Forum Gry Hobby Sprzęt Rozmawiamy Archiwum Regulamin
Forum

rejzefiber ostatnie wypowiedzi na forum i w komentarzach

17.11.2017 23:59
odpowiedz
rejzefiber
1

Kamień pono wytrawić jest trudno. Ale paryski bruk krew chłonie lepiej niż jedwabna materia. Jucha wsiąka w niego szybciej niż w rękaw, którym otarto obity nos. Wżera się w niego prędko, znaczy go nieubłaganie, przybija na nim swój straszny stempel i barwi go z łatwością, z jaką nie farbuje się nawet niewieściej sukmany. Czerwi szkarłat z czasem jednak blaknie; krew rozlana na brukach – przeciwnie – czernieje. Jest lepka, ciężka i pachnie żelazem. Śmiercią, do której zlatują się muchy i przypełza robactwo. Za grosz w niej wzniosłości. Stężała krew ludzka tożsama jest ze zwierzęcą. Nie dostrzeżesz różnicy.

Pod datą 19 kwietnia 1906 roku na paryski krew również bryznęła krew. Upadł wtedy, trącony wozem niebacznego furmana, Pierre Curie. Nad mężczyzną szybko uczyniło się zbiegowisko; przekupki rzuciły tobołki, dzieci – ciekawe zakazanych widoków – wyrywały się rodzicom. Nawet damy, w woalach i pod parasolkami, obracały się na ten widok z zainteresowaniem. W oddali ujadał pies, na trotuarze rżały przestraszone konie, które odprzęgnięto już od nieszczęsnego wozu. Z Pierre’a Curie uchodziło zaś życie.

Ktoś nagle zaczął się przeciskać przez spory tłumek. Napięte ekscytacją ciała rozstępowały się, ulegały kuksańcom, które – prąc przed siebie z nadludzką siłą – ktoś rozdzielał na prawo i lewo, na oślep, w amoku. Z ciżby wyłonił się Paul Langevine, przyjaciel Marii, jej totumfacki, ale i wcale utalentowany fizyk. Langevine, zdjęty przerażeniem, mimowolnie przypadł do ciała Pierre’a. Niesiony niejasnym impulsem jedną dłonią chwycił go za rękę; drugą położył mu pod głowę, palce wplatając we włosy. Curie uniósł na niego swe oczy. Jeszcze pełgało w nich życie. Wycedził:

– Paul, to oni zrobili. – Powietrze nabierał z trudem, mozolnie, jakby wtaczał pod górę ciężki głaz.
– Pierre, przyjacielu, co ty mówisz? Jacy oni? – do Langevine’a widomie nie docierało to, co usłyszał.
– Ty wiesz. Zrozumiesz. Będziesz musiał zająć się Marią. Ja jej już nie ochronię.
– Leż i nie gadaj, bo pleciesz. Bywało, żeś się, bratku, z gorszych rzeczy wylizywał. Zaraz przybędzie pomoc – Paul sam w te słowa nie wierzył. Curie leżał na ziemi bezwładnie; wóz furmana cisnął nim jak lalką, którą daje się dziecku. Jedno z jego żeber sterczało z kamizelki, bieląc się bezwstydnie. Langevine mówił tak, bo wypadało. Czuł, że Curie nie dożyje przyjazdu sanitariuszy. – Leż, spokojnie, leż. Jeszcze mi się będzie Maria na ciebie skarżyć.

Ale Curie nie przeżył. Potrącenie okazało się śmiertelne. Pierre – człowiek, który lata temu rozpostarł nad Marią ochronny parasol – tym razem uległ knowaniom wroga, dla którego takie zabójstwo było najniższą ceną, jaką mógł zapłacić za dostęp do sekretów genialnej Polki. Wypadek nie był dziełem przypadku, ale zwieńczeniem dawno już zawiązanej intrygi.

Ale Langevine o tym jeszcze nie wiedział. Dopiero osobiste śledztwo pozwoliło mu odkryć prawdę. Niejawne fakty zaczęły mu się z wolna ukazywać z całą ostrością. Pierre był templariuszem, który od dawna już zapewniał Marii bezpieczeństwo. Był przy niej, gdy ta dokonywała największych odkryć – przede wszystkim po to, by dać odpór asasynom czyhającym na jej tajemnice. Gdyby nie on, nie byłoby ani lipca, ani grudnia 1898 r.

Teraz to Langevine miał się stać protektorem Marii Curie-Skłodowskiej.