zapomniał tego co już od lat mu wpajasz. Przygotuj też własnych następców, którzy podtrzymają Koronę w jej dążeniu do objęcia zwierzchnictwa nad mnichami.

Może nie dziś ani jutro, ale doczekamy dnia, w którym zapanuje spokój na tej ziemi. Idźcie już. I niech Ojciec Zrozumienia was prowadzi.

18.11.2017 00:16
218
1
odpowiedz
5 odpowiedzi
Suomi
17
Look at you hacker

Hej wszystkim!

Ogłaszamy koniec przyjmowania prac na konkurs Assassin’s Creed Origins – wszystkie prace umieszczone po ostatecznym terminie (tj. 17 listopad 23:59) nie będą już przyjęte do puli tekstów. Dziękujemy za wszystkie zgłoszenia i z całą pewnością będzie co czytać, gdyż odzew był ogromny :)
Wyniki ogłosimy 24 listopada. Lista zwycięzców zostanie umieszczona na stronie konkursowej, poście na forum oraz newsie, a sami zwycięzcy poinformowani drogą mailową.

Raz jeszcze dziękujemy i przypominamy wszystkim, którzy biorą udział w konkursie - musicie mieć zaznaczoną zgodę na przetwarzanie danych osobowych w ustawieniach swojego profilu!

Udanego weekendu!

18.11.2017 00:41
218.1
Gremlinek
19
damian1996PL

A my dziękujemy ślicznie za taki konkurs! Oby więcej pisemnych, wtedy więcej osób bierze udział, bo przy grafice czy robótkach ręcznych już trudniej stworzyć coś sensownego bez właściwych umiejętności. ;)

18.11.2017 00:46
218.2
Bukary
150
Senator

Wbrew pozorom pisanie po polsku też wymaga pewnych umiejętności. ;)

No to teraz trzeba się brać za czytanie i układanie swojej własnej listy zwycięzców.

18.11.2017 11:26
218.3
Gremlinek
19
damian1996PL

Wymaga, wymaga, ale miałem na myśli, że konkursy pisemne są przystępniejsze, nawet dla tych co na co dzień nie piszą. :P

18.11.2017 12:36
218.4
Matysiak G
115
bozon Higgsa

Każdy myśli, że to proste, grafomanów nie brakuje, a potem wychodzą takie potworki jak "50 twarzy Greya". I jeszcze się sprzedają.

18.11.2017 12:46
218.5
Gremlinek
19
damian1996PL

O Panie, to żeś teraz dał. :D

19.11.2017 12:41
219
odpowiedz
6 odpowiedzi
Lechiander
51
Fuck Black Hole

Wg mnie i tak Widzący wygrał! :D

19.11.2017 12:50
219.1
Bukary
150
Senator

Ha, ha! Owszem, tekst był zajefajny. ;)

Szkoda tylko, że przekleństwa go od razu wyeliminują z rywalizacji.

19.11.2017 16:20
219.2
Runnersan
166
Senator

No bardzo fajny:)

19.11.2017 20:00
219.3
Harlan Dargonth
0
Legionista

Dla mnie @Bukary zdeklasował wszystkich. Zazdroszczę lekkości pióra i wiedzy. Btw. czy to nie on tłumaczył Thiefa?

19.11.2017 20:53
219.4
1
Gremlinek
19
damian1996PL

Nie mam nic do pracy Bukarego bezpośrednio, ale ten drobny komentarz jak dla mnie wykracza poza zasady konkursu, a tłumaczenie, że to dla zainteresowanych jest co najmniej naiwne. Praca powinna zmieścić się w założonych ramach, a skoro wymaga do zrozumienia treści takiego dodatku, to jest to przekroczenie znaków lub mogło być lepiej napisane. Rozumiem, że się napracował (zresztą jak każdy z nas), ale takie postępowanie to fakt zdeklasowanie, ale poprzez naciąganie regulaminu konkursu. Nawet jeśli tylko sam post z pracą konkursową będzie brany pod uwagę, to gość tworzy lepsze wrażenie dodając więcej treści obok, a jak już napisałem takie wymijanie nie jest do końca w porządku dla zasad i dla pozostałych uczestników, którzy postąpili tak, jak im kazano. Gdyby konkurs na to pozwalał, inni też by o to zadbali i dali sobie większe pole do popisu.

Wszyscy powinni mieć równe szanse. Ci, którzy pisali z ręką na regulaminie wzięcia udziału.

post wyedytowany przez Gremlinek 2017-11-19 21:07:16
19.11.2017 21:43
219.5
Bukary
150
Senator

Gremlinek --->

Przecież w konkursie bierze udział tylko tekst. Nawet mi przez myśl nie przeszło, że ktoś uzna takie "przypisy" za część tekstu konkursowego i będzie z tego powodu, jako uczestnik, niezadowolony. Aż się przykro zrobiło.

Dla osób, które znają serię "Assassin's Creed" (aluzje: "rajski owoc", Cafe-Theatre, brak serdecznego palca, krzyżowy herb) i czytały Conrada (a to często lektura szkolna), wszystkie potrzebne do rozwikłania całej historii informacje znajdują się w tekście. Wiedza o autentyczności Madame Palladino itp. nie jest do niczego potrzebna. 3 tys. znaków ma się bronić jako samodzielna całość.

Dodałem więc komentarz nie dla jury konkursowego, tylko dla użytkowników GOL-a, którzy mają ochotę na czytanie takich tekstów, a niekoniecznie znają "Jądro ciemności" i niekoniecznie grali w "Unity". Podejrzewam, że redakcja GOL-a wydrukuje wyłącznie teksty (i to pewnie bez jakiegoś szczególnego formatowania), pokaże je sponsorom konkursu i razem coś wybiorą. Nikt się na żadne komentarze nie będzie oglądał. Nie sądzę, żebyś się miał o co martwić. Zresztą aluzyjność tego tekstu jest tak duża (specjalnie nie pada tam ani raz słowo "asasyn" czy "templariusz", "asasyństwa" Marii i Marlowa oraz "templariuszostwa" Kurtza można się wyłącznie domyślać na podstawie poszlak), że sponsor raczej nie będzie zadowolony. ;) Możesz spać spokojnie. Zwycięstwo będzie prawdopodobnie należeć do osoby, która mocniej wyłożyła kawę na ławę.

A swoją drogą, twój tekst jest całkiem całkiem. Przyjemnie się czyta, fajna stylizacja i oryginalny pomysł. Niestety, też nie "kawa na ławę". ;)

Harlan --->

Tak, tłumaczyłem wszystkie trzy "Thiefy" (rebootu nie licząc) dla Cenegi.

Twój tekst, Harlanie, podobnie jak Gremlinka, też się wyjątkowo pozytywnie wyróżnia wśród innych.

post wyedytowany przez Bukary 2017-11-19 21:57:33
19.11.2017 21:49
219.6
Gremlinek
19
damian1996PL

Dzięki za wyjaśnienie. O to właśnie chodziło, żeby broniło się jako samodzielna całość, stąd mój wniosek, że drugi post powstał niepotrzebnie. ;)