Polecamy Recenzje Przed premierą Publicystyka Warto zagrać
Publicystyka 27 stycznia 2002, 14:59

autor: Shuck

Gry retro - podróż sentymentalna

Wiek XXI zaczął się od kolejnej wielkiej wojny, udanych testów silników jonowych oraz wysypu naprawdę dobrych gier komputerowych. Poprzedni taki urodzaj miał miejsce dziesięć lat temu - przynajmniej zdaniem autora, który tamte lata i tamte gry wspomina...

„Wszystko, co się robi na komputerach: projektowanie, liczenie, pisanie, czytanie, komunikowanie się, słuchanie muzyki i oglądanie filmów można robić bez nich – może wolniej, drożej lub mniej wygodnie. Jedyne, czego bez komputerów robić się absolutnie nie da, to granie w gry komputerowe.”

Okrągłe w systemie dziesiętnym liczby wywierają na mnie klasyczny, podręcznikowy wpływ – zaczynam się wzruszać. Zatem również fakt, iż posługuję się pecetami – w różnych odmianach i konfiguracjach – od ponad dziesięciu lat, skłania mnie do refleksji. Przyczynia się do niej również, będący już faktem, koniec 2001 roku, gdyż przez ostatnie kilkadziesiąt lat wszyscy byliśmy XXI wiekiem straszeni i dopingowani, aż stał się on synonimem świetlanej przyszłości i osiągnięcia przez ludzkość wyższego stopnia rozwoju. Tymczasem mamy już za sobą cały rok tego XXI wieku i nietrudno zauważyć, że w zasadzie nic a nic się na świecie nie zmieniło. Wojny jak były, tak i są, dolar kosztuje cztery złote, a samochody ciągle jeżdżą na benzynę. Stało się jednak coś, co sprawia, że, przynajmniej dla mnie, dwudziesty pierwszy wiek w pewien sposób zaistniał i nie idzie mi o euro. Otóż w latach 2000-2001 ponownie zaczęły się pojawiać dobre gry i to pojawiać się masowo. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że odczucie to mogło się udzielić jedynie mnie samemu, wzięło się ono jednak stąd, iż zliczając wszystkie interesujące produkcje z poprzednich lat, czyli te, które zwróciły moją uwagę, odnoszę wrażenie wielkiej pustki i to pustki trwającej aż od roku 1994-95. Dlatego właśnie poczułem potrzebę oderwania się od codzienności, zasiadłem przed kominkiem z fajką i z kieliszkiem wytrawnego czerwonego wina i zacząłem sobie przypominać, jak to ongiś było, gdy wiara zaczęła wymieniać swoje ośmiobitowce na pecety.

Pierwsze nieśmiałe próby tworzenia normalnych (w sensie ogólno przyjętej grywalności) gier na stricte biurowy w swojej naturze sprzęt PC pojawiły się jeszcze w czasie, gdy był on na etapie XT/AT. Komputery te często nie posiadały jeszcze dysków twardych, szczyt zaś marzeń wizualnych stanowiła EGA, podczas gdy na porządku dziennym były CGA oraz Hercules. Gry, które wówczas powstawały były zwykle adaptacjami z komputerów ośmiobitowych lub z konsol i w porównaniu ze swoimi pierwowzorami prezentowały się nader ubogo. Zwłaszcza jeśli dochodziło do porównania możliwości peceta z królującą już Amigą, ten pierwszy wypadał tak słabo, że nie było się nawet z czego pośmiać. Niewiele ten stan rzeczy zmieniło pojawienie się karty VGA (a nawet pierwszych SVGA), a na polu dźwiękowym Sound Blastera.

Teoretycznie procesor Intel 386 pojawił się już w 1987 roku, w praktyce zaś komputery na nim oparte zaczęły podbijać świat dopiero z początkiem lat dziewięćdziesiątych. Ale to nie Intel zaczął z wolna ciągnąć ku ziemi szczęki amigowców, lecz AMD ze swoim fantastycznym procesorem 386DX 40 MHz. Zbudowane na nim maszyny, które mogły posiadać karty graficzne montowane na złączu VLB, miały zwykle pamięć wielkości 4-8 MB i dyski twarde 80-320 MB, a w późniejszym okresie dodatkowo cudowną kartę muzyczną firmy Gravis – Ultrasound – te maszyny, nie wymagając upgrade’ów przez okres przynajmniej dwóch lat, były w stanie udźwignąć każdą pojawiającą się grę bez potrzeby co półrocznych poprawek w konfiguracji. Złoty wiek gier na pecety nadszedł. Pojawiało się wówczas mnóstwo doskonałych gier, zaistniało wiele z tytułów, których obecne sequele noszą numery od 3 do 5 i przede wszystkim projektanci tychże wpadali jeszcze na świeże pomysły.