Forum Gry Hobby Sprzęt Rozmawiamy Archiwum Regulamin

Forum: Konkurs Wszystkie drogi prowadzą do Blackreach - Rozdział III

29.06.2020 00:22
Prane
1
Prane
10
GRYOnline.pl

GRYOnline.pl

Konkurs Wszystkie drogi prowadzą do Blackreach - Rozdział III

Czy połamaliście już wszystkie pióra i/lub klawiatury w naszej wspólnej literackiej przygodzie? Z okazji premiery dodatku Greymoor do The Elder Scrolls Online przygotowaliśmy dla Was konkurs pisarski. Do wygrania między innymi klawiatury Corsair, abonamenty ESO Plus, egzemplarze The Elder Scrolls Online: Gold Edition oraz rozmaite gadżety!

Po więcej szczegółów zapraszamy Was na stronę https://greymoor.gry-online.pl/. W dużym skrócie: czytacie przygotowany przez nas Rozdział III opowiadania "Wszystkie drogi prowadzą do Blackreach", a następnie, odpowiadając na zadanie konkursowe, proponujecie swoją kontynuację w niniejszym wątku. Najlepsze zgłoszenia otrzymają nagrody (patrz Nagroda Konkursowa na stronie), a najlepsze z najlepszych nawet więcej nagród (Nagroda Społeczności). Dla jednego z najwytrwalszych uczestników przygotowaliśmy coś ekstra (Nagroda Autora).

To przedostatni etap naszego konkursu, więc wkrótce będziemy na ostatniej prostej jeśli chodzi o nagrody. Będzie nam bardzo miło, jeśli zapoznacie się również z Regulaminem konkursu zamieszczonym na wspomnianej stronie.

Obecnie trwa etap Rozdział III, a zadanie brzmi:

spoiler start

"Porucznik Grimes Angra został z tyłu - czas na ucieczkę. Napisz kontynuację Rozdziału III, w której Micareth, Sha'anks oraz niesiony przez nich urzędnik dotrą do wyjścia z Blackreach pomimo wszelkich przeciwności."

spoiler stop

Na Wasze zgłoszenia czekamy do środy, 1 lipca, do 23:59. Powodzenia! :)

post wyedytowany przez Prane 2020-06-29 00:31:31
29.06.2020 23:31
Kot Czeladnik
2
odpowiedz
Kot Czeladnik
1
Junior

Micareth wysunęła się naprzód z gotową do użytku bronią. Nie uszła nawet kilku kroków. Kątem oka zauważyła, jak Sha’anks się zatrzymuje, ryjąc bruzdy w luźnym żwirze zalegającym dno korytarza. Przystanęła, gotując się do walki. Przygotowana była na wszystko. Atak wampirów, falmerów czy nawet jaskiniowych grzybów, które w tym przeklętym miejscu równie dobrze mogły okazać się krwiożerczymi zabójcami. Była gotowa na wszystko, tyko nie na widok kocura grzebiącego w kieszeni, ze wzrokiem utkwionym w walczącą parę.

Khajiit najwyraźniej znalazł to, czego szukał, bo krzyknął tryumfalnie. Zamachnął się i mrużąc jedno oko cisnął swoim znaleziskiem w stronę wampirzycy. Zafurkotało, powietrze przecięła rozmazana, biała smuga. Nieprzytomny człowiek prawie zsunął mu się przy tym z ramion.

Sha’anks podskoczył kilkukrotnie, poprawił uchwyt, jakby dźwigał na barkach nie ciało, a worek ziemniaków i nie czekając na nią, kontynuował ucieczkę.

Micareth domyśliła się, czym był pocisk i aż sapnęła z niedowierzania. Dogoniła khajiita, który zwolnił zdecydowanie i dyszał coraz głośniej.

— Sha’anks — zauważyła zgryźliwie — to z czosnkiem na wampiry, to są wiejskie brednie. Jak niby, twoim zdaniem, miałoby to działać?

— Sha’anks wie — wysapał kocur. — Wie i dobrze rozumie, że to brednie. Ale nawet wampir zmyli krok, jak dostanie w czoło główką czosnku. Sha’anks uważa, że dla rozpędzonego topora taka chwila zawahania powinna wystarczyć. Uhh, może Micareth łaskawie pomoże biednemu Sha’anksowi? Sha’anks nie został stworzony do dźwigania klocowatych urzędników.

Uciekali krętymi korytarzami, a Micareth co jakiś czas pomagała w dźwiganiu nieprzytomnego człowieka. Ten wcale nie chciał współpracować. Kolebał się na plecach khajiita, zsuwał i co rusz zaczepiał o coś którąś z kończyn. Wojowniczka doszła do wniosku, że jeśli nieborak będzie miał szczęście i dożyje końca szaleńczej eskapady, to jego ciało zmieni się w jeden wielki, obolały siniak.

Kluczyli i krążyli, za wszelką cenę starając się uniknąć walki. Czuli, że zamiast zbliżać się do powierzchni, coraz bardziej zagłębiają się w plątaninę tuneli i jaskiń.

Micareth, skupiona na tym, aby nie skręcić kostki na nierównej powierzchni, prawie wpadła na Sha’anksa, który zatrzymał się raptownie.

— Pssst, uwaga! — syknął khajiit, wyszczerzając zęby. — Tam, przed nami.

Znaleźli się u wylotu obszernej jaskini. Naturalna grota wykorzystywana była przez grupę ślepych falmerów jako obozowisko, albo coś, co określić można było mianem osady. Micareth widziała skupisko skórzanych namiotów rozstawionych wokół huczącego ogniska. Na rożnach opiekały się kawałki podejrzanie wyglądającego mięsa. Pod przeciwległą ścianą ulokowano rząd zagród, w których najwyraźniej pasło się kilka jaskiniowych stworzeń.

Musiała akurat trwać pora posiłku. Większość ślepych stworzeń krążyło w pobliżu ognia, dorzucając chrustu i doglądając mięsiwa. Tylko kilku uzbrojonych wartowników krążyło u wylotu sąsiednich tuneli, kolebiąc się swoim złudnie nieporadnym krokiem.

— Wycofujemy się? — spytała, obserwując jak jeden ze strażników przechodzi w ich pobliżu. — Wybierzemy inny korytarz, nie damy rady wszystkim.

— Nie — zaprzeczył kocur zdecydowanym głosem. — Oczy Sha’anksa wypatrzyły światło. Tam, widzisz? Światło słońca.

Spojrzała we wskazane miejsce i poczuła, że w ustach zaschło jej z wrażenia. U szczytu jaskini widniała szczelina, przez którą przesączały się promienie porannego słońca. Do wyjścia wiodła wąska ścieżka tuż przy samej ścianie jaskini. Jej początek znajdował się dokładnie między nimi a falmerską osadą. Micareth zdała sobie sprawę z jeszcze jednej rzeczy i uśmiechnęła się szeroko.

Ścieżka była niestrzeżona.

— Damy radę?

Khajiit prychnął. Przerzucił urzędnika przez plecy, po czym ruszył jako pierwszy.

Taka odpowiedź w zupełności jej wystarczyła.

Posuwali się naprzód, skradając się, klucząc i uważając na każdy czyniony krok. Kocur, nawet obciążony dodatkowym balastem, poruszał się bezszelestnie. Micareth robiła co mogła, aby mu dorównać. Mogło im się powieść. Nie towarzyszyła im elfka, ani potężny i niezgrabny nord. Było to okrutne myślenie i Micareth zdawała sobie z tego sprawę, ale nic nie mogła na to poradzić. Właśnie dzięki temu mieli szansę.

Prawie im się udało.

Byli już w połowie ścieżki i Micareth zaczynała mieć nadzieję, że wszystko skończy się dobrze, kiedy rozległo się donośne jęknięcie i nieprzytomny mężczyzna uniósł głowę. Zaskoczony khajiit upuścił go na ziemię.

— Co? Zzie ja jezzdem? — spytał urzędnik, wodząc wokół siebie rozbieganym wzrokiem. — Raaatuu… — zaczął krzyczeć, ale nie dane mu było dokończyć.

Łuuup!

To Sha’anks wyrżnął mu w potylicę rękojeścią noża. Oczy uciekły mężczyźnie w głąb czaszki, ciało ponownie znieruchomiało.

— No co — spytał, widząc minę wojowniczki. — Sha’anks go nie zabił, tylko uciszył. Chyba.

Rozległ się świst i w następnej chwili strzała z trzaskiem odbiła się od kamiennej ścieżki. Krzemienny grot skrzesał pęk iskier.

— Bierz go i w nogi! — krzyknęła.

Wybuchły skrzeki i gardłowe nawoływania. Zaalarmowani falmerowie odrzucali obgryzane kości i chwytali za broń, by zaraz ruszyć śladem intruzów.

Rzucili się do ucieczki. Gnali w górę, z każdym krokiem zbliżając się do światła. Ale falmerowie byli szybcy. I znajdowali się na własnym terenie. Micareth słyszała zbliżające się kroki. Obejrzała się za siebie i w ostatniej chwili cięła kreaturę, która próbowała skoczyć jej na plecy. Drugi ze stworów zgiął się w pół, ukłuty ostrzem rapiera prosto w szyję. Widziała, jak coraz więcej falmerów wybiega z namiotów i rusza ich śladem.

Strzały świstały w powietrzu, odbijały się od ścian i sufitu. Jedna z nich głęboko rozcięła ramię khajiita, który zachwiał się, ale nie zmylił kroku.

— Sha’anks, szybciej! — poganiała khajiita, który wyraźnie opadał z sił. — Już prawie…

Wypadli na zewnątrz.

Micareth zachłysnęła się świeżym powietrzem, straciła równowagę i zsunęła się w dół łagodnego zbocza, śladem Sha’anksa i urzędnika.

Falmerowie wysypali się na zewnątrz, sycząc gniewnie. Oddział krążył przez chwilę niepewnie przy wejściu do jaskini. Przyzwyczajeni byli do mroku jaskiń i nocnych polowań. Czuli na skórze parzące promienie słońca, ich blask ranił ich ślepe oczy. Powarkując i sycząc, posłali w stronę drużyny kilka ostatnich strzał, po czym pojedynczo, po dwóch, wrócili z powrotem do bezpiecznych mroków jaskiń.

Sha’anks, Micareth i ich nowy towarzysz byli wolni.

post wyedytowany przez Kot Czeladnik 2020-06-29 23:35:39
30.06.2020 18:23
MrsPropaganda
3
odpowiedz
MrsPropaganda
1
Junior

Angra zaś widział jak podkomendni przemykają bokiem, nieniepokojeni, a schodząca na dalszy plan część niego była zadowolona.

Zadowolenia tego nie podzielała Micareth. Nie szła tak szybko jak Sha'anks, ociągała się, patrzyła za ramię.

-Sha'anks radzi się pospieszyć – sapnął khajiit. - Sha'anks rozumie, że Micareth może być teraz dręczona bezmiernym smutkiem po utracie przyjaciół, bo Sha'anks smutek ten też czuje, ale Sha'anks wie, że smutkowi pogrążyć się teraz dać nie można, trzeba iść na przód i wydostać się stąd czym prę...

-O, zamknij się! - Micareth naskoczyła na niego. - Nic tylko jojdasz! Pieprzony tchórz! Tylko byś uciekał!

-Prawda, Sha'anks chętnie stąd ucieknie. - Khajiit zgodził się ze spokojem, w ogóle nie wzruszony wybuchem towarzyszki. - Żal mu Very i porucznika, ale Sha'anks wie, że może ocalić nie tylko swoją skórę, ale i Micareth i tego tutaj – lekko podrzucił nieprzytomnego mężczyznę. - A jeśli na czas dotrze do twierdzy, i wszystko przekaże, co tu widział, to i innych uratuje.

Wojowniczka mierzyła go wzrokiem. Z jednej strony miał racje. Z drugiej, nie mogła pogodzić się z tym, że tak po prostu stąd ucieknie. Rzuciła jeszcze jedno spojrzenie przez ramię, w głąb Blackreach. Sali, gdzie zostawili Grimesa nie było już widać, umilkło nawet echo walki, które jeszcze niedawno stamtąd dobiegało. Khajiit odetchnął głośno, przerywając jej zamyślenie. Poprawił nieprzytomnego na ramieniu, sprawdził czy wszystkie sakiewki są mocno przytwierdzone.

-Sha'anks idzie. Micareth zrobi, co uważa – kot ruszył, nie czekając na nią.

Po chwili zniknął za załomem korytarza. Nie słyszała go, nie wiedziała, jak daleko odszedł. Pozwoliła sobie na wybuch. Z wściekłością kopnęła żwir, wysyczała wiązankę przekleństw. Nigdy nie była typem, który filozofuje i poświęca dużo czasu przemyśleniom. Po prostu działała. Teraz jednak nie potrafiła znaleźć rozwiązania sytuacji. Chciała działać, ale nie wiedziała, co ma zrobić.

Czas w jaskiniach rządził się swoimi prawami i nie wiedziała, ile czasu zmarnowała na rozmyślania. Ale świadomość, że to był czas zmarnowany, pchnęła ją do jedynej rzeczy, jakiej ufała – do działania. Nie patrząc za siebie, ruszyła w kierunku, gdzie poszedł Sha'anks.

Początkowo zobaczyła ślady krwi, jedno truchło dziwnego bezkształtnego stwora. Przyspieszyła. Kolejne ciała, urwana sakiewka, jedna z tych, jakie nosił Sha'anks. Bezwiednie podniosła ją, zajrzała do środka. To, co się w niej znajdowało było kiedyś kruchymi ciastkami, teraz zostały z nich okruchy. Micareth mimowolnie związała materiał i schowała go do kieszeni. Ruszyła truchtem. Jej kroki zagłuszały inne dźwięki, więc walkę usłyszała praktycznie wtedy, gdy na nią wpadła.

Wampirzy pomiot – nie wiedziała jak – dogonił khajiita. Sha'anks siedział okrakiem na urzędniku i usilnie próbował go bronić. Syczał i prychał, siekając pazurami. Broń gdzieś stracił. Micareth nie zmierzała dłużej się temu przyglądać. Dobyła rapiera i skoczyła ku najbliższemu przeciwnikowi. Znowu walka z rojem...

„To nie pojedynek, ani arena. Nie popisuj się, tylko rąb jak rozjuszony byk. Takimi smyrnięciami nic nie wskórasz” słowa porucznika zadźwięczały jej w głowie. Uśmiechnęła się pod nosem.

Skok, cięcie. Obrót, cios na odlew. Dwa kroki, pchnięcie. Nie było w tym żadnej finezji, żadnej sztuki. Żadnego popisu. Każdy cios mocny i szybki, żeby po jednym, zadać kolejny. Zamiast ciąć najsłabsze punkty, siekała gdzie popadnie, żeby osłabić albo powalić jak największą ilość przeciwników. Zmęczenie ustępowało determinacji. Mięśnie paliły z wysiłku, płuca ledwo pompowały powietrze, serce łomotało niczym oszalałe. Ale, cios za ciosem, przeciwników było coraz mniej.

-Micareth, już... - usłyszała jęk zza pleców. Otrząsnęła się. Zostało tylko kilku wrogów, rannych, ale nie zdolnych do walki. Szybko dobiła ich, nie chciała posiłków. Dopiero teraz ruszyła w kierunku Sha'anksa. Khajiit przedstawiał sobą naprawdę żałosny widok. Sierść i ubranie uwalane posoką, postrzępione i posklejane. Najgorzej jednak prezentował się jego łeb – jedno ucho było poszarpane i wisiało smętnie. Oko poniżej miał zamknięte, skóra wokół poznaczona była licznymi cięciami. Ręka wisiała bezładnie wzdłuż tułowia. Obrażenia musiały mu sprawiać ból, bo skomlał okropnie. Micareth wzdrygnęła się na ten dźwięk. Nie był to ani koci pomruk, jaki czasem wydawał, ani całkowicie ludzkie odgłosy, które potrafił z siebie wydobyć. Ten dźwięk, ani zwierzęcy, ani ludzki, przeraził ją.

-Pójdziemy dalej? - to było jedyne, co przyszło jej do głowy, gdy kucnęła obok niego. Z trudem kiwnął głową.

-Sha'anks... p-pójdzie, ale... Sha'anks nie zabierze... nowego przyjaciela...

-Nie martw się, ja go wezmę – powiedziała. Pomogła khajiitowi wstać. Chwiał się, ale ogon – o dziwo cały i sprawny – pomógł mu złapać równowagę. Zarzuciła sobie nieprzytomnego urzędnika na ramię. W wolnej dłoni trzymała broń.

Szli w milczeniu przerywanym tylko skomleniem Sha'anksa. Micareth zaczynała myśleć, że będzie musiała go tu zostawić. Zastanawiała się, jak to rozegrać. Khajiit jednak przyspieszył i kuśtykając ruszył żwawo, wyprzedzając ją.

-Ej, gdzie tak lecisz? - zapytała go.

-Micareth nie czuje? - wysapał, prąc na przód.

Zrozumiała, że czułe zmysły khajiita wyczuły coś, czego ona nie mogła jeszcze spostrzec. Zastanawiała się, co to może być tym razem, jednak odpowiedź przyszła wraz ze światłem słońca i powiewem świeżego powietrza.

Sha'anks wyczuł wyjście.

30.06.2020 20:32
4
odpowiedz
Bezmozgiezombie
14
Legionista

Sha’anks wymieniał w myślach wszystkie prawie-śmierci jakie mu się przydarzyły. Ten jeden wieczór w Riften, po tym jak nieopatrznie popił nieświeżą rybę zsiadłym mlekiem. Upadek z wieży, co z tego, że na cztery łapy, skoro każda połamana. Pchnięcie nożem w tamtej alejce, błysk strzały w gęstym lesie, pułapka w ciemnej jaskini. Trochę tego było.
Ile razy zaś tracił przyjaciół?
- Chcesz go tak zostawić? - zapytała Micareth, oglądając się przez ramię.
- Sha’anks nie chce, ale zostawi. Micareth nie chce. Ale zostawi. Poświecenie musi mieć wartość.
Skinęła głową bardziej sobie niż jemu. Nie chciała uciekać, nie chciała być tchórzem. Stanąć śmierci twarzą w twarz, z bronią w ręce. Walczyć póki tej ręki nie odrąbią. To była ona. Wtedy przypomniała sobie ohydne przepoczwarzanie się i uświadomiła sobie, że śmierć to wcale nie koniec męki.
I już się nie odwracała.
Sha'anks pamiętał drogę. Wyglądał na wiecznie roztrzepanego, ale udowodnił, że można na nim polegać. Skręcali i kluczyli w mdłym świetle dawanym przez pochodnię i narośl na wilgotnych ścianach. Co chwilę ciszę przerywał odległy krzyk, którego echo kołatało się po nieskończonych korytarzach. Sha'anks sapał coraz głośniej, urzędnik był mizerny, ale Khajiit był zmęczony i ranny. Tak jak i ona.
Chciała zaproponować, że teraz ona potaszczy chłopaka, ale wtem korytarz stał się ciemniejszy. Pochodnia jakby przygasła. Wchodzili w większą w jaskinię. Zrobiło się bardzo cicho.
- Sha'anks chyba się pomylił w eee azymucie.
Pochodnię zgasił podmuch wiatru, niby dziecko gaszące świeczkę na torcie. Przed nimi zapaliła się inna, oświetlając bladą twarz, której oczy ginęły w mroku. Ale Micareth dokładnie widziała to czego widzieć nie chciała. Ostre, długie kły.
- Możecie otworzyć ślepka - powiedział wampir cicho, a wokół niego rozpaliły się dziesiątki czerwonych punktów. - Obiad podano.
Gdy Micareth zerwała się do biegu, słyszała długie susy kompana przed sobą. Znowu uciekali.
- Już myślałam, że można na tobie polegać! - krzyknęła.
- Nie wina Sha'anksa, że wystrój tych korytarzy jest taki monotematyczny!
Khajiit radził sobie w ciemności, ale ona widziała zupełnie nic. Biegła na wiarę. Biegła chociaż chciała się odwrócić i walczyć. W ciasnym korytarzu z rapierem w dłoni. Przeciwnicy przeszkadzali by sami sobie. Tak odejść to nie wstyd. Gdy zobaczyła świecące grzyby, już postanowiła.
- Już nie daleko, Micareth daje radę? - zapytał Sha'anks ale nie otrzymał odpowiedzi.
Odwrócił się i prawie upuścił rannego, który jęknął tylko cichutko. Dziewczyna stała tyłem do niego, w lekkim rozkroku. Powoli uniosła rapier.
- Leć - usłyszał jej mocny, pewny głos.
Ile razy tracił przyjaciół?
- Dogonię cię.
Ranny chłopak był teraz bardzo ciężki. Ciało Sha'anksa samo się odwróciło i pobiegł ile sił. Głupia Micareth! Cięła, słyszał krzyki, nieludzkie wycia. Jakiś łoskot. Wrzask. Biegł aż już tylko echo niosło złowrogi klekot.
Zapłakałby, ale tych strat nie liczył. Nie umiał.
W końcu dobiegł do tego korytarza. Jakby go nie było kilka lat, czuł się jakby wracał w rodzinne strony, a chłopaki już wytaczali beczkę i kufle. Wystarczy, że otworzy bramę i będzie mógł wyjść.
Jaką bramę?
Spojrzał na solidną kratę, której wcześniej tutaj nie było. Była zatrzaśnięta, i zamknięta łańcuchem z wielką, pordzewiałą kłódką. Ułożył rannego na ziemi i przyjrzał się zamkowi. Zaśmiał się tak nagle, że smarki poleciały mu przez nos.
Nie, nie, nie. To niemożliwe. Był w stanie otworzyć każdy zamek. Każdy!
Każdy poza takim, w którym ułamano klucz.
Uderzył w niego, zaatakował pazurami, co tylko sprawiło, że ręce zaczęły go boleć. Spróbował pogmerać w mechanizmie, ale ułamany kawałek żelastwa nie pozostawiał mu miejsca na działanie. Szarpnął za kraty. Był tak blisko!
- I oto ten mistyczny zamek nie do otwarcia. Ale nadal żyjesz.
Micareth bolało wszystko. Wyglądała jak siedem nieszczęść, widziała to w oczach towarzysza. Bolały ją liczne rany, a umysł migotał, zataczała się i ledwo trzymała na nogach. Ale i tak większość krwi na jej odzieniu nie należała do niej. A śliski od posoki rapier, ułamany w wampirzym oczodole był jasnym dowodem tego co się stało.
- Sha'anks mówił zamek, a to tutaj to nie zamek, to rupieć i złom.
- Wiesz - zaczęła wojowniczka, uśmiechając się lekko - nie każdy łańcuch jest tak mocny jak ten złożony z naszej czwórki. Większość ma słabsze ogniwo.
Skinął jej głową i uśmiechnął się, jej widok go uspokoił. Razem wepchnęli ułamany rapier w jedno z ogniw i przy pomocy kamienia, stary łańcuch opadł z brzdękiem na ziemię. Pociągnęli za dźwignię i pomagając sobie nawzajem wydostali się na zewnątrz.
Chłodne powietrze smakowało wyśmienicie.

30.06.2020 21:43
5
odpowiedz
HellishRonin
1
Junior

Brnęli dalej, nie zwracając uwagi na odgłosy walki zakłócane wrzaskami porucznika. Poprzednie starcia nie wyzwalały w nim tak wielkiego szału, zdawało się że słychać w nich nutę nie należącą do człowieka.

Resztki drużyny zmierzały do wyjścia, to wszakże tuż za rogiem, fosforyzujące grzyby występowały coraz rzadziej, a pochodnię dawno zgubili, musieli coraz częściej polegać tylko na zmysłach khajita.

-Sha'anks byłby wdzięczny, gdybyś wzięła od niego skrybę, łatwiej się rozeznać w terenie.
-Dawaj go, skup się na trzymaniu drogi i wyprowadź nas z tąd.

Łotrzyk był w swoim żywiole, żwawo parł naprzód i relacjonował co widzi w ciemności, mijali stalagmity i stalaktyty, gdzieniegdzie widoczne były szczeliny, które umknęły im, gdy szli tędy z pochodnią. Byli coraz bardziej wyczerpani, a ich wyposażenie nie na wiele się zdawało, nie było tak dobrej jakości jak topór rodzinny Grimesa, nie mieli nawet wody, aby ugasić pragnienia. Nagle Sha'anks się zatrzymał.

-Zdurniałeś do reszty!? Nie mamy czasu na postoje, wyjście jest niedaleko. - Powiedziała zirytowana Micareth.
-Droga przed nami jest zablokowana, zaklęcie Very musiało naruszyć strop, jest tylko mały wyłom, przez który widać korytarz, ale nie przedostaniemy się nim.
-Czyli tak mamy zginąć? Całe to poświęcenie i na koniec śmierć w potrzasku?

Nagle dobiegł ich szept, ledwo wyraźny, na granicy słuchu, a myśli, nakazał im zawrócić i wybrać inną drogę.

-Też to słyszałeś?- khajit tylko kiwnął głową- Nie wiem co to za sztuczki, ale chyba nie mamy wyboru, po drodze widziałeś szczelinę, zgadza się?
-I to nie jedną, ale tylko w jednej Sha'anks widział światło, już wskazuje drogę.

Szczelina była wystarczająco szeroka żeby prześlizgnąć się pojedynczo, musieli podać sobie chłopaka, jednocześnie uważając żeby go nie uszkodzić. Podłoże było tu inne, widać było że nieczęsto ktoś tędy przechodził, ale jednocześnie nie było kompletnie nieuczęszczane. Szli ostrożniej gdy zza załomu zaczęło padać wyraźniejsze światło. Łotrzyk przyczaił się przy najbliższym głazie i rozejrzał.

-Nie wygląda to ciekawie, przed nami roztacza się sala, chyba dwemerowie planowali zrobić tu jakieś pomieszczenie kontrolne. Sha'anks widział kraty, które miały być ułożone w nie wyciętym jeszcze otworze. Obok jest dźwignia, może otwiera przejście do schodów.
-To na co czekamy?
-W pomieszczeniu widzę kilka tych… bestii, wyglądają jakby spały, ale nie wiem czy się przekradniemy.
-Trzeba spróbować, możesz jakoś odwrócić ich uwagę?

Khajit niechętnie wyjął z torby kryształ, który wziął sobie na “pamiątkę”.
-Oby los nam sprzyjał. - Kończąc zdanie cisnął kryształ w jeden z otworów wydrążonych przez bestie.

Potworom nie trzeba było więcej, pognały za kryształem w ciemność. Drużyna nie tracąc czasu ruszyła do dźwigni. Micareth ułożyła urzędnika na posadzce i dobyła rapieru. Mechanizm ruszył głośno ze szczękiem, gdy Łotrzyk pchnął dźwignię. Usłyszeli szelest dziesiątek kończyn, chwilę potem pomieszczenie wypełniło się bestiami. Żądza krwi w ich oczach nie nastrajała optymizmem. Stanęli bok w bok.
-Do dupy taki koniec.
-Sha'anks zgadza się, ale było miło, przynajmniej dopóki tu nie weszliśmy.

Bestie już szykowały się do skoku gdy nagle pośrodku sali, z nicości wyszedł elegancko ubrany mężczyzna. Jego cera nie pozostawiała złudzeń, był wampirem. Wykonał gest dłonią, a bestie czmychnęły, i chwilę później nie było słychać drapania ich pazurów o skałę.

-Ah, w końcu jesteśmy sami...- wampir przechylił głowę i popatrzył na nieprzytomnego chłopaka i Khajita-...no prawie.
-Odstąp, a nikomu nie stanie się krzywda. Chcemy tylko stąd wyjść. - Powiedział Łotrzyk, lekko drżącym głosem
-Ależ droga wolna, wrota zaraz się podniosą, już słychać zgrzyt zębatek. Tylko widzisz, za pomoc z tą padliną należy mi się nagroda.
-Czego chcesz?- Warknęła Micareth.
-Widziałem twój popis gdy mierzyliście się pierwszy raz z tym pomiotem, Molag Bal musi być wściekły jak deprawujemy jego dar. W każdym razie chcę się z tobą zmierzyć.
-Nie martw się Micareth, Sha'anks pomoże.
-Wykluczone, to ma być honorowy pojedynek, jak robiono to dawniej. Po stylu walki wnoszę że twój nauczyciel nie był byle gwardzistą. Umówmy się że jeżeli Ty mnie pokonasz, to opuścicie Blackreach bez problemów, lecz gdy ja wygram, zamienię Cię w wampirzycę, a twoimi kompanami się pożywię.
-Dlaczego przeciwstawiasz się Twojemu Panu?- Zapytała wojowniczka.
-Ja? Skądże znowu, moim zadaniem jest pilnowanie żeby nikt się nie przedostał. I właśnie to robię, jestem pewien że cię zgładzę, a potem dopełnię umowy.
-Nie rób tego Micareth.- Jęknął Khajit.
-Nie mamy wyjścia, on nie żartuje, bądź gotowy do wyjścia, jak z nim skończę, zlecą się bestie.
-Ha, i to mi się podoba, twój rapier jest zniszczony, ale weź to, dam Ci fory.- Rzucił w jej stronę błyszczący miecz, o wąskiej głowni oraz krótkim jelcu i rękojeści. Był to srebrny oręż.

Wojowniczka podniosła broń, sprawdziła szybko, czy nie jest uszkodzona, i sprawdziła, jak dobrze jest wyważona, broń była idealnie dopasowana. Stanęła w pozycji bojowej i wymierzyła sztych w pierś wampira. Strażnik wyjął zza pasa swój miecz.

-Chcesz umrzeć, prawda? - Zapytała opanowanym tonem.
-Nieśmiertelność ma swoje minusy, między innymi znużenie tą egzystencją. A odpowiedź zależy od twoich umiejętności. Nie zawiedź mnie.

Wampir ruszył w stronę Micareth, Wojowniczka sparowała jego cios, ale sam impet uderzenia zbił ją z nóg.

-Wstawaj!

Kolejny atak był bardziej precyzyjny, ale wiedziała już z kim się mierzy, nie zasłaniała się więcej, zamiast tego unikała jego ciosów, a w odpowiednim momencie cięła przez korpus, Strażnik zasłonił się, ale spóźnił się i ostrze cięło go w ramię, skóra syczała, a na jego twarzy pojawił się grymas bólu.

-Już lepiej.

Ścierali się, a khajit, mógł się tylko przyglądać, nie mógł zauważyć że urzędnik, był trochę jakby bledszy, i miewał drgawki. Szermierze nie ustępowali sobie pola, ale wampir w końcu popełnił błąd. Micareth wykonała ripostę, wbijając głownię w jego pierś. Strażnik opadł na kolana, ale zdołał złapać ją za rękę i przyciągnąć do siebie. Przekrwionymi oczami wpatrywał się w jej oczy.

-Przypominasz kogoś mi bliskiego, dziękuję za twój dar.

Puścił, a jego ciało obracało się powoli w popiół. Usłyszeli zgrzyt i wrota opadły, a droga na powierzchnię była wolna. Nie zwlekali dłużej. zabrali dowody i chłopaka i ruszyli do Greymoor.

30.06.2020 22:30
6
odpowiedz
BlackSmile
1
Junior

Micareth i Sha’anks biegli, nie oglądając się za siebie. Nie zamierzali marnować ani minuty z czasu, który dali im towarzysze.

W pewnym momencie zdali sobie sprawę, że kojarzą miejsce, w którym się znajdują. Był to długi korytarz kończący się pojedynczymi drzwiami. Sha’anks spojrzał na Micareth, wzruszył ramionami, po czym pchnął rozchwierutane wrota.

Stali teraz u rozwidlenia. Sha’anks nie mógł sobie przypomnieć, skąd wcześniej przyszli. Obydwie drogi wyglądały tak samo i obydwie mogły prowadzić do ich zguby.

- Wybraliśmy te drzwi zamiast pójścia w lewo wtedy. Czyli teraz musimy iść w lewo – skierowali się zatem w wybraną przez Micareth stronę. Zatrzymał ich jednak cichy głos dochodzący z korytarza po prawej.

- Khajicie, chodź tutaj. Twoje przeznaczenie czeka – piękny, kobiecy głos kusił Sha’anksa. Słowa wybrzmiewały w jego uszach, a znajomy, elsweyrski akcent wzbudzał w nim kojący spokój.

Im bardziej zagłębiali się w korytarz po prawej, tym wyraźniejszy stawał się głos, choć łotrzyk nie mógł się pozbyć wrażenia, że głos rozbrzmiewał bezpośrednio w jego głowie. Ściany przejścia pokryte były takimi malunkami, jakie malował wcześniej wampir znany ich porucznikowi jako Milten. Jednakże tym razem Sha’anks dostrzegał coś w muralach. Wzory ruszały się i układały przed jego oczami. Wyłaniały się wśród nich realistyczne obrazy. Sha’anks widział stosy monet. Kawałek dalej jego oczom ukazał się mieszek pełen szlachetnych klejnotów. Ile złota mógłby za nie dostać!

Każdy krok ujawniał przed nim wizje kolejnych skarbów. Wiele z nich przedstawiało też schylonych w pokłonie ludzi. Sha’anks wiedział, czuł, że ten pokaz szacunku przeznaczony jest dla jego osoby. A ponętny głos tylko utwierdzał go w przekonaniu o własnej potędze.

W mroku korytarza Khajit dostrzegł zarys twarzy. Nie, nie twarzy. To była maska. Sha’anks rozpoznałby ją wszędzie. Wszak śnił o niej, odkąd był zaledwie kocięciem. Szary Kaptur Nocturne unosił się w powietrzu otoczony bladym poblaskiem.

Obiekt jego odwiecznych marzeń. Na wyciągnięcie ręki.

- Jeszcze tylko kilka kroków… - obiecywał głos.

Oczarowany Sha’anks wypuścił z łap bezwładne ciało nieprzytomnego urzędnika, w ślad za którym podążyła wkrótce i torba zwisająca dotychczas z jego ramienia. Brzęk jej zawartości przy zderzeniu z podłożem wyrwał łotrzyka z transu. Błysk klejnotu, który wysunął się z niej, odwrócił jego uwagę od maski, a duma przepełniła jego serce.

W czasie tej misji Sha’anks obłowił się za wszystkie czasy. Jego towarzysze przyłapali go, kiedy chował kilka znalezisk do torby i domyślali się, że nakradł jeszcze więcej, kiedy nie patrzyli. Ale nie zdawali sobie sprawy z tego, jak dużo udało mu się zwędzić, kiedy krążyli po podziemiach.

Torba była wypchana po brzegi kosztownościami. Choć nie były one za nic porównywalne z bogactwami, których widmo wciąż czaiło się na ścianach, Sha’anks poczuł się oburzony. Kaptur Nocturne nie jest mu przecież potrzebny. Gildia Złodziei ani żadna inna nie jest mu potrzebna. Nie potrzebuje być Szarym Lisem, żeby stać się najlepszym złodziejem w historii Tamriel. Osiągnie to sam. Własnymi siłami.

Khajit podniósł szybko torbę i zabezpieczył jej klapę, żeby nic nie zgubić, po czym chwycił z powrotem urzędnika. Micareth wciąż szła powoli wgłab korytarza. Sha’anks nie wiedział, co ją wzywa, ale bez słowa chwycił ją za ramię i mocno pociągnął w przeciwną stronę. Wojowniczka szamotała się chwilę, ale każdy kolejny krok przywracał jej rozsądek. Po chwili jej źrenice się rozszerzyły w przerażeniu i wyprzedziła Sha’anksa w odwrocie.

Kot odważył się rzuć ostatnie spojrzenie w stronę Kaptura. Tym razem jednak jej oczodoły nie były puste, a w jej cieniu czaiła się twarz wyszczerzona w krwiożerczym uśmiechu.

Sha’anks dogonił Micareth. W niemej zgodzie para nie zwalniała tempa i nie zatrzymali się, aż do chwili, kiedy ich oczom ukazało się wyjście z pułapki, jaką stanowiła jaskinia.

30.06.2020 23:13
Shirru
7
odpowiedz
Shirru
1
Junior

Biegli korytarzem, ile sił w nogach. Choć odgłosów walki nie słyszeli już od kilku dobrych minut, nie zwalniali. Oboje mieli świadomość, że to oni są ostatnią nadzieją, że to od nich wszystko zależy. Jeśli nie dotrą na powierzchnię i nie powiadomią pozostałych o zbierającej się w Blackreach armii, to będzie koniec. Nie tylko Greymoor czy Skyrim, ale całego Tamriel.
Nagle dogoniło ich echo wściekłego ryku wampirzycy, od którego Sha’anksowi zjeżył się ogon, a Micareth na krótką chwilę straciła równowagę, gubiąc przy tym rytm.
– C-co – wymamrotał wybudzony Bodil, rozglądając się niemrawo. – C-co to było? Gdzie ja…? Gdzie ja jestem? Kim wy jesteście?
Wojowniczka wymieniła z khajiitem znaczące spojrzenia.
– Przyjaciele – wyjaśnił Sha’anks oszczędnie. Choć słynął z gadatliwości i zwykle pysk mu się nie zamykał, teraz nie miał siły ani ochoty wszystkiego tłumaczyć. Kobieta była chyba podobnego zdania.
– Jesteśmy w Blackreach – rzuciła tylko, skręcając w kolejny korytarz. – I właśnie ratujemy ci dupsko.
– B-Blackreach? To niemożliwe, to był przecież tylko zły sen! – Oczami wielkości spodków przyjrzał się przegubom rąk, licząc zapewne, że znajdzie dowód na potwierdzenie własnych słów. Z przerażeniem skonstatował, że ślady po kajdanach nie zniknęły.
– Przyjaciel siły ma? Może biec? – spytał khajiit, który powoli zaczął zostawać w tyle. – Przyjaciel jest chuchro, ale do biegania nie najlepszy. Majta się i spowalnia.
– Biec? Chyba mogę – zająknął się urzędnik.
Przystanęli. Kocur zestawił Bodila, a Micareth poprawiła rapier. Ruszyli dalej, jednak tempo mieli wolniejsze. Nowy towarzysz, choć był w stanie uciekać o własnych siłach, chwiał się i potykał na każdym kroku.
– Strasznie się wleczesz – warknęła Micareth. – Angra to kawał wojownika, ale nie wiem jak długo wytrzyma. Być może już padł, a ta ździra idzie naszym śladem. Nie zdziwiłabym się, gdyby zabrała ze sobą te maszkary. Jeśli dalej będziemy się tak ciągnąć, dorwą nas.
– Szybciej nie mogę…
– To lepiej zacznij móc. – Zagroziła, krzywiąc wargi. – Po co my w ogóle go ze sobą ciągniemy? Brat on nam albo swat?
– Kapitan kazał… – zaczął Sha’anks, wskazawszy łapą kolejny korytarz, którym nie tak dawno szli ku Blackreach. Ruszyli w tamtym kierunku, nie przerywając dyskusji.
– Angry tu nie ma! Zostawmy tę fajtłapę, przy odrobinie szczęścia da nam kilka dodatkowych minut.
– C-co?! – Bodil zbladł. – Chcecie mnie zostawić? Jako przynętę?!
– Można mu przetrącić nogę – dodała beznamiętnie. – Żeby ze strachu nam nie spieprzył.
– Przestań! – krzyknął Sha’anks, a Micareth spojrzała na niego spłoszona. Pierwszy raz słyszała ten głos – gniewny, groźny, nieznający sprzeciwu. Zupełnie obcy. Zamrugała kilkukrotnie, jak gdyby nie mogła uwierzyć, że wydobył się z pyska łagodnego khajiita.
– To przyjaciel. – Dodał spokojniej. – Nie twój, nie mój, ale kapitana. I nie zostawimy!
Wojowniczka splunęła na mijany głaz, ale nie zaprotestowała. Szczególnie, że kocur wziął nieszczęśnika pod ramię i pociągnął go za sobą, narzucając szybsze tempo.
Nie minął czas w jakim chłop opróżnia kufel piwa, gdy dotarli do rozwidlenia, w którym jeden z tuneli prowadził do wyjścia.
– Dlaczego stoimy przed tą ścianą? – spytał Bodil, zauważywszy przerażenie wykwitłe na twarzach wybawców.
– Psiakrew! – syknęła wojowniczka. – Ta ściana to nasza droga ucieczki!
– Jak to?
– Cholerne pijawy zawaliły przejście! Jesteśmy uwięzieni!
– Jest jeszcze jedno – zauważył urzędnik, wskazawszy rozwidlenie.
– Nie wiemy dokąd prowadzi. – Micareth stanęła u wylotu tunelu. – Skoro go nie zasypali, możliwe, że zastawili tam pułapkę.
– Musimy szukać inne wyjście… – Sha'anks urwał w połowie zdania, gdy z oddali dobiegł ich złowieszczy ryk, a chwilę później rozbrzmiał znany im dobrze łomot setek odnóży.
Bez słowa rzucili się w głąb drugiego korytarza. Wizja pułapki niczym była w porównaniu do spotkania z hordą potworów, szczególnie przy ich obecnym składzie. Biegli najszybciej jak mogli i nawet Bodil dotrzymywał kroku, mobilizowany narastającym zgiełkiem pogoni. Przetykane świecącymi grzybami przejście ciągnęło się bez końca.
Nagle rozległ się trzask, a ziemia pod ich stopami zadrżała. W jednym momencie poczuli jak grunt umyka im pod nogami, po czym wraz z nim osuwają się w dół. Po chwili leżeli już obolali wśród skał, przysypani ziemią i żwirem.
– Gdzie my, cholera, jesteśmy? – syknęła Micareth, wstając z trudem.
– Zdaje się, że w dwemerskim korytarzu.
Podkomendni Angry spojrzeli ze zdziwieniem na urzędnika, który jak gdyby nigdy nic otrzepywał odzienie z pyłu. Ciągnące się pod sklepieniem rury, jaśniejące niebieskawym światłem lampy i kanciaste zdobienia, faktycznie na to wskazywały.
Łomot dobiegający z oddali nasilił się, przypominając całej trójce o pościgu. Hol, choć długi, posiadał tylko dwoję drzwi – od północy, z której właśnie uciekali, i od południa. Bez namysłu ruszyli ku tym drugim. Za wszelką cenę chcieli oddalić się od serca Blackreach najbardziej jak to było możliwe.
Przy wrotach zastali trzy dźwignie. Micareth kopniakiem sprawdziła, czy korzystanie z nich aby na pewno jest konieczne. Zgodnie z jej obawami, wrota nawet nie drgnęły.
– Nie ma dziurki – zmartwił się Sha’anks. – Bez dziurki żaden wytrych nie zaradzi.
– Trzeba je pociągnąć w odpowiedniej kolejności?
– Raczej wybrać tą właściwą – stwierdził Bodil, przyglądając się wajchom z bliska. Delikatnie, lecz tak by nie uaktywnić mechanizmu, naparł palcem na każdą z dźwigni.
Pozostali cofnęli się o kilka kroków, by zachować bezpieczną odległość. Choć dwemerowie wciąż byli dla świata tajemnicą, każdy słyszał o legendarnych, dwemerskich pułapkach. Patrzyli więc struchleli, jak urzędnik pociąga środkowy uchwyt. Ściany zadrżały, a pełną napięcia ciszę przerwał szczęk zębatek. Odetchnęli, gdy kamienne drzwi przesunęły się z chrzęstem i zniknęły w murze.
Bodil wszedł do środka bez słowa. Towarzysze popatrzyli po sobie, jak gdyby właśnie objawił im się daedryczny książę i objaśnił, że wstąpił do Akademii Bardów na stanowisko rektora. Rychło jednak otrząsnęli się z osłupienia i pognali za urzędnikiem, szczególnie, że kamienne wrota zaczęły wracać na swoje miejsce.
Pomieszczenie, w którym się znaleźli było krasnoludzką pracownią i to w dodatku wybudowaną we wnętrzu góry – ściany sali biegły setki stóp w górę, zbiegając się na samym szczycie. Po jednej stronie komnaty stało kilka stołów, na których piętrzyły się dziwaczne aparatury, kolby i fiolki, stojaki z pustymi kryształami, księgi, manuskrypty i wiele innych komponentów. Po przeciwnej stronie wznosiła się część warsztatowa. Kilka pieców, gdzie każdy wyglądał inaczej, wielki miech, koryto i kowadła. Wśród nich stały zastygłe agregaty, które niechybnie pomagały niegdyś tworzyć dwemerom jeszcze niezwyklejsze machiny. Na kamiennych blatach, wśród śrub, sprężyn i zębatek walały się narzędzia – od tych dobrze wszystkim znanych, po takie których przeznaczenia nie potrafili sobie wyobrazić. Na środku sali stał zaś twór, który w pierwszej chwili przeraził, a zaraz potem zachwycił całą trójkę. Ustrojstwo przypominało ogromnego, metalowego pająka, z dobudowaną parą szczypców.
Mimo masy niezwykłych odkryć, nigdzie nie dostrzegli drzwi ani dalszych korytarzy. Byli w pułapce.
– Rozejrzyjmy się tu – zarządziła Micareth. – Nie możemy się cofnąć, bo dopadli by nas od razu, a drzwi wyglądają na solidne. Dopóki nie pojawi się ktoś z głową, kto będzie potrafił użyć dźwigni jesteśmy bezpieczni.
Rozpierzchli się po pracowni. Bodil od razu doskoczył do pulpitu ze zwojami i księgami, khajiit zainteresował się dwemerskim pajęczakiem, wojowniczka zaś przeszukała pomieszczenie, wyglądając przełączników, klap, wajch i ukrytych przejść. Nie znalazła żadnej drogi ucieczki, prócz wyrwy u szczytu góry, pokrytej warstwą lodu, przez którą przebijało się światło powierzchni. Kobieta nie próbowała układać planu dostania się do szczeliny – nawet gdyby lód nie był gruby i udałoby im się go rozkruszyć, nie istniał żaden sposób na dotarcie do wyłomu. Zrezygnowana, dołączyła do Sha’anksa, który wspinał się właśnie zwinnie na maszynę.
– Sha’anks nie specjalista – krzyknął z góry – ale to chyba koń jest.
– Co?! – parknęła Micareth, oglądając znalezisko od dołu. – Gdzie ci to do konia podobne?
– Nie podobne! Sha’anks nie głupi! Ale to chyba ma wozić, jak koń. Tu są takie jakby krzesła…
– Większej bzdury…
– On ma rację – powiedział urzędnik, pochylony nad jednym z pergaminów. – To swego rodzaju dwemerski powóz.
– A co ty się tak na dwemerach wyznajesz, co? – Micareth skrzyżowała ręce na piersi, wbiła w mężczyznę świdrujące spojrzenie. – Mądrzysz się jakbyś wszystkie rozumy pozjadał i wielkim specjalistą był od krasnoludów i ich krasnoludzkiego barachła. A przecież z ciebie urzędas jest, nie uczony.
Bodil oglądnął się przez ramię, na jego naznaczonej śladami po ospie twarzy zamajaczył nieładny grymas.
– Nie znasz mnie, gamratko – warknął. – I wolałbym, żeby tak pozostało, bo trzymam się z daleka od takich jak ty… – Wyglądało jakby chciał splunąć, jednak chyba się rozmyślił. – Ale jesteśmy tu uwięzieni i musimy współpracować. Musicie wiedzieć, że od zawsze chciałem być badaczem, odkrywać dwemerskie ruiny i ich tajemnice, co jak widać, nie bardzo mi wyszło. Nie znalazłem nikogo, kto wsparłby i opłacił moje ekspedycje. Ale to nie znaczy, że straciłem zainteresowanie. Wygrałem kiedyś w karty z jednym historykiem, nie przypadkowym oczywiście…
– Do brzegu – ponagliła wojowniczka, której stopa od jakiegoś czasu uderzała ze zniecierpliwienia o posadzkę.
– Otóż zażądałem od przegranego, by nauczył mnie języka dwemerów. W jedną noc nie da się nauczyć języka, szczególnie, że ten nie jest łatwy i nadal ma wiele niewiadomych…
– Jak matkę kocham, zaraz mu przyłożę – mruknęła Micareth, niby do siebie, lecz na tyle głośno, by doleciało to do właściwych uszu. Uśmiechnęła się półgębkiem na widok poczerwieniałej facjaty urzędnika.
– Dobra! – krzyknął. – Odczytałem te pieprzone zapiski, zadowolona?
– I co to dla nas oznacza?
– Znam tylko kilka podstawowych słów i zwrotów, więc to kwestia domysłów, ale jeśli dobrze rozumiem to ten wynalazek miał być przełomem w sztuce wojennej. Widzieliście kiedyś dwemerskiego centuriona? To co tu stoi miało być jego drugą wersją, ale przeznaczoną do przemieszczania się i…
– Po co ktoś chciałby jeździć na takiej kupie złomu, kiedy są konie?
– Bo to miała być bojowa „kupa złomu” – odparł Bodil, imitując kpiący ton rozmówczyni. Podbiegł do golema i przyjrzał mu się dokładnie.
– Khajiitcie, widzisz tam gdzieś dwemerski żyroskop?
– Żyro-co?
– Taki okrągły mechanizm, w którym powinien być klejnot duszy.
Przez krótką chwilę słychać było jedynie intensywne pomrukiwanie i zgrzyt pazurów o metal.
– Jest przyjaciela żyro-coś, ale nie ma kryształu.
Bodil rąbnął otwartą dłonią w nogę pajęczaka.
– O co chodzi? – spytała Micareth, tym razem bez złośliwości w głosie. Reakcja towarzysza ją zaniepokoiła, szczególnie, że nie rozumiała do czego ten zmierzał.
– Jeśli żyroskop byłby sprawny, to znaczy, miał w sobie napełniony klejnot duszy, może zdołalibyśmy uruchomić to ustrojstwo i się wydostać.
– Jak?
– Przecież wiesz.
Wojowniczka patrzyła na Bodila spod zmarszczonych brwi. Nagle drgnęła, doznawszy olśnienia, po czym podążyła spojrzeniem ku szczelinie u szczytu góry.
– Dokładnie. – Potwierdził niedoszły badacz. – To cudo skonstruowano do zdobywania zamków. Powinno móc wspiąć się na górę i bez trudu rozbić lód. Ale to już bez znaczenia. Bez sprawnego żyroskopu machina nie ruszy.
– Sha’anks ma pamiątkę! – Z grzbietu golema wyłoniła się łapa, w której zalśnił wielki klejnot duszy. – I wyjątkowo się nią z przyjaciółmi podzieli!

post wyedytowany przez Shirru 2020-06-30 23:17:04
01.07.2020 00:28
8
odpowiedz
Wulfyk
0
Junior

Pajęcza Jama
Micareth obejrzała się przez ramię w stronę coraz to cichszych szczęknięć topora. Po czym przyspieszyła kroku i dogoniła khajiita. Cały czas kurczowo ściskała rękojeść rapiera w gotowości na niespodziewany atak. Każdy jej mięsień płonął zmęczeniem domagając się chwili odpoczynku, a może nawet kufla piwa. Niestety na jedno, tym bardziej drugie, nie było szans w najbliższej przyszłości. Sha'anks poprawił sobie nieprzytomnego chłopaka na plecach i zastrzygł uszami, po czym przystanął.
- Oi, rusz się! Chyba, że chcesz skończyć jak te… potwory. - warknęła wojowniczka.
- Cicho. Sha'anks coś czuje - zmarszczył nos po czym wskazał pazurem na korytarz przed nimi. - Falmerowie i coś jeszcze… Cuchną jakoś inaczej, niż to co widzieliśmy do tej pory.

Wyminęła go i zaczęła się skradać w pokazanym kierunku dając znać kotowatemu by się gdzieś ukrył. Po przejściu kilkuset metrów usłyszała głosy i zobaczyła łunę pomarańczowego światła pochodni, odbijającą się od ścian korytarza. Skryła się za dużym głazem i ostrożnie wyjrzała. Dwóch z wyglądu nordów w skórzanych zbrojach, przewodziło dziesięcioosobowej grupce goblinowatch pokrak, którzy niespiesznym krokiem zmierzali w jej kierunku.
- Na pewno będą tędy szli? - zapytał brodaty z włosami związanymi w kucyk.
- Nasz pan nigdy się nie myli. Poza tym to jedyne wyjście z podziemi. - odparł drugi, potężny, o gładkiej twarzy.
Micareth zaklęła w myślach i zmierzyła ich wzrokiem. Krzepcy, nosili się jak zaprawieni wojacy, a u ich boków połyskiwała stal. Nie była pewna czy w jej obecnym stanie pokonałaby tych dwóch, nie wspominając o zgrai elfów. Nie mniej jednak zaczęła formować plan ataku, by kupić Sha'anksowi chociaż cień szansy na ucieczkę. To była jej ostatnia okazja na chwalebną śmierć w bitwie. I nie sądziła by khajiit chciał ją wygryźć, jak Vera czy porucznik.

Coś miękkiego dotknęło jej pleców. Odwróciła się na pięcie strącając kilka luźnych kamyków. Sha'anks odskoczył od niej z łapami uniesionymi w górę.
- Ej, słyszałeś to? - pomruk gładkolicego dobiegł zza węgła.
Mocne, coraz głośniejsze tupnięcia sugerowały, że obaj ruszyli w ich stronę. I tyle było z elementu zaskoczenia, który miał dać jej przewagę. Wojowniczka złapała kotowatego za łokieć i cichaczem podążyli w stronę, z której przyszli.
- Sha'anks przeprasza. Ale przyjaciółka długo nie wracała, więc Sha'anks się zaczął rozglądać i chyba znalazł wyjście.
Obejrzała się na niego ze zdziwieniem wymalowanym na twarzy. Stawiała, że khajiit przy pierwszej sposobności czmychnie, zostawiając ją na pewną śmierć.
- Chyba?
- Sha'anks postanowił odłożyć młodzika na chwilę, by odzyskać trochę sił i…
- Nie chcę całej pieprzonej historii!
- Jest boczny tunel, z którego wieje zimne powietrze.
To rzeczywiście mogło być wyjście, o którym tamci nie mieli pojęcia. A co za tym idzie mogli się wydostać bez walki. Ale z drugiej strony mogła to być pułapka. Postanowiła zaryzykować, mieli większe szanse ujść żywi, jeśli uniknęliby konfrontacji z małym oddziałem.
- Tędy. - sapnął kocur i skręcił w ledwo widoczna wyrwę między skałami.

Była dość wąska, więc musiał zdjąć urzędnika z pleców i pociągnąć go za sobą. Micareth podniosła kilka kamieni i cisnęła je w drugi korytarz, w nadziei że dźwięk zwróci uwagę nadciągającego oddziału. Złapała za kolana nieprzytomnego i pomogła Sha’anksowi przenieść go dalej od rozwidlenia. Delikatna bryza smagała jego futro na karku. Z uwagą nasłuchiwał odgłosów pogoni, ale nie słyszał dudnienia ciężkich kroków nordów, ani szurania falmerów. Ścieżka wznosiła się ku powierzchni co było dobrym znakiem, jednakże ściany zaczęły ocierać o jego ramiona a sufit zrobił się niewygodnie niski. Co jeśli okaże się, że wyjście jest szczeliną, przez którą tylko skeever się przeciśnie? Jego myśli rozproszyła lepka biała substancja, która przyczepiła mu się do nogi. Przed nimi zwężający się tunel pokryty był gęsto splątaną pajęczyną.
- O nje, nje, nje… Nie podoba się to Sha'anksowi! Oj nie podoba. - miauknął.
- Chcesz wrócić? Możesz zameldować porucznikowi, że wolisz być bezmózgą maszkarą niż wolnym. - jego towarzyszka rzuciła sarkastycznie.

Sierść zjeżyła mu się na grzbiecie, gdy pokryte nićmi skały napierały na niego. Czy zawiniątko w jego torbie naprawdę było warte tego wszystkiego? Słaba zielonkawa poświata grzybów ustąpiła miejsca mdłemu światłu powierzchni. W oddali majaczyła szczelina, przez którą spokojnie prześlizgnąłby się jako szczenię. Teraz raczej było to niemożliwe.
- Kurwa! - zaklęła wojowniczka zaglądająca mu przez ramię - Dasz radę je trochę powiększyć?
- Sha'anks spróbuje. - na szczęście wyrwy nie otaczała solidna ściana i pod naporem pazurów kupa kamieni potoczyła się na ziemię.
Zadowolony ze swojego sukcesu khajiit przystąpił do działania wypychając większe ilości skał.
- A co wy, moje kąski, robicie? - niski dudniący głos przewalił się echem po korytarzu. W ich kierunku zmierzał brodaty nord połyskując zębami w złowieszczym uśmiechu.

Kocur przyspieszył swoją pracę gorączkowo poszerzając jamę. W tle słyszał jak Micareth wyjmuje swój rapier i jednym susem doskakuje do przeciwnika. Szczęk broni był niczym bat zmuszający go do podwójnego wysiłku. Z kolejnym pchnięciem prześlizgnęły się jego barki, a on sam wpadł do sporawej jasno oświetlonej groty, całkowicie opatulonej pajęczą przędzą. Wyprostował się dumnie i zwrócił ku otworowi, przez który przeleciał. Z każdego zakątka pieczary dobiegało klekotanie. Kątem oka dostrzegł połyskujące w ciemnościach gromady oczu. Przeraźliwy hałas przybrał na sile i z cieni pod sufitem wynurzyły się olbrzymie blado-niebieskie pająki, ewidentnie zwabione łoskotem walki. Złapał urzędnika, który wydał cichy jęk i przetłoczył go przez wyrwę. W tym momencie z gardła norda wyrwał się bestjalski ryk i odepchnął Micareth aż pod przejście. Rzucił swe ostrze w kąt i rozczapierzył palce, które momentalnie przemieniły się w pazury. Jego twarz przeobraziła się w pysk z ostrymi jak sztylety zębami. Jaskinią zatrząsł skowyt wilkołaka szykującego się do ataku. Sha'anks niewiele myśląc złapał przyjaciółkę za kaptur i przeciągnął ją na swoja stronę. Potwór rozpędził się i skoczył, próbując przebić się przez szczelinę. Jednak jego masywne cielsko utknęło, a on sam wierzgał ile sił, kłapał paszczą i wymachiwał pazurami centymetry od twarzy wojowniczki. Cała ta kakofonia dźwięków zwróciła uwagę arachnidów, które skupiły się wokół stwora zostawiając uciekinierom swobodną drogę do wyjścia. Wynurzając się na zewnątrz Micareth zapamiętała dwie rzeczy: przyjemnie chłodny wiatr oraz ryk boleści konającego monstra.

post wyedytowany przez Wulfyk 2020-07-01 00:32:49
01.07.2020 10:24
Corvum_Mortem
9
odpowiedz
Corvum_Mortem
1
Junior

Sha'anks niósł urzędnika, idąc za gotową do walki Micareth. Teraz było jej już wszystko jedno, jaki ma w rękach miecz, miała cel- wydostać się stąd choćby nie wiadomo co. Ofiara z Very nie mogła pójść na marne, jej honor uległby wtedy roztrzaskaniu. Czuła się podle zostawiając porucznika. Wiedziała, że on prawdopodobnie tam zginie, nie ma szans, jeśli do tej całej Adelaisy dołączy pare osób. Nie zwykła była uciekać od walki, dlatego tak bardzo bolało ją to uczucie. Khajiit natomiast w tym momencie naprawdę żałował, że miał rację odnośnie ofiary, jaką potrzebuje tak niebezpieczna magia. Widział w Verze przyjaciółkę, była dla niego miła, nie to co wojowniczka, z którą teraz musiał przemierzyć resztę drogi. Widział w niej dobrego wojownika i nawet stratega, ale mimo wszystko wrednego. Micareth żałowała uszczypliwych komentarzy w kierunku Very, oddała za nich życie, postąpiła dumnie, a to jej wystarczy, by obdarzyć kogoś szacunkiem… Wydostać się z tego obślizgłego miejsca raz na zawsze i nigdy nie wracać, chyba że z armią. Już znali ten korytarz, to właśnie nim szli by dotrzeć do mrocznej jak noc tajemnicy Blackreach. Nikt się nie spodziewał tego, że znajdą tu takie rzeczy… takie postacie i monstra.

Nagle z innego korytarza wybiegła na nich jedna z pijawek (jak miała w zwyczaju Micareth nazywać Wampiry). Rapier wysunięty przed wojowniczkę zareagował jakby sam. Szybko zaatakowała tworząc na jego skórze szpetne rany, które, gdyby miały okazję się zagoić, byłyby paskudne. Nie tym razem. Biorąc do sobie do serca rady Angry, musiała iść na szybkość i siłę, a nie finezję i spryt. Odcięła przeciwnikowi głowę i kopnęła ją na bok. Zakrwawioną broń wytarła o spodnie. Mimo że do krwi przywykła, było to niemal obrzydliwe przez to, kim to coś było. Złapała za rękę urzędnika i przełożyła przez jego kark rękę, by pomóc Sha'anksowi.

-Nie tędy. Słyszę coś. - Powiedział mrużąc swoje kocie oczy, a niedługo po tym było słychać głośny warkot, wycie i krzyki. -Niedobrze, oj niedobrze.

-Sha'anks! Prowadź inną drogą do cholery, nie dam rady walczyć z taką ilością!

Khajiit szybko skręcił w nieznany nikomu korytarz. Szli ciemnym korytarzem, a ich nowy towarzysz był tylko utrudnieniem. Jedyne co robił, to haczył o pobliskie skały i ciążył na ramionach zmęczonej już dwójki. Nie mogli zostawić kolejnej osoby, mimo że jej nie znali. Oboje nie wybaczyliby sobie kolejnej straty. Korytarz (jak się okazało) był niczym innym jak pieprzonym labiryntem, a oni kręcili się jedynie w kółko. Straszliwe wycie dobiegało z końca korytarza. Naniesiony piach unosił się w powietrzu, jakby celowo chciał utrudnić im dalszą wędrówkę. Urzędnik nie był lekki, jego nogi sunęły po brudnej kamiennej drodze, wydając z siebie niemiły dźwięk.

-Niech to wszystko cholera jasna trzaśnie! Nie idę dalej. - warknęła Micareth, która przez rozgoryczenie i żal nawet nie brzmiała uszczypliwie. Puściła ramię nieznajomego jej towarzysza i wysuwając rapiera do przodu, odwróciła się w stronę wycia i okrutnych krzyków. Miała dość uciekania. Być może to było głupie, jednak każdy ma chwile słabości, a ona słabość przekształcała w furię i walkę.

-Nie wygłupiaj się, Sha'anks czuje, że wyjście jest blisko!

-To sobie do niego idź. Nie rozumiesz, że kiedy wrócimy do miasta w jednym kawałku, i tak mogą nas zamknąć? Kto nam uwierzy, jeśli wrócimy bez porucznika? No kto?! Nikt, a w najlepszym wypadku wrócimy za kraty. - złość w głosie Micareth była wyczuwalna jak nigdy dotąd. Ryzyko krat, zostawienie Grimesa i poświęcenie Veranque, jeszcze te podłe, obleśne stworzenia, które tworzą własną armię.

Sha'anks pobiegł tylko kawałek dalej, ale myśl, ile osób tutaj zostawił, zbiła go z tropu. Przyjaciołom się pomaga. Odłożył nieprzytomnego chłopaka na ziemię i sam podbiegł do towarzyszki. Spojrzeli na siebie i tylko kiwnęli głowami. Żadne z nich nie chciało umierać i żadne nie miało zamiaru poddać się bez walki. Po niedługiej chwili nadbiegły… nadbiegły te cholerne pijawki. Micareth zaczęła szarże na każdego, kto zbliżyłby się do niej na metr. Chwała, że korytarze nie są za szerokie i reszta nie mogła się do nich dostać. Wojowniczka cięła z półobrotów, jej ruchy były precyzyjne, ale kierowała się słowami Angry… "Nie popisuj się" chodzi o to, że masz przeżyć, "Rąb jak rozjuszony byk". Z gardła wojowniczki wydobył się głośny krzyk, gdy ta naparła mieczem z całej swojej siły. Czas w jej głowie znacznie zwolnił, widziała pojedyncze krople krwi i potu, każdą spadającą głowę, każde cięcie. W tej samej chwili Sha'anks walczył z pijawkami i innymi stworami obok, zwinnie jak na kota przystało. Nie da sobą pomiatać. Nie da się zranić, przecież umiał sobie poradzić. Zawył głośno, gdy jeden z przeciwników zranił go w ogon, a wiadome, że ogona Kota się nie dotyka.

-Micareth osłania! - krzyknął rozjuszony Khajiit, szukając wzrokiem pomocy.

Znalazł ją w jednej ze ścian- w miarę luźny kamień. Jeśli uda mu się go wyciągnąć, to korytarz zawali się gruzem. Gdy kobieta osłaniała ataki na niego i walczyła najlepiej jak mogła, Sha'anks zaczął ruszać kamieniem na każdą ze stron. Skała poluzowała się, a on tylko ją wyciągnął. Gruchot skał i pękania rozniósł się echem. Zwinnie złapał rękę towarzyszki, gdy przed nimi pojawiła się kupa gruzu. Zmęczeni, ranni, ale żywi ruszyli do nieprzytomnego, łapiąc go w biegu i ruszyli dalej. Oddechy były przyśpieszone, Micareth kulała na jedną nogę, a Sha'anks nie mógł znieść bólu ogona, z którego powoli broczyła się krew. Cieknący od krwi miecz niemal ciągnął się za nimi jak nogi urzędnika. Świeży zapach ogarnął korytarz, a Khajiit uśmiechnął się z wielkim bólem. Jeszcze kawałek. Są tak blisko, to nie czas by się poddać. Nigdy nie ma na to czasu.

-Czujesz? To wyjście! - uradowany przyśpieszył z lekka kroku i po niecałych pięciu minutach natrafili na żeliwne drzwi.

-To twoja robota - mogło to zabrzmieć wrednie jednak zmęczony ton i niemrawy uśmiech wypędza z błędu.

Kot podszedł do wrót, obejrzał je dokładnie i zabrał się do pracy. Po chwili zamek puścił. Micareth położyła nieprzytomnego na ziemię i zaczęła ciągnąć za drzwi razem z nim. Musiały być stare i nieużywane przez wiele lat. Gdy puściły, słońce i blask dnia oślepiły ich. Sha'anks podniósł nieznajomego i wyszedł na zewnątrz. Adrenalina powoli zaczynała opadać. Co teraz? Czekać czy wracać do miasta? Micareth odwróciła się w stronę korytarza i spojrzała w głąb z żalem.
-Tak nie powinno być...

01.07.2020 16:42
10
odpowiedz
Wetido
0
Junior

Sha’anks i Micereth rzucili się do ucieczki ile tylko mieli sił w nogach.
- Sha’anks myśli, że powinniśmy wrócić i mu pomóc – rzucił naiwnie Khajiit- jednemu wampirowi dalibyśmy radę
- Nie bądź głupi on i tak jest już martwy – powiedziała zgryźliwie Micereth. Miała już tego dość chciała po prostu wydostać się z tego piekła. Za plecami było słychać wrzawę walki. Brutalne odgłosy i przeraźliwe okrzyki utrzymał ich w przekonaniu żeby nie patrzeć za siebie. Sha’anks pokładał resztki wiary w swojego dowódcę jednak w głębi serca wiedzieli jak to się skończy.

W oddali było widać lekki blask światła księżyca. Wiedzieli ze zbliżają się do wyjścia.
- STÓJ – krzyknął Sha’anks – mogli przygotować na nas zasadzkę
Micereth przyznała racje swojemu towarzyszowi. Wyglądało to zdecydowanie zbyt łatwo. Przecież ich oprawcy dokładnie wiedzieli o tym, że wyswobodzili się z więzienia. Czy to możliwe, że wysłaliby tylko jednego ze swoich żeby ich złapać? Nie, coś było nie tak i oboje o tym wiedzieli. Czuli, że znaleźli się w potrzasku. Zdawało się, że przeciwnicy złapali ich w sidła i nie ma już dla nich ratunku.
- Myśl! Myśl! Sha’anks – nerwowo mówił do siebie Khajiit – musi być stąd jakieś inne wyjście.
Nagle poczuł podmuch wiatru na swoim wyostrzonymi kocimi zmysłami. Zrzucił nieprzytomnego towarzysza na ziemię i zaczął grzebać swoimi ostrymi pazurami w kamiennej ścianie.
- Ej tu gdzieś jest ukryte przejście – rzucił.
Micereth nie pomogła mu kopać. Zamiast tego zaczęła wąchać ściany w poszukiwaniu przycisku bądź przełącznika.
- KURWA MAM! – krzyknęła uradowana – co wy byście bezemnie zrobili – dodała przepełniona dumą.
Nagle w powietrzu coś świsnęło a Sha’anks krzyknął z bólu. Dostał strzałą w lewy bark. Padł na ziemię wijąc się i krzycząc.
- Wstawaj chyba ze chcesz tutaj zginąć – wrzasnęła wojowniczka do Sha’anksa
Złapała za urzędnika i wciągnęła do go tajemniczego tunelu, który stał przed nimi otworem. Khajiit wijąc się z bólu wczołgał się zaraz za nią. Po drugiej stronie szczęśliwie znajdowała się dzwignia. Pociągnęła za nią i tyle było ich widać. Przez skały ledwo dało się usłyszeć krzyki kroki a później wściekły krzyk
- GDZIE ONI ZNIKNĘLI? Szukać ich gdzieś tutaj musi być ukryta kryjówka.
Micereth nie zważając na opory towarzysza złamała strzałę tkwiącał w jego barku i zatykając mu usta wyciągnęła ją.
- Psia krew. Szkoda ze nie ma z nami tej uzdrowicielki teraz mogła by się przydać – stwierdziła
Zabandażowała ranę towarzysza i próbowała wziąć go pod ramię.
- Sha’anks da radę sam. Sha’anks dziękuje – cicho rzekł kotowaty - Sha’anks obudzi śpiocha!
Delikatnie, swoją kocią ręką, uderzył nieprzytomnego.
- Co? Co? Gdzie jestem? Kim wy…? – wyszeptał otumaniony
- Nie mamy czasu. Jeżeli chcesz żyć to wstawaj – rzuciła szybko Micereth – Tylko cicho!

Pędzli przed siebie jak najszybciej. Rana krwawiła. Wyglądała coraz gorzej. Wymagana była zmiana opatrunku. Jednak wiedzieli ze zło czai się tuż za rogiem i nie mogą się zatrzymywać. Po długie wędrówce studzeni i wycieńczeni z sił dotarli do wyjścia. Wszystko wyglądało na to, że udało im się uciec. Nad horyzontem jaśniało. Jeżeli wierzyć legendom wampiry nienawidzą słońca. Pobiegli czym prędzej w stronę upragnionego życia. Jednak gdy tylko pierwsze promienie światła padły na ich twarze i ciała urzędnik przeraźliwie krzyknął i cofnął się w głąb tunelu. Zdezorientowani bohaterowie spojrzeli na niego. Jego skóra była cała czerwona i wydawało się jakby chciała spłonąć…

01.07.2020 18:02
11
odpowiedz
Włoczykij
1
Junior

Przemykali od zasłony do zasłony. Omijajali grupki potworów , niespiesznie patrolujące podziemia. Szło im to bardzo sprawnie. Do tego stopnia ,że powoli zaczęła się budzić w nich nadzieja, że im sie uda.
- Sha'anksa, już nie ma siły ten czlowiek jest bardzo ciężki.
- Siedz cicho kocie, do tej pory przebierałeś tymi swoimi nogami jak natchniony. Nie mogłam czasami za tobą nadążyć - Micareth usmiechnęła sie do niego krzywo - masz wielki talent do uciekania.
-Nie uciekam tylko wykonuje rozkaz - Sha'anksa zatrzymał się cieżko sapiąc i zaczął nasłuchiwać - skonczyli walczyć.
-O czym ty mówisz?
- Myślę o wspaniałym człowieku, którego rozkaz Sha'anksa wykonuję. Zamiast uciekać jak druga połowa oddziału. Cisza, nie słyszę już odgłosów walki.
-Gadasz bezsensu, jaka cisza? Przecież wokól nas kręci się mnóstwo poworów.
Sha'anksa westchnął wywracając oczami, dając Micareth do zrozumienia, że ta rozmowa z nią zaczyna go irytować. Połozył chłopaka na ziemie i się przeciągnął się teatralnie.
-Porucznik i ta kobieta już nie walczą. Nie słyszę już ich.
-To może znaczyć wszystko, albo Angra ją pokonał i za nami idzie. aby nam pomóc, albo robi to ta wariatka.-Micareth przyjrzała się towarzyszowi. Był czujny i wyglądał też na zmęczonego. Podjęła decyzję. Lepiej, żeby on się skupił na tym co mu najlepiej wychodzi, czyli na przemykaniu w cieniach. Ona ,jak do tej pory nie jest przydatna , ponieście tego cholernego chłopaka. Podeszła do nieprzytomnego i go podniosła.
- Prowadż nas do wyjścia kocurku, a ja poniosę tego chłopaka, żeby nie słuchać już twoich jęków. Swoją drogą coś z nim chyba nie tak, skoro jest nieprzytomny, pomimo tego całego zamieszania.
-Ten musi przystać na twą mądrość. Kiedy ma się do czynienia z wampirami wszystko jest możliwe.
Sha'anksa nie mial zadnych problemów z przeprowadzeniem ich przez rozległe podziemia. Dobrze wiedział, że to zadanie jest poniżej jego godności. Widać też było, że potworom brakuje inicjatywy. Zazwyczaj stały w miejcu, wpatrując się przed siebie i wydając ciche bełkotliwe warknięcia i dzwięki.
- Czuję swieże powietrze - Micareth ożywiła się - dobrze, że to juz prawie koniec. Cały czas mam wrażenie, że ten chłopak obudzi się i pierwsze co zrobi to wgryzie mi się w gardło. To wszystko przez te twoje gadanie o wampirach.
- Sha'anksa nie podziela twojego optymizmu, ale się z tobą zgadza. Ten chłopak może być problemem i powinniśmy go zostawić jeśli chcemy przeżyć.
- Porucznik powiedział ....
-Posłuchajmy jego rozkazów.Nie mamy zbyt wiele czasu.
-Ty samolubny szczurze chcesz go tu tak po prostu zostawić - kobieta powoli zbliżała się do miejsca gdzie stał Sha'anksa. Była na niego wściekła, wszystko co kiedykolwiek słyszała o kotowatych potwierdzało się w tym momecie. Samolubni zaćpani złodzieje, którzy poderżną ci gardło kiedy tylko nadarzy sie sposobność. Z drugiej strony ciężar chłopaka przekonał ją, że kot może mieć rację. Wydostanie się z nim z tego miejsca z nim na plecach może być niemożliwe. Musieli go obudzić. Ułożyła go obok siebie i podeszła wściekła do Sha'anksa. -Musimy ocucić tego chłopaka.
-Sha'anksa , zgadzam się z tobą, ale w tej chwili mamy większy problem . Micareth zaklnęła siarczyście.Właśnie sobie zdała sprawę, że za szybko zaczęła wierzyć, że im się uda. Nie docenili wroga. Natychmiast zapomniała o chłopaku, którego niosła tu całą droge, zrozumiała. -Nie uda nam się-pomyślała.
Podeszła do zasłony za którą chował się Khajiit. Przyjrzała sie grupie potworów przed nimi i zaklnęła jeszcze raz. Całe to przemykanie i skradanie się do wyjścia, było stratą czasu. Naiwnie wierzyła, że idzie im tak dobrze, bo potwory nie cieszą sie inteligencją. Teraz wiedziała, że się myliła.
-To był ich plan, co? Odpuścić sobie patrolowanie tych kilometrów korytarzy i po prostu obstawić wyjścia. Micareth czuła jak narasta w niej frustracja.
-Chyba Micareth ma rację, Sha'anksa musi pomyśleć , że ma szanse sie przebić?
- Nie, ta nie ma szansy. Dlaczego Khajiit nie mówią ludzkim językiem?
-Bo Khajiit to nie ludzie - Sha'anksa wyszczerzył kły w uśmiechu - A ta zaczeła sie nagle czepiać zeby zająć swoją głowę czymś innym niż naszym problemem. - machnął reką w stronę wyjścia.
-Przepraszam...

Rozmowę przerwał im dżwięk dobiegający z tunelu za nimi. Obejrzeli się i zobaczyli dwie postacie ludzkie i potwora. Ukryli się i obserwowali nowych.
-Niech to , dosłali im posiłki teraz to już naprawdę nie mamy szans. - wojowniczka spostrzegła, że Sha'anksa przygląda sie nowo przybyłym.
-Tam jest troll. Ten ma pomysł żeby obudzić naszego przyjaciela i sprawdzić czy on nie zna innych dróg ucieczki.
-Świetny pomysł.
Podczołgali sie do chłopaka, miał otwarte oczy ale widać było, że nie może pojąć co się dzieje wokół niego. Na szczeście nie krzyczał kiedy się zbliżyli.
- Cześć, Sha'anksa ma pytanie. Jak się stąd wydostać?
- Eeee - chlopak błysnął inteligencją.
- Hej, wiesz kim jesteś i co się tu dzieje?
Wciąż sie w nich tępo wpatrywał, kiedy dobiegły ich dzwieki walki.
Khajiit natychmiast pobiegł sprawdzić co się stało - Posiłki z zewnątrz? - zapytał Micareth.
-Może?
Nim slończyli rozmawiać ktoś zmaterializował się koło nich. Chłopak jęknął ze strachu.
-Możecie już wychodzić, droga wolna - nieznajomy zaskoczył ich tak mocno, że nawet nie zdążyli wyciągnąć broni.
-Yyyyy, Co? -odpowiedział Milten- chyba tak działają materializujące się koło ciebie wampiry.
-Droga wolna uciekajcie. - wampir nie pokazywał po sobie irytacji ich zachowaniem. Starał zachowywać sie niegroznie, chodz to, że ociekał krwią potworów nie pomagało mu.
- My jesteśmy wdzięczni za pomoc, ale cieżko się ją przyjmuje od nieznajomych - pierwszy otrząsnął się Sha'anksa.
-O, przepraszam - to słowo ociekało sarkazmem w ustach nieznajomego. Drużyna otrząsneła się i przygotowała do obrony.
-Znam Cię. Jesteś jednym z nich , nie ufajcie mu.
-O, napewno mnie nie znasz marionetko, wyczuwam w tobie Wampirzą magię i jej źródło. Czas się ciebie pozbyć.
- Nikt sie nikogo nie pozbędzie on jest z nami -wojowniczka postawiła sprawę jasno. Wampir zamarł w półkroku. - Kim jesteś i czemu nam pomagasz?
-Dobrze jak chcecie, ale miejcie na niego oko - wskazał chłopak - za parę dni bedzie z niego wampirzy pomiot, a i teraz to niezłe z niego ziółko. Pomagamy wam, bo wraz z przyjaciółmi reprezentujemy tą bardziej konserwatywną część rady. Nie odpowiada nam kierunek, w jaki zmierza nasza społeczność.
- A poprzedni wam odpowiadał - Khajiit prychnął.
-Tak - wampir odpowiedział spokojnie - wy się trzymaliście z daleka od naszej siedziby, a my od waszej. Wszyscy byli szczęśliwi. Taki sobie wszyscy wypracowaliśmy układ nawet jesli tylko nieświadomie. Nikt nie chce umierać.
-Akurat - kobieta prychnęła -to czemu to miejsce jest owiane tak złą legendą?
-Bo mieszkają tu potwory - prychnięcie Sha'anksa ją zaskoczyło - Ten rozumie układ, każdy miał względny spokój. Potwory nie nękają ludzi w ich domach, a ludzie nie organizują łowów na potwory. A co sie zmieniło?
-Powiedzmy, że pewien nowy nabytek naszej społeczności przekonał wiekszość z nas że czas na zmiany. Zmiany, które zakłócą równowagą i doprowadzą do eskalacji przemocy. -Wampir zaczął przemawiać z pasją.
-Rozumiem, rozumiem - wojowniczka odłożyła rapier Khajiit.
- Pospieszcie się tam. Ile można na was czekać?- rozległ się dudniący głos mężczyzny koło wyjścia.
-To nie wszystko wampirze, prawda? Ten układ wcale nie był taki naturalny- znam was, macie swoich stronników w mieście. - ostrza Sha'anksa dalej spoczywały w jego rękach.
-Tak, to prawda, ale powinno martwić o coś innego, Kocie. Mianowicie to, że są wsród was tacy którzy są za połączeniem naszych społeczności. To już trwa i chyba nie jesteście zadowoleni z efektów. A teraz się wynoście nie macie wiele czasu.
Nikogo nie trzeba było długo przekonywać.

01.07.2020 18:59
Netruitus
12
odpowiedz
Netruitus
1
Junior

Z Sha'anksem na przodzie Micareth nerwowo się rozglądała spodziewając się ataku w każdym momencie. Jej zmysł nie zawiódł i wkrótce zauważyła puszczoną za nimi pogoń. W duszy miała tylko nadzieję, że zdążą zgubić pościg i nie będzie kolejną ofiarą dla ocalenia skóry khajiita i przewieszonego przez jego ramię nieprzytomnego nieznajomego.
Uwagę wojowniczki zwrócił nagły, nieokreślony odgłos z przodu. Szybko zorientowała się, że jest to jej towarzysz, który chciał zwrócić na siebie uwagę. Doszła do tego, że musiało być to odchrząknięcie.
- Sha’anks słyszy nadciągających z przodu. Podąża za nim. - Powiedział.
Zanim Micareth zdążyła zrozumieć gdzie miałaby podążać w tak prostym korytarzu, khajiit skręcił w zupełnie dla niej niewidoczny zaułek. Gdyby nie pochodnia, nie byłaby w stanie powiedzieć, gdzie zniknął.
Przed ich oczyma ukazały się rzędy złotych prętów, które razem tworzyły furtkę. Sha’anks pociągnął za bramę, która nie czyniła żadnego oporu i puścił towarzyszkę przodem. Gdy Micareth znalazła się w środku, wbiegł i zamknął ją za sobą. Bez najmniejszej chwili zawahania uderzył w dźwignię na środku sali. Dwemerski mechanizm zaczął zgrzytać, a platforma na której stali zaczęła się podnosić.
- Bystrość Sha’anksa po raz kolejny ratuje mu skórę. - Rzekł z dumą.
- Litości… - Jęknęła Micareth skupiając całą swoją wolę, aby nie wybuchnąć. Wystarczyło jej, że została skazana na towarzystwo khajiita. Mimo to cieszyła się, że jej towarzysz znalazł mechanizm, który prowadził z dala od pijaw. Jeżeli idzie w górę, to musi prowadzić na powierzchnię, pomyślała.
- Łapy Sha’anksa wciąż się trzęsą z podniecenia. - Khajiit wyrwał Micareth z zadumy. Miejsce ulgi zajęły gniew i panika, gdy zrozumiała o czym mówił.
- Ty idioto! To nie twoje łapy, tylko całe to pomieszczenie się trzęsie! - Wrzasnęła Micareth, starając się utrzymać równowagę.
Mechanizm nagle zatrzymał się z głośnym zgrzytem nie osiągając jeszcze celu. Wstrząsy nasilały się raz za razem. Micareth pośpiesznie sprawdziła ściany, ale szybko przekonała się, że są zbyt gładkie na wspinaczkę. Powinnam zginąć w walce, a nie w dwemerskim burdelu, gdzie wiedźmy się pieprzą z wampirami, pomyślała.
Kolejny silny wstrząs spowodował, że platforma na której stali przechyliła się na tyle, że wszyscy zaczęli powoli zjeżdżać do krawędzi. Nagle wojowniczka zauważyła mały prześwit w ścianie w kierunku której się osuwali. Nie zastanawiając się wiele wykorzystała kąt platformy do nabrania rozpędu po czym uderzyła barkiem o ścianę. Głuchy trzask i fala bólu spowodowały, że szybko pożałowała decyzji. Jednocześnie poczuła falę ulgi i przerażenia, gdy ściana ustąpiła, a Micareth zaczęła spadać w nieznane.
Uderzenie o ziemię upewniło ją, że nie spadła z dużej wysokości. Zdążyła się zorientować, że jest przygnieciona przez kawałki zniszczonego muru. Ponadto była spowita przez całkowitą, dezorientującą ciemność . Szybko pożałowała, że zgubiła pochodnię w trakcie uderzenia. Dodatkowo złamana ręka nie ułatwiała odkopywania się spod gruzu, a powoli zaczynała mieć problemy z oddychaniem. Ostry zgrzyt mechanizmu dwemerskiego dał jej do zrozumienia, że wiele nie brakowało, a nie przeżyliby tego.
- Sha’anks! - Krzyk wyrwał się Micareth, gdy przypomniała sobie, że jej towarzysz został z tyłu. Jeżeli nie zdążył, to oznaczałoby dla niej zgubę, zwłaszcza że nie jest w stanie sama wydostać spod rumowiska. Wizja śmierci na nowo ukazała się przed jej oczyma.
- Micareth nie krzyczy tak. Sha’anksowi uszy zwiędną. Ciężko rozpalić pochodnię w ciemności, a co dopiero przy takim akompaniamencie. - Odpowiedział sarkastycznie khajiit, po chwili roświetlajac pomieszczenie - Sha’anks widzi, że Micareth wzięła na siebie nie lada ciężar. Pozwoli sobie pomóc. - Zaczął zdejmować kawałki ściany z wojowniczki. Po chwili Micareth była w stanie wyjść o własnych siłach. Czuła jednocześnie wdzięczność za pomoc, jak i była wściekła za jego uwagi. Postanowiła przemilczeć.
Khajiit podniósł z ziemi nieprzytomnego urzędnika i przerzucił go przez ramię, w drugiej ręce wciąż trzymając pochodnie. Spojrzał na wyrwę, położył delikatnie uszy, a następnie przeniół wzrok na Micareth wyczekująco. To sprawiło, że poczuła się dziwnie. On zdawał się na mnie, pomyślała, po czym rozejrzała się. Wszystko dookoła wyglądało na typowe dwemerskie korytarze. To sugerowało, że dalej są gdzieś w Blackreach, nie wiadomo jak daleko od powierzchni. Korytarz na prawo był zawalony odcinając im ewentualną drogę ucieczki. Wszystko na jedną kartę, pomyślała, po czym spojrzała w przeciwnym kierunku i z ulgą stwierdziła, że przejście nie jest zablokowane.
- Nie dam rady nieść pochodni ze złamaną ręką. - Stwierdziła na głos mając nadzieję, że khajiit złapie aluzję.
- Tak, tak. Sha’anks znów ratuje damę w opałach. - Ponownie zareagował sarkastycznie, na co Micareth aż się zjeżył włos. Byle stąd wyjść i mieć w końcu od niego spokój, pomyślała.
Po chwili biegu przez korytarz wyczuli zmianę w powietrzu. Było ono zdecydowanie świeższe i dało się czuć lekki mróz typowy dla Skyrim. Przyspieszyli bieg wiedząc, że wyjście musi być dokładnie przed nimi. Micareth już w swoim umyśle widziała te krajobrazy, witała się z nimi jeszcze zanim była w stanie zobaczyć je na własne oczy. Sha’anks wydawał się też dostać więcej motywacji, mimo że dyszał coraz ciężej. Wkrótce tunel zaczął być miejscami oblodzony. Z dwemerskiej rury skapywały krople, a woda zbierająca się w korytarzach szybko zamarzała. Drużyna miała problem z utrzymaniem stabilności na lodzie, dlatego przeszła do wolnego tempa, mając nadzieję, że przeciwnicy mają jeszcze długą drogę za nimi, o ile dalej ich ścigają.
Dalsza wędrówka zakończyła się na drzwiach. Potężne, metalowe, dwemerskie, w całości zamarznięte. Miejscami lód był bardzo gruby, niechybnie zbierając się w tym miejscu przez lata. Micareth razem z Sha’anksem starali się znaleźć jakiś słaby punkt, cokolwiek co mogłoby pozwolić im przejść. Takie oblodzenie mogło tylko wskazywać na to, że za drzwiami musi być upragniona wolność. Niestety lód zdawał się być przeszkodą nie do zniszczenia.
- Sha’anks się spodziewa, że Micareth nie chce poświęcić drugiego ramienia? - Oczy khajiita mówiły, że nie spodziewa się żadnej miłej odpowiedzi, ale też nie sprawiał wrażenia przekonanego własnym pomysłem.
Błądził wzrokiem po drzwiach, gdy nagle zatrzymał się na rurze, która biegła przy ścianie tuż obok drzwi. Zanim Micareth zdążyła cokolwiek odpowiedzieć na jego pomysł, podszedł do niej i wręczył jej nieprzytomnego człowieka. Nie czekał nawet na protesty, odwrócił się i skoczył ku rurze. Przednimi łapami złapał się przewodu, a tylnymi zaparł się od ściany. Micareth usłyszała odgłos przypominający smażenie mięsa. Wkrótce poczuła zapach spalenizny. Khajiit wydawał z siebie stęknięcia bólu, ale dalej nie przestawał próbować zmienić położenie rury.
Micareth położyła urzędnika na ziemi i skoczyła pomóc khajiitowi. Mając na uwadze, że jedną ręką nie da rady przyjąć podobnej pozycji co jej towarzysz, starała się wykorzystać metalową rękawicę i osłabić trochę metal. Po kilku uderzeniach zauważyła, że pojawiają się widoczne wgniecenia. Żałowała, że nie ma z nimi Grimesa, którego ciężki topór poradziłby sobie z drzwiami oraz rurą bez żadnego problemu.
Nagle w wyniku kolejnego uderzenia pięścią para buchnęła prosto w twarz Micareth. Wojowniczka złapała się w miejsce poparzenia krzycząc z bólu. Jej prawe oko sprawiało znacznie większe cierpienie niż złamane ramię. Przyłożyła szybko twarz do lodu, co pozwoliło jej go nieco uśmierzyć. Nie czas na to, pomyślała i doskoczyła do khajiita, który zdołał delikatnie odgiąć rurę na tyle, że między nią a ścianą mogła się pomieścić jedna osoba. Przeszła na drugą stronę, zaparła się o ścianę i pomogła przekierować strumień pary prosto na lód, który zaczął szybko topnieć, po kilku chwilach ukazując dwemerskie drzwi. Nie czekając wiele, Micareth podbiegła do urzędnika, żeby przerzucić go przez ramię, podczas gdy Sha’anks rozbroił zamek i pierwszy wbiegł przez drzwi.
- O nie… - Micareth usłyszała stłumiony głos Sha’anksa i spodziewała się najgorszego. Wbiegła za drzwi i zobaczyła khajiita na tle Skyrim, nad którym rozciągała się Morowa Burza.

01.07.2020 19:42
13
odpowiedz
MysteriousMrX
1
Junior

– Szybciej, szybciej! – ponaglała Micareth, idąc na przedzie z dopalającą się pochodnią, którą pochwyciła z jednej ze ścian. Khajiit dysząc ciężko, próbował dotrzymać jej tempa, ale z przewieszonym przez plecy urzędnikiem przychodziło mu to z wielkim trudem. Mimo, że wojowniczka znała drogę, serce waliło jak szalone, a ciało, zmęczone nieustanną walką, było stale napięte. Gotowe do szybkiego odskoku i kontrataku, gdyby któreś z bestii wypadło nagle zza zakrętu. Była już zmęczona. Tak cholernie zmęczona. Lecz gdy uchodziły z niej chęci do życia, gdy tylko kończyny wiotczały, chcąc się poddać, wtedy do głowy wpadał obraz porucznika, zaciekle rzucającego się na wampirzycę Adelaisę. Wredny sukinsyn. Nie lubiła go od pierwszej do ostatniej chwili, ale zasłużył na jej szacunek. Gdy uchodziły z niej chęci do życia i była gotowa położyć się w tym opuszczonym przez bogów i ludzi tunelu by zgnić w jego ciemnościach, przed oczami stawał obraz Veranque, poświęcającej się, by kupić im czas na ucieczkę. Wojowniczka nigdy nie uwierzyłaby, że zdoła polubić nekromantkę. Tfu. Już na samą myśl o magii śmierci robiło się jej niedobrze. A jednak bez Altmerki, bez jej poświęcenia, leżeliby teraz martwi. Albo gorzej – biegaliby jako bezrozumne bestie, kąsając bogom ducha winnych chłopów na każde skinienie wampirzego pana. Micareth nie mogła pozwolić by to poświęcenie poszło na marne.
Z zamyślenia wyrwał ją głos towarzysza:
– Sha’anks czarno to widzi! I nie z powodu ciemności.
W poprzek korytarza ciągnęła się szeroka na kilkanaście stóp wyrwa. Wojowniczka była pewna, że przybyli właśnie tą drogą. Co mogło spowodować tak duże pęknięcie w litej skale? Oparła dłoń o ścianę. Śliska od grzyba i wilgoci skała nie dawała palcom żadnego oparcia. Nie było mowy o wspinaczce.
– Cholera – rzuciła pod nosem. Gdzieś w oddali usłyszeli znajome dudnienie dziesiątek par stóp o kamienne podłoże. Ich śladem ruszył pościg.
Micareth, głupia babo, myśl! – ponaglała w myślach sama siebie. To porucznik Grimes był od planów. Ona była od walki. Od wściekłego siekania rapierem. Hałas narastał. Z frustracją cisnęła pochodnię w dół. Wraz z kotem obserwowali jak płomień spada, stając się coraz mniejszy, aż wreszcie znika całkowicie, wśród głośnego plusku wody. Plan zrodził się niemalże natychmiast. Plan niebezpieczny i ryzykowny, czyli taki jaki Micareth lubiła najbardziej. Na jej ustach wykwitł zawadiacki uśmiech.
– Sha’anksowi nie podoba się wyraz twarzy przyjaciółki – odezwał się Khajiit. – Sha’anks tylko przypomina, że jego futro bardzo długo schnie.
Na dalsze rozważanie nie było już czasu. Bestie były coraz bliżej. Jedyna droga prowadziła w dół. Wojowniczka pociągnęła kota i cała trójka runęła w czeluść. Micareth leciała z zamkniętymi oczami. Zdążyła raz jeszcze przywołać obraz dowódcy oraz poległej towarzyszki. Potem uderzyła o taflę wody. Z tej wysokości upadek przypominał zderzenie z kamienną ścianą. Poczuła jak jej twarz zanurza się pod wodę. Wściekle mieląc rękami, desperacko walczyła o to by zaczerpnął haustu powietrza. Udało się na chwilę przed tym jak silny nurt znów wciągnął ją pod powierzchnię, miotając jej ciałem to w prawo, to w lewo. Gdyby tylko zdołała złapać się jednego ze stalaktytów zwisających z sufitu... Ale prędkość była zbyt duża. Poczuła głuche uderzenie. Resztką świadomości zacisnęła na czymś kurczowo palce. Potem ogarnęła ją gęsta i nieprzenikniona ciemność.

***

Kiedy ponownie otworzyła oczy, oślepiło ją silne światło.
– Czy… czy to już Sovngard? – spytała. Skronie pulsowały tępym bólem, a w głowie wirowało. W gardle obok wody czuła metaliczny posmak krwi. Mimo szczerych chęci, nie była w stanie zebrać myśli.
– Shhhh – syknął znajomy koci głos. – Nie ruszaj się.
Chwilę zajęło jej skonstatowanie, że ów głos należał do Sha’anksa. Zastosowała się do polecenia, próbując zorientować się w sytuacji. Rozejrzała się po pomieszczeniu, jak najwolniej obracając głowę. Tajemnicze metalowe rury, syk pary, tarcie metalu o metal i to dziwne światło, które cały czas ją raziło. Powoli składała elementy układanki w jedną całość – znajdowali się w kolejnych dwemerowych ruinach. Obróciła się nieco i wtedy zrozumiała niepokój towarzysza. Zaledwie kilka stóp dalej, po drugiej stronie wąskiego pomieszczenia w spokoju pracowały dwa krasnoludzkie pająki. Co gorsza krzątały się przy nieaktywnym krasnoludzkim centurionie. Micareth zdarzało się już w przeszłości mieć styczność z automatonami. W swoim dawnym życiu podróżniczki raz czy dwa zapuściła się w głąb ruin. Nigdy nie widziała jednak czegoś tak ogromnego. Ciężko było oszacować całkowitą wielkość mechanizmu, ale miał przynajmniej dziesięć stóp wysokości. Co więcej, jedyna droga ucieczki z pomieszczenia biegła wzdłuż korytarza.
– Jak Sha’anks da znak to chodu! – mruknął kot ledwie słyszalnym szeptem.
– Co?
– Chodu! – wrzasnął Khajiit nie kłopocząc się dalszymi wyjaśnieniami. Poderwali się z ziemi i, zataczając lekko, przebiegli pomiędzy pająkami. Micareth nie odważyła się nawet spojrzeć przez ramię, ale dźwięk olbrzymich mechanicznych odnóży uderzających o kamienną posadzkę był aż wystarczającą odpowiedzią na to co chciałą zobaczyć, spoglądając za siebie. A właściwie czego nie chciała widzieć.
– Uważaj! – krzyknął kot. Odruchowo odskoczyła. W ostatniej chwili. Tuż przed jej twarzą śmignął pocisk. Na końcu korytarza, tuż przed wielkimi metalowymi drzwiami stał kolejny automaton. Ten dla odmiany miotał długimi na cztery stopy oszczepami. Ręka odruchowo powędrowałą w kierunku rapiera.
– Cholera! – krzyknęła, a serce stanęło na chwilę. Rapier zniknął. Musiała zgubić go w strumieniu. Była bezbronna. Za późno jednak na odwrót. Czuła jak adrenalina wypełnia jej żyły, zmysły się wyostrzają, a czas zwalnia. W głowie właśnie zrodził się kolejny szalony pomysł.
– Biegnij Sha’anks, biegnij – ponagliła towarzysza. Biedak ledwo nadążał z wciąż nieprzytomnym Bodilem na plecach. – Ja się zajmę automatonami.
Khajiit nie zamierzał wdawać się w polemikę. Przemknął przy ścianie, starając się uniknąć uwagi krasnoludzkich machin. Tymczasem Micareth oceniła dystans dzielący ją od kolosa, zbliżającego się w towarzystwie pająków. Jej plan miał cholernie wąski margines błędu. Jeden nierozważny ruch i będzie po niej. Skupiła całą swoją uwagę na automatonie - baliście. Napięła swoje ciało i… odskok. W samą porę. Kolejny pocisk minął ją o centymetry, roztrzaskując stojącego za nią pająka. Kolejny unik i następny automaton przestał być problemem. Tymczasem potężne mechaniczne ramiona kolosa wyprowadziły cios. Micareth zręcznie przeturlała się w bok. Mechanizm był ogromny, lecz wolny. Tańczyła, lawirując pomiędzy pociskami miotanymi przez balistę i wściekłymi uderzeniami Centuriona. Z każdym rozważnie stawianym krokiem zbliżała się do wyjścia. Doskonale wiedziała, że olbrzym nie przeciśnie się przez drzwi. Gdyby tylko udało jej się pozbyć balisty… Strzał – odskok. Była coraz bliżej celu. Atak – unik. Skoczyła na kopułę balisty, odbiła się od śliskiego metalu. Za nią rozległ się trzask. Tak! Miotający automaton legł pod naporem ciosu kolosa. Niewiele się zastanawiając przebiegła przez drzwi, zatrzaskując je za sobą. Dysząc ciężko dopadła Khajiita. Dalszą podróż kontynuowali razem.

***

Kto wie jak długo włóczyli się po opuszczonych tunelach, nie napotkawszy żywej duszy. Micareth była głodna, spragniona i zmęczona. Czuła, jak opuszczają ją resztki sił. Nie pomagało już nawet przywoływanie obrazu poległych towarzyszy. Dalej nieprzytomnego urzędnika nieśli na zmianę, robiąc częste przerwy. Błądzili w gęstej sieci korytarzy tak długo, że kiedy napotkali kości jakiegoś nieszczęśnika, niemalże się ucieszyli. No bo przecież znaczyło to, że ktoś kiedyś dotarł tu o własnych siłach – to była ta dobra informacja, która dodawała im otuchy. Ta zła, że ów nieszczęśnik niestety o własnych siłach już nie opuścił tej jaskini i nie było wykluczone, że wkrótce podzielą jego los. Nie znalazłszy przy zwłokach żadnej wskazówki, zrezygnowani podążyli dalej.
– Shhhhhh, słyszysz to? – szepnął Khajiit po następnych kilku godzinach marszu. Nie czekając na potwierdzenie wyrwał do przodu. Micareth, która tym razem niosła urzędnika, również poczuła nagły przypływ motywacji. Resztką sił zmusiła się, żeby odkryć co tak ucieszyło kota. Sha’anksa zastała na końcu korytarza, z policzkiem przyklejonym do szczeliny w kolejnych dwemerowych drzwiach. Gestem ręki wezwał ją do siebie. Micareth przyłożyła ucho do zimnej powierzchni krasnoludzkiego metalu. Przez szparę przedzierało się świeże chłodne powietrze. Doleciały do niej także niewyraźne dźwięki rozmowy. Zdawało jej się, że słyszy język ludzi. W uniesieniu pchnęła wrota. Ani drgnęły.
– Zamknięte – lodowatym głosem oznajmił Khajiit.
– Ale przecież Sha’anks nie wie co to zamek nie do otwarcia – z uśmiechem odparłą Micareth, wykorzystując dewizę towarzysza. Tym razem sił dodawała jej myśl o ciepłej kąpieli i sytym posiłku, który, przynajmniej w jej głowie, czekał na nią po drugiej stronie.
– Sha’anks świetnie radzi sobie z zamkami, tylko że… Sha’anks niestety nie widzi tu zamka – wyjaśnił smutno Khajiit.
Rzeczywiście. Wrota były gładką jednolitą taflą metalu. Wojowniczka po raz kolejny poczuła jak uchodzi z niej cząstka życia. Tak blisko, a tak daleko. Uczucia nią targające zmieniały się jak w kalejdoskopie.
– Ale niech przyjaciółka się nie martwi. Jeśli dźwigni nie ma tutaj…
– To znaczy, że jest po drugiej stronie – dokończyła Micareth. Więcej nie potrzebowała. Zaczęła walić pięściami o drzwi, krzycząc ile sił w gardle. Miałą nadzieje, że kimkolwiek są osoby po drugiej stronie usłyszą ją i znajdą dźwignię.
– Gdzie… gdzie jestem?
Micareth i Sha’anks obrócili się jednocześnie. Ich nieprzytomny towarzysz właśnie budził się do życia.
– Ale jestem głodny… – ciągnął dalej Bodil, wysuwając kły. – Co tak pięknie pachnie?
Tego nie przewidzieli. Sparaliżowani strachem obserwowali jak młody wampir ociężale się podnosi i uważnie ogląda każdą część swojego ciała.
– Co się ze mną dzieje? – pytał sam siebie. .
– Posłuchaj – zaczęła Micareth, starając się zabrzmieć tak łagodnie jak to tylko było możliwe. – Jesteś zarażony wampiryzmem, ale możemy to odkręcić.
– Kim jesteście? I czemu tak dziwnie pachniecie?
– Możemy ci pomóc, ale musisz opanować swój głód.
– Głód? Taaaaaak. Jestem głodny! – oczy urzędnika zmieniły kolor na krwistoczerwony. W jednym susie znalazł się przy niej, ale uwolniła się z uchwytu.
– Uspokój się! Sha’anks i jego koleżanka na pewno ci pomogą! – wtrącił Khajiit.
– Pomogą? Oj tak. Pomogą, pomogą! – zaśmiał się urzędnik, powoli krocząc w ich stronę. Upiornie oblizał wargi.
Wtedy dwemerowe wrota otworzyły się, wpuszczając do tunelu idący od jaskini przeciąg. Cała trójka zamarła, oczekując na rozwój wypadków. Po drugiej stronie ukazał się rosły niebieskooki nord w skórzanym kaftanie. Spod hełmu wystawały pukle włosów koloru i struktury suchego siana. Micareth była pewna, że ta brudna i nieogolona twarz, ozdobiona drobnymi bliznami nie należy do żadnego poważnego poszukiwacza przygód. Zatknięty za pas stary topór o zardzewiałym ostrzu zdawał się tylko potwierdzać jej tezę. Na szczęście ich zarażony wampiryzmem towarzysz na chwilę zapomniał o głodzie i wpatrywał się z zaciekawieniem w nowoprzybyłego.
– Szefie. Mamy tu jakichś poszukiwaczy przygód od siedmiu boleści – krzyknął nord.
– A wyglądają jakby mieli przy sobie coś cennego? – rozległo się z korytarza.
Niebieskooki mężczyzna otaksował ich spojrzeniem.
– Nie! – zabrzmiał werdykt.
– To wiesz co z nimi zrobić!
Mężczyzna wyszarpnął toporek, ale nim zdążył wziąć zamach, Bodil doskoczył do niego i zatopił kły w jego szyi. Bandzior wierzgał chwilę nogami, wrzeszcząc, ale już po chwili jego krzyk zmienił się w niezrozumiały bulgot. Wampir nie zamierzał na tym poprzestać. Zeskoczył z martwego ciała i ruszył w głąb korytarza. Micareth z Sha’anksem przez chwilę słyszeli tylko przeraźliwe wycie szlachtowanych bandytów. Potem wszystko ucichło. Wojowniczka na wszelki wypadek podniosła topór. Nordowi na pewno się już nie przyda a jej… miała nadzieję, że też nie. Wzdrygnęła się. Broń była ciężka i niewyważona, a w ostrzu widniało kilka szczerb. Uzbrojona, ostrożnie przeszła przez próg i rozglądnęła się po jaskini. Urzędnik klęczał pomiędzy nieruchomymi ciałami z zamkniętymi oczami, pogrążony w transie. Za nim rozciągał się widok na ośnieżone szczyty Gardła Świata. Znajdowali się na powierzchni.

01.07.2020 20:00
14
odpowiedz
JurassicDragon
1
Junior

Bohaterowie uznali, że nie było co sterczeć jak pale z ziemi. Wzięli nogi za pas. Z daleka było słychać tylko jakieś łupnięcie. Porucznika można raczej spisać na straty. Szkoda chłopa pomyślała Micareth.
Sha'anks przystanął nagle.
-Sha'anks coś usłyszał. Przyjaciółka słyszy? - szepnął khajit
-Nie ma na to czasu. Idziemy.
Szli dalej. Khajit był wyraźnie zniesmaczony. Wędrówka przez jaskinie z jakimś dziadem na ramieniu. W dodatku coś nie pasowało.
-Sha'anks ma złe przeczucia. Przyjaciółka i Sha'anks się zgubili.
-Nie chrzań mi tu. Na pewno nie, a nawet jeśli to ja nie chce wracać do tego... czegoś. Wystarczy, że Grimes został. Pewnie na zawsze. Poza tym widać światło.
Micareth przypomniała sobie o pewnej encyklopedii. Podobno khajici mają wyczulone zmysły i mogą znaleźć wyjście z każdej jaskini, ale nie wierzyła w to, choć czuła, że powinna.
-Cco? Dziee jaa? Kim wyy? Cco? - odezwał się urzędnik i zaczął wierzgać się w uścisku khajit
-Przymknij się, dobra? - syknęła groźnie Micareth.
Bodil zlękniety skulił się jakby i przytulił do ramienia Sha'anksa.
-Sha'anks nie przepada za uściskami. Pan Bodil teraz grzecznie zejdzie na ziemię i nie bedzię nas opóźniał. W przeciwnym wypadku nasz pan kolega dostanie kamulcem w gębe. Rozumie kolega?
Przestraszony urzędnik tylko pokiwał głową. W korytarzu śmierciało zgnilizną, ale nie interesowało ich to. Było widać światło. Wolność. W pewnym momencie coś przerwało ich cichy marsz ku wolności. Jakiś chrzęst. Od strony światła. Coś jakby złączenie kamienia z czaszką. Szybkie, głośne.
-Miałeś racje Sha'anks, coś jest nie tak - powiedziała Micareth z lekkim strachem. Trochę za głośno. Trochę wystarczyło, aby dźwięk rozniósł się echem po korytarzu. Usłyszeli ryk i ciężkie, szybkie kroki.
-Brakowało nam potworów. Ej Babil czy jakoś tak. Umiesz walczyć?
Urzędnik tylko pokręcił przecząco głową. Był wyraźnie przerażony. Micareth mu nawet współczuła.
-Stań za jakimś głazem, a jak zechcesz nam pomóc to nie krępuj się.
Zza zakrętu wyszedł troll. Wielki na trzy metry, oświetlonym blaskiem zachodzącego słońca, cuchnący i szpetny troll. Ryknął i rzucił się na dwójkę. Bohaterowie natychmiast dobyli broni. Już mieli odpierać trolla, gdy nagle z jego podbrzusza wyrósł miecz. Potwór zaskomlał przeraźliwie. Miecz pomału szedł w górę, aż do szyji. Troll padł na ziemię, a za nim ukazał się średniego wzrostu mężczyzna. Micareth już stała przy z nożem.
-Gadaj coś za jeden i co to miało być.
-Hola spokojnie. Jestem Duncan i mieszkam niedaleko. Uznałem, że przyda wam się pomoc. Tobie i tym dwóm. Jestem swój.
-Sha'anks coś ci nie wierzy. Cuchniesz złą magią i śmiercią.
-Jak każdy w tym miejscu. Zaraz się ściemni. Nie jest wam potrzebna pomoc przy drodze do domu?
Micareth odstąpiła od niego, ale dalej bacznie mu się przyglądała.
-Nie jest to taki zły pomysł. Do naszego obozu jest raczej niedaleko, jednak może się przydasz. Jak chcesz to chodź.
-Z przyjemnością.
Wyszli z jaskini. Zmierzchało. Jakieś dwadzieścia minut drogi dalej było widać światła obozowiska. Niebo rozjaśniała jasna pełnia księżyca.
-Sha'anks myśli, że on i przyjaciele sobie poradzą bez Duncana - powiedział Sha'anks i zamarł.
Duncan leżał na posadzce i drapał ją długimi szponami. Dyszał. Na jego ciele pojawiła się sierść. Zaczął się zmieniać w coś na kształt wielkiego wilka. Wilkołaka.
-Sha'anks... Bierz tego urzędasa i prujemy do obozu jak najszybciej - szepnęła Micareth i rzuciła się pędem.
-Sha'anks się zgadza... Nawet bardzo.
cdn

post wyedytowany przez JurassicDragon 2020-07-01 20:03:08
01.07.2020 20:44
15
odpowiedz
SebaGra
1
Junior

Micareth i Sha'anks uciekali wraz ze swoim nowym towarzyszem na barkach przy akompaniamencie odgłosów walki Grimesa i Adelaisy. Kiedy opuszczali wielką jaskinię, nordka jeszcze na chwilę obejrzała się za siebie, aby sprawdzić, czy porucznik jeszcze żyje.W tym nieszczęsnym momencie Angra akurat został zraniony mieczem i upadł. Wojowniczka zamarła, ale khajiit szybko wybudził ją z tego amoku, wiedział że jeżeli nie uciekną, poświęcenie norda pójdzie na marne. Obraz upadającego dowódcy przez długi czas będzie ją dręczył, gdyż jako jedyny dał jej w życiu szansę. Nie mieli, ani chwili do stracenia, gdyż w każdym momencie bestie mogły ich dorwać. Biegli przez ciemne, ciągnące się korytarze, oświetlane gdzie nie gdzie przez fluorescencyjne grzyby. W trakcie ich ucieczki, tunele zaczęła pokrywać magiczna mgła, która wkrótce zalała wszystko co widzieli. Byli zdezorientowani, ponieważ była gęsta niczym świeże mleko mamuta, wydojonego przez samego giganta.

- Sha'anks! - krzyknęła wojowniczka, nie widząc już nawet poświaty po swoim kompanie. - kurwa odezwij się!

- Micareth, Sha'anks nic nie widzi i zgubił urzędnika, co się dzieje? -zapytał zdziwiony khajiit, napuszony i gotowy do walki, z naprężonym ogonem.

- Na Shora, mam już szczerze dosyć tego miejsca! - mruknęła sama do siebie i wyciągnęła swoją broń, powoli rozglądając się po przestrzeni, która teraz bardziej przypominała drogę na Gardło Świata, niż szlak prowadzący do Blackreach.
Nagle rozległy się trzy głębokie, kobiece śmiechy, które nie wróżyły nic dobrego. Nie mogli jednak sprawdzić skąd pochodziły te odgłosy, gdyż nie widzieli nawet własnych postur. Jednak w oddali zaczęły im się zarysowywać trzy postacie, przypominające olbrzymie kruki, ale postury człekokształtnej.

-Trzy naprzeciw trzem, zło przeciwko złu, siostry w pełnej krasie, pokazują się naprzeciw piekielnej rasie, tak to my uwodzicielki dusz i szwaczki burz - śpiewały naraz diabelskie istoty, tańcząc w duszących oparach.

- Kim wy kurwa jesteście? - cicho zapytała Micareth, jak gdyby wolała uniknąć odpowiedzi, szukając wrogów mieczem w mgławicy - Sha'anks nie zbliżaj się do tych postaci!

- My walczyć nie chcemy, krwi wylewać nie chcemy, jedynie wasze dusze pożreć pragniemy - po pieczarze ponownie rozległ się szeroki chichot zmor.

- Sha'anks się boi, to zła magia, to czarna magia, ona jest zła, zabiła Veranque, nie zbliżajcie się brzydkie stwory - odparł khajiit i zaczął wymachiwać pazurami w pustą przestrzeń.

- Zobaczymy jak silne umysły macie, i czy się z nami uporacie. - odrzekły zjawy i ruszyły w stronę dawnych więźniów. - Drapieżniki nie pomogły, ani wampiry czas na inny rodzaj mogiły.

- Spróbujcie się zbliżyć, a nogi wam ... - Micareth oniemiała z wrażenia, gdy przed nią, w szeregu stanęli wszyscy których zabiła w swoim życiu, a podziemia zamieniły się w lochy, w których miała przyjemność przebywać jeszcze parę dni temu. Zdziwienie, nie znikało z twarzy wojowniczki, wręcz przeciwnie, stale wzrastało. Nikt nie ruszył się z miejsca, wszyscy tylko patrzyli na nią wzrokiem błagalnym o litość, wzbudzając u niej rozpacz, której nigdy nawet nie czuła.

- Czas przyszedł na niesfornego zwierza, któremu jest już blisko do cmentarza. - siostry wykonały piruet i szybko otoczyły khajiita rzucając w niego zaklęcia.

- Zostawcie biednego Sha'anksa w spokoju, on pragnie... - łotrzyk szybko przetarł oczy i ujrzał harem pięknych kocic, a obleśna jaskinia zmieniła się na miejsce przypominające Elsweyr. - on pragnie kochać i żyć.
Oboje ogarnięci magią iluzji nie byli wstanie nawet myśleć racjonalnie, a co dopiero wytoczyć bitwę przeklętym siostrom. Te straszliwe poczwary, czerpały moc z zagubionych dusz śmiertelników, najpierw posługując się złudzeniami, aby wymęczyć przeciwników, a potem wysysając ich siły życiowe. Został tylko urzędnik, którego tylko musiały zabrać z powrotem do celi, gdyż nie stanowił żadnego zagrożenia. I tak dwójka towarzyszy pogrążona we własnych koszmarach i fantazjach odpływała z realnego świata. Khajiit zabawiający się z kobietami swojej rasy, a nordka walcząca z demonami własnej przeszłości. Był jednak sposób na wyrwanie się z uroku, wystarczyło użyć potęgi podświadomości, czyli po prostu uzmysłowić sobie, że to wszystko jest tworem wyobraźni. Micareth, dzięki swojej szorstkiej naturze szybko się opamiętała, i stłamsiła wszystkie emocje w sobie doprowadzając do wybudzenia się jakby ze snu. Zauważyła że za wszystkim stoją wiedźmokruki i przygotowują się do jakiegoś rytuału w skupieniu, przez co nie spostrzegły, że wojowniczka się ocknęła. Khajiit zniknął jej z oczu, więc tym razem musiała sobie poradzić całkowicie sama. Zaczekała aż wiedźmy zaczną przepowiadać inkantację i ruszyła w ich stronę. Przebiła jedną z czarownic na wylot przez co zaklęcie się wyłamało, i poraziło wszystkich w pobliżu. Micareth straciła przytomność.

- Pobudka! - lekkim szturchnięciem khajiit wybudził swoją towarzyszkę z ponownego snu. - Ona długo już śpi, a mamy misję do dokończenia.

- Co się stało? Gdzie są wiedźmy? - zapytała nordka, nerwowo szukając wzrokiem odpowiedzi. - I gdzie my jesteśmy?

- Złych kobiet nie ma już, ciała ulotniły się wraz z gęstym powietrzem, a my jesteśmy już u skraju naszej wędrówki wraz z naszym nowym człowieczkiem. - odparł khajiit pokazując na urzędnika, a potem na ścianę, na której odbijał się blask porannego słońca.

- Wynośmy się stąd i nigdy już nie wracajmy.

- Jak sobie życzysz, ale Micareth już na zawsze pozostanie przyjaciółką Sha'anksa za uratowanie życia.

- Ratowałam samą siebie, a jeżeli wspomnisz komuś o tej sytuacji inaczej futrzaku to... - odburknęła i zacisnęła wargi, ale blask słońca, który opromieniał ich twarze, uciszył ją. W końcu stanęli na powierzchni, poczuli ostry chłód, można powiedzieć że za którym tęsknili. Świeże powietrze wypełniło ich płuca po duszących oparach wdychanych w jaskini, dzięki czemu odetchnęli z ulgą. Krajobraz zimowej tajgi, sprawiał że poczuli się jakby przyjechali do domu, po długiej, ciężkiej podróży, która miała miejsce. Czas jednak naglił, a oni pamiętali wciąż, że światu grozi niebezpieczeństwo. Ruszyli w stronę znajomego, strażniczego obozu, by zameldować o tym co się stało. Niech powierzchnia dowie się o źle czyhającym pod ziemią.

01.07.2020 21:28
16
odpowiedz
Wodni
1
Junior

-Myślisz że ten chłopak się jeszcze obudzi? Blednie w oczach- zapytała Micareth – Siedzimy tu już kilka godzin ,a nie wiemy kiedy został zarażony.-
- Sha’anks go ciachnie, jakby kły na nas wystawiał, kha!- odpowiedział Sha’anks z wymuszonym uśmiechem, nie chciał jeszcze bardziej dołować wojowniczki.
Micareth westchnęła. Zatrzymali się by odpocząć już dawno temu, w czasie kiedy siedzieli słońce już pewnie przewędrowało przez cały nieboskłon. Co mieli zrobić? Byli tam gdzie znajdowali się na początku wędrówki i mogli by już dawno wyjść, gdyby schody po których wcześniej tu zeszli były otwarte. Teraz widzieli tylko wielki złoto-miedziany okrąg tuż nad nimi. Gdyby był tu jakiś mechanizm tak jak u góry przy wejściu, udało by się, ale nie było nic. Dlatego zdecydowali zrobić postój. Znajdowali się w ślepym zaułku, mogli zawrócić i trafić na Adelaise , która być może wieszała już topór Grimesa na ścianie jako trofeum, albo zostać tu i czekać na cud. Dodatkowo Sha’anks jako khajiit nie był przyzwyczajony do biegania z ludźmi na plecach wiec szybko opadł z sił, a Micareth mogła przenieść urzędnika ledwie kilka metrów.
-Sha’anks wiesz że, gdy wrócimy złożyć raport bez porucznika najpewniej zostaniemy ścięci na miejscu-
-Ale, ale, ale Sha’anks niczego nie zrobił, nie ukradł słodkich- niesłodkich bułek. Sha’anks się starał, urzędnik powie im prawdę.-
-Urzędnik nic nie widział i być może nie zobaczy. Zabraliśmy go gdy był nieprzytomny i dalej jest, on nawet nie wie że porucznik był z nami. Może im jedynie powiedzieć że uratowaliśmy mu życie, ale nie wiem czy to wystarczy. Sha’anks powiedz mi wprost, jeżeli się stad wydostaniemy wracamy do Greymoor czy każde z nas pójdzie w swoją stronę, a tego nieszczęśnika zostawimy pod jakąś wioską?
-Sha’anks nie wie. Ogon mówi żeby wiać jak najdalej, a coś innego że trzeba uczcić pamięć porucznika i opowiedzieć co się stało-
Micareth pokiwała głową. Kocur zrobi co będzie chciał, ale ona zamierzała wrócić. Grimes zbyt mocno przypominał ją samą, nie mogła pozwolić by to co zrobił dla nich i dla reszty świata umarło w odmętach tych jaskiń.
Po tej krótkiej rozmowie długo nie odezwali się do siebie. Powoli robiło im się zimno, nie mieli już jedzenia ani picia. Nie mogli tu siedzieć w nieskończoność.
-Powinniśmy poszukać innej drogi, Sha’anks tak uważa.-
-Tak chyba masz racje, nic tu po nas, najwyżej dołączymy do Very i porucznika.-
Powoli zaczęli się zbierać, gdy usłyszeli dźwięk rogu. Dźwięk donośny i wywołujący ciarki.
-Poczekaj tu, Sha’anks pójdzie sprawdzić co się dzieje.- mówiąc to wyskoczył w głąb korytarza i po krótkiej chwili znikł Micareth z oczu. Ona w tym czasie zebrała resztę rzeczy i próbowała jeszcze raz ocucić urzędnika.
-I..i..idą tu! Stwory i chyba jakieś wiedźmy . Są już w jaskini, gdzie zostawiliśmy porucznika.-
-Nie mów że zostaliśmy odcięci- kocur potaknął głowa z powaga- Psiakrew!
Oboje wiedzieli że nawet gdy się poddadzą to najwyżej czeka ich „wampirza naprawa”, pozostało im tylko zmniejszyć liczebność wroga i zabić ilu się będzie dało.
Ułożyli urzędnika na końcu pod ścianą, a sami stanęli w gotowości. Z wrogiem nie wymienili żadnych uprzejmości po prostu zaatakowali, walili na oślep, odcinali kończyny, głowy, ogony. Dwie wiedźmy rzucały zaklęciami, ale ognistymi kulami nigdy nie trafiły dwójki wojowników, dużo częściej ich własne oddziały stawały w płomieniach . Szło im dobrze stos ciał powiększał się z każdą minutą. Ale wtedy, ktoś lub coś uderzyło w rękę Micareth w której trzymała rapier . Cios był potężny i kość pękła z trzaskiem, wysuwając jedną z części poza obręb skóry, strasząc postrzępionymi ścięgnami. Polała się krew, bardzo wiele krwi. Micareth nie wydała z siebie żadnego dźwięku. Jej broń leżała na ziemi, a ona nie miała jak się bronić. Cofała się i unikała ciosów, ale po kilku unikach poczuła chłód ściany za plecami. Bezkształtna kreatura zamachnęła się na nią czymś w rodzaju ręki przekształconej w ostre szczypce.
-Shaa’aan…….-wypowiedziała niemal bezgłośnie, ale czułe uszy kocura i tak usłyszały . Doskoczył do niej i przeszył przeciwnika jednym z mieczy.-Nie mamy szans, koteczku-z rezygnacją stwierdziła Micareth
I wtedy usłyszeli głośny trzask i szczekot zębatek. Schody pod którymi stali, zaczęły zjeżdżać w dół.
-To nasza szansa- Wykrzyknął khajiit, broniąc się zacieklej niż wcześniej.- Micareth weźmie chłopaka i gdy tylko schody będą na dole, ucieknie z nim!
-A co z tobą Sha’anks? Nie mogę cię zostawić.-
-Zaufaj Sha’anksowi, poradzę sobie, zachowałem bombę dymną by zwiać porucznikowi -Micareth nie była pewna czy jej nie okłamał i nie zamierza się poświecić. Ale nie miała wyjścia. Z trudem wciągnęła urzędnika na schody i najszybciej jak mogła ruszyła w górę. Po chwili była już u szczytu, odwróciła się, ale kocura nie było za nią. Rozległ się huk i pojawił się gęsty dym.
-Uciek……!-nie zdążyła dokończyć bo kocur wyskoczył ze schodów przewracając ją.
-Sha’anks musi to zamknąć, gdzie ta dźwignia!-
-Już się tym zajęłam.- oboje usłyszeli spokojny głos, zbyt dobrze znajomy. Glos elfki która została w odmętach Blackreach. Głos Veranque!
-Vera!- oboje wykrzyknęli radośnie, ale gdy spojrzeli w jej stronę uśmiechy znikły z ich twarzy. Altmerka nie była dawną sobą. Jaśniała biało-srebrzystym światłem, unosiła się lekko nad ziemią i falowała wraz z wiatrem.
-Nie pytajcie o nic proszę, sama tego nie rozumiem. Chyba taki już jest los nekromantów.-odrzekła smutno zjawa
-Ale tylko dobrych nekromantów.-z entuzjazmem skomentował khajiit
-Wydaje mi się ze nie mam zbyt wiele czasu, ale nie martwcie się pogonią, tylko dla was otworzyłam spiralne schody. Nawet jeżeli jakieś paskudy na nie wlazły, to zamknęłam przejście na tyle szybko, że pewnie zostały zmiażdżone. Idźcie już i opowiedzcie co tu się wydarzyło. To moja jedyna prośba- uśmiechnęła się jeszcze, posłała im pocałunek i rozpłynęła się w powietrzu.
Sha’anks i Micareth stali jak wryci.
-Ty też to widziałeś?-spytała z niedowierzaniem Micareth. Kocur nawet na nią nie spojrzał wciąż wgapiał się w miejsce gdzie prze chwilą stała, a właściwie lewitowała Vera.
-To co, jesteśmy bezpieczni. Możemy wyruszyć gdzie chcemy. Ale najpierw opatrzymy moją rękę – powiedziała kładąc się na ziemi i wdychając rześki zapach porannego powietrza. Nie sądziła że można się stęsknić za tak prostymi rzeczami, jak promienie słońca na policzkach, ale tak właśnie było.

01.07.2020 21:46
17
odpowiedz
Stogusian
1
Junior

Minąwszy wampirzycę nie oglądali się za siebie. Wiedzieli, że Angra jednym niemym rozkazem przemianował ich z żołnierzy na posłańców i zlekceważenie go nie wchodziło teraz w grę. Ruszyli co sił w nogach, na tyle szybko na ile pozwalał balast w postaci nieprzytomnego urzędnika. Przez pewien czas słyszeli jeszcze szczęk żelaza, przeszywające kobiece piski i niskie wrzaski porucznika, ale dźwięki te dość szybko ustąpiły innym, może nawet groźniejszym. Był to cichy pomruk trzęsących się skał i stukot drobnych kamieni spadających na ziemię. Micareth wrzasnęła.
- Niech to szlag! Musimy stąd wiać zanim ten przeklęty tunel zwali się nam na głowy!
- Sha’anks biegnie za dwóch!
Nie przebiegli kilkunastu metrów kiedy to ziemia zatrzęsła się po raz kolejny zmuszając ich do zatrzymania się i złapania równowagi. Widzieli spadające przed nimi stalaktyty.
- Obawiam się, że to może nie wystarczyć! Daleko jeszcze?!
- Jeżeli Sha’anksa nie myli jego pamięć do tuneli to zostało jakieś pół godziny drogi.
- Mamy góra dziesięć minut Sha’anks! Albo zostaniemy tu pogrzebani!
Pobiegli dalej. Okazało się, że nie mieli dziesięciu minut. Ani nawet pięciu. Wstrząsy błyskawicznie nabierały na sile aż w końcu strop korytarza przed nimi zaczął się walić. Instyktownie ruszyli w przeciwnym kierunku szukając rozpaczliwie drogi ucieczki. Kamienie spadały tuż obok nich zmuszając jedno jak i drugie do zwinnych uników. Do tego pot zalewał im oczy sprawiając, że łuna światła otaczających ich grzybów zdawała się być gęstą mgłą. Opadali z sił, a Blackreach opadało na nich. Wtedy to kątem oka Micareth zauważyła linijny cień na jednej ze ścian. Szczelina.
-Szybko! Tam! - wrzasnęła, ciągnąc jednocześnie za sobą Sha’anksa. Wcisnęli się w wąski korytarz w ostatnim momencie.

Ogarnęła ich zupełna ciemność. Pochodnie zostały gdzieś z tyłu, pogrzebane na zawsze, a tunel, w którym się znaleźli pozbawiony był fluorescencyjnych grzybów.
- Było blisko - powiedziała zdyszanym głosem Micareth - Koty przodem.
- Sha’anks kiedyś umrze, ale obsypany księżycowym cukrem, a nie stertą kamieni.
Ruszyli przed siebie. Niedługo potem na ścianach zaczęły pojawiać się grzyby, a khajiit poczuł, że dłoń jego towarzyszki opuściła w końcu jego bark. Tunel stopniowo rozszerzał się, a z jego głębi dobiegał szum.
- Słyszysz to? Jeżeli to strumień to może prowadzić na powierzchnię. Może tu nie zginiemy!
- Sha’anks nie lubi wody, ale jest gotowy zrobić wyjątek.
Dźwięk stawał się coraz wyraźniejszy i nie mieli już wątpliwości, że to podziemny potok. Niestety do szumu dołączyły się dziwne pojękiwania i czyjeś kroki. Po pokonaniu kolejnego zakrętu dowiedzieli się do kogo należały. Przed nimi rzeczywiście znajdował się strumień, ale grota, którą tutaj przecinał była zamieszkana przez falmerów. Kręcili się wśród swych prymitywnych zabudowań, jakby zaalarmowani przez wstrząsy, które chwilę wcześniej nawiedziły Blackreach.
- Cholera, za dużo ich.
- Sha’anks ma pomysł. Może nie będziemy musieli walczyć.
Khajiit wskazał palcem w stronę strumienia. Znajdowało się tam coś co przypominało prymitywną pychówkę. Podobne widywali wzdłuż rzek Skyrim, jednakże tamte były z drewna, a nie z płyt pancerzy chaurusów, kości i jakiegoś innego, dziwnego budulca.
- To może się udać. O ile damy radę się tam przekraść z tym urzędasem na karku. Cholera, dlaczego dla niego ryzykujemy?! - syknęła podirytowana Micareth.
- Bo porucznik kazał. Zresztą nawet jeżeli go uratujemy to w rachunkach Sha’anksa wychodzimy na minusie z tej wyprawy. Zróbmy choć tyle dobrego.
Wojowniczka westchnęła i przyczajona ruszyła przed siebie.

Nie szło im źle, falmerzy byli ewidentnie czymś zaaferowani i nie zdołali usłyszeć ich kroków. Zdradziło ich co innego. Kiedy byli już raptem kilkanaście kroków od łodzi urzędnik na plecach Sha’anksa zaczął się wiercić i wydał z siebie głośny jęk. Wystarczająco głośny żeby grupa upadłych elfów ruszyła w ich kierunku. Micareth wrzasnęła.
- Niech Cię szlag! Przygotuj łódź! Zatrzymam ich.
Khajiit rzucił się w kierunku pychówki. Wrzucił Bodila do środka i zaparł się o rufę próbując wepchnąć ich okręt do wody. Opór był znacznie większy niż się spodziewał. Tymczasem przeciwnicy doskoczyli na zasięg rapiera Micareth. Kolejno starali się przekroczyć granicę wyznaczoną przez czubek jej oręża, ale każda taka próba kończyła się szybkim pchnięciem. Było ich jednak zbyt wiele. Szybko zmusili ją do obrony i zamiast śmiercionośnych ciosów popisywała się teraz niesamowitymi paradami. Z każdą kolejną musiała się jednak cofać i czuła, że nie wytrzyma tego dłużej. Wtedy to usłyszała głośny plusk i wołanie Sha’anksa.
- Wszyscy na pokład!
Sparowała ostatni cios i z gracją wskoczyła do łodzi. Pychówka niebezpiecznie się zakołysała, ale chwilę później płynęli już wraz z wartkim nurtem zostawiając za sobą napastników.
- Ha! Sha’anks mówił, że dzisiaj nie umrze!
- To jeszcze nie koniec! - Micareth widziała kolejnych falmerów biegnących wzdłuż brzegu, który teraz nieco się podnosił. Jeden z nich skoczył w ich kierunku. Wylądował jednak za rufą, cięty w locie rapierem. Kolejnemu wyszło to niestety lepiej. Zwalił się na nich z impetem nabijając się na oręż Micareth i odrzucając ją do tyłu. Uderzyła plecami o burtę, ale mimo bólu dała radę przerzucić falmera nad sobą tak żeby wylądował w wodzie po drugiej stronie. Łódź ponownie się zakołysała nabierając wody i podtapiając głowę urzędnika, który w tym momencie odzyskał przytomność.
- Co….co to za miejsce, gdzie….?
- Blackreach i lepiej się nie ruszaj głupcze! - syknęła Micareth podnosząc się z pokładu i masując plecy.
- Sha’anks widzi tunel. Uciekliśmy im!
-Jaki tunel... Blackreach? Nie rozumiem… - powiedział Bodil po czym jego głowa znowu opadła mu bezwładnie na tors.
Przez kilka minut płynęli jeszcze z prądem strumienia, kiedy im oczom ukazało się światło. Nie była to jednak słaba łuna podziemnych grzybów tylko oślepiający blask prawdziwego słońca. Sha’anks uśmiechnął się szeroko, ale po chwili jego źrenice rozszerzyły się, a na twarzy zagościł strach. Przed nimi rysował się bowiem wodospad.
- Sha’anks radzi abyś trzymała się bardzo mocno
-Co?
W tej chwili runęli w dół i z hukiem uderzyli o taflę wody, która ogarnęła ich ze wszystkich stron. Na szczęście łódź wytrzymała upadek. A oni wytrzymali wyprawę do Blackreach. Przynajmniej ich troje.

01.07.2020 21:53
18
odpowiedz
Marmolada
1
Junior

Sha’anks prowadził. Urzędnik nie ciążył mu zbytnio, więc nie miał problemu z tym, by utrzymać szybkie, acz rozsądne tempo. Micareth była tuż za nim, zapobiegawczo zaciskając dłoń na rękojeści rapieru. Adelaisa mówiła, że dalej czeka jeszcze więcej okropieństw – wojowniczka musiała być przygotowana. Na razie jednak nie byli przez nic niepokojeni, co zasiało w niej pewne ziarno niepewności. W końcu kobieta mogła ich okłamać, próbować zniechęcić do dalszej drogi. A zresztą, kto ją tam wiedział? Liczyło się tylko to, żeby jakoś wyjść z tego szamba. A potem wrócić do Greymoor.

Sha’anks zwolnił nagle, ku zdziwieniu wojowniczki. Zaczął stawiać kroki ostrożniej, jakby lżej, uważniej się rozglądać. I ona starała się ruszać wolniej, by nie narobić za dużo hałasu.

– Co się dzieje, Sha’anks? – zapytała po chwili. – Rusz się, porucznik nie zatrzyma tamtej na długo.

– Tak, tak, Sha’anks się rusza. – Pokiwał gorliwie głową, przyspieszając. Jednak nie na długo, bowiem po chwili znów zwolnił do poprzedniego tempa, ku niezadowoleniu Micareth. Nie miała pojęcia, co się z nim zaczęło dziać, ale zdecydowanie nie podobał się jej ten brak zdecydowania.

– Sha’anks... – ponagliła.

– Niech się Micareth nie denerwuje, coś tutaj się Sha’anksowi po prostu nie podoba tylko nie wie dokładnie co. Lepiej niech Sha’anks i Micareth zwolnią troszkę zamiast wpakować się w jakąś pułapkę.

– Zamiast w pułapkę zaraz wpakujemy się w wampiry, jeśli nie przyspieszymy. Nie możemy teraz dać się zabić. Nie po to Vera i Grimes tam zostali. – Przyspieszyła, wymijając Khajiita, by objąć prowadzenie. Sha’anks zmarszczył nos, wymruczał kilka słów o ostrożności, ale ruszył za wojowniczką, poprawiając spoczywającego na ramieniu urzędnika, podrzucając nim niczym workiem kartofli. Rozumiał, że Micareth była zdenerwowana i że wolała sukcesywnie przeć naprzód, ale chęci wpakowania się w pułapkę pojąć nie mógł, a do tego jego zdaniem kobieta dążyła.

Im dłużej jednak szli, tym bardziej wojowniczka była przekonania, że ostrożność Khajiita była zwyczajnie niepotrzebna, bowiem nie natknęli się na nic niebezpiecznego. Szli do przodu bez przeszkód, a jedyne niebezpieczeństwo czyhało za nimi i mogło się pojawić w każdej chwili. Więc nie zwalniali.

– Stój! – wykrzyknął nagle Khajiit.

Micareth zastygła, rzucając mu szybkie, pełnie niezrozumienia spojrzenie. Khajiit sięgnął do niej ręką, ciągnąc ją trochę w tył. Wskazał opazurzonym paluchem na płytę wystającą z podłoża.

– Pułapka. Sha’anks mówił, że się w jakąś wpakują, jeśli Micareth dalej będzie tak gnała bez ostrożności. Sha’anks weźmie prowadzenie, a Micareth niech idzie z tyłu zanim wejdzie w coś znowu. O tak będzie najlepiej.

Przechyliła głowę, nieprzekonana. W końcu jednak puściła kocura przodem. Wystającą płytę ominęli bokiem i ruszyli dalej, bardziej tym razem uważając, nawet jeśli trochę tracili na szybkości. Sha’anks jednak zdawał się pamiętać o tym, że Micareth chciała wydostać się jak najszybciej – nie zwalniał tak bardzo jak wcześniej, utrzymując tempo, które było w stanie pozwolić jemu na dojrzenie ewentualnego niebezpieczeństwa i jednocześnie zadowolić wojowniczkę.

Korytarz, dotychczas w miarę szeroki, zaczął się trochę zwężać. Sha’anks przyspieszył nieco, parę jeszcze raz podrzucił na ramieniu nieprzytomny bagaż. Z ust mężczyzny wyrwało się jakby burknięcie, co pozwoliło Khajiitowi i Micareth myśleć, że nieszczęśnik zaraz się obudzi. Sha’anks zdjął go z ramienia i położył na ziemi. Przyjrzeli mu się, lecz nic nie zapowiadało tego, że urzędnik obudzi się z letargu. Przy oddechu jego pierść ledwo się unosiła, gdy Micareth przyłożyła palce do tętnicy na szyi, prawie nie była w stanie wyczuć tętna.

– Bierz go, Sha’anks, idziemy dalej – postanowiła, prostując się. Khajiit szybko zarzucił sobie mężczyznę na ramię i powiódł wzrokiem dookoła, jednocześnie pociągając nosem.

– Sha’anks obawia się, że czuje coś dziwnego, niedobrego. Naprawdę niedobrego. I nie chce tchórzyć, ale może by zostawić naszego półżywego przyjaciela? Zatrzyma naszych nieprzyjaciół i w końcu pokaże, że jest do czegoś przydatny.

– Co ty pleciesz, Sha’anks? – Zmarszczyła brwi gniewnie. – Prowadź lepiej dalej, a głupie pomysły zachowaj dla siebie.

– Sha’anks tylko chce zwiększyć szanse przeżycia jego i jego przyjaciółki, żeby mogli wrócić do fortu i donieść o czym trzeba.

Micareth już miała odpowiedzieć, gdy usłyszała kolejne burknięcie. Spojrzała odruchowo na nieprzytomnego urzędnika, nadal bezwładnie zwisającego z ramienia Sha’anksa. Szybkim ruchem powstrzymała Khajiita przed kolejnym położeniem nieszczęśnika na ziemi. Coś jej mówiło, że to nie ich nieprzytomny balast burczał, a coś całkowicie innego. Podzieliła się tymi wątpliwościami z swoim kocim towarzyszem.

– Przyjaciółka może mieć rację – przyznał, kiwając powoli głową. Ruszyli jednak dalej, a im dłużej szli, tym częściej i wyraźniej słyszeli te dziwne odgłosy. Kobieta wyciągnęła ostrze, rozglądając się dookoła uważnie, jednak zdawało się, że w mroku nic na nich nie czyhało. A przynajmniej nie teraz. Khajiit, choć wytężał nie tylko wzrok, ale i słuch oraz węch, również zdawał się nie zauważać niczyjej obecności. Dookoła panowałby niemal całkowity spokój, gdyby tylko burknięcia zniknęły. One nie znikały jednak, a po pokonaniu kolejnego dłuższego odcinka do akompaniamentu dołączył bezładny tupot. Odgłosy sprawiły, że Sha’anksowi sierść na karku stanęła dęba. Nie zwiastowało to niczego dobrego dla bohaterów, zdecydowanie.

Kroki Khajiita znów stały się znacznie ostrożniejsze, ale tym razem Micareth nie miała nic przeciwko temu. Sama napięła się jak struna, rozglądając się dookoła i, choć starała się nad tym zapanować, denerwowała się coraz bardziej. Jak się okazało, słusznie, bowiem to, co ujrzeli w większej grocie, do której właśnie weszli przerosło ich oczekiwania.

Stwór, przed którym stanęli, był wielki jak młode mamuta i nie przypominał im niczego, co mieli okazję w życiu poznać. Był po prostu dużą, groteskową masą o pokracznych odnóżach i paskudnym pysku. Zauważył ich praktycznie od razu. I ruszył. Kolebał się na boki, a z gęby oprócz strug śliny wydobywało się wściekłe burczenie. Micareth w pierwszej chwili stanęła jak wryta, reflektując się dopiero po chwili i ściskając mocniej rękojeść rapieru. Uniosła ostrze, lecz Sha’anks szarpnął nią mocno, ciągnąc za sobą.

– Głupia! – krzyknął. – Uciekać, uciekać!

Urzędnik omal nie spadł z ramienia Khajiita, gdy ten wystrzelił do przodu. Micareth pognała za nim tak szybko jak tylko mogła. Tuż za sobą słyszała paskudne burkot istoty. Przyspieszyła, choć już ledwo łapała dech. Odwróciła się krótko i przypłaciła potknięciem. Niemalże wpadła pod łapy potwora. Wydała krótki, pełen strachu okrzyk.

– Nie, nie, nie! – Usłyszała z oddali krzyk Khajiita. Próbował odwrócić uwagę istoty, rzucając w nią kamieniem. Skutecznie. Micareth wykorzystała okazję, podniosła się szybko, wymacała rapier i pognała tam, gdzie wcześniej podążała za Sha’anksem. Płuca ją paliły, ale wiedziała, że nie może się teraz poddać. Śmierć w paszczy tego... Nie. Musiała się skupić, nie myśleć.

Próbowała przyspieszyć, omal się znów przy tym nie przewracając. Kątem oka wyłapała Sha’anska w ostatniej chwili umykającego przed ciosem paskudy. Urzędnik znów omal nie spadł z ramienia, lecz Khajiit trzymał mocno, gnając teraz w tą samą stronę, co Micareth. Do wyjścia dotarli jednocześnie. Niemal przewrócili się, wpadając na siebie. Pognali w głąb tunelu sekundę przed tym jak cielsko istoty uderzyło w ściany w nieudanej próbie podążenia za nimi.

– Szybko, Sha’anks! – krzyknęła Micareth, mobilizując resztę swoich sił. Potwór za nimi uderzył w kamień jeszcze kilka razy, w końcu zasypując wejście. Część sufitu spadła.

– Powietrze! – zawołał Khajiit, przyspieszając. – Wyjście tuż-tuż!

Wypadli z jaskini niczym dwie strzały wystrzelone z łuku. Zatrzymali się, a Sha’anks położył nieprzytomnego, sponiewieranego urzędnika na pokrytej śniegiem trawie. Nie dbał o to, że może się wyziębić, i tak pewnie nie przeżyje. Oparł dłonie o uda, pochylając się do przodu. Łapczywie brał wdechy, chcąc ugasić ogień, który powstał w jego płucach. Micareth nie miała się lepiej. Opierała się o sosnę, zmordowana, nie mając siły, by podnieść wzrok choćby na Sha’anska. Drżała, a po ręce spływała jej struga krwi. Nawet nie miała pojęcia gdzie się zraniła. To nie było zresztą ważne. Oboje byli cali w ranach, poobdzierani i brudni. Diabelsko zmęczeni. Dawało się to we znaki szczególnie teraz, kiedy adrenalina opadła.

– Sha’anks... – próbował wydusić Khajit. – Sha’anks...

Micareth uciszyła go podniesiem dłoni. Nie miała ochoty rozmawiać z towarzyszem, nawet jeśli przez wspólną przygodę zaczęła go darzyć wątpliwym szacunkiem. Chciała odpocząć. Choć przez chwilę. By być w stanie wrócić do Greymoor.

– To nie to wyjście, którym Sha’anks i jego przyjaciele tu weszli, prawda? – zapytał po chwili kocur, odzyskawszy oddech. Micareth pokręciła jedynie głową. Wciąż oddychała ciężko i nie mogła opanować drżenia ciała. Chciała sięgnąć do swojej torby, ale zrozumiała, że musiała ją zgubić. A co z torbą Sha’anksa? Z księgą i kryształami?

– Sha’anks, masz torbę, prawda?

– Tak, tak... Sha’anks nie zgubił jak jego przyjaciółka. Ale zapasów nie ma, więc się nie podzieli.

– Pieprzyć zapasy. – Machnęła ręką. – Byleśmy mieli księgę i kamienie. Dasz radę z urzędasem?

– Nie sam, potrzebuje pomocy. Sha’anksa za bardzo zmęczyło uciekanie przed wielką pokraką.

Słabo pokiwała głową. Podeszła do urzędnika i pomogła Khajiitowi go dźwignąć. Im szybciej znajdą się w Greymoor, tym lepiej.

01.07.2020 22:01
19
odpowiedz
Treuwelfen
1
Junior

Micareth i Sha’anks nie mieli wyboru – wampirzyca zasłaniała korytarz, którym przybyli do Czarnej Przystani. Pozostawało im tylko jedno wyjście, a przynajmniej nadzieja, iż tym właśnie okaże się drugi chodnik. Wojowniczka nie zapomniała, mimo iż tamta chwila zdawała się już tak odległa, że nadciągające stamtąd istoty zmusiły ich wcześniej do ucieczki w głąb podziemi. Teraz jednak zdecydowana była wyrąbać sobie drogę przez szeregi nieprzyjaciół, by poświęcenie Very i Porucznika nie poszło na marne. Wkrótce korytarz przeszedł w jaskinię, w której znajdowało się duże obozowisko Falmerów. Prymitywne namioty rozciągały się na całej szerokości groty oświetlonej luminescencyjnymi grzybami, uniemożliwiając dalszą ucieczkę. Pośród Falmerów Sha’anks dostrzegł stworzenia przypominające wielkie, czarne owady, których błyszczące małe ślepia pozbawiały ich nadziei na wykorzystanie ślepoty ich panów. Micareth i Sha’anks spojrzeli po sobie i porozumieli bez słów. Wojowniczka pewniej chwyciła rapier, a kocur ułożył pod ścianą bezwładnego młodzieńca. Stanęli w wylocie wąskiego korytarza, by uniemożliwić przeciwnikom zajście ich z flanki. Micareth, z braku lepszego pomysłu i szacunku dla dramatyzmu sytuacji, zwyczajnie wrzasnęła, przyciągając uwagę stworzeń.
Początkowo wszystko szło po ich myśli. Dzięki dogodnej pozycji mierzyli się jednocześnie z trzema, najwyżej czterema przeciwnikami. Pazury szarpały tchawice i tętnice z bezlitosną precyzją, a rapier bezbłędnie odnajdywał szczeliny w chitynowych pancerzach ogromnych insektów. Kolejni nieprzyjaciele potykali się o ciała swych poprzedników, które zaczęły tworzyć niewielką zaporę u stóp kota i wojowniczki, balansujących na śliskim od posoki podłożu. Śpiew klingi, krzyki Falmerów oraz łoskot padających ciał tworzyły straszliwą symfonię, rozbrzmiewającą echem w Czarnej Przystani.
Micareth wyprowadzała kolejne sztychy, nie zważając na rany i znużenie, niczym jeden z dwemerskich mechanizmów. Sha’anks nie ustępował wojowniczce w wysiłkach. Jego łapy były tak zbroczone krwią, iż każdemu ciosowi towarzyszyła szkarłatna mgiełka, znacząca błyskawiczne ruchy khajiita.
Nagle w pieczarze zapanował przejmujący chłód. Micareth pomyślała, iż ciepło opuszcza jej ciało razem z krwią spływającą z ran. Jednak za szeregami nieprzyjaciół dojrzała widok niezwykły, nawet jak na Czarną Przystań. W podziemiach szalała zamieć śnieżna, pośród której kroczyła samotna postać, spowita śniegiem i mgłą. Lodowata aura, rozchodząca się w jaskini, błyskawicznie wywołała popłoch wśród Falmerów, którzy rzucili się do ucieczki, nieomal tratując Sha’anksa i Micareth. Towarzysze usunęli się pod ściany korytarza, przepuszczając spanikowanych nieprzyjaciół. Ostatni pozostały przy życiu owadzi stwór skoczył ku skrytej pośród śniegu sylwetce, jednak zamarzł w powietrzu, roztrzaskując się na tuziny kawałków przy uderzeniu o ziemię.
Gdy pobojowisko opustoszało, Micareth i Sha’anks w napięciu czekali na kolejne posunięcie nieznanej istoty. Nim jednak dotarła do nich choć jedna drobina śniegu, zamieć momentalnie ustała. Przed nimi stał elf o śnieżnobiałym obliczu, odziany w proste szaty. Otaczający go żywioł nie pozostawił na nim najmniejszego śladu. Nim któreś z nich zdołało przemówić, ostrze wypadło z dłoni Micareth, a ona sama osunęła się bez zmysłów.
***
Z oddali słyszała wołanie Very i porucznika, jednak oddzielały ją od nich zastępy wampirów, Falmerów i innych bestii. Zadawała pchnięcia jak oszalała, rapier tańczył w jej ręce, lecz nawała stworów unosiła ją niczym prądy Morza Duchów. Po chwili straciła równowagę i padła na zimną posadzkę. Z wysokości spoglądały na nią dwa ogromne ślepia, jaśniejące w ciemności. Gdy pogodziła się już z nieuniknionym, posłyszała następujące słowa:
- Zobaczcie obudziła się. Sha’anks mówił, że się wyliże.
Micareth zrozumiała, iż wpatruje się w Massera i Secundę, błyszczące pośród gwiazd. Leżała przy niewielkim ognisku, u podnóża strzelistych gór. Wokół ognia zasiadali Sha’anks, blady, lecz przytomny Bodil, a także elf, którego spotkali w podziemiach. Wszyscy trzej spoglądali na nią – khajiit z wyraźnym samozadowoleniem, urzędnik widocznie zdezorientowany, a mer… Micareth po raz pierwszy miała okazję przyjrzeć się ich wybawcy. Oświetlone blaskiem płomieni oblicze oraz długie włosy przywodziły na myśl elfa wysokiego rodu, jednak nawet Altmerowie nie mieli tak szlachetnej, a zarazem surowej fizjonomii. Odziany był w prostą szatę, ozdobioną na piersi haftowaną ośmioramienną gwiazdą. Elf uśmiechnął się, widząc czujne i badawcze spojrzenie wojowniczki, po czym przemówił łagodnym, głębokim głosem:
- Twój przyjaciel rzeczywiście zapewnił nas, iż nie ulegniesz odniesionym ranom. Z pomocą Auri-Ela zdołałem również powstrzymać klątwę Molag Bala toczącą Waszego młodego towarzysza. Wkrótce nabierzecie dość sił, byście mogli ruszyć w dalszą drogę.
- A Grimes? - Micareth zwróciła pytające spojrzenie ku khajiitowi, który w odpowiedzi smutno pokręcił głową.
- Sha’anks i Risarthfil długo nieśli Was ku powierzchni. Poza tym Porucznik chciał, żeby dowody trafiły gdzie trzeba.
- Jakiekolwiek starcie przyszło stoczyć Waszemu dowódcy, niestety będzie musiał uczynić to samotnie – dopowiedział współczującym głosem Risarthfil. Micareth poznała już imię elfa, jednak uważała, iż jej kolejne pytanie wciąż było nad wyraz zasadne.
- Kim jesteś?
- Falmerem – odparł krótko, z ledwie dostrzegalnym, melancholijnym uśmiechem.
Micareth znała opowieści o tym jak Śnieżne Elfy, pradawni i okrutni władcy Skyrim, przeistoczyły się w prymitywnych Falmerów. Wątpiła jednak, by ktoś mniej przypominał trupioblade bestie, niż elf, którego cera kojarzyła się z wiecznym śniegiem, zdobiącym najwyższe szczyty Skyrim. Jej zaskoczenie nie uszło uwagi Risarthfila, który zaczął snuć opowieść.
- Nim ludzie zaczęli spisywać swe dzieje, mój lud panował nad krainą, którą wasi przodkowie nazwali Mereth. Gdy pierwsi synowie Mory osiedlili się pośród nas, przez lata żyliśmy z nimi w pokoju. Wkrótce jednak doszły nas wieści, iż w siedzibie Atmoran odkryte zostało źródło wielkiej mocy. Starsi naszych rodów postanowili, iż nie możemy pozostawić takiej potęgi we władaniu ludzi. Tragiczne następstwa tej decyzji do dziś pozostają żywe w pamięci Nordów.
- Noc Łez. – wtrącił słabym głosem Bodil, przyciągając smutne spojrzenie elfa.
- Byłem wówczas młodzieńcem ze szlachetnego rodu. Rozkazano mi zająć z mą drużyną przełęcz wiodącą ku wybrzeżu, pozbawiając ludzi szansy na ucieczkę. Z oddali widziałem jak nasze wojska runęły na Saarthal. Żadna z waszych pieśni nie oddaje grozy, jaka towarzyszyła zagładzie tego miasta. Przez całą noc nikt z mieszkańców nie zdołał dotrzeć do naszych pozycji. Dopiero gdy łuna płomieni złączyła się z krwawym brzaskiem, ujrzeliśmy trzech ludzi uchodzących z rzezi. Gdy tylko nas spostrzegli stanęli, nie mając sił na dalszą walkę lub ucieczkę. Przystąpiliśmy do nich z dobytą bronią, jednak gdy spojrzałem w oczy starszego z Atmoran, przepełnione pełnym rezygnacji cierpieniem, zrozumiałem, jakiej zbrodni się dopuściliśmy. Nakazałem mym zbrojnym pozwolić im przejść, samemu błagając Auri-Ela, by wybaczył nam nasze okrucieństwo.
Micareth, jak każdy wojownik, znała historię największego spośród ludzkich bohaterów, który prowadził Pięciuset u zarania dziejów ludzkości. Bodil, mimo wycieńczenia uważnie przysłuchujący się opowieści, niemal z nabożną czcią wypowiedział imię, o którym myślała.
- Ysgramor.
- Oraz jego synowie, Yngol i Ylgar. Minęło wiele lat, naznaczonych cierpieniem i śmiercią, nim uzmysłowiłem sobie kogo wówczas oszczędziłem. Gdy Atmoranie powrócili, nie było armii ani twierdzy, które mogłyby im się przeciwstawić. Nasi wojownicy tysiącami ginęli na polach bitew, a mieszkańcy naszych miast dzielili los Saarthal. Byłem świadkiem poświęcenia bohaterów, o których nie wspomina żadna z pieśni; widziałem pobojowiska, których dziś nie zdobią pomniki ani grobowce. Ujrzałem wreszcie dumną stolicę synów Mory, wzniesioną śmiertelnym wysiłkiem zniewolonych Falmerów – gdy Risarthfil wspominał dawne krzywdy, Sha’anks mógł przysiąc, iż szare oczy elfa zasnuły się mrokiem, niczym burzowe chmury.
- Gdy Śnieżny Książę poległ w ostatniej z wielkich bitew, moi bracia i siostry, pozbawieni ducha i nadziei, postanowili szukać schronienia u Dwemerów, zapomniawszy, iż panowie podziemi byli równie litościwi, co ich bezduszne machiny. Nielicznych, którzy walczyli do końca znajdując śmierć, spotkał los mniej okrutny, niż ten który stał się udziałem nieszczęśników zdanych na litość krasnoludów. Pokolenia upodlenia i niewolnictwa zmieniły ich w istoty, którym stawiliście czoła – nienawistne i bezlitosne. Minęły wieki, które spędziłem samotnie w zapomnianej świątyni Pana Czasu, gdy w wizji ujrzałem zniknięcie Dwemerów. Odtąd zacząłem odwiedzać Czarną Przystań w nadziei, iż pewnego dnia będę mógł przekazać mym upadłym braciom straszną prawdę o Śnieżnych Elfach – iż nasze okrucieństwo w Saarthal u szczytu naszej chwały przyćmiewa jakąkolwiek niegodziwość, której dopuścili się od tego czasu Falmerowie. Wówczas pozostanie mi tylko ufność, iż pewnego dnia odzyskają oni ducha swych przodków, i nie popełnią naszych błędów.
Po ognisku pozostał zaledwie słaby żar. Risarthfil po chwili powstał, skłonił się trójce towarzyszy, i bez słowa odwrócił się, odchodząc ku zaśnieżonym szczytom. Jego ścieżka wiodła pośród rozpadlin równie głębokich, co zapomniane cierpienie.
Micareth, rozmyślając w duchu nad opowieścią, której nikt z postronnych nie dałby wiary, spojrzała po swoich kompanach. Sha’anks chwycił torbę z księgą i kryształami, pomógł wstać Bodilowi, po czym skierował się ku widocznej w szarości brzasku wiosce, gdzie miał zamiar wywiedzieć się o drogę do Fortu Greymoor. Wojowniczka zwróciła się jeszcze ku poszarpanym wzniesieniom, jednak nie dostrzegła sylwetki Śnieżnego Elfa. Przeszło jej przez myśl, iż podobną samotność odczuwać może tylko Grimes, w pojedynkę mierzący się z grozą Czarnej Przystani. Ruszyła za towarzyszami, stawiając kroki pośród pierwszych promieni światła, mając nadzieję iż położą one kres ciemności, z którą musieli się mierzyć.

post wyedytowany przez Treuwelfen 2020-07-01 22:04:05
01.07.2020 22:15
20
odpowiedz
Dreygen3
1
Junior

Sha’anks odwrócił głowę na moment by zobaczyć czy porucznik jeszcze oddycha. Widział jak ostrze jego broni błyszczy od światła grzybów, które oświetlały całe pole pojedynku.
- Rusz żesz się! Nie chcę przez ciebie tu zginąć! Micareth była pełna gniewu i nie chciała zawracać sobie głowy jatką. Wiedziała, że pochłonęły by ją emocje i zrobiłaby coś głupiego. Nie. Musiała biec dalej przed siebie i uciec z tej przeklętej nory. Pociągnęła łotrzyka za ramię i ocuciła go. Ruszyli ścieżką, która już raz maszerowali. Wtedy szli spokojnie i powoli, teraz biegli zdyszani i wycieńczeni uciekając z co sił w nogach.
- Shhhh! – wysyczał Khajit. – Tam, przed nami, widzi? – ujrzał w oddali kilka stworów na płaskowyżu gotowych ruszyć na nich jeśli tylko by ich zobaczyli bądź usłyszeli. – Trzeba skradać.
- Masz nieprzytomnego urzędnika na plecach, skąd wiesz, że nagle się nie obudzi i nie sprowadzi na nas piekła?
- Woli walczyć? – Sha’anks pokierował głowę w stronę Micareth z gniewnym grymasem na twarzy. – Jak tak to idzie przodem.
Nie chciała walczyć, walka byłaby tu pewną śmiercią a po tym co już przeszli nie chciała umierać będąc niedaleko wyjścia. Zaczęła jeździć wzrokiem po ścianach i intensywne myślała jak ich obejść bądź pokonać bez wzbudzania zainteresowania reszty. Wszak wiedziała, że ta mała grupa to na pewno nie wszystko co ich jeszcze czeka. Wpadł jej do głowy pomysł.
- Odłóż tu na moment tego urzędasa, zajmiemy się po cichu tą zbieraniną i wrócimy po niego. Za nami jest Grimes więc od tyłu nic mu nie grozi.
Pomysł przypadł do gustu towarzyszowi więc delikatnie odłożył Bodila na ziemię, cały czas patrząc w stronę płaskowyżu.
- Musimy zabić?
- Musimy, inaczej nie przejdziemy. Jeśli któryś z nich zacznie drzeć paszcze możemy mieć przesrane. – Wiedziała, że ta grupka to tylko namiastka tego co może być ukryte w dalszych ciemnościach, nie chciała od razu ściągać tu na siebie całej hordy. – Zabijamy szybko i bez krzyków.
Twarz Khajita spowił złowieszczy uśmiech, w końcu taki styl to jego domena. W takiej roli był jak ryba w wodzie. Maszerowali powoli, bezszelestnie. Każdy krok niczym na wagę złota, każdy stawiany z precyzją i ze stoickim spokojem. W końcu doszli do wrogów, żaden ich nie zauważył ani nie wyczuł. Micareth spokojnie wyciągała rapier z pochwy tak by nie wydał żadnego dźwięku. Sha’anks spojrzał w jej stronę a jelec i głowica błyszczały jak gwiazdy. Wymienili spojrzenia i pokiwali głowami. Kot znał się na rzeczy więc zabijał jednego po drugim i wyglądał przy tym jakby tańczył między nimi. Przeskakiwał od wroga to w cień by nikt go nie dostrzegł. Wojowniczka nie była tak sprawna w takiej formie, lecz radziła sobie. Wbijała rapier prosto w serce bądź w gardziel. Uchodziło z nich powietrze niczym z rybich pęcherzy, każdego chwytała za klatkę i kładła na ziemi. Wybili tak cały obóz. Grupa niewielka więc poszło szybko i gładko.
- Wróć po urzędnika, sprawdzę czy nie ma kolejnych. – Sha’anks spokojnie odszedł, patrzyła wokół czy nie przechodzi jakiś patrol, lecz było cicho. Za cicho, pomyślała. Khajit wrócił z Bodilem przerzuconym przez bark. Gdy dotarł pod nogi wojowniczki spostrzegła, że próbuję podnieść głowę.
- Kocie, tyłem do mnie! – wyszeptała, ale jakby chciała krzyknąć.
Zdezorientowany podrapał głowę, zrobił co kazała, nie wyczuł złych zamiarów w jej głosie więc posłuchał rozkazu. Odwrócił się i poczuł jak ciało na barku lekko drgnęło.
- Próbuję obudzić? – zapytał zaciekawiony i lekko podekscytowany.
- Jeszcze nie. – odpowiedziała Micareth po czym uderzyła w pół nieprzytomnego głowicą prosto w głowę, którą jak małe dziecko starał się podnieść do góry. Głuchy dźwięk dobiegł do uszu Khajita.
- Co to? Co zrobiła? – zaniepokojony odłożył ciało na ziemię. – Zabiła go?
- Nie zabiłam głupi kocie, ogłuszyłam. Nie potrzebujemy tu teraz pajaca, który zacząłby wydzierać mordę w niebogłosy. – Miała rację, gdyby się obudził byłby w szoku i zapewne zacząłby wzywać pomoc, której to od tych pomiotów by nie otrzymał. Sprowadziłby na nich pewną zgubę. – Bierz go na plecy i idziemy dalej, nie widziałam żadnego patrolu w pobliżu więc możemy przejść kawałek nie martwiąc głowy o własne życie.
Ruszyli. Powolnym tempem byli coraz bliżej wyjścia choć wiedzieli, że jeszcze nie jedno ich spotka.
***
Przeszli spory kawałek, minęli nawet dwa patrole bez użycia broni, co dla Micareth wydawało się początkowo niemożliwym. Najwidoczniej Sha’anks nawet z dodatkowym balastem potrafi być lekki jak piórko i przejść niezauważonym. Napotkali jednak na większą grupę, obok której już tak łatwo nie przejdą. Skryci za ścianą, nie widoczni dla stworów, lecz sami mieli wgląd na wszystkich.
- Cholera jasna, jest ich zbyt wielu. – gniewny grymas wymazał twarz zwinnej awanturniczki. Nie widziała innej drogi jak stanąć z nimi w szranki, lecz to przyciągnęłoby uwagę reszta. A na pewno było jeszcze przynajmniej kilka takich skupisk. Gdyby zaczęli na nich nacierać z każdej strony ich podróż zakończyłaby się bardzo szybko.
- Tam! Spojrzy! – Cicho wykrzyknął pokazując palcem w stronę wiszącego mostu. Wcześniej go ominęli bo na solidny nie wyglądał, teraz może być jedyną słuszną drogą ucieczki. Niestety dalej pozostaje kwestia jak do niego dotrzeć.
- Dobry pomysł, ale nie wiem czy widzisz to wszystko co jest przed nami. – rzuciła pogardliwe spojrzenie w stronę swojego kociego towarzysza. – Jak niby mielibyśmy ich obejść?
- Sha’anks odciągnie uwagę, ty pobiegnie z urzędnikiem na most.
- Nie ma mowy! Zabiją cię szybciej niż myślisz. – Plan Khajita wydał się jej szalony i nie do przyjęcia. Wszak możliwe, że już dwóch sprzymierzeńców straciła, nie chciała sama wracać na posterunek. – Trzeba wymyślić coś innego.
Minęła chwila. Łotrzyk wyskakuje z kolejnym genialnym pomysłem.
- Może urzędas odciągnie uwagę?
Zdumiona spojrzała w bok. - Na litość a jak miałby to zrobić? – ten pomysł zabrzmiał według niej jeszcze bardziej niedorzecznie niż poprzedni. Nie chciała już nawet słyszeć następnego, nie wiedziała, co jeszcze może siedzieć w tej małej kociej głowie.
- Ja go położy, tu, na ziemi, potwory przybiegną a my zabijemy. – lekki, szyderczy uśmiech pokazał się u Khajita. Wyraz twarzy nie wyglądał na radosny, bardziej przypominał jakiegoś obłąkanego szaleńca. Blackreach nie działa chyba najlepiej na Khajitów. Niestety nie mieli niczego lepszego i Micareth musiała ustąpić. Przytaknęła, choć obawy, że przyciągną w ten sposób posiłki towarzyszyły jej w głowie.
- Niech ci będzie, nie mamy nic lepszego…
Sha’anks odłożył ciało delikatnie na ziemi, lecz wystarczająco głośno by zwrócić uwagę Falmerów. Może i byli ślepy, ale na pewno nie głusi, od razu jak kot zdążył zabrać ręce odwrócili się w ich kierunku. Ruszyli, chwiejnie idąc w stronę jak zapijaczone mordy co ledwo z baru wyszli. Mała dziura w ścianie dała Micareth obraz jak blisko są i kiedy muszą zaatakować.
- Przygotuj się, jak powiem skacz wyskoczysz na dwóch najbliżej stojących. Ja rzucę się na resztę.
- Zaczną krzyczeć. – zaintrygowany pokierował wzrok ku swojej towarzyszce.
- Tak, zaczną. Dlatego zabijamy szybko i biegiem na most. Plan jest bardzo prosty. Wybijemy ich, przebiegniemy na drugą stronę i odetniemy liny, wtedy nas nie złapią.
- A porucznik? Jak wróci? – Smutek ogarnął kociego złodziejaszka. Polubił Grimesa. Patrząc na niego Micareth czuła żal lecz zamilkła, odwróciła głowę w stronę szczeliny.
- Przygotuj się, są blisko.
Wyciągnął ostrza i był gotów do skoku. Przykucnął w mroku czekając na swoją ofiarę. Nie wyglądał wtedy jak niewinny złodziej, przypominał prawdziwego zabijakę, zdolnego łowcę.
Falmerowie podeszli blisko ciała, jeden miał już kucać gdy nagle zza ściany rozległ się damski, donośny krzyk.
- Skacz!
Z mroku wyskoczył Khajit wprost na najbliższych przeciwników. Ostrza wbił wprost w ich głowy. Padli, on razem z nimi. Zaraz zanim wyłoniła się wojowniczka z rapierem z zaschniętą krwią na ostrzu. Rzuciła się dalszych przeciwników, zaczęła ich dźgać i ścinać ich głowy. Robiła to z pełną gracją. Byli zaskoczeni więc traktowała ich jak pachołki na placu treningowym. Rozległ się wrzask pozostałych, którzy zostali na tyłach. Hałas na tyle donośny, że jeśli Grimes dalej żyję to na pewno to usłyszał. Maszkary zaczęły biec w ich stronę wrzeszcząc i szczerząc kły. Łotrzyk odpowiedział tym samym, wystawił swoje kły i porwał go wir walki. Tuż obok niego precyzyjne cięcia wyprowadzała jego towarzyszka. Przeciwników ubywało, lecz za ich plecami pojawili się następni.
- O cholera, to te patrole, które omijaliśmy. Kompletnie o nich zapomniałam. – zdezorientowana wypadła z rytmu. – Sha’anks bierz urzędnika i wiejemy! – jeśli pozwolą się otoczyć będzie po nich. Nie mogą przecież wrócić więc muszą torować sobie drogę naprzód.
Ścisnęła rękojeść jeszcze mocniej i wycinała w pień całe robactwo jakie stało jej na drodze. Kot zarzucił Bodila na ramię i trzymał się blisko. Jeden z Falmerów chciał na niego skoczyć gdy ten zorientował się w czas i odskoczył w bok. Stwór zaczął zanikać w ciemnościach przepaści. Wszak walczyli na niewielkiej ścieżce. Miejsca starczało na dwie osoby idące obok siebie.
- Kocie teraz! Teraz mamy okazję! – wypatrzyła lukę między oddziałami wroga i wiedziała, że tej szansy nie można zmarnować. Mogła to być ich jedyna. Patrole deptały im już po piętach a z korytarzy zaczęły pojawiać się posiłki.
Biegli co sił by tylko dostać się na most, to była droga ku wolności. Liczyli, że po drugiej stronie stworów już nie będzie lub będzie ich znacznie mniej niż tu. Mylili się. Gdy tylko dotarli na początek mostu z drugiej strony zaczęły wyłaniać się koszmarne sylwetki.
- Nie, tylko nie to. Nie zginę tutaj! – wykrzyczała Micareth ogarnięta gniewem i frustracją. Z jednej i z drugiej strony nacierali na nich wrogowie. Sha’anks odłożył nieprzytomnego na deski i wyciągnął drugi sztylet. Był zwarty i gotowy do walki choćby na śmierć. Stali odwróceni do siebie plecami. Micareth walczyła z nacierającymi na nich wrogami od strony, w którą uciekali a kot próbował jak najdłużej wytrzymać natarcia miniętych wcześniej patroli.
- Zbyt wiele, Sha’anks nie da rady dłużej! – zaczynał słabnąć i opadać z sił, machał ostrzami na lewo i prawo, unikał wszystkich ciosów lecz już bez takiego wigoru jak wcześniej.
Micareth obawiała się, że tak skończy się ich wędrówka. Przynajmniej zginę w walce, pomyślała.
Nagły huk wytrącił wszystkich z równowagi, most zachwiał się o mało nie powalając z nóg wszystkim.
- Kocie, liny nie wytrzymują! Zaraz spadniemy, przygotuj się! – Khajit odskoczył bliżej swojej partnerki.
Drugi huk, liny z jednej strony zerwały się. Było ich zbyt wielu a most nie wyglądał solidnie. Krzyk pomiotów i dwójki dzielnych bohaterów rozległ się na całe Blackreach. Opadali w ciemność, nie widzieli nic poza rychłą śmiercią czekającą na nich na samym dnie.
***
Micareth mozolnie próbowała otworzyć oczy. Zmęczona i obolała, zdziwiona, że jeszcze oddycha. Leżała na trupach wynaturzeń, które jak myślała chwilę temu zabiła. Wydawało jej się, że minęło raptem kilka minut, tak naprawdę leżała tak dobre kilka godzin. Resztką sił spróbowała się podnieść by usiąść i zobaczyć gdzie tak jest. Podnosząc się zauważyła ciało Sha,anksa.
- O nie, tylko nie to. – wymamrotała pod nosem. Nie darowałaby sobie gdyby ona przeżyła a kolejna osoba z jej drużyny padła trupem.
- Żyję, sprawdzałem. – męski głos dobiegł do jej uszu z przeciwnej strony. Od razu ocknęła się jakby zobaczyła co najmniej ducha.
- Co?! Kim ty… Bodil? – nie mogła uwierzyć, że naprzeciw niej siedzi oparty o ścianę z jej rapierem w rękach mężczyzna, którego nieśli przez cały czas.
- Wytłumacz mi dlaczego jestem w jakiejś dziurze a wokół mnie znajduję się morze martwych ciał jakiś stworzeń to może cię nie zabiję. – oczekiwał wyjaśnień całej sytuacji, nie wiedział przez co przeszli a sam wydawał się być ledwo przytomny.
- To nie czas i miejsce na wyjaśnienia, musimy się stąd jakoś wydostać. – Micareth próbowała negocjować, nie miała nic lecz nie pasowało jej umrzeć teraz z rąk jakiegoś urzędnika po tym, jak przeżyła upadek z kilku metrów. Do czołgała się do Sha’anksa i zaczęło go budzić, Machała nim na lewo i prawo, bezskutecznie. – Obudź się ty draniu, nie mam zamiaru cię nieść.
- Ja go wezmę, jeśli tylko wyjaśnicie mi później co tu zaszło.
- Postąpiłbyś bardzo słusznie, gdybyś go teraz niósł. On targał cię przez setki metrów na swoim barku i walczył broniąc cię.
Bodil podniósł powoli, niczym małego dzieciaka Khajita i rzucił na bark. Nie był ciężki więc nie sprawiał ogromnego problemu. Wojowniczka z trudem wstała na własne nogi i nagle poczuła piekielny ból w lewej nodze.
- Nie dasz rady sama iść. – spojrzał na nią z politowaniem, musiał jej pomóc albo zdechłaby tu razem z poległymi. Wziął ją pod ramię i trzymając się ścieżki wytyczonej przez kilka grzybów fluorescencyjnych szli przed siebie. Zostawili za sobą dziesiątki martwych.
Szli w całkowitej ciszy. Micareth była wyczerpana i nie miała sił na rozmowę, nie chciała teraz tłumaczyć tego wszystkiego co tu zaszło. Sama też nie wiedziała jak on się tu znalazł. Wychodząc zza zakrętu ujrzeli światło. Blask tak wielki, że każda szczelina w ścianie była widoczna. Na twarzy wojowniczki ukazał się obraz zdziwienia i radości. Liczyła, że w końcu znaleźli wyjście. Nie myliła się, tym razem miała rację. Z każdym krokiem widziała coraz więcej drzew, zaczynała słyszeć śpiew ptaków i wycie wilków. Odnaleźli wyjście.
- Czy my… Wyszliśmy? – na wpół przytomny Khajit nie dowierzał, że nareszcie mógł odetchnąć świeżym powietrzem i spojrzeć w niebo.
- Tak kocie, wyszliśmy.
***

01.07.2020 22:23
21
odpowiedz
Proteo77
1
Junior

Sha'anks ruszył przodem. Ucieczka przez ciasne korytarze z urzędnikiem na plecach, nawet tak lekkim, zdecydowanie nie należała do przyjemności, do tego złodziejska torba przewieszona przez jego ramię, obciążona dwoma kryształami i prastarą księgą nie ułatwiała sprawy, odbierając mu kocią grację i sprawiając, że w biegu zaczął bardziej przypominać niezgrabnego porucznika. Albo żółwia. Śmieszne stworzenia. Widział je kiedyś na plaży, daleko stąd, daleko od Skyrim i Blackreach. Bardzo żałował, że nie ma go teraz na tej plaży.
- Sha'anks! - zdyszany głos Micareth rozwiał jego wspomnienia - pamiętasz drogę?
- Sha'anks pamięta, bardzo dobrze pamięta! - odkrzyknął, nawet się nie odwracając.
Nie byłoby łatwo odwrócić się w pełnym biegu z takim bagażem. Nie zazdrościł jednak wojowniczce - to jej przyjdzie walczyć z pokrakami, jeśli któraś zdoła ich dogonić. Chociaż khajit miał nadzieję, że żadna jednak nie zdoła. Może i nie miał pamięci do szczegółów, chyba, że były małe, świecące i cenne, przez co mijane korytarze wyglądały niemal dokładnie tak samo i niewiele mu mówiły - dlatego właśnie nie kierował się pamięcią, a węchem. Wciąż czuł zapach śmierci, jaki zostawiła za sobą nekromantka, gdy szli tędy poprzednio. Nie lubił tego zapachu, o nie, żałował jednak, że elfki nie ma razem nimi. Może i parała się śmiercią, ale nie zasłużyła sobie na nią.
Mimo wszystko nie chciał do niej dołączyć, spróbował więc jeszcze choć trochę przyspieszyć, i wbiegł w kolejny korytarz.
Micareth nie miała problemu, by dotrzymać kroku khajitowi, co chwilę oglądała się jednak przez ramię. Nie za przeciwnikami, choć z radością posiekałaby jedną czy dwie pokraki swym rapierem. A raczej z wściekłością. Mimo tego, że od powodzenia ich ucieczki zależało nie tylko jej życie, ale i prawdopodobnie los Skyrim, jeśli nie całego świata, każdą cząstką siebie wolałaby walczyć teraz ramię w ramię z porucznikiem Grimesem. Kobieta, która stanęła im na drodze, wydawała się być niezwykle groźna - o takim przeciwniku marzyła odkąd nauczyła się trzymać ostrze w dłoni. A teraz ten jednooki żołdak może sprzątnąć jej sprzed nosa całą chwałę. Albo skonać, zostawiony samemu sobie. Już nie wiedziała, która z tych ewentualności bolała ją bardziej. Wiedziała jednak, że długo nie wybaczy sobie momentu, w którym po cichu, niczym szczury, przekradli się za ich plecami.
Nagle Sha'anks zwolnił, a ona, zatopiona we własnych ponurych rozmyślaniach, omal go nie staranowała.
- Co jest?! - warknęła gniewnie.
- Pułapki. Sha'anks radzi, abyśmy biegli odrobinę uważniej. Sha'anks kilka z nich poprzednio rozbroił, ale jest tu ich niestety więcej niż kilka.
"Cholerne pułapki" - zaklęła w myślach - "cholerne Blackreach". Posłuchała jednak rady khajita, uważnie śledząc jego ruchy i starając się je naśladować.
Pokonanie tej części, jak na gust ich obojga, zabrało im zdecydowanie zbyt wiele czasu - nim skończyli, zza pleców dobiegły ich pierwsze wycia pogoni. Micareth starała się nie myśleć, co to oznaczało dla porucznika.
- Uff, no to po kłopocie - złodziejaszek odetchnął gdy tylko pewniej stanął na własnych łapach - teraz jeszcze tylko spiralne schody, ze dwie zagrzybione jaskinie i jesteśmy w domu!
Dawno już w głosie Sha'anksa nie było słychać tak wielkiej radości.
Przedwczesnej.
Spiralne schody, uruchamiane u góry specjalnym, dwemerskim mechanizmem, w międzyczasie zdążyły zniknąć.
- Nje nje nje, Sha'anks się tak nie bawi, to nieuczciwe!
Micareth może i zaśmiałaby się słysząc te słowa z ust rabusia, ale poczucie humoru było jej raczej obce, zaklęła więc tylko siarczyście.
Głosy pogoni były już coraz bliżej, na szczęście klasyczne, upiorne wycia co chwilę przerywane były wrzaskami pełnymi bólu - widocznie przemienionym pokonywanie dwemerskich pułapek nie szło tak sprawnie jak im. Mieli więc jeszcze moment lub dwa na to, aby zdecydować, co dalej.
- Przecież musi tu być taki sam mechanizm jak na górze, wystarczy go znaleźć - stwierdziła rzeczowo, siląc się na spokój, po czym wraz z Sha'anksem rozpoczęła poszukiwania.
Parę o wiele za długich chwil gorączkowego obmacywania ścian później oboje musieli przyznać, że dwemerski mechanizm wcale nie musi znajdować się na dole. W międzyczasie pierwsze stwory wypełzły zza zakrętu korytarza. Micareth rozniosła je raz dwa, ale wiedzieli, że zaraz pojawią się kolejne.
- No to jesteśmy w dupie - skwitowała wojowniczka.
Khajit otrząsnął się już jednak z przykrego zaskoczenia i miał inne zdanie w tej sprawie.
- Sha'anks wie, że to niekoniecznie w dobrą stronę, ale tam w rogu jest szczelina - trafił na nią kiedy szukał przełącznika; ukryta za porostami, niemal umknęła jego uwadze - i może to nie wyjście z Blackreach, ale na pewno jedyne wyjście z tej sytuacji.
Micareth, słysząc kolejne upiory, nie mogła się z nim nie zgodzić.
- Łap tego łachmyte - wskazała na chuderlawego urzędnika, spokojnie, wciąż bez przytomności leżącego na posadzce - ja będę nas ubezpieczać.
Z obnażonym rapierem w ręku jakoś w końcu udało jej się wcisnąć za khajitem w szczelinę. Na szczęście tylko początek był tak wąski - później zrobiło się na tyle szeroko, że potężna nordka wreszcie przestała się martwić, iż utknie między skałami. Za to ścigające ich bestie okazały się chyba zbyt duże - nikt ich nie ścigał, więc po kilkuset pokonanych w opalizującej, z lekka tylko rozświetlanej fluorescencyjnymi porostami ciemności weszli do rozległej, niezwykle długiej jaskini. Niezwykle pięknej jaskini.
- Szfy szfu - khajit próbował zagwizdać, ale jego koci pysk zdecydowanie nie był do tego stworzony - Sha'anks powiedziałby, że ładnie, gdyby nie miał już dosyć tych podziemi.
Niemal cała jaskinia udekorowana była błyszczącymi od wilgoci, rozświetlonymi widmowym blaskiem stalaktytami i stalagmitami. Na ich szczęście po jej lewej stronie była droga, szeroka może na trzy wozy. Na ich nieszczęście jej lewy brzeg na całej długości kończyła przepaść. Jakby tego było mało, jaskinia opadała po lekkim skosie w dół.
Micareth już otwierała usta do kolejnego przekleństwa, przeżuła je jednak i połknęła. Dodała tylko, wzruszając ramionami:
- Jak mówiłeś, nie mamy innego wyjścia. W drogę.
Oboje liczyli na to, że podziemny gościniec jeśli nie na zewnątrz, to doprowadzi ich chociaż w jakieś bezpieczne miejsce, gdzie będą mogli odpocząć i spokojnie pomyśleć co dalej.
Ich nadzieje rozwiały się jednak już po paru krokach.
Z przeciwległego końca, tam, dokąd zmierzali, zaczęły wyłaniać się przemienione monstra. Dwie maszkary, cztery, tuzin. Każde z nich było kiedyś człowiekiem lub elfem, falmerem czy argonianinem. Teraz wszystkie były tylko "piechotą" wampirzego lorda. Spotworniałą, groteskową i.. żądną ich krwi.
Khajit położył nieprzytomnego urzędnika, obejrzał się przez ramię, na szczelinę, z której przyszli, później w prawo, na gęsty las stalagmitów, i w lewo, na przepaść. Gdy upewnił się, że tym razem nie ma żadnego wyjścia z pułapki, zrezygnowany przyjął bojową postawę. Micareth tylko splunęła i ponownie wyciągnęła swój rapier.
- Plan jest taki.. - norska wojowniczka nie zdążyła dokończyć; gdyby nie błyskawiczny unik, kula energii ciśnięta z ciżby nadbiegających wrogów spaliłaby ją na popiół. Zdołała wstać w samą porę, by odbić pazury czegoś, co kiedyś było pewnie mieszkańcem Greymoor, po czym szybkim cięciem rozpłatała temu czemuś pysk.
- Nie daj mu zginąć - rzuciła tylko do khajita, wskazując głową na urzędnika, i skoczyła na przeciwników.
Jeśli bestie dopadną cherlawego norda, cała ich walka, cała wyprawa mogłaby pójść na marne - porucznik Grimes pewnie już nie żył, więc potrzebowali wiarygodnego świadka; stara księga i dwa kryształy to mogłoby być za mało, aby ocalić ich parszywe skóry przed stryczkiem. Zakładając, że w ogóle wyjdą cali z tego starcia. A na razie, mimo błyskawicznych cięć i pchnięć Micareth, mimo całego kunsztu, jaki w nie wkładała, mimo zajadłych, pełnych kociej furii ataków Sha'anksa, niewiele mogło na to wskazywać. Początkowo zyskali trochę przestrzeni, a maszkary, zaskoczone ich walecznością, dały się rozproszyć i padały jak zżęte kłosy. Jednak na ich miejsce ciągle napływały nowe, a do tego wciąż musieli uważać na atakującego z dystansu maszkarona-czarownika, zaczęli więc oddawać teren.
Gdy zepchnięto ich z powrotem na miejsce, w którym rozpoczęli starcie, Sha'anks i Micareth godzili się już powoli ze śmiercią. Po wyrżnięciu kolejnej fali, szykując się na przyjęcie następnej, spojrzeli tylko na siebie i skinęli sobie głowami - nawet khajit nie miał już w tej chwili nic do powiedzenia.
Rozpędzone, tratujące się w biegu monstra już wznosiły swe liczne odnóża, by zgnieść broniących się skazańców, gdy nagle co najmniej kilkanaście z nich w mgnieniu oka dosłownie zamarzło, każde w innej pozie, a ostre sople, które utworzyły się za ich plecami, powodowane impetem pomknęły dalej, kładąc pokotem następnych przeciwników.
Pomiędzy zdumionych, wciąż jednak żywych Micareth i Sha'anksa wszedł drobny, niepozorny urzędnik. Wokół jego dłoni wirowały kryształki lodu.
- Może i nie mam pojęcia, co ja tu, do cholery, robię, ale na pewno nie mam zamiaru tu zginąć, gdziekolwiek to "tu" się znajduje - Bodil spojrzał na nich - i wydaje mi się, że wy również. Więc moi drodzy wybawcy, proszę za mną. Biegiem.
I ruszając z miejsca, machnięciem ręki zamroził i rozbił na kawałki kolejną kulę energii lecącą w ich stronę, po czym wystrzelił w kierunku jej nadawcy własny pocisk. Maszkaron-czarownik nie miał już więcej okazji ich niepokoić, utrudniał mu to sopel tkwiący w zdeformowanej czaszce.
Nie było czasu na dywagacje. Khajit chwycił tylko swoją torbę i wraz z wojowniczką pobiegł za urzędnikiem. A raczej magiem, i to całkiem potężnym.
Kolejne upiory kończyły albo jako lodowe posągi, albo z dziurami w korpusach, a ich szeregi wreszcie zaczęły się przerzedzać. Sha'anksowi i Micareth pozostawało tylko trzymać się maga i likwidować te nieliczne stwory, które uniknęły jego zaklęć. I kiedy zaczynało się wydawać, że wyjdą z tego starcia zwycięsko, zatrzęsła się ziemia. Raz, drugi, trzeci. Zza zakrętu wyszedł olbrzym. A raczej coś, co kiedyś było olbrzymem, a teraz, przemienione jak reszta stworów, przypominało najgorszy koszmar, jaki tylko może się przyśnić. Nawet chuderlawy, młodociany arcymag stanął jak wryty.
- Przyznam, że tego wcale nie chciałem się spodziewać - odezwał się niepokojąco zmęczonym głosem.
- Sha'anks widzi, że to, co biegnie w naszą stronę, nie wygląda najlepiej - odezwał się khajit - ale Sha'anks w ciebie wierzy.
- Inaczej wszyscy zaraz zginiemy - dodała Micareth. I ona, dumna, pełna wzgardy wojowniczka, wiedziała, że jeżeli urzędnik-mag czegoś nie wymyśli, to ani pazury Sha'anksa, ani jej rapier nic tu nie wskórają.
Bodil myślał tylko chwilę.
- Spójrzcie na jego ślepia. On ledwo widzi.
Faktycznie, oczy giganta niemal na całej powierzchni pokrywała krwawa narośl.
- Zawsze to jakiś atut - dodał chudzielec i nagle na drodze pomiędzy nimi a olbrzymem zakłębiło się od tumanów lodowego pyłu, z których wyrosły posągi. Łudząco podobne do nich samych. Gigant zamachnął się wielką niczym pień drzewa, choć niewątpliwie odlaną z żelaza maczugą na pierwsze z nich.
- A teraz boczkiem, moi drodzy, boczkiem.
Skoczyli biegiem wzdłuż przepaści. Dopiero gdy wyminęli olbrzyma, ten zdał sobie sprawę z oszustwa. Zaryczał ogłuszająco i ruszył w ślad za nimi. Wtedy jednak mag wyciągnął ostatniego królika z kapelusza.
Odwrócił się w stronę adwersarza i wyczarował pod jego nogami lodowisko. Olbrzym poślizgnął się, runął z hukiem i... zjechał po lodzie w przepaść. Po liczbie uderzeń serca, w ciągu których wciąż mogli słyszeć jego ryk, stwierdzili z zadowoleniem, że przepaść musiała być wystarczająco głęboka nawet dla takiego kolosa.
- Nigdy nie lubiłam łyżew - stwierdziła Micareth, odwracając wzrok od krawędzi i oglądając się na maga - a z ciebie to taki urzędnik, jak ze mnie księżniczka.
- Każdy ma swoje tajemnice - uśmiechnął się Bodil.
Właściwie to naprawdę był urzędnikiem, a dokładniej kancelistą i skrybą. Praca niezwykle nudna, polegająca na zapisywaniu i przepisywaniu kolejnych dekretów i obwieszczeń czy notowaniu przebiegu ciągnących się w nieskończoność obrad. Nudna, ale idealna dla początkującego altmerskiego szpiega.
Bodil naprawdę był i nordem. Drobny i wątły, nie nadawał się na wojownika, za to wcześnie odkrył w sobie magiczny talent. I wcześnie nauczył się go ukrywać - na północy magów nie darzono sympatią, nawet wśród swoich. Później wszystko potoczyło się klasyczną dla takich historii ścieżką; pogardzający nim ojciec wysłał chłopaka do jedynej działającej w Samotni Akademii, by ten nauczył się pisać i choć tym na cokolwiek się przydał. W Samotni spotykały go jednak tylko kolejne szykany, przez które zaczynał coraz bardziej nienawidzić swojej tępej, stawiającej na brutalną siłę ojczyzny. Tam też wypatrzyli go agenci Dominium. Gdy po ukończeniu nauki napisał do ojca list z obwieszczeniem, że wyrusza w dwuletnią podróż, pod pozorem "odnalezienia w sobie prawdziwego mężczyzny", w rzeczywistości pod okiem specjalnych nauczycieli szkolił swe nieprzeciętne magiczne zdolności, dotąd rozwijane jedynie po kryjomu, i przygotowywał się do roli szpiega.
Po jego powrocie do Greymoor, co już samo w sobie wysoce go rozczarowało, (no bo, na bogów, Greymoor?) sprawy przybrały jednak zupełnie niespodziewany obrót. Nie minęło pół roku, jak zupełnie bez związku z jego jawnymi i niejawnymi obowiązkami porwała go morowa burza. Z niewoli nie zdołał wiele zapamiętać - ciąg koszmarów i cierpienia, z którego na dobre obudził się dopiero teraz. I tu, w tym "teraz", w obliczu zagrożenia inwazją wampirów, konflikt między Paktem a Dominium tracił swe znaczenie.
Teraz trzeba było się stąd wydostać i ostrzec przed nią świat, w czym cała trójka zgadzała się bez słów. Na szczęście nie spotkali już na swej drodze zbyt wielu przeciwników, a ona sama wkrótce zaczęła się wznosić i doprowadziła ich do wyjścia na zewnątrz - wąskie, ukryte między skałami przejście otwierało się na niewielką dolinkę, Zbliżał się świt.
Bodil spróbował uśmiechnąć się na ten widok, ale wyczerpany walką zwyczajnie zemdlał.
Micareth i khajit spojrzeli po sobie. Kobieta wciąż trzymała rapier w garści. Sha'anks już otwierał usta, ale wojowniczka go uprzedziła.
- Spokojnie, nie zabiję go. W końcu uratował nam życie. A poza tym, kimkolwiek on jest - strząsnęła krople czarnej juchy z klingi i schowała rapier do pochwy - wróg mojego wroga i tak dalej.
- Sha'anksowi nie o to chodziło, ale Sha'anks sie zgadza
- A o co ci chodziło? - warknęła.
- Sha'anks już po prostu nie ma ochoty go nieść..
Micareth spiorunowała go wzrokiem.
- Ale Sha'anks może się jeszcze chwilę poświęcić, dla naszego wspólnego dobra - dokończył, po czym podniósł maga i zarzucił go sobie na grzbiet.
Wstawał świt, dając im nadzieję, że po drodze do Greymoor nie napotkają już żadnych przeszkód.

01.07.2020 23:03
halleyshiro
22
odpowiedz
halleyshiro
1
Junior

Grimes w ułamku sekundy znalazł się przed przeciwniczką. Zamachnął się toporem, planując uderzyć znad lewego ramienia. Zablokowała cios mieczem, choć siła, z jaką Angra uderzył, sprawiła, że musiała zrobić krok wstecz. Nord wykorzystał tę chwilę i zmienił uchwyt, pozwalając, aby jedna z rąk znalazła się centralnie pod głowicą. Trzonem natomiast wykonał kolejny atak, celując w głowę Adelaisy. Odskoczyła w tył.
Porucznik Angra musiał przyznać — była lepsza, niż się spodziewał. Powinien się w sumie tego spodziewać, w końcu zasiadała tutaj na wysokiej pozycji, a wątpił, aby ich dowódca wybierał byle kogo do szkolenia swojej armii. Nie oznaczało to jednak, że Grimes przegrywał, nie; podczas gdy Adelaisa posiadała szybkość i zręczność, w Angrze płynęła krew Nordów dająca mu siłę i wytrzymałość. Można powiedzieć, że byli sobie równi, wykorzystując swoje atuty i doświadczenie w boju.
Ostrze miecza przecięło jego policzek. W tym samym czasie ostrze topora posłużyło mu jako hak, który wbił w kark przeciwniczki, by ją do siebie przyciągnąć i wybić z rytmu. Zaraz potem musiał już parować cios z dołu i odskoczyć przed kolejnym atakiem.
Kobieta wyprostowała się i sprawnym ruchem nadgarstka strzepnęła krew ze swojego miecza.
– Godny z ciebie przeciwnik, poruczniku. Wiem już, dlaczego nasz pan tak bardzo chciał cię po swojej stronie. Doprawdy szkoda, że muszę się ciebie pozbyć.
– Nie podzielam twojego rozczarowania — nie będzie mi szkoda pozbawić ciebie głowy – odparł, znów zmieniając chwyt.
Zaszarżował, a kobieta nie pozostała mu dłużna.
***
Sha’anks zwolnił krok, zdyszany. Niesienie szanownego urzędnika nie należało do najłatwiejszych zadań; Sha’anks nigdy nie posiadał wiele siły, więc ciężar na plecach jedynie go spowalniał. Ale Sha’anks przecież nie mógł odpoczywać. Sha’anks musiał znaleźć wyjście i wrócić do Greymoor i zawiadomić kapitana Beicośtam. I dopilnować, aby droga przyjaciółka Micareth dotarła tam razem z nim.
Mówiąc o Micareth, to wydawała się jakaś cicha i ponura. Sha’anks zerknął przez ramię. Przyjaciółka szła za nim, jednak nie wyglądała na zadowoloną. Ciągle oglądała się przez ramię i zaciskała palce na broni. Sha’anks chyba wiedział, dlaczego.
Zatrzymał się, a Micareth razem z nim.
– Sha’anks wie, co droga przyjaciółka czuje. Micareth chce wrócić tam i pomóc panu porucznikowi. Sha’anks też. Ale Sha’anks i Micareth mają swoje własne zadanie do wykonania.
Micareth przez chwilę milczała. Sha’anks nie był pewien, o czym myślała podczas tej minuty ciszy. Sha’anks nie dopytywał. Sha’anks wiedział, kiedy nie pytać.
– Ruszajmy dalej. – Padła jej finalna odpowiedź.
Błądzili korytarzami podziemnego królestwa, zdając się jedynie na instynkt i zmysły Sha’anksa. Od czasu do czasu wymieniali się w niesieniu nieprzytomnego urzędnika, aby oszczędzać siły. Nigdy nie było wiadome, czy nie zostaną zaatakowani.
Sha’anks omal wypluł te słowa, gdy usłyszeli odgłosy kroków. Wielu kroków. Z różnych kierunków. Sierść Sha’anksa się zjeżyła, a on sam wydał z siebie gardłowy warkot. Micareth natomiast dobyła rapiera i stanęła przed nim, gotowa na kolejną potyczkę.
– Zajmę się nimi. Ty lepiej broń tego typa – powiedziała nim rzuciła się na wypełzające zza rogu maszkary.
Sha’anks prychnął, jednak nie skomentował jej zapału do walki. Zamiast tego zdjął urzędnika z pleców i położył go przy ścianie. Sam dobył zaś swoich ostrzy i sparował atak pierwszego stwora, który podszedł za blisko. Sha’anks pozwolił sobie przestać myśleć i odpowiadać na ataki bez większego planu, byleby tylko wybić większość. Choć słowa porucznika były skierowane głównie do Micareth, to Sha’anks pamiętał je doskonale.
“To nie pojedynek, ani arena. Nie popisuj się, tylko rąb jak rozjuszony byk. Takimi smyrnięciami nic nie wskórasz.”
Khajiit pozwolił sobie na spojrzenie w stronę wojowniczki. Widać było, że wzięła sobie te słowa do serca. W przeciwieństwie do poprzednich walk, nie kalkulowała każdego ruchu i nie celowała jedynie w najsłabsze punkty. Teraz cięła szybko i bez większego namysłu, starając się po prostu ich pozbyć i nie pozwolić, aby ją pokonali.
Sha’anks uśmiechnął się i wrócił do własnej walki. Jednym, sprawnym ruchem ostrza rozpruł ostatniemu potworowi gardło. Spojrzał z niechęcią na krew brudzącą jego broń. Nie, żeby Sha’anks wybrzydzał, ale jednak nie lubił babrać się we krwi. To o wiele bardziej pasowało do-
– Skończyłeś już marzyć o księżycowym cukrze? – Usłyszał nad uchem.
Sierść Sha’anksa stanęła dęba, a sam Khajiit odskoczył od Micareth z zaskoczonym skowytem, zostawiając na jej ramieniu ślady po pazurach.
– Ała.
– Sha’anks przeprasza. To instynkt.
Micareth jedynie westchnęła, po czym podniosła z ziemi ich nieprzytomnego “towarzysza”.
– Chodźmy zanim więcej ich tutaj przylezie.
Sha’anks tylko kiwnął głową i ruszył. Bez zbędnego ciężaru w postaci urzędnika, był w stanie lepiej skupić się na szukaniu wyjścia z podziemi, zamiast martwić się, czy przypadkiem nie zabije mężczyzny. Szedł przez jakiś czas, rozpoznając niektóre wyrycia na ścianie lub charakterystycznie ułożone kamienie. Na węchu wiele nie mógł polegać; zapach słabł z każdą chwilą, mieszał się i powoli zanikał. Ale Sha’anks był zdeterminowany – wiedział, że jeśli znajdzie wyjście, być może uda im się uratować wiele osób. Być może uda się wrócić po pana porucznika i Verę.
A przynajmniej ich szczątki, jeśli najgorsze okaże się prawdą. Ale nie było sensu, aby Sha’anks teraz o tym myślał. Sha’anks wiedział, co może się wydarzyć, gdy wyruszyli w podróż. Sha’anks wiedział.
– Daleko jeszcze?
Sha’anks zerknął na Micareth. Nie wyglądała na zmęczoną, a może po prostu udawała, ale zdecydowanie nie była zadowolona. Sha’anks wolał nie być blisko jej rapiera, o nie. Sha’anks lubił swój ogon, nie ważne, co Vera mówiła.
Sha’anks nadstawił uszu. Usłyszał coś, czego Micareth zapewnie nie usłyszy jeszcze przez najbliższe kilka minut. Usłyszał dźwięk wolności.
– Już blisko, Sha’anks to czuje – odpowiedział i zaczął podążać w kierunku odgłosów natury typowych dla życia na powierzchni.
Po jakimś czasie poczuli powiew świeżego powietrza. Micareth przyspieszyła kroku, jakby w ogóle nie zauważając ciężaru urzędnika. Sha’anks zaśmiał się i również zaczął iść szybciej. Widział już pierwsze promyki słońca, czuł zapach roślin i słyszał odgłosy zwierząt. Micareth również, wiedział to po jej minie.
Kiedy od wyjścia dzieliło ich jedynie kilka metrów, puścili się biegiem. Sha’anks wiedział doskonale, w którym momencie znalazł się na powierzchni. Oślepiło go wtedy słońce, a na futrze poczuł ciepło, którego już nie spodziewał się poczuć.
Sha’anks mruknął z zadowolenia. Sha’anks zawsze wiedział, jak znaleźć drogę.

01.07.2020 23:30
23
odpowiedz
bubble18
1
Junior

Szczęk broni z każdym krokiem stawał się coraz cichszy i dalszy, ale wcale nie polepszało to naszej sytuacji. Straciliśmy maga oraz wojownika, szczerze mówiąc nie wierzę w dalsze szczęście moje czy Sha’anksa. Na początku tlił się malutki płomyk nadziei, a teraz zgasł i nie uważam aby rozniecił się ponownie, no chyba że spotka nas prawdziwy cud.

- Sha’anks zastanawia się nad czym koleżanka tak mocno myślisz?

- Myślę, że nie wydostaniemy się stąd i nie mów do mnie koleżanko- rzuciła nożem w biegnącego na nich falmera, a drugiemu bliżej nich wbiła rapier w żebra i podcięła szyję.

- A Sha’anks myśli, że nam się uda.

- Nie wiem czy zazdrościć ci twojego optymizmu czy też nie.

- To chyba zależy z której strony by na to spojrzeć- zaśmiał się wraz z gardłowym pomrukiem zadowolenia.

Szli korytarzami, które wcześniej Vernique pokazała im poprzez magię lokalizacyjną w klatce. Przebijali się przez kolejne fale przeciwników ginących od jednego, dwóch dobrze wymierzonych ciosów Micareth. Sha’anks poprawił spadającego młodzieńca na co ten szarpnął się przewracając kotołaka, który upadł na splamioną krwią falmerów ziemię. Micareth odwróciła się patrząc na khajiita szarpiącego się z młodzieńcem.

- Kim wy jesteście?! Ja nigdzie z wami nie pójdę , nie będę patrzył jak zabijacie. Może i mnie później zabijecie dla przykładu?- chłopak wyrywał się kotowatemu i krzyczał w niebo głosy przyciągając uwagę większej ilości wrogów niż chciało by którekolwiek z nich. Bez zastanowienia wojowniczka złapała chłopaka za ubrudzoną krwią koszulę i szarpnęła nim, tak aby byli sobie równi.

- Posłuchaj gówniarzu, zabijam potwory, które zamierzają nas zabić na rozkaz pana wampirów. Jeśli się nie pośpieszymy to może i ty staniesz się jedną z tych bezkształtnych dziwadł i zaczniesz mu służyć. Więc uważam iż należy nam się cholera chociaż najmniejszy szacunek za uratowanie ci dupy- chłopak skinął głową i opuścił wzrok.

Wojowniczka puściła go idąc w kierunku wskazanym im przez Verę. Teraz kiedy i Sha’anks był wolny od ciężaru przebicie przez napadającą na nich hordę, było z lekka łatwiejsze i szło im znacznie szybciej. Nieznany chłopak szedł za nimi, trzęsąc się i pochlipując cicho, nie patrząc na masakrę dokonywanej przez parę rzeźmieszków.

- Sha’anks skręcamy w ten korytarz czy następny?

- Z tego co zapamiętałem, to ma być następny, tak mi się wydaje.

- Ma ci się nie wydawać, bo inaczej zostaną z nas tylko kości- krzyknęła lekko poddenerwowana niewiedzą partnera Miraceth.

Kotowaty warknął na jej podniesiony głos, sam czuł się niepewny. Nie wiedział czy dobrze zapamiętał całą drogę, ale nie tracił nadziei na wyjście stąd żywy. Wyobrażał sobie jak zostanie karczmarzem, strażnikiem, czy kimś innym, zrywając tym samym swoją krwawą przeszłość, a torując sobie jako taką przyszłość. Nie zamierzał rezygnować z szansy, którą dostał od losu, równie dobrze mógłby teraz wisieć na stryczku zimny i martwy.

- Idź tak jak mówi ci ten khajiit, pamiętam jak mnie tędy ciąglii- powiedział chłopak rozglądając się wokół siebie.

Bez większych pomysłów kobieta zrobiła tak jak zawtórował khajiit’owi chłopaczek. Szli szybkim krokiem, żadne z trójki nie zamierzało zostać w tak przerażającym i niebezpiecznym miejscu jak to.

***********************

Po co najmniej dwusetce zabitych wrogów dotarli do większego pomieszczenia w którym znajdowały się zniszczone, drewniane drzwi ubrudzone krwią, najprawdopodobniej krwią nieszczęśników którym nie udało się uciec z tego piekła.

- Widzisz, jednak Sha’anks miał rację wyjdziemy stąd żywi dostając obiecaną wolność- Micareth uśmiechnęła się duchu, wzdychając cicho z ulgi.

Niestety nie obyło się bez niespodzianki, której wojownicy tak bardzo chcieli uniknąć za każdą cenę. Drzwi otworzyły się z impetem ukazując szlachetnie wyglądającego mężczyznę zamienionego w wampira. Mężczyzna dzierżył u swego boku klingę przeźroczystą niczym szkło z jelcem wykonanym ze szczerego złota, wysadzanym kilkoma małymi klejnotami. Miecz godny króla, pomyślał Sha’anks przyglądając się pięknemu i cholernie drogiemu cacku.

- Zamierzacie wyjść stąd bez pożegnania i zabierając ze sobą naszego drogiego brata?- dźwięczny i figlarny głos wampira uniósł się echem po ścianach pustego pomieszczenia.

- Nie pomyślałabym nigdy o pożegnaniu z takimi gnidami jakimi jesteście.

- Ranisz moje uczucia do moich braci i pana, ale lubię jak kobiety mają ostry język, więc postawię ci ultimatum. Oddajcie urzędasa a będziecie mogli odejść stąd wolni- zarówno wojowniczka jak i khajiit zachłysnęli się powietrzem słysząc proponowaną im ugodę.

Oboje spojrzeli się na młodego urzędnika, stał ze spuszczoną głową, ale widoczne były czerwone od płaczu oczy i spuchnięte usta, wyglądał żałośnie. Pewnie gdyby Angra nie kazał im go wziąć zostali by zabici na miejscu, a tak mają wybór, ale widocznie chłopak ten jest bardzo potrzebny wampirom, inaczej nie poszli by w tak niewygodny układ. Oboje spojrzeli sobie prosto w oczy i tak jakby znali się całą wieczność bez słów podjęli wspólną decyzję.

- Nie, nie skorzystamy ze szczodrej oferty twojego pana. Chłopak wyjdzie z nami na powierzchnię.

- Sądzę, że jesteście głupi. W takim razie zginiecie w imię głupiej decyzji- z prędkością nieporównywalną do żadnej z ras natarł na ustawioną w obronie Miraceth.

Szklane ostrze bezproblemowo złamało cienki rapier zszokowanej kobiety, rozciął także skórę na prawym policzku aż do samej kości. Sha’anks zaatakował od boku, nieskutecznie, został odepchnięty przez wampira pod ścianę uderzając o nią z głuchym jękiem. Zszokowana wojowniczka wyjęła z pochwy długi bojowy nóż trzymany na podobne okazje i cięła rękaw białego kaftana przeciwnika. Ten złapał ją za szyję ściskając unosząc w górę niczym zdobycz łowiecką. Urzędnik uciekł z widoku, na co mężczyzna przeklnął siarczyście, co wykorzystał khajiit rzucając się wampirowi na plecy i gryząc go w szyję. Zdezorientowany wypuścił Micareth łapiącą łapczywie każdy nowy łyk powietrza. Sha’anks wygryzł spory kawałek mięsa z szyi przeciwnika, ale nie zabił go, przez co został zrzucony i przygwożdżony do ziemi przez niego. Zziajany złapał za swój miecz z zamiarem przebicia serca kotowatego, co mu się nie udało, przez skrzeczącą przy każdym wdechu powietrza Micareth. Wbiła nóż w krtań, przebijając ją na wylot, krew płynęła wartkimi stróżkami barwiąc biały dotychczas kaftan na rdzawo-czerwony.
- Coś słabo staracie się mnie zabić- zaśmiał się wstając z khajiita, chwycił mocniej miecz i wymierzył cios w lewe ramię wojowniczki, odcinając jej rękę do przedramienia. Krzyk jaki wydała sprawiał zarówno ból Sha’anksowi zagryzającego wargi. Utrata kończyny jest czymś okropnym, wiedział o tym pomimo tego, że sam nie stracił żądnej z nich, to w przeszłości znał wiele kalek niezdolnych do czegokolwiek. Nie czekając na inną okazję wstał zbierając sztylet, który wcześniej upuścił i wbił go w serce wampira. Oprawca odwrócił się do niego nadal stojąc na nogach, podszedł do niego i wbił pazury w prawe ramię kotowatego. W całym tym krwawym zamieszaniu urzędnik poruszał się bez dzwięcznie i niezauważalnie, co dało pozwoliło mu na zadanie ostatecznego ciosu.
Wybił wampirowi z ręki miecz i wbił w serce. Przerażony swoim czynem patrzył z szeroko otwartymi oczami, jak z czerwonych oczu wypływają ostatki życia i ciało osuwa się bezwładnie na podłogę.

- Gratuluję pierwszego zabójstwa, przy następnych idzie lepiej- zaśmiał się gorzko Sha’anks, klepiąc chłopaka po ramieniu.

Po chwili podszedł do oszołomionej i zwiniętej w kłębek Miraceth, panicznie ściskającej krwawiący kikut. Pomógł jej wstać i trzymał łapę na jej ramieniu w razie gdyby upadła.

- Zabierz miecz i wynosimy się stąd- tak jak powiedział kotowaty, pomimo ciągłego przerażenia i obrzydzenia urzędnik wyjął z martwego wampira miecz i poszedł za nim ku schodom wiodącym ku ich wspólnej wolności.

01.07.2020 23:40
Rododendron_as
24
odpowiedz
Rododendron_as
1
Junior

Angra zaś widział jak podkomendni przemykają bokiem, nie niepokojeni, a schodząca na dalszy plan część niego była zadowolona.

*

Od tego miejsca znali już drogę. Przynajmniej Sha’anks znał, bo z orientacją w terenie u Micareth bywało różnie. Wzięła więc na swoje barki — dosłownie — noszenie chuderlawego urzędnika i pozwoliła khajiitowi prowadzić.

Ta strona Blackreach była spokojna, jakby uśpiona. Echo odbywającej się za nimi walki słabło z każdym krokiem, narastało jednak napięcie. Tutaj nawet dwemrskie maszyny cichły, a para przestawała buchać z ciągnących się po ścianach rur. Może po to, by uśpić czujność wszelkich śmiałków? Tak przecież było z nimi, wydawało im się, że w czwórkę zdołają powstrzymać cokolwiek, co było w głębi i oto jak skończyli.

Droga była ta sama, te same zakręty, te same grzyby, te same kamienie, ten sam zapach — jednak drużyna tak bardzo się zmieniła. Nie tylko w liczbach. Oboje czuli, że, nawet jeśli uda się im wyjść na wolność, już nigdy nie będą tacy sami. Chyba właśnie ze względu na te posępne przemyślenia nie odzywali się do siebie przez większość drogi, aż jedno z nich nie przerwało ciszy:

— Sha’anks się obawia, że tędy nie wrócimy. — khajiit wskazał miejsce, gdzie godziny — a może dni? — wcześniej, były odkrywane mechanizmem schody. Właśnie, były, bo wyglądało na to, że powróciły do pierwotnego stanu.

Micareth poprawiła chwyt na urzędniku, lekko go podrzucając.

— Nie ma po tej stronie drugiej dźwigni? — W tym samym momencie spojrzała na ułamany kikut wystający ze ściany. — Och. Ktoś chyba nie chce, żebyśmy opuścili to miejsce — dokończyła, rozglądając się wokół, dokładnie analizując każdy cień i kąt, zza którego coś mogło na nich wyskoczyć.

— Tu jesteście!

Micareth natychmiast zrzuciła elfa z ramion, nie dbając o jego samopoczucie i sięgnęła rapiera, a Sha’anks przygotował pazury.

— Wybaczcie, jeszcze do końca nie wiem, jak dokładnie działa mój nowy stan. — Głos był znajomy, ale dochodził jakby jednocześnie z oddali i bliska, aż się Sha’anksowi futro najeżyło.

Przed nimi zmaterializowała… Nie, to nie do końca trafne określenie. Pojawiła się Vera. Jej na wpół przeźroczyste ciało otaczała nietypowa niebieska poświata, jakby była…

— Sha’anks przecież mówił, że mroczna magia ma swoją cenę.

Vera westchnęła.

— To prawda, oto moja kara. Zostałam związana mocą z tym miejscem i prawdopodobnie nigdy go już nie opuszczę.

— Vera, tak mi przykro… — Dla Micareth to było nie do pomyślenia. Nie trafić do zaświatów Shora, to byłaby chyba dla niej najgorsza męka. Gdy była dzieckiem, marzyła o biesiadzie w Sovngardzie i chociaż już dawno przestała wierzyć we własną możliwość dostąpienia tego zaszczytu, tak w ogóle nigdzie nie iść po śmierci i błąkać się gdzieś w podziemiach?

— Nie czas na współczucie, muszę was stąd wydostać. Zabierajcie go i podążajcie za mną. Czuję granice mojego więzienia, więc wiem, jak można stąd wyjść.

— Dobra, Sha’anks, twoja kolej. Ja mam broń, Vera prowadzi, to ty go niesiesz — stwierdziła nordka.

Khajiit bez słowa sprzeciwu ukucnął obok leżącego.

— Sha’anks myśli, że pan urzędnik udaje, że śpi — Potwierdzając swoje słowa, dźgnął go zakończonym pazurem palcem w żebro, na co delikwent natychmiast się poderwał.

— No już, już, zabieraj te łapy pchlarzu! — odskoczył od wyliniałego khajiita.

— Ej tylko nie pchlarzu! Tak się składa, że uratowaliśmy ci życie, także trochę szacunku — Micareth od razu wcięła się w rozmowę, broniąc towarzysza. — Albo idziesz grzecznie z nami i szukamy stąd wyjścia, albo wracasz do pijawek. Twój wybór.

Porwany przez chwilę jeszcze siedział wpatrzony w przedziwne trio, na dłużej zawieszając wzrok na duchu. Niewiele wyciągnął z podsłuchiwania ich wcześniejszej rozmowy, ale tego, że elfka nie żyła, nie trudno było się domyślić. Westchnął z rezygnacją i wreszcie wstał o własnych siłach.

— Pójdę z wami, już lepsze to, niż gnicie tam. Imię me Bodil, jestem urzędnikiem Paktu.

Micareth wcięła się jednak w jego wypowiedź:

— Dobra, nic nas to nie obchodzi. Idziesz środkiem, żebym cię widziała. Tylko spróbuj jakiejś sztuczki z przeobrażaniem się w wampira albo inne monstrum i moje ostrze wyląduje na twoim karku.

Bodil posłusznie stanął między Sha’anksem a Micareth.

— Tędy.

Vera zaczęła ich prowadzić z powrotem korytarzem. Gdzieś w połowie musieli przecisnąć się między dwiema rurami, na co faktycznie Micareth z Sha’anksem nigdy by nie wpadli. Khajiit musiał rozbroić kilka pułapek, a Micareth rozprawić z kupą żelastwa, która na nich wyskoczyła, ale już w krótce dotarli do oddzielonej kratą windy, takiej samej, z której korzystali już wcześniej.

— Prowadzi na zewnątrz — Vera rozwiała wszelkie wątpliwości.

Sha’anks doskoczył do zamka, który po kilku chwilach ustąpił ze zgrzytem, tworząc przejście do platformy.

— Dziękujemy ci za wszystko. Gdyby nie ty, już dawno leżelibyśmy gdzieś tam martwi, albo błąkali się po tej jaskini bez końca.

— Sha’anks nie zapomni o swojej przyjaciółce, o nie. Sha’anks upewni się, że na górze też nie zapomną. — Khajiit wypiął dumnie pierś.

Chuderlak również poczuł się zobowiązany do powiedzenia czegoś.
— Pakt usłyszy o pani zasługach.

Vera uśmiechnęła się lekko i podziękowała.

Gdy już weszli do windy i mieli ciągnąć za dźwignię, Micareth zwróciła się do nekromantki ten ostatni raz i rzekła cicho:

— Mam nadzieję, że Shor ci przebaczy i opuścisz kiedyś to miejsce.

Po tych słowach platforma wystrzeliła w górę, ku Skyrim, ku wolności.

01.07.2020 23:49
25
odpowiedz
13BlackJack
1
Junior

Biegli przed siebie nie tracąc ani chwil pędzili niczym sarny uciekające przed gończymi psami. Uciekali tak szybko jak tylko mogli lecz nie opuszczało ich wrażenie że sama śmierć czeka za ich plecami korytarze stawały się coraz ciemniejsze. Jedyne co oświetlało im drogę to dopalająca się już pochodnia wiedzieli że zostało im tylko parę chwil zanim zgaśnie i zapanuje ciemność. W oddali słychać było odgłosy walki lecz i ona z czasem ucichła nie byli pewni czy to przez odległość czy może przez jej zakończenie w głowach cały czas zadawali sobie to pytanie. W końcu nadszedł moment błąkania się w ciemności i choć sha’anks starał się wyostrzyć swoje kocie zmysły to na niewiele się to zdało niczym ślepcy obijali się od ścian korytarzy którymi podążali. Poza ich krokami korytarza nie wypełniały żadne dźwięki cisza wręcz uderzała w ich sumienie czuli się winni szczególnie Micareth która obwiniała się za to że zostawiła porucznika i Vere cały czas słyszała w głowie przecież mogłam mogłam walczyć może gdybym tam została oni biegli by teraz do wyjścia. I choć sha,anks wiedział co dzieje się w głowie Micareth nie umiał wydusić z siebie słowa. Wydawało im się że im dalej idą tym głębiej schodzą. Woda chlupotała pod ich butami a co gorsza mieli wrażenie że z każdym krokiem jest jej coraz więcej. Oboje chcieli usiąść i odpocząć lacz jaki to odpoczynek siedzieć w ciemności na dodatek w wodzie. Poruszali się do przodu z ręką na ścianie parli przed siebie aż w pewnym momencie Micareth która szła pierwsza zobaczyła odbicie światła w wodzie było one bardzo słabe ale jednak to dawał im nadzieje. Niczym w transie wpatrując się w odbicie światła sprawnie poruszali się do przodu. I choć woda nie była już po kostki a po kolana oni brnęli przed sebie aż dotarli do wielkiej sali całej zalanej wodą wielkie masywne filary podtrzymujące sklepienie stały niczym najstarsze drzewa szerokie i pnące się ku sklepieniu. Światło dochodziło z dużej szczeliny osadzonej na suficie.
-sha’anks widzi światło, sha’anks widzi szanse, sha’anks widzi wyjście.
Kocur nie ukrywał radości mało brakło a ze szczęścia upuścił by niesionego urzędnika.
Micareth była znacznie mniej szczęśliwa i choć czuła radość dalej prześladowały ją wizje przeszłości oschle odpowiedziała
- a jak chcemy tam wejść to dobre siedem może nawet osiem metrów.
Sha’anks z znacznie mniejszą euforią spojrzał na towarzyszkę wyraz jego twarzy świadczył o niezadowoleniu jakby nie mogła dać mu jeszcze chwili na nacieszenie się promykami słońca.
Sha’anks mruknął cicho po po poszukajmy czegoś co nam pomoże mo może jest tu coś przydatnego albo coś na pamiątkę.
Po chwili shan’anks położył urzędnika w jedynym suchym miejscu i zaczął rozglądać się po sali.
Zwrócił on szczególną uwagę na wyrwę w suficie.
-e eee ee micareth nie masz może wrażenia, nie chce ci niczego sugerować ale nie nie myślisz chyba że coś mogło tu wpaść prawda.
-skup się na wyjściu a nie na jakiś domysłach.
-eee eee ale no wiesz ta dziura wygląda no wiesz jakby coś tu wp wpadło.
-och może i tak po prostu szukaj.
sha’anks jeszcze bardziej nerwowo rozglądał się szukając rozwiązania.
-sha’anks myśli że nie wie co myśli.
-czy ty możesz skończyć gadać. Praktycznie wykrzyczała rozsierdzona Micareth.
W tym momencie coś w jednym z rogów sali się poruszyło najpierw z wolna się podniosło zrobił krok potem dwa jego sylwetka była coraz lepiej widoczna prawdziwy potwór wykrzyknął sha’anks
Micareth odpowiedziała – to nie potwór to olbrzym. Micareth w poszukiwaniu przeciwników walczyła już z podobnymi lecz ten był inny dużo większy cały obrośnięty bliznami rzucił się do walki co ciekawe nie miał on maczugi . Olbrzym rzucał się niczym zwierze w potrzasku co sprawiało dodatkowe trudności w walce i choć micareth dzielnie raniła go swoim rapierem to wielki Olbrzym nie przejmował się tym zbytnio. Sha’ansk starał się ciąć go najlepiej jak potrafił zwinnie przeskakiwał i prześlizgiwał się między atakami przeciwnika lecz i to niewiele zdziałało. Olbrzym ryczał niemiłosiernie siejąc zamęt w sercu Sha’anksa. Powoli oboje tracili siły a przeciwnik trwający w dzikim szale nie przestawał atakować.
-musimy dostać się wyżej on nawet nie zauważył że tniemy mu po nogach powiedziała micareth. I w tym momencie jedna z rąk olbrzyma uderzyła w nią odtrącając ją na parę metrów.
sha’anks mówił sam do siebie i atakował z całych sił.
Micareth wpadła do wody i po chwili wynurzyła się trzymając w ręce coś na kształt włóczni. Cisnęła ona nią w giganta po czym z wody wyciągała inną broń. Włócznia wbiła się głęboko w ramię olbrzyma. A sha’anks zobaczył w tym okazje ręka olbrzyma uderzyła o ziemie on wskoczył na nią wbiegł po przedramieniu przeciwnika i wyrwał włócznie z jego barku po czym ponownie wbił ją w inne miejsce po chwili walki olbrzym upadł na kolana a jego plecy oparły się na jednym z filarów. W klęczącej pozycji wydał ostatnie tchnienie.
Micareth powiedziała tylko-dobra robota. I zaczęła szukać swojego rapiera w wodzie.
Sha’anks uśmiechnął się. Patrzył on jeszcze przez chwilę na olbrzyma aż ujrzał szanse potwór był prawie pod szczeliną.
-Sha’anks wi wi widzi wyjście i wie jak wyjść powiedział zadowolony.
Micareth spojrzała na niego z pytaniem w oczach.
-on odparł tylko spójrz i wskazał w stronę giganta. Potrzebuje tylko jakieś kotwiczki albo czegoś takiego liny mi wystarczy jeśli stanę na tym gigancie.
Razem rzucili się w poszukiwaniu czegoś co może się nadać po chwili Micareth wyciągnęła z wody mały toporek i pokazała go kompanowi.
-powinno się nadać odparł sha,anks przywiązał linę do toporka wdrapał się na giganta i zarzucił swoją prowizoryczną kotwiczkę. Sha’anks z euforii już ciał się wspinać kiedy zobaczył że na dole jest jeszcze urzędnik.
- Mi mi Micareth mam już pomysł wyjdź pierwsza zabezpiecz linę a ja spróbuje wyjść z tym tutaj.
Micareth przytaknęła i zaczęła się wspinać po chwili wyszła na zewnątrz i krzykneła gotowe.
sha’anks przywiązał do siebie urzędnika i szybko wdrapał się po linie. Byli już wolni poza tym przeklętym miejscem zwanym Blackreach.

01.07.2020 23:50
26
odpowiedz
Inferno9
6
Legionista

Szli w kompletnej ciszy, ciągnąc za sobą nieprzytomnego urzędnika. Szurał on nogami po nierównych kamieniach i nie wykazywał żadnej skłonności do tego, aby cokolwiek miało się pod tym kątem zmienić. Micareth nerwowo poprawiła zsuwającą się rękę mężczyzny z jej karku, rozglądając się uważnie. Najwyraźniej zabłądzili.

-Masz wszystkie dowody?- Spytała po chwili, nie mogąc znieść nieprzyjemnej ciszy ciążącej nad nimi.

-Sha'anks ma wszystko.- Odparł, nawet nie zerkając w jej stronę. W jego głosie zabrzmiała ledwo wyczuwalna nuta ostrzegawczego warknięcia.

Zachowywali się inaczej względem siebie. Nie, żeby od początku jakoś bardzo za sobą przepadali, aczkolwiek mogli darzyć siebie czymś na kształt zaufania. Porucznik sprawiał, że złodziej, wojowniczka i nekromantka czuli się częścią oddziału. Gdy zabrakło dowódcy na ich czele, podobnie zresztą jak tej elfki, ci utracili to uczucie, które spajało ich ze sobą.

Wyczuwali zagrożenie, nawet we własnym towarzystwie. Groźba listami gończymi wydawała się mniej przerażająca, gdy armia krwiożerczych wampirów szykowała się na krwawe polowanie. Zajęci szykowaniem się na potężną bitwę strażnicy, nie zwracaliby uwagi jedną niepozorną głowę, naszkicowaną na papierze. Przybity do drewnianej ściany wartowni kawałek kartki nie wzbudziłby większego zainteresowania. Przynajmniej tak myśleli.

-Gdzie ja... Gdzie ja jestem?- Usłyszeli słaby głos, dochodzący z osłabionego ciała.

Przystanęli, patrząc na opuszczoną głowę ciągniętego mężczyzny. Nieśpiesznie poruszył barkami, jakby próbował odnaleźć się w nowej sytuacji. Dopiero gdy podniósł wzrok, mogli dostrzec jego przerażone spojrzenie. Wyglądał jak spłoszony jeleń, który pomimo licznych obrażeń próbował wyrwać się z sideł myśliwego.

-Nie róbcie mi krzywdy, błagam...- Zaskomlał cicho, kuląc się we własnych ramionach.

Kocur i wojowniczka spojrzeli po sobie zaskoczeni.

-Nic złego ci nie zrobimy.- Zapewniła kobieta, starając się na najmilszy ton, jaki zdołała z siebie wydusić. -Jesteśmy z tobą. Przyszliśmy cię uratować.

-Zaraz, zaraz... Jesteście od porucznika Angry?- Spytał ostrożnie, zadzierając głowę do góry. Najwyraźniej przypomniał sobie o nieużywanych kończynach, ponieważ szybko stanął na prostych nogach, starając się nie stracić równowagi.

-Sha'anks zdziwiony... Skąd pan urzędnik wie o dowódcy Sha'anksa?- Podchwytliwość w głosie kocura była wyczuwalna nawet dla niedawno nieprzytomnego. Z kolei Micareth nie spodobał się fakt, iż nazwał Grimesa jedynie swoim przywódcą, pomijając ją.

-Ja... Ja znam ten korytarz.- Odezwał się mężczyzna, kompletnie ignorując pytanie Khajiita. -Wiem, którędy do wyjścia.

Wojowniczka zmarszczyła wyraźnie brwi. Nie spodobało jej się podekscytowanie w głosie biurokrata. Jeszcze niedawno zwijał się ze strachu, błagając o litość i wylewając łzy na kamienną posadzkę. Natomiast gdy rozpoznał, z kim miał do czynienia, nagle postanowił współpracować. Mało tego. Znał drogę, podczas gdy oni od dłuższego czasu gubili się w coraz bardziej zawiłych korytarzach kryjówki. Było to co najmniej podejrzane, a kątem oka widząc przytakującego Khajiita, jeszcze bardziej się zaniepokoiła. Była niemalże pewna, że złodziej powinien wyczuć podstęp, szczególnie że sam pewnie niejednokrotnie znalazł się w podobnej sytuacji. Dlaczego w takim razie postanowił pozwolić urzędnikowi prowadzić?

-Sha'anks radzi się pośpieszyć.- Odezwał się, przerywając tym samym rozmyślania kobiety.

-Dlaczego powinniśmy ci zaufać?- Prychnęła, krzyżując ręce na piersiach. Pomimo faktu, że została znacząco w tyle, nie ruszyła się o krok, uważnie lustrując urzędnika spojrzeniem.

-Błagam, nie mamy wyboru!- Odparł zestresowany, zaciskając mocno pięści. -Musimy ruszać. Oni mogą w każdej chwili zorientować się, w którą stronę poszliście. Dopadną wtedy zarówno was, jak i mnie. A zapewniam, że to, co zrobią z wami po złapaniu, nie będzie ani miłe, ani tym bardziej przyjemne!

Micareth, chcąc nie chcąc, musiała w końcu dołączyć do mężczyzn, starając się zignorować niecodzienne zachowanie eskortowanego. W końcu nie wiedziała, czy Khajiit miał takie same odczucia co ona. Zawsze mogło jej się coś przewidzieć. Dzisiejszy dzień okazał się dla niej naprawdę ciężki, dlatego nie zdziwiłaby się, gdyby próbowała na siłę odnaleźć dziurę w całym.

Ruszyli ciemnymi korytarzami, oświetlonymi przez nieliczne pochodnie. Biurokrata wydawał się naprawdę znać podłoże, po którym stąpał. Na pytanie, skąd u niego taka pewność, którą okazywał dość pewnym siebie krokiem, odpowiadał, że jako urzędnik musiał wyrobić sobie bardzo dobrą pamięć. Wystarczyło, żeby raz przeciągnęli go przez te korytarze, aby doskonale zapamiętał drogę powrotną.

W końcu znaleźli się w miejscu, w którym zmierzyli się z Miltenem. Glif strażniczy wciąż był na swoim miejscu, chwilowo przypominając o nekromantce. Khajiit udał, że kichnął, chcąc pozbyć się ostatnich strzępków wspomnień, związanych z elfką. Nie przepadał za nią, wiele razy podkreślał, że czuć było od niej śmierć. Było to swego rodzaju ostrzeżenie. Zapach śmierci nie zawsze oznaczał nekromancję. Czasami przestrzegał przed rychłą śmiercią. A ona najwyraźniej pomimo swojej rozległej wiedzy nie zdołała pojąć w porę znaczenia tych słów.

-Udało nam się... Nie skończyliśmy, jak ten wasz porucznik...- Odezwał się urzędnik, ruszając w stronę wyjścia.

Światło słońca zdawało się odnawiać ich ostatnie pokłady nadziei. Już niemal czuli ciepłe promienie na swoich ciałach, gdy dotarło do nich znaczenie słów mężczyzny. Zatrzymali się wpół kroku, chwytając za rękojeści swoich broni.

-Skąd wiesz, co się stało z Porucznikiem Grimesem?- Spytała ostrożnie Micareth, czując obok siebie obecność kocura.

Odpowiedzi nie otrzymali. Podobnie jak wtedy, gdy zadawali jakiekolwiek pytanie rzekomemu urzędnikowi. Gdy ten stanął w bezpiecznej odległości od światła dziennego, usłyszeli szelesty. Chwilę później przed wyjściem zmaterializowały się kolejni przeciwnicy. Wampiry wyraźnie ostrzyły sobie kły na ich osoby, nie mogąc się doczekać sygnału do ataku. Najgorsze w tym wszystkim było to, że poza przewagą liczebną, przewyższali ich siłami. Kocur i kobieta znajdowali się na skraju wytrzymałości i spodziewali się, że nie wyszliby z tej walki żywi.

-Uważaj!- Krzyknął Khajiit, popychając kobietę gdzieś w bok.

Ta, tracąc równowagę, poleciała w stronę dziwnego rozgałęzienia, wyżłobionego w kamiennej ścianie, tuż przy podłodze. Cudem się w niej zmieściła, nie wspominając o tym, że zaraz za nią wleciał Sha'ank, wpadając wprost na nią. Przez przypadek kopnął odstający kamień, sprawiając, że przejście za nimi się zawaliło, osłaniając ich przed atakiem kanibali. Potężny ryk przeciął ciszę po drugiej stronie, a chaotyczne próby dostania się do dwóch żywych istot sprawiał, że przejście zaczęło niebezpiecznie się zapadać.

-Uważaj, jak chodzisz!- Warknęła w jego stronę, próbując zwalić go z siebie. Wbrew jej nadziejom, przejście okazało się zbyt wąskie.

-Sha'anks czuje świeże powietrze...- Zadziwił się, węsząc przed siebie. Jakby w transie przeszedł przez kobietę, ignorując jej głośne sprzeciwy i przekleństwa.

-Nic nie widzę...- Zamarudziła, dźwigając się do siadu. Czuła, że kocur ją zadrapał ostrymi pazurami.

Khajiit, używając Nocnego Wzroku, rozglądnął się dookoła. Wiedział, że wojowniczka nie była w stanie widzieć tego, co on i dlatego musiała podążać na ślepo poprzez ciemny korytarz.

-Daj rękę, Sha'anks pomoże ci stąd wyjść.- Odezwał się, wyciągając dłoń w jej kierunku. W jego głosie nie było poprzedniej niechęci czy warknięcia. Zachował się tak, jakby znowu stali się zespołem.

-Skąd mam wiedzieć, że nie posłużę ci jako żywa tarcza?- Prychnęła. Naprawdę nie była w humorze.

-Gdyby tak było, Sha'anks nie proponowałby pomocy. Choć, jeśli wolisz umrzeć w ciemnościach, to Sha'anks nie zamierza do niczego przymuszać.- Wzruszył ramionami, odwracając się tyłem do niej. Ruszył przed siebie, a po pokonaniu niewielkiego dystansu na czworaka, poczuł na swoim ogonie mocny ucisk.

-Poczekaj... Na mnie...- Szepnęła w ciemnościach, nie puszczając jego kity. Miała nadzieję, że chociaż w ten sposób go nie zgubi.

W ten sposób, przedzierając się przez wąski i niski tunel, po jakimś czasie dotarli do jego końca. Przejście zagrodził im spory kamień, który wspólnymi siłami odsunęli, odsłaniając zasłaniający im do tej pory widok.

Świeże powietrze uderzyło w ich zakurzone nosy, a jaskrawe światło słońca zraniło oczy, wyciskając z nich parę łez. Jakoś udało im się przeżyć. Uśmiechnęli się pod nosami, uświadamiając sobie, że może mogli sobie jeszcze ufać, pomimo braku ich dowódcy.

01.07.2020 23:51
27
odpowiedz
Szczypior1997
0
Junior

Biegli, mimo bólu mięśni , serca i ducha z powodu straty porucznika, a właściwie towarzysza, może nawet przyjaciela. Mijali korytarze jeden za drugim, Sha’anks prowadził, miał doskonały węch i wyczuł drogę.
-Eeee tępe łotry, postawcie mnie na ziemi, nie mam pieniędzy-krzyknął urzędnik, po czym spadł na ziemie, gdyż khajiit z szoku nie pomyślał by zareagować inaczej, niż zrzucić człowieka, który szamotał się na jego grzbiecie.
-Postawić nie rzucić, kanalie.- skwitował chłopak, masując obolały bark
Micareth dobyła broni i przystawiła młodzikowi do gardła.
-Tak się nie mówi do kogoś kto uratował ci życie. Obraź nas jeszcze raz, a dopilnuje by wampiry dopadły cię ponownie.-
-Sha’anks wyjaśni- kocur stanął między wojowniczką a Bodilem- Otóż Sha’anks, Micareth, Vera i porucznik Grimes Angra wyruszyli tu wykonać misje , znaleźli urzędnika i zabrali co by nie zmienił się w wampira. Chłopak z nami bezpieczny.- wytłumaczył kocur, dziwnie marszcząc pysk jakby próbował się uśmiechnąć .
-Znam osobiście porucznika i nie wierze by wyruszył z bandytami. Poza tym skoro był z wami to gdzie jest teraz?-mówiąc to urzędnik wstał i otrzepał się z ziemi.
- Został z tyłu.- smutno odpowiedziała Micareth.- To nie jest teraz ważne, idziemy w stronę wyjścia powinieneś iść z nami jeśli ci życie miłe.
Bodil kilkakrotnie przesunął wzrok po towarzyszach i coś w ich twarzach sprawiło, że im uwierzył. Skinął głową i ruszyli przed siebie.
Po dosłownie kilku minutach marszu ukazało im się rozwidlenie, które pamiętali z początku wędrówki.
-Sha’anks wie którędy, Sha’anks w jednym przejściu wciąż czuje zapach Very i porucznika.-
Reszta drużyny nie protestowała, nie posiadali węchu khajiita i tak naprawdę mogli tylko strzelać który tunel doprowadzi ich do wyjścia. Byli blisko, czuli już zapach świeżego powietrza, a nie stęchłego jak w tych wszystkich jaskiniach. I wtedy to zobaczyli. Był wielki i potężny , na oko miał jakieś siedem stóp wzrostu. Przed nimi stała machina. Na całej powierzchni odbijała światło ich pochodni niczym lustro. Nie poruszył się w ich kierunku, tylko stał i patrzył przed siebie.
-Musieli wiedzieć że, będziemy chcieli tędy wyjść, pewnie postawili go tu chwile temu. To o tym mówiła Adelaisa czy jak jej tam, że czekają nas gorsze rzeczy niż ona.
-To dwemerski centurion, nigdy takiego nie widziałem, ale czytałem o nich. Podobno są nie do pokonania. – wyjaśnił chłopak.
- Nic nie jest nie do pokonania!- krzyknęła Micareth i rzuciła się na automatona.
-STÓJ! One reagują na ru……ch- rzucił za nią Bodlin, ale było za późno. Nim dziewczyna pchnęła, machina już zablokowała jej atak.
Micareth nie poddawała się, cięła z każdej strony, była szybsza i to była jej szansa. Ale każde uderzenie, nawet bardzo mocne zostawiało ledwie ryskę na zbroi centuriona. Jej frustracja i zaskoczenie wytrąciło ją z równowagi i nie zdążyła uskoczyć całkowicie przed cięciem giganta. Ostrze przejechało po jej nodze, zostawiając głęboką ranę pod kolanem. Przed następnym uderzeniem osłonił ją khajjit.
-Miałeś racje, nie dam rady go pokonać, ale damy rade uciec- zawołała Micareth cofając się i kuśtykając na jednej nodze.
Sha’anks odbił się od przeciwnika, lekko wytrącając go z równowagi i popędził za drużyną.
-Pobiegniemy drugim korytarzem przy rozwidleniu. – zarządziła
Machina ruszyła za nimi, była odrobine wolniejsza od nich, dzięki czemu udało im się zwiększyć dystans dzielący ich od centuriona. Skręcili na rozwidleniu i pędzili dalej. Micareth i Bodlin nadawali tempo, a khajiit zabezpieczał tyły.
Nagle dwójka z przodu zatrzymała się w sekundzie, a Sha’anks prawie na nich wpadł. Kocur nie wiedział dlaczego, póki sam nie zobaczył wielkiej przepaści tuż przed ich stopami.
-Co teraz?!-wykrzyknął przerażony urzędnik.
Z korytarza słyszeli zbliżające się kroki centuriona. Nie mieli wiele czasu.
-Na dole jest woda. Sha’anks słyszy wodę.-
-Wiec skaczemy, innego wyjścia nie widzę- odpowiedziała władczym tonem wojowniczka.
-Sha’anks nie skacze, nie ma mowy.-w tym momencie kocur uskoczył przed bełtem wystrzelonym z jednej z kończyn automatona.- Sha’anks zmienił zdanie, Sha’anks skoczy.-
Urzędnik skoczył bez trudu, ale Micareth wolała przytrzymać kota niż ryzykować że jednak się rozmyśli. Spadali tylko moment, potem uderzyli w tafle wody. Wpadli do rzeki, która porwała ich nie wiadomo gdzie. Każde z nich próbowało utrzymać się na powierzchni lecz bezskutecznie. Tonęli.
***
Micareth ocknęła się pierwsza, leżała do pasa w wodzie, w głębi jakiegoś lasu. Szybko przypomniała sobie co się wydarzyło. Bolała ją każda część ciała, nie wspominając o rozciętej nodze i wielkim guzie na głowie. Kilka metrów obok leżał Bodil, wojowniczka podeszła z trudem do chłopaka i potrząsnęła nim kilkakrotnie, aż się obudził, wypluwając masę wody. Przyszła kolej na khajiita, ale go nigdzie nie było widać.
-Sha’anks!- zawołała kilkakrotnie. Już traciła nadzieję że, odnajdzie przyjaciela, gdy nagle za grubego pnia odezwał się głos
-Sha’anskowi nic nie jest, ale Sha’anks nie może ci się pokazać. Sha’anks wygląda okropnie, honor khajiita nie pozwala.-
-Wyłaz i nie marudź, nie może być tak źle.- rozkazała dziewczyna.
-Ale Micareth musi obiecać że nie będzie się śmiać!-
-Dobrze obiecuje, a teraz chodź.- i mimo że obiecała nie potrafiła powstrzymać chichotu. Sha’anks był cały przemoczony, jego futro ulizane całkowicie zmieniło posturę khajiita i sprawiło że wyglądał przekomicznie.
-Chociaż i tak Sha’anks woli być mokry, niż bić się z wampirami.- odrzekł kocur i cała trójka wybuchneła śmiechem. W końcu byli bezpieczni.

01.07.2020 23:52
28
odpowiedz
Arienne Mooncake
1
Junior

Skoro i tak tu zginę, to przynajmniej nie na marne, pomyślał Grimes, kiedy ostrze jego topora rozcięło ramię kobiety. Syknęła wściekle, choć była pod wrażeniem tego ciosu. Krew, która zaczęła spływać z jej rany… krew jeszcze nigdy nie miała takiego zapachu, który jednocześnie mamił umysł i zaczynał bezlitośnie wykręcać wnętrzności. Wzbudzał nieznaną dotąd żądzę i pragnienie, którego nie da nie zagłuszyć.
Taka strata, byłby idealny… Szkoda, że wybrał złą stronę, westchnęła w myślach jego przeciwniczka. Wiedziała co teraz czuł, jak zmieniają i wyostrzają się jego zmysły. Nowonarodzony dla ciemności, której starał się sprzeciwić. Nie było jednak dla niego żadnej drogi odwrotu. Adelaise przeszła swoją przemianę już dawno, doskonale kontrolowała swoje ruchy. Każdy kolejny cios wyprowadzany przed norda trafiał w pustą przestrzeń.
Nagle Grimes stracił wampirzycę z oczu, po kolejnym uniku jakby rozpłynęła się w powietrzu. Nim zdążył ją wyczuć czy zauważyć poczuł jak między jego żebra wchodzi ostrze. Pchnięcie było bardzo precyzyjne i bolesne, ale jednocześnie pozwoliło mu na określenie położenia kobiety. Zamachnął się w odwecie toporem, lecz była szybsza on niego. Niczym podmuch wiatru znalazła się naprzeciw niego, tym razem rozcinając mu nogę w kolanie. Grimes padł na ziemię, trzymając się jedną ręką za broczący krwią bok i dysząc ciężko.

***
Khajit zastrzygł uszami i odwrócił głowę w tamtym kierunku. Oderwał bezszelestnie łapę od podłoża zwracając się w stronę walczących, ale Micareth złapała go mocno za ramię i szepnęła:
- Nie! Nie rób tego! – zacisnęła palce.
- Sha’anks nie zostawi tak porucznika. To on wyciągnął nas z celi i dał szansę, kiedy inni widzieli w nas jedynie szumowiny. Sha’anks musi coś zrobić! – wyszarpnął się z jej uścisku.
- Ty kretynie! Nie po to Grimes się poświęca, żebyśmy my teraz zginęli razem z nim. Co byłoby najważniejsze dla niego? Żebyśmy zanieśli te cholerne dowody na górę! Chodź!
Wahał się jeszcze przez chwilę, ale wiedział, że Micareth ma rację. Poprawił ułożenie chudego chłopaka na swoim ramieniu i szybkim krokiem zaczął podążać ścieżką, która prowadziła w górę.

***
Angra podniósł głowę powoli i z trudem. Kątem oka zauważył znikających towarzyszy, ale nie skierował w ich stronę wzroku, żeby nie zdradzić ich obecności wampirzycy. W głębi ducha ucieszył się, że nie zignorowali jest rozkazu. Chociaż ten jeden pomysł mógł okazać się dobry.
Adelaise podeszła do niego, pewna tego, że nie stanowi już dla niej żadnego zagrożenia.
- Mogłeś tyle osiągnąć, mogliśmy razem kroczyć ku chwale i wywalczyć sobie miejsce w tym świecie. Bo teraz… kiedy stajesz się jednym z nas, nie znajdziesz już aprobaty wśród dawnych pobratymców. – powiedziała patrząc na niego, a w jej głosie pobrzmiewały nuty zawodu.
- Wolę tu zdechnąć niż Wam pomóc! – wycharczał. Czekał na odpowiedni moment.
Kobieta zbliżyła się do niego. Nawet jeśli nie chciał współpracować, to nadal był świetnym materiałem do budowania nowego świata. Trzeba było jedynie przerobić go w odpowiedni sposób. Ostatnimi siłami Angra zerwał się, opierając ciężar ciała na zdrowej nodze i wykonując zamach toporem, który tym razem odciął wampirzycy lewą dłoń. Wrzasnęła jak oparzona, druga dłonią, przydusiła go do ziemi i trzymała tak długo aż stracił przytomność. Skupiona na własnym bólu i poruczniku nie zauważyła, że Grimes nie był tu sam.

***
Tymczasem Micareth i Sha'anks szybkim krokiem podążali korytarzem, który był dziwnie pusty. Żadnych falmerów, wampirów, grzybów. Wydawało im się to podejrzane. Przecież roiło się tu od różnego rodzaju paskudztwa, napotkali cała, rozwijającą się cywilizację, a tu zupełnie bezpieczna ścieżka, w kompletnym oderwaniu od tego na co natknęli się wcześniej. Nagle khajit poczuł ruch na swoim ramieniu i usłyszał głośniejszy oddech.
- Co… co się dzieje? Gdzie ja jestem? – zapytał półprzytomnie niesiony przez niego urzędnik.
- Próbujemy Cię uratować i nie zostać wykryci, stul pysk z łaski swojej. – warknęła Micareth.
- Sha'anks myśli, że Micareth jest zbyt ostra. Człowiek ma prawo wiedzieć co się dzieje dookoła niego.
- No i do cholery wie! Całą historię możesz mu opowiedzieć, kiedy znajdziemy wyjście.
- Kim… kim wy jesteście? – wyszeptał chłopak.
- Twoją jedyną nadzieją. – odparła krótko.
Szli tak jeszcze jakiś czas, aż natknęli się na rozwidlenie. Każda ścieżka prowadziła w górę, ale czy któraś prowadziła do wyjścia… tego nie wiedzieli.
- Dobra. Daj mi go teraz, a potem sprawdź, którą drogę powinniśmy wybrać, żeby wyjść z tego gówna. – mówiąc to, kobieca chwyciła niesionego przez Sha'anksa nieszczęśnika i przerzuciła go sobie przez ramię. Była drobna, ale nie brakowało jej siły.
Khajit podszedł i zaciągnął się powietrzem z każdego rozwidlenia. Następnie zdecydowanym krokiem ruszył jednym z nich. Dotarł do ciężkich, dwemerskich drzwi. Dookoła nie było widać żadnej dźwigni czy mechanizmu otwierającego. Przyłożył nos do wąskiej szpary między nimi, a skałą. Tak! To było to! W nozdrza uderzył mu zapach świeżego deszczu i zimnego wiatru. Za tymi drzwiami jest ich wolność, to tędy muszą przejść. Wrócił po Micareth i urzędnika. Teraz Sha'anks i kobieta patrzyli się na zablokowane metalowymi wrotami wyjście.
- I co? To jedyna droga jaką znalazłeś? – przewróciła oczami.
- Sha'anks wie co robi! Nie ma drzwi których Sha'anks by nie otworzył! – powiedział z przekonaniem.
Nagle usłyszeli ciche pomruki, dobiegające z ust chłopaka. Otworzył oczy i zaczął wodzić wzrokiem po otoczeniu.
- Jestem głodny. Tak bardzo głodny… - wyszeptał.
Khajit spojrzał na niego i instynktownie zjeżył futro. Wyczuwał od niego śmierć, tak samo jak wcześniej od Very. Młody nord otworzył oczy, które lśniły bladą czerwienią.
- Ożesz... Co jest? – Mica spojrzała na niego. – Czy on… on jest wampirem? Przemienił się?
- Sha'anks tak myśli. Co Micareth chciałaby zrobić?
- Nie mam pojęcia. Zabiliśmy każdą taką kreaturę, która nas zaatakowała w drodze tutaj. Jak zabierzemy go na powierzchnię, to może zacząć atakować ludzi.
- Sha'anks uważa, że porucznik by tego nie chciał. Kazał nam dostarczyć wszystkie dowody. Jego też.
- Proszę, nie zabijajcie mnie…
- A niby co mamy zrobić? Jesteś wampirem. Jeśli my nie zabijemy Ciebie, to Ty w końcu rzucić się komuś do gardła. Jak każdy krwiopijca. – Mica splunęła na ziemię z pogardą.
- Sha'anks uważa, że powinniśmy go zabrać ze sobą. Jest dowodem. Jego ludzie zdecydują co z nim zrobić.
- Ty tak na poważnie?! A skąd wiesz, że nie zabije nas po drodze?! – zapytała wściekle.
- Ja tego nie chcę… Jeśli porucznik wydał rozkaz to należy go wysłuchać. Mogą zabić mnie potem. Ale powinni wiedzieć co czai się w Blackreach. – stwierdził całkiem przytomnie chłopak. – Mogą mnie zamknąć w celi, dobić, cokolwiek. Ale muszą mieć świadomość z czym przyjdzie im się mierzyć.
- Cholera, masz racje. – przyznała niechętnie Micareth. Sha’anks prychnął. – Musimy poszukać mechanizmu otwierającego te drzwi i wiać stąd jak najszybciej,
Khajit zaczął dokładnie badać ściany dookoła drzwi, następnie podłogę. Wyczuł delikatny powiew powietrza dochodzący spod jego łap, więc przyjrzał dokładnie podłożu. Szczelina, ledwo zauważalna… Chwycił kamienną płytę, wyjął ją i odłożył obok. Zagadka. Sześć symboli, których nie był w stanie rozpoznać, do ułożenia w odpowiedniej kolejności. Mnogość kombinacji. Micareth zaczęła się im przyglądać. Cholera, czemu elfka musiała się poświęcić, ona rozwiązałaby to bez problemu, pomyślała ponuro. Sha’anks zaczął powoli i delikatnie przesuwać pierwszą płytkę ze znakami. Lekki trzask. Chwycił kolejną i ponownie poruszył nią. Żadnego dźwięku. Głucha cisza.
- To zajmie wieczność… - stwierdziła.
- Sha’anks otworzy każde drzwi! – odpowiedział oburzony brakiem wiary w jego możliwości. Faktycznie, zajęło to sporo czasu, ale bazując na swoim słuchu i cichych kliknięciach w końcu doszedł do właściwej kombinacji. Drzwi otworzyły się z łoskotem. Po raz pierwszy od momentu wyjścia z więzienia, wolność wydawała się być realna.

01.07.2020 23:52
YaReX2
29
odpowiedz
YaReX2
10
Legionista

Adelaisa nawet nie raczyła spojrzeć za towarzyszami porucznika, gdyż było to dla niej kompletne obojętne. Po skończonej walce, dzięki wampirycznym zdolnościom do widzenia w ciemności, bez trudu ruszy za nimi i z łatwością odszuka ich w zakamarkach tuneli. Nikt nie zna sieci tego labiryntu lepiej niż ona sama – oczywiście, w przeszłości dochodziło do prób ucieczek więźniów, lecz wszystkie było one szybko tłumione. Tłumione w bardzo krwawy i brutalny sposób.
– Żeby mnie pokonać, potrzebujesz znacznie więcej niż kamyka na cienkim patyku, poruczniku – rzekła, z uśmiechem na ustach, na początek pojedynku wampirzyca.
Angara wiedział, do czego zmierza jego przeciwniczka, więc również odpowiedział w jej tonie:
– Ostatni, który tak mówił o moim wiernym toporku, wącha teraz kwiatki od spodu. Razem z resztą swoich zawszonych łachudr.
– Oho... Zatem zaliczam się do tych "łachudr"? – wampirzyca podchwyciła wątek, zaczynając szczerzyć swoje długie kły, jak na długą kolację.
– Wiedz jedno, paskudo, że tanio skóry nie sprzedam... – odparł w końcu stanowczo Grimes, szykując się na trudną potyczkę w swoim długim, lecz niewesołym życiu.
– Kto tu mówi o skórze, poruczniku... – zbliżyła się niebezpiecznie blisko, ale wciąż za daleko, by dosięgnął ją szybki cios toporem. – Ja gustuję w krwi...
Zamiast rzucić się do walki, wampirzyca, wyrzuciła z dłoni jakiś dziwny szarobury proszek, który trafił prosto w Grimes. Nie spodziewał się tego, bo odruchowo, tam, gdzie w jego mniemaniu miała stać, zrobił dwa zamachy. Ostrze topora zamiast ugodzić w ciało, bez oporu przeszło przez powietrze, że na moment osłonił się na atak wroga. Wampirzyca skorzystała błyskawicznie z okazji i rzuciła się na swoją ofiarę. Swoimi długimi pazurami zrobiła głębokie cięcia. W miejsce, gdzie w żaden sposób nie można byłoby się ochronić.
Z początku Angara poczuł jakby lekkie ukłucie, myśląc, że jedynie go drasnęła. Lecz momentalnie zmienił zdanie, gdy wamiprzyca pokazała mu swoje zakrwawione pazury, i z uśmiechem na ustach oznajmiła:
– Oj, zdaje mi się, że ktoś tu przegrywa...
– Zamknij się! – odwarknął i kontratakował.
Jednak wróg był zdecydowanie szybszy, unikając o kilka sekund przed ostrzem topora. Na dodatek znów otrzymał obrażenia, gdy odsłonił swoje boki pomiędzy jedynym zamachem a drugim.
– To musiało boleć... Prawda? – przyznała, po czym oblizało jeden cieknący krwią pazur, smakując ją, niczym wytrawna koneserka win. – Wyborny rocznik. Dorodny okaz.
– Posmakuje zatem tego! – Angara rzucił się na wampirzycę, zmieniając wcześniej swoją strategię. W jego odczuciu, drugiej takiej szansy nie będzie miał, bo już zaczynał tracić czucie w palcach od tych "zadrapań".
Tak, jak przypuszczał, wróg spróbował zablokować spadający na niego topór. Zaczęli się ze sobą siłować. Ostatnim wysiłkiem obrócił ostrzem do góry, przez co trzonek oręża zbliżył się do piersi wampirzycy. Ta nie przeczuwała, że śmiertelnik okaże się takim sprytnym rywalem i wykorzysta wszystkie sposobności swojej broni. Zdecydowanie nie tak to sobie wyobrażała. Grimes włożył cały swoją siłę, jaka w nim się jeszcze tliła, by zanurzyć trzonek w serce ożywieńca. Wiedział, że tego już nie przeżyje. Ani on, ani wampirzyca. Jeszcze kilka cali, i będzie po niej. Suka tego nie przeżyje... – pocieszał się w myślach.

* * *

Tymczasem khajiit i wojowniczka z nieprzytomnym wciąż urzędnikiem Bodilem posuwali się przed siebie. Micareth nie wiedziała dokładnie ile przeszyli, nim stracili porucznika z oczu, jednak czuła w swych obolałych kościach, że niedość, by mogli na chwilę zatrzymać się i złapać drugi oddech. Nadal byli w tunelach tego przeklętego miejsca, a do wyjścia z pewnością jest jeszcze więcej, niż mogli sobie to wyobrazić.
– Micareth jest zła? Micareth dlaczego milczy? – nieoczekiwanie odezwał się Sha'anks, że z wrażenia wojowniczka niemal nie wypuściła z rąk urzędnika.
– Kurde, no! Prawie się przez ciebie potknęłam, tępaku! – Micareth zbeształa towarzysza, zapominając, że głośne rozmowy mogą ściągnąć na nich jeszcze większe kłopoty niż zgraja tych wampirów. – Jak mam nie być zła? Te eksperymenty... Vera... Porucznik... To wszystko zbyt wiele, jak na ludzką kobietę, ot co!
– Sha'anks przeprasza. Sha'anks też nie wie, co z porucznikiem. Martwi się – wyznał koci towarzysz, strosząc swoją sierść.
– W porządku, nie masz za co przepraszać – spokojnym już głosem powiedziała Micareth, przy okazji poprawiając nieruszające się ciało Bodila, aby nie uwierał tak mocno na plecy. Bo ze wszystkich prac, dźwiganie i taszczenie ze sobą ciał (nawet tych żywych) nie było jej ulubionym zajęciem. – Idźmy. I proponuję mówić ciszej. Nie jesteśmy tu sami. Nie zapominaj o tym.
– Tak, jest! Sha'anks będzie cichszy, niczym Strażnik Świętej Khajiitańskiej Lao-Spar'Koli.
Lao-Co-Takiego? – zapytała samą siebie, lecz wolała nie mówić tego na głos. Rasa khajiitańska i tak już była pokręcona a nie wiadomo, czy wyjdą z tego w jednym kawałku.
W końcu niepokojeni przez wampirze pomioty pokonali jeden z dłuższych korytarzy, oświetlany przez słabą poświatę jaskiniowych grzybów. Micareth czuła, że do wyjścia niewiele im zostało. Jednak jej radość szybko zgasła, niczym palący knot świecy na wietrze, kiedy nieoczekiwanie przed nimi ukazały się dwa przejścia. Nie pamiętała tego, gdy tu wchodzili. Możliwe, że w ferworze walk i chaosu nie przyjrzeli się zbytnio drodze, którą przemierzali przez Blackreach. A na ziemi nie widać było, aby ktokolwiek zostawił jakikolwiek ślad. Pieprzony wampiry, wszystko nam skomplikowały...
– Który tunel, Micareth? – khajiit nie tego się spodziewał się zobaczyć.
– Nie wiem. Przyszliśmy lewym, czy prawym? Pamiętasz może?
– Sha'anks nie pamięta. Przykro mi... – wyznał ze smutkiem.
– A co ci podpowiada intuicja? Wasza rasa słynie ze swoich wyczulonych zmysłów, nieprawdaż? – spytała wojowniczka, przypominając sobie, co kiedyś usłyszała od miejscowych, którzy wielokrotnie spotykali się z podróżnikami, gdy ci opowiadali o wyczynach kilku khajiitów.
Sha'anks nastroszył uszy, nerwowo rozejrzał się i w końcu odparł:
– Lewy. Zdecydowanie, ten lewy.
– Na pewno lewy? Skąd takie przeczucie? – zdziwiło Micareth, bo wybór tunelu trwał u khajiita zbyt szybko.
– To nie przeczucie, ale zapach. Ten inaczej cuchnie.
– Cuchnie? Znaczy się, że śmierdzi? Nic nie czuję – wojowniczka nie wiedziała już, co o tym sama ma myśleć. Smród to smród. Każdy potrafiłby go wyczuć. Nawet człowiek.
– Bo to specyficzny zapach – wyjaśnił, wskazując łapą swoje kocie wąsy.
– Aha, może i tak. Pośpieszmy się zatem, bo nie mam zamiaru później szorować się mydłem cały dzień.
Po czym oboje weszli, niosąc Bodila, do lewego tunelu, który był identyczny jak prawy.

* * *

Przeszli tak kilkadziesiąt metrów, gdy nieoczekiwanie pod ich stopami coś zaczęło trzeszczeć, jakby nastąpili na porozrzucane potłuczone czyjeś naczynia. Ale kto miałby mieć naczynie w takich zatęchłych tunelach? Co więcej, Sha'anks przyznał, że ten zapach, który jedynie on wyczuwał, nabrał na sile. Zszokowało to Micareth, bo nie tak wyglądała droga do Blackreach. Wojowniczka przeczuwała najgorsze. Czyżby khajiit się pomylił? Weszliśmy do złego tunelu? – przemknęło jej przez myśl.
Jej wątpliwości zostały błyskawicznie rozwiane, gdy oboje usłyszeli gdzieś niedaleko ich donośny i złowrogi głos:
– Och, cudnie! Smakowita kolacja przyszła do mnie! Mmm... starczy na cały tydzień!
Micareth dobyła ostrza, puszczając Bodila tak, że khajiitowi nie mógł samodzielnie go potrzymać i obaj upadli na ziemię. Urzędnik z Greymooru w przeciwieństwie do Sha'anksa nie odezwał się ani słowem, zatem wciąż był nieprzytomny.
– Ja ci dam kolację... Zaraz zrobię tobie tym ostrym końcem taką lewatywę, że ten, kto cię będzie zszywał będzie cały miesiąc się śmiał.
Nieznajomy w tunelu przyjął to z rozbawieniem. Usłyszeli jego donośny śmiech.
– Proszę, proszę... W przeciwieństwie do tych krwiopijców, jesteście nawet wygadani. Tak o wiele lepiej. Nie żebym narzekał, ale wolę, gdy kolacja jest świeża i potrafi mnie zająć swoim głosem, kiedy będę się nią pożywiał. Słyszałem już was wcześniej, jak połamaliście gnaty mojej poprzedniej kolacji. Bez obaw, wasze żałosne kosteczki trafią dokładnie w to samo miejsce, co tamci.
Micareth zrozumiała, że ten wcześniejszy dźwięk nie pochodził od naczyń, a raczej od kości jakiś nieszczęśników, których ten osobnik zjadł. Że wampiry były też w to zamieszane. Że być może podrzucały mu nieudane swoje eksperymenty, karmiąc to coś w ciemnościach.
– Niedoczekanie twoje! Z nami nie pójdzie ci tak łatwo! Wyłaź i pokaż się nam! – krzyknęła i na migi poleciła Sha'anksowi stanąć z boku, aby chronił za wszelką cenę urzędnika z Greymooru.
– Tu, gdzie siedzę, jest mi dobrze i nie wyjdę! Ale może zabawimy się inaczej?
– Nie interesują mnie twoje nekrofilskie zabawy, chory pokurczu! – odparła w gniewie, po czym po cichu zwróciła się do khajiita, mówiąc na migi: – "Gdzie on jest? Skąd mówi?"
Sha'anks zrozumiał błyskawicznie i łapą wskazał potencjalne miejsce, z którego słyszeli złowrogiego nieprzyjaciela, którego skrywały mroki tunelu. – "Tam!"
– Ho-ho, ale zadziorna! Martwa nie opierałabyś mi się, ale miałem na myśli inną zabawę. Proponuję zagadkę. Jeśli zgadniesz, zostaniesz zjedzona na końcu.
– A jeśli nie zgadnę? To co wtedy? Zjesz mnie pierwszą?
– Dokładnie tak! Zresztą i tak nie masz wyboru, więc posłuchaj uważnie: Co to za zwierzę? O poranku chodzi na czterech nogach, w południe na dwóch a wieczorem na trzech?
– Na pewno wieczorem chodzi na trzech? – zapytała, wyciągając z kieszeni mała fiolkę z zielonym płynem.
Nieznajomy podniósł głos, co tylko upewniło Sha'anksa, że wskazane przez niego miejsce wroga jest bardzo prawdopodobne. Micareth nie mogła się pomylić, drugiej takiej szansy nie miała. Musiała trafić za pierwszym razem, inaczej marnie skończą.
– Trzy! Na pewno! Wiesz już, co to za zwierzę?
– Tak, wiem! To będziesz ty, bez jednej ręki, łachudro! – wykrzyknęła i rzuciła z całych sił flakonik.
– Że co... kur...? – to były ostatnie słowa nieznajomego, gdyż po chwili zaczął głośno wrzeszczeć, kiedy zawartość rozbitej buteleczki wylała się na jego ciała. A następnie usłyszeli, jak wybucha, masakrując ciało osobnika tak, że z bólu nie mógł przestać krzyczeć. – Ty...!!! Aaaaa...!!!
– Pozdrowienia od Very! Prędzej, Sha'anks! Bierzmy urzędasa i w nogi! Do prawego tunelu!
Khajiitowi nie trzeba było drugi raz mówić. Wspólnie podnieśli nieprzytomnego Bodila i ruszyli do drugiego tunelu. Tam, gdzie było wyjście z Blackreachu.

post wyedytowany przez YaReX2 2020-07-01 23:54:49
01.07.2020 23:56
30
odpowiedz
Vlando
0
Junior

Angra zaś widział jak podkomendni przemykają bokiem, nieniepokojeni, a schodząca na dalszy plan część niego była zadowolona.
* * *
Stal pragnie krwi, niczym łaknący wampir. Pragnie jej tym bardziej, im większe do walki serce wojownika. Zimne ostrze topora rozcięło powietrze a bojowy okrzyk Grimesa zabrzmiał niczym wojenna pieśń . Micareth i Sha’anks oddalali się pośpiesznie, przylgnięci do skalistej, pokrytej wilgocią ściany. Odgłosy starcia pomiędzy ich dowódcą a wampirem cichły w miarę pokonywania kolejnych jardów. Byli czujni a ich ruchy płynne i zdecydowane. Przemykali przez jakiś czas nie niepokojeni, rozświetlając drogę pochodnią, jednak coraz szybszy i płytszy oddech Khajiita zwrócił uwagę Micareth.
– Stój! – syknęła szeptem, odwracając się do Sha’anksa, po czym przykucneła. – Połóż ten cholerny balast na chwilę. Musisz złapać oddech.
Khajiit położył ostrożnie urzędnika na ziemi, bacznie obserwując jego twarz, ta jednak była zastygła w bezruchu, jakby wyrzeźbiona z alabastru.
– Ciężko będzie się stąd wydostać, taszcząc go ze sobą – stwierdziła wojowniczka obrzuciwszy wzrokiem nieprzytomnego mężczyznę.
– Nie możemy go tutaj zostawić! – wysapał Sha’anks marszcząc czoło.
– Nie chcę go zostawiać, kotku – westchnęła Micareth, kładąc mu dłoń na ramnieniu. Khajiit ujrzał w jej oczach nikły ślad rozczarowania. – Jednak osłabłeś a ja nie jestem w stanie walczyć za nas dwoje. Musimy przekraść się do wyjścia niezauważeni możliwie jak najciszej, to może ujdziemy z życiem.
Sha’anks przytaknął skinieniem głowy. Był pewien swoich umiejętności poruszania się w ciemności oraz trudnym terenie i chociaż dźwiganie bezwładnego ciała pogarszało tylko jego kocią zwinność, to zdecydowanie nie tracił ducha. Odpoczywali jeszcze przez chwilę, wsłuchując się we własne oddechy. Stawały się coraz głebsze i spokojniejsze.
– Gaś pochodnię – nakazał Khajiit, podnosząc się. – Ja będę naszymi oczami.
Przemieszczali się wolno. Sha’anks zatrzymywał się co kilkanaście kroków, nasłuchując i lustrując kocim wzrokiem skalne złomy i ich kontury w poszukiwaniu wroga. W oddali mieniły fluorescencyjne łuny grzybów oraz pnączy, porastających grotę. Otoczenie było ciche i sprawiało wrażenie opustoszałego. Pomimo ich rozgrzanych ciał, skórę otulał delikatny niczym jedwab dotyk zimnego powietrza. Krople wilgoci na futrze Khajiita mieniły się w blado błękitnej poświacie.
Sha’anks nagle znieruchomiał.
– Micareth! – szepnął gwałtownie – Na ziemię, szybko!
W mgnieniu oka przywarli do zimnego podłoża, nieruchomiejąc. Bezwładny urzędnik leżał pomiędzy nimi. Micareth milczała, starając się tłumić własny oddech, nasłuchując. Wewnątrz groty rozległ się niski, głuchy pomruk. Potem kolejny.
– To wilkołaki! – stwierdził Khajiit głosem zdradzającym bladą wściekłość, po czym wyszeptał pośpiesznie. – musimy wracać, czym prędzej, wracać. One już węszą, nie mogą nas zwietrzyć! Jest ich całe stado i jak nas dopadną, rozszarpią nas na kawałki!
Zdołali się wycofać kilkanaście jardów, do miejsca, w którym stracili z oczu lśniące błekitem rośliny, aż spowiła ich całkowita ciemność. Przytłumione powarkiwanie rozlegały się co chwilę, gdy nagle powietrze w grocie rozdarło przejmujące, wilkołackie wycie.
– Chyba nas zwąchały, parszywe kundle! – wyszeptał gorzko Khajiit.
Odgłosy dochodzące ich uszu zdradzały, że wataha jest coraz bliżej. Warkoty stawały się coraz głośniejsze i agresywniejsze. Micareth ścisnęła rekojeść miecza.
– Tanio skóry nie sprzedam, kotku – jej delikatny głos zdradzał stalową determinację.
Sha’anks uśmiechnął się w duchu. Miło będzie zginąć w tak doborowym towarzystwie. Już chciał jej to wyznać, gdy raptem zadrżał i złapał Micareth za ramię.
– Bierz tego urzędasa za nogi i wynosimy się stąd – niemal wykrzyknął.

* * *
Sha’anks wyczuł delikatny ruch powietrza, który dochodził z wąskiej szczeliny w ścianie, przy której przycupnęli w oczekiwaniu na ostateczną walkę. Z trudem udało im się do niej wcisnąć, wciągając ze sobą urzędnika. Zagłębili się w rozpadlinę na kilkanaście stóp, grunt opadał coraz stromiej, Khajiit wyczuwał nieustannie prąd powietrza, co utwierdzało go w przekonaniu, że trafili na jakąś jaskinię, więc niewykluczone, że udałoby się wymknąć wilkołakom. Były zdecydowanie zbyt duże, aby podążyć ich śladem.
Wtem poczuł, jak obsuwa mu się stopa na stromym, miałkim gruncie i zsuwa się ostro w dół. Próby złapania się czegokolwiek spełzły na niczym, pazury wbijały się w żwir nie dający żadnego oparcia. Dosłyszał tylko ciche stęknięcie Micareth i odgłos szurania ich ciał po żwirowym nasypie. Wylądowali z pluskiem w płytkiej wodzie, a ułamek chwili później dołączyło do nich bezwładne ciało nieprzytomnego towarzysza.
– Oddycha – stwierdził z opanowaniem Sha’anks – Jesteś cała?
– Tak.
– Pomóż wrzucić mi go na plecy. Zmykamy stąd.
Ruszyli w milczeniu, Khajiit prowadził, opierając się na swoim instynkcie. Czuł prąd świeżego powietrza, jednak posuwali się powoli nieomal w całkowitej ciemności oraz w wodzie sięgającej kostek. Odpoczywali dwa razy, nie rozmawiając w ogóle, wyrównując tylko oddechy i wsłuchując się w rozkołatane serca, gdy w oddali pojawił się blask ognia.
Przez chwilę przyglądali się w bezruchu płonącej pochodni, zatkniętej na żelaznym uchwycie na ścianie.. Mieli przed sobą długi korytarz, obudowany drewnianymi belkami i legarami. Drugi koniec korytarza tonął w ciemności.
– Opuszczona kopalnia! – stwierdziła Micareth, rozglądając się na boki. W jej głosie rozbrzmiała nadzieja. – Ten chodnik musi prowadzić do wyjścia.
– Wygląda mi to na sztolnię wydrążoną w zboczu góry. – Sha’anks postawiwszy uszy, przesunął powoli wzrok na wojowniczkę – Wyczuwam delikatny prąd świeżego powietrza. Nie ma na co czekać.
Ruszyli żwawym krokiem. Podłoże było już suche, mogli iść szybciej. Korytarz piął się nieznacznie pod górę a Sha’anks zaczynał dosyć poważnie odczuwać ciężar, który taszczył na plecach, jednak myśl o wydostaniu się z Blackreach dodawała mu nieustannie sił . Micareth maszerowała kilka kroków przed nim z mieczem w dłoni i czujnym wzrokiem lustrującym otoczenie. Po czasie ich oczom ukazała się drewniana brama do sztolni, a w niej dwa zakratowane okienka, przez które prześwitywało nocne niebo. Czuli, jak ich twarze omiata powiew świeżego powietrza, gdy nagle inny podmuch ze świstem niemal rozwiał włosy Micareth.
– Strzała ! – krzknęła wojowniczka, robiąc susa w bok i chowając się za pionową belką podtrzymującą strop chodnika.
Khajiit w tym czasie padł na ziemię przy przeciwległej ścianie wraz z nieszczęsnym balastem. Wytężył wzrok. W półmroku, z małej wnęki z boku korytarza zamajaczyła idąca powoli sylwetka Falmera. Szedł w ich stronę.
– Micareth, musisz zwrócić na siebie jego uwagę. Jak podejdzie wystarczająco blisko, zrobię z niego miazgę!
Po chwili falmer leżał z rozszarpanym gardłem niecałe trzy stopy od nieprzytomnego urzędnika. Kot i wojowniczka stali nad jego truchłem szczerząc zęby.
– To było łatwe – mruknął z satysfakcją Sha’anks, szturchając delikatnie łokciem Micareth.
– Zbyt łatwe, Khajiicie! Zbyt łatwe! – rozległ się donośny głos od strony bramy wyjściowej. Spojrzeli w mgnieniu oka w tę stronę napinająć mięśnie i dobywając broni.
Wampir. Dumnie wyprostowany, idący leniwie w ich stronę. Ujrzeli bladą twarz, wykrzywioną w aroganckim uśmiechu oraz oczy płonące czerwienią żądzy , głodu i nienawiści.
– Jakież to tragiczne – westchnął ironicznie wampir, szczerząc kły i rozkładająć ręce. – Być tak blisko a zarazem tak daleko.
Sha’anks zrobił kilka wolnych kroków do przodu, trzymając ostrze z tyłu. Mięśnie były w napięciu, niczym sprężyny, gotowe do dynamicznego skoku. Micareth w tym czasie przemieszczała się w bok, próbując zajść wampira z drugiej strony.
– Żałosne – stwierdziłniedbale wampir, po czym wymamrotał zaklęcie, a jego dłoń rozbłysła zimno niebieskim blaskiem. Nim Khajiit zdążył zaatakować, rozbłysł nagle w łunie błękitnej plazmy i znieruchomiał. Oczy zaszły mu mgłą i po chwili kołysania się w przód i w tył, rzucił się z impetem na Micareth.
Wojowniczka cudem uniknęła ostrza w nią wymierzonego, zaskoczona nagłym atakiem ze strony Khajiita, jednak błyskawicznie odzyskała rezon. Zręcznie udało jej się wytrącić kotu broń z ręki, a ten począł atakować rękoma, próbując dostać się do jej gardła. Skoczył gwałtownie i z taką siłą, że Micareth pod naporem jego ciała i szaleńczej furii padła na plecy Kot usiadł na niej i zaczął dusić. Próbowała ugodzić go mieczem w plecy, jednak poczuła, że ma unieruchomioną rękę. Wampir nadepnął jej na dłoń i z uśmiechem przyglądał się, jak spazmatycznie próbuje złapać powietrze. Jak oczy jej mętnieją. Jak powoli Uchodzi z niej życie. Więc to będzie jej ostatni widok, pomyślała. Wampirzy wzrok wpatrzony w nią z szyderczym uśmiechem.
Wtem szyję wampira gwałtownie przeszyła falmerska strzała. Jego twarz zesztywniała i usta rozwarły się szeroko, po czym nadleciała druga strzała, wbijając się w oko i zatrzymując się głęboko w czaszce. Zanim straciła przytomność, ujrzała jeszcze, jak wampir osuwa się na ziemię, a zaraz potem Khaita jednym ciosem w głowę obezwładnia urzędnik.

* * *

Obudził ją świt na zboczu góry. Khajiit siedział obok trzymając się za głowę. Urzędnik podszedł do niej i rzekł z uśmiechem.
– Cześć. Jestem Bodil. Musimy porozmawiać

01.07.2020 23:58
31
odpowiedz
Sven Georgson
1
Junior

- Cholera! - krzyknęła Micareth, zatrzymując się przed zawalonym odłamkami skał korytarzem. - Tędy tu weszliśmy, co teraz?!
- Nie dobrze, nie dobrze... - Sha’anks przerwał i zaczął rozglądać się wokół, poprawiając przewieszonego przez ramię nieprzytomnego urzędnika. - Tędy! - wskazał nagle na wąski, odbijający w lewo, ciemny korytarz.
- Jesteś pewien? - zapytała wojowniczka z niepewnością w głosie.
- Nie! - warknął khajiit i popędził w stronę niknącej w mroku podziemnej ścieżki.
- Cholera! - ponownie krzyknęła Micareth i czym prędzej ruszyła za towarzyszem.
Przez dłuższą chwilę biegli niemal na oślep, kierując się tylko niezwykłą orientacją w terenie i zmysłami Sha’anksa. W końcu dotarli do lepiej oświetlonego, szerszego przejścia, kończącego się potężnymi, krasnoludzkimi wrotami.
- Poczekaj – powiedziała niespodziewanie Micareth.
- Co? Dlaczego? - zdziwił się khajiit. - Sha’anks czuje już powiew świeżego powietrza, jesteśmy niedaleko...
- Porucznik... - przerwała mu kobieta. - Grimes... Nie możemy... Na wszystkich bogów Skyrim, nie wierzę, że to mówię, ale nie możemy go tak zostawić! Zawracamy, prędko!
- Micareth – kot złapał wojowniczkę za rękę i patrząc jej prosto w oczy, odparł poważnym i smutnym głosem – Sha’anks wie co czujesz, ale już za późno... On... Pan generał, poświęcił się dla nas. Uratował nas i wydał nam jasny rozkaz. Mamy wydostać się z tego piekła i uratować urzędnika.
- Chędożyć rozkazy i ratowanie pieprzonego, cherlawego urzędnika! Rób co chcesz, ale ja wracam! Nie mogę go zostawić... Sama nie rozumiem dlaczego, ale po prostu nie mogę...
- Sha’anks rozumie – odpowiedział khajiit nie puszczając jej ręki i wciąż patrząc jej prosto w oczy. - Ale pan generał... On... Jakby to powiedzieć... Hmmm... Sha’anks myśli, że byłoby lepiej gdyby pan sierżant już nigdy nie wyszedł z tych podziemi.
- Co?! Co ty bredzisz? - krzyknęła kobieta, wyrywając ramię z uścisku kota.
- Micareth nie rozumie, ale Sha’anks wie. Sha’anks to wyczuł – khajiit przerwał, ewidentnie starając się bardzo dokładnie dobierać kolejne słowa. - Zapach pana komendanta się zmienił. Bardzo delikatnie, ale Sha’anks to wyraźnie wyczuł. Ciało pana porucznika nie śmierdziało już jak pan porucznik. Jego woń była zbliżona do... Była taka sama, jak swąd tych potworów z którymi tu walczyliśmy...
- Aha – powiedziała powoli Micareth robiąc długą pauzę. Po chwili, dalej milcząc, ruszyła w stronę rozległych krasnoludzkich wrót.
Minęli drzwi i stanęli na szczycie długich, wąskich schodów. Stopnie wpadały w krótki korytarz, zwieńczony małym, ale wyraźnie widocznym wyjściem z mrocznych podziemi. Świecące na zewnątrz słońce, nieśmiało wpadało do środka, rozświetlając swoimi promieniami fragment tunelu. Nagle, nie wiedzieć skąd, na dole schodów pojawiło się pół tuzina odzianych w czarne, skórzane pancerze maszkar, które wykrzywiając swe blade twarze w groteskowy, nieludzki sposób, złowieszczo patrzyło na stojących ponad nimi Sha’anksa i Micareth. Nie zastanawiając się ani chwili, kot i wojowniczka błyskawicznie się odwrócili i ruszyli w kierunku krasnoludzkich wrót, które z głośnym łoskotem zamknęły się prosto przed ich nosami.
- Zamknięte, ani drgną! - krzyknęła kobieta, dokonawszy pobieżnych, ale dokładnych oględzin zatrzaśniętych drzwi. - Została nam jedna droga Sha’anks.
- Tak... - khajiit delikatnie położył wciąż nieprzytomnego urzędnika na kamiennej posadzce i odwrócił się w stronę stojących nieruchomo bladych postaci. - To będzie po trzech na głowę Micareth! - zaśmiał się wymuszenie i nerwowo. - Damy radę?
- Wątpię – bezceremonialnie odparła wojowniczka.
- Sha’anks również – kot ściszył głos. - I pomyśleć, że Sha’anks już nigdy nie zobaczy swoich dzieci.
- Masz potomostwo? - zdziwiła się Micareth, w duchu dziwiąc się samej sobie, że w ogóle zainteresowała się gderaniem kota.
- A tak, tak, ale tylko dwie dziesiątki i jedynie z trzema partnerkami. Sha’anks nigdy nie miał szczęścia do kobiet.
- Ale z pewnością miał szczęście do pakowania się w kłopoty – szczerze zaśmiała się Micareth, w duchu dziwiąc się samej w sobie, że w ogóle zdobyła się na jakikolwiek, choćby bardzo słaby, żart.
- Giń dobrze wojowniczko – powiedział w końcu khajiit.
- Ty również kocie.
Spotkali się w połowie schodów. Jako pierwszy zginął potwór, który zbyt szybko i pewnie zbliżył się do Micareth mającej wyższą i lepszą pozycję. Jego głowa z głośnym dudnieniem potoczyła się w dół, po wąskich kamiennych schodach. Czując pobudzający adrenalinę zapach juchy, Sha’anks ryknął wściekle i skoczył na kolejnych dwóch przeciwników. Trupio blade bestie walczyły dobrze. Zbyt dobrze. Były szybkie, silne, bezlitosne i nieustępliwe. Wykute w ciemnoszarej skale przez krasnoludzkich budowniczych schody, spłynęły krwią.
Po bardzo długiej, ciągnącej się w nieskończoność chwili, Micareth stęknęła i upadła na ziemię. Jednak wciąż krążąca w żyłach adrenalina, nie pozwoliła kobiecie stracić przytomności. Po kilku głębszych oddechach, jęcząc z bólu i chwytając się za głęboko rozcięte ramię, wstała i z grymasem niezadowolenia rzuciła na ziemię złamany w połowie ostrza rapier. Szkoda. Lubiła tę broń. Spojrzała na dyszącego ciężko, kuśtykającego Sha’anksa, który taszcząc ze schodów chudego urzędnika, uśmiechnął się do niej niemrawo, odsłaniając połamane i powybijane zęby. Nie odwracając się więcej za siebie, skierowali się w stronę oświetlonego promieniami słońca, wyjścia z przeklętych podziemi. Wyjścia, które niosło ogromną ulgę, radość, pocieszenie, ale i dziwnie nieprzyjemny niepokój oraz niepewność co do nieuchronnie nadchodzących wydarzeń.

01.07.2020 23:58
32
odpowiedz
NicoleEirin
1
Junior

Rozpoczęli tę przygodę jako przypadkowa zbieranina. Ot, najbardziej zdesperowani więźniowie, wolący nie czekać na wyrok, co według wszelkiego prawdopodobieństwa nie byłby dla nich korzystny; gotowi zaryzykować nawet i mroczne czeluście Blackreach dla mglistej obietnicy wolności. Czy można jednak mówić o podejmowaniu ryzyka, kiedy nie ma się tak naprawdę wyboru? Oni nie mieli, nie na samym początku.
Teraz jednak, myślała Micareth, możliwości wyboru się pojawiały. Wspólna walka zmieniła ową przypadkową zbieraninę w drużynę z prawdziwego zdarzenia. Tym bardziej ona i Sha’anks musieli docenić poświęcenie ich towarzyszy. Wybór, jakiego dokonała najpierw Vera, a potem porucznik. Wy biegnijcie, ocalcie siebie, ja ich zatrzymam. Nikt ich do tego nie przymuszał, a jej i Khajiitowi pozostawało jedynie uhonorowanie owych decyzji w jedyny słuszny sposób.
Pobiegli.
Urzędnik, Bodil, chyba tak Grimes go nazwał, nie ułatwiał im tego zadania. Po prawdzie nie ważył wiele, całkiem możliwe, że zawsze należał do chudzielców, albo i niewola dała mu się we znaki... Najlżejszy nawet ciężar, niesiony zbyt długo, staje się nie do wytrzymania. Bieg, rozglądanie się na boki, unikanie przeszkód w nierównym korytarzu, nic z tych rzeczy nie ułatwiało pewnego chwytu. Całkiem zrozumiałe więc, że Micareth i Sha’anks zmieniali się co jakiś czas, przekazując sobie urzędnika jak worek pełen słodkich bułeczek... Wojowniczka jęknęła w duchu, nie czas i nie miejsce na przypominanie sobie o wypiekach.
Jeszcze nie byli bezpieczni.
Jeszcze nikogo nie spotkali, co było dziwne. Niepokojące wręcz. Żadnych wampirów, Falmerów, nic.
Po prawdzie, nie biegli z powrotem, ale w głąb, naprzód, z Blackreach musi być więcej niż jedno wyjście.
Mijali właśnie wyjątkowo rozrośniętą i malowniczą formację świecących grzybów, gdy wojowniczka usłyszała coś innego poza ich dotychczasową rutyną kroków i oddechów.
- Co... Co się... Gdzie jestem? - nieznany Micareth głos, ostatnie słowa zagłuszone warknięciem Sha’anksa. Teraz była jego kolej na niesienie urzędnika. Położył swój ciężar na ziemi i przykucnął, aby nie wystraszyć biedaka za bardzo.
- Znaleźliśmy cię w celi, szukamy teraz wyjścia. Sha’anks nie może powiedzieć, że jesteś bezpieczny, nikt nie jest, póki jest tutaj, tak? Sha’anks za to może obiecać, że z naszej strony nic ci nie grozi.
Urzędnik rozejrzał się, wciąż drżąc nerwowo, ale nie wyglądał na takiego, co skoczy i ucieknie. Co ciekawe, uspokoił się nie po słowach Khajiita, ale kiedy spojrzał poza nich, na grzyby.
- Ja... Ja je pamiętam, tędy mnie nieśli, ja... ja byłem przytomny, wiem! - poderwał się na równe nogi, po czym od razu tego pożałował, opierając się o ścianę i prawie opadając z powrotem na siedzenie. - Wiem gdzie jest wejście, którym mnie przynieśli - oznajmił, zaskarbiając sobie dozgonną wdzięczność Sha’anksa.
Micareth nie oprotestowała nowej pozycji urzędnika, awansu z wchodzącego w drogę ciężaru na zacnego przewodnika. Wiedziała, że nie mieli wyboru. A raczej mieli, dalej iść na ślepo jak poprzednio. Jeśli nawet okaże się, że pamięć go zawodzi, cóż, nic nie broni im powrotu do starego sposobu.
A prowadził ich pewnie.
Wciąż nie spotkali nikogo, co tylko skutkowało nerwowymi spojrzeniami rzucanymi to na siebie nawzajem, to na boczne korytarze, to znowu na ich przewodnika.
Bodil zatrzymał się nagle i odwrócił ku swoim wybawicielom.
- Za tym przejściem jest wyjście - wskazał ręką na ciasny korytarz, częściowo zawalony. - Chodźcie - zrobił krok, który jednak bardziej przypomniał piruet tańczącego pijanego Khajiita, potknął się i wyrżnął głową o ścianę.
- No nie, nie możesz mi tu zginąć przed samym wyjściem! - krzyknęła sfrustrowana Micareth, biegnąc do urzędnika. Uderzyła go delikatnie po twarzy, najlepszy sposób na budzenie nieprzytomnych, nie działający na martwych, westchnęła z ulgi, gdy zareagował, otwierając oczy.
Żył.
Kiedy jednak spojrzał nie na nią, nie na Sha’anksa, ale na zawalone przejście, zaczął się trząść.
-Nie tędy, nie tędy, tam wampiry, tam...
- O czym ty bredzisz? - wypaliła wojowniczka. - Przed chwilą byłeś przekonany, że tam jest wyjście.
- Nie, nie, wyjście jest dalej, dalej, nie tu, nie tu...
Sha’anks pierwszy zrozumiał.
- Hipnoza. Wampiry wciąż go miały, chciały, aby nas tu przyprowadził.
Pijawki. Jakże Micareth ich nienawidziła.
Pytanie, czy teraz mogli ufać słowom Bodila, pozostawało otwarte. Nie biegli już, dawno przestali biec. Nie szli już pewnie za pewnym siebie urzędnikiem, skradali się cicho razem z nerwową ofiarą pijawek. Sprawdzali każde przejście, czy aby na pewno znowu nie wiedzie ich wprost do leża wampirów.
Powoli, powoli, dawno stracili już poczucie czasu, która godzina, to pytanie dawno stało się bezzasadne, który to już dzień wędrówki, nikt z nich nie wiedział.
Sha’anks wiedział jedno. Nie było drzwi, których nie mógł otworzyć. I kiedy zobaczyli drzwi w oddali, oznaczone znajomym im glifem strażniczym, na widok których Bodil głośno wciągnął powietrze, wiedział, że je też będzie mógł otworzyć.

02.07.2020 00:00
33
odpowiedz
HellSpawn
2
Junior

Angra zaś widział jak podkomendni przemykają bokiem, nieniepokojeni, a schodząca na dalszy plan część niego była zadowolona.
Rzucił się na wroga łącząc szał Nordów i rodzące się w nim wampirze pragnienie krwi. Jeżeli miał zamienić się w takiego skurwysyna to przynajmniej zamorduje paru innych. Walczył z większą dzikością i zawziętością niż zazwyczaj, wręcz zwierzęco, lecz bardziej krwiożerczo.
Sha’anks wzdrygnął patrząc na przemieniającego się porucznika, ale wiedział, że w tym stanie już nie ma dla niego drogi powrotnej. Najlepsze co mógł dla niego, siebie i Micareth zrobić to uciekać i ostrzec Greymoor i ta opcja była najbliższa również tej jego mniej honorowej części.
Złapał Micareth, ale nie mógł taszczyć dwóch osób więc po prostu pobiegł w kierunku wyjścia ponaglając ją sykami i okrzykami.
Zza najbliższego zakrętu wyskoczył na nich kolejny wampir dzierżacy dwa sztylety, ale Sha'nks nawet nie zwalniając wbił mu pazury w przedramię, rozciął je głęboko i pobiegł dalej.

02.07.2020 14:16
Prane
😍
34
odpowiedz
Prane
10
GRYOnline.pl

GRYOnline.pl

Cyk, kolejny etap za nami! :)

Wydawać by się mogło, że scena ucieczki to rzecz do napisania bardzo prosta - ot, szybki spacerek z punktu A do B tunelem, na końcu którego znajduje się jasne światło. Czasem jednak liczy się styl w jakim się ucieka - to jest, dokonuje taktycznego odwrotu - oraz co jeszcze może się wydarzyć podczas takiego krótkiego, lecz intensywnego odcinka. W Waszych 30-kilku zgłoszeniach zdecydowanie się działo: zawalone korytarze, zapomniane patrole, niektórzy postanowili nawet sięgnąć po Veranque. ;) Dziękujemy za zgłoszenia w tym etapie - pozostał ostatni, który rzuci światło na los Grimesa Angry i pozwoli Wam zakończyć historię w wybranym przez Was klimacie.

Nagrodę Konkursową w etapie Rozdział III otrzymują:
- Kot Czeladnik
- Treuwelfen
- HellishRonin

Jutro, to jest w piątek 3 lipca, zapraszamy wszystkich na grupę https://www.facebook.com/ElderScrollsOnlinePoland/ , gdzie w ramach wyboru społeczności będziecie mogli zadecydować, która z trzech kontynuacji stanie się kanoniczna dla naszego opowiadania i wyznaczy kierunek ostatniego (!) rozdziału. Wybrane zgłoszenie otrzyma ponadto Nagrodę Społeczności. Pozostałe dwie pozostaną w naszej pamięci jako... alternatywne rzeczywistości, bo jak wiadomo czasem od pójścia w lewo czy w prawo mogą zależeć losy świata.

Zwycięzcom gratulujemy, będziemy się z Wami kontaktować drogą mailową w sobotę w celu ustalenia szczegółów przekazania nagród. Uczestnikom, którym tym razem się nie powiodło przypominamy, że Nagroda Autora czeka na jedną osobę która udzieli odpowiedzi na każdym z czterech etapów konkursu.

Wreszcie, wszystkich zapraszamy w najbliższy poniedziałek, 6 lipca. Będzie czekał na Was Rozdział IV, ostatni w tym opowiadaniu, ostatnia szansa na nagrody, ostatni odcinek dla walczących o Nagrodę Autora, oraz możliwość powiedzenia ostatniego słowa w opowiadaniu, które wspólnie tworzyliśmy przez ostatnie tygodnie!

EDIT: głosowanie społeczności już się rozpoczęło: https://www.facebook.com/ElderScrollsOnlinePoland/photos/a.210062956435689/725168581591788/

post wyedytowany przez Prane 2020-07-03 12:16:11
Forum: Konkurs Wszystkie drogi prowadzą do Blackreach - Rozdział III