|
Gdy grałem w Painkillera i pisałem jego recenzję, zastanawiałem się, jaką też będzie mieć szansę rodzimej produkcji strzelanka doomopodobna, gdy rynek czekał na trzecią część Dooma, na drugą część Half-Life’a oraz na S.T.A.L.K.E.R.A. Minęło osiem miesięcy. Doom III okazał się być mało doomopodobną, ściśle wyreżyserowaną przygodą interaktywną, Half-Life II odniósł zasłużony sukces gry, której nic nie zagraża, ale i ona niekoniecznie zagraża jakiejkolwiek innej – ot, klasa sama w sobie. Na S.T.A.L.K.E.R.A. nadal czekamy.

Smutne miasteczko – jedna z atrakcyjniejszych lokacji w grze.
Wyszło na to, że Painkiller poważnej konkurencji nie ma. Czysto akademickie rozważania – czy Painkiller cieszyłby się taką popularnością, jaką udało mu się zdobyć, gdyby ta konkurencja była – możemy sobie darować, bo oto pojawił się dodatek. Gra przedłużająca zabawę o dalsze kilka-kilkanaście godzin, nie wnosząca do niej wprawdzie rewolucyjnych zmian, lecz skutecznie przypominająca o tym, że piekło jest i ma się dobrze.

A mówił, że kocha i że krzywdy nigdy zrobić nie pozwoli...
Popularną przypadłością większości dodatków – czy to będzie strategia, czy erpeg, czy prosta strzelanka – jest to, że w ten sam engine, tę samą grafikę i te same realia autorzy starają się upakować nieco większe wyzwania. Obok starych przeciwników dostrzegamy kilku nowych, pomiędzy starymi lokacjami odnajdujemy parę nowych map i na tym koniec. Painkiller: Battle out of Hell szczęśliwie na tę chorobę nie cierpi. Nadal mamy do czynienia z niezwykle dynamicznym, fantastycznie grywalnym i odprężającym FPS-em, który graficznym i dźwiękowym przepychem dech zatyka, ale nasz wzrok nie spocznie na niczym, co już widzieliśmy.
|