Polecamy Recenzje Przed premierą Publicystyka Warto zagrać Artykuły PREMIUM

Publicystyka

Publicystyka 24 maja 2015, 13:00

autor: Damian Pawlikowski

Fenomen Five Nights at Freddy’s – od małego indyka do hollywoodzkiego hitu

Pierwsza odsłona Five Nights at Freddy’s ukazała się sierpniu 2014 roku. Od tego czasu zadebiutowały dwie kolejne części, gra stała się też hitem YouTube'a, a Hollywood zaplanował już kasową ekranizacje. Analizujemy fenomen niezależnego horroru.

Spis treści

POPULARNOŚĆ FIVE NIGHTS AT FREDDY’S W LICZBACH:
  • FNaF 1 – 60 000 pobrań ze Steama; 500 000–1 000 000 z Google Play.
  • FNaF 2 – 310 000 pobrań ze Steama; 500 000–1 000 000 z Google Play.
  • FNaF 3 – 170 000 pobrań ze Steama; 500 000–1 000 000 z Google Play.

Każdy następny rok fiskalny to gwarantowana kolejna część serii Call of Duty, Assassin’s Creed czy FIFA – regularnie dostajemy w pudełku praktycznie tę samą, dobrze znaną grę (a takie ponoć lubimy najbardziej), tyle że w nieco innym wydaniu. I trudno się temu zjawisku dziwić. W końcu czemu ukręcać głowę kurze znoszącej złote jajka? Jeśli jednak myślicie, że taśmowe wypluwanie kolejnych odcinków gier wideo jest zabiegiem stosowanym wyłącznie przez największe firmy, co powiecie na cykl niezależnych horrorów Five Nights at Freddy’s, który wystartował w sierpniu 2014 roku, w listopadzie doczekał się pierwszej pełnoprawnej kontynuacji, zaś w marcu tego roku miała premierę odsłona z numerkiem 3 w nazwie.

Słabo? Spokojnie, na październik zapowiadana jest kolejna część o podtytule The Final Chapter... ale kto wie, czy nie jest to jedynie sprytny zabieg marketingowy. W końcu jeśli trzy wydane do tej pory interaktywne produkcje grozy sprzedały się według Steam Spy w nakładzie ponad miliona cyfrowych kopii, samo demo trzeciego epizodu pobrano na urządzenia z systemem Android grubo ponad dziesięć milionów razy, a Hollywood już szykuje pełnometrażową ekranizację, to czemu kończyć zabawę zaledwie niecały rok po ukazaniu się pierwowzoru?

I pomyśleć, że wszystko zaczęło się od dziwacznej gry dla najmłodszych... - 2015-05-22
I pomyśleć, że wszystko zaczęło się od dziwacznej gry dla najmłodszych...

Warto zadać sobie w tym miejscu pytanie: czym tak naprawdę jest cyfrowy straszak Five Nights at Freddy’s i w czym przejawia się jego światowy fenomen? Otóż wyobraźcie sobie, że za ten niezależny horror point’n’click odpowiada Scott Cawthon, którego wcześniejsze wirtualne dokonania stanowiły gry wideo o tematyce... chrześcijańskiej, a także skierowana do młodszych odbiorców produkcja Chipper & Sons Lumber Co, traktująca o przygodach milutkiego bobra i jego równie uroczej rodzinki. A przynajmniej tak najpewniej postrzegał ich sam twórca, bowiem wszyscy użytkownicy oraz branżowi recenzenci widzieli w nich jedynie przerażające, pozbawione duszy roboty, tylko czekające na okazję, by wyssać życie z niczego niespodziewających się młodocianych graczy. Nietrafiona stylistyka, autentycznie jeżąca włosy na plecach, z jednej strony przyczyniła się do klęski perypetii Chippera, z drugiej zaś pomogła Cawthonowi dostrzec jego talent do kreowania nieumyślnie odrażających tworów.

Przeznaczenie puka do drzwi

Scott skorzystał z krytycznych uwag internetowej społeczności i wzorując się na tragedii z 1993 roku, kiedy to w jednej z restauracji popularnej amerykańskiej sieci Chuck E. Cheese’s doszło do brutalnego morderstwa czwórki pracowników, stworzył fabularne podwaliny pod pierwszy epizod Five Nights at Freddy’s, którego akcja rozgrywa się w bardzo podobnym stylistycznie lokalu gastronomicznym. Co więcej, w obu przypadkach posiłki gościom miały umilać animatroniki, czyli mechaniczne maskotki, które – na moje oko – nadawałby się o wiele lepiej do polowania na Sarę Connor niż rozweselania otyłych dzieci.

To nie bujda, takie monstra faktycznie paradowały w familijnych restauracjach Chuck. E. Cheese’s. - 2015-05-22
To nie bujda, takie monstra faktycznie paradowały w familijnych restauracjach Chuck. E. Cheese’s.

Bohaterem pierwszej części gry jest nowy pracownik restauracji Freddy Fazbear’s Pizza, Mike Schmidt, pilnujący popularnej knajpy podczas nocnej zmiany. Nie byłoby to takie trudne, gdyby nie banda animatroników, wałęsających się wskutek rzekomej awarii mechanizmów, których zwierzęce pyszczki wywołują dreszcze w środku dnia, a co dopiero po zmroku. Pech chciał, że jeden z nich miał już na koncie śmierć postronnej osoby, której „przypadkowo” odgryzł kawałek głowy w wydarzeniu nazwanym potocznie „Ugryzieniem z ‘87”. Nie pomaga też fakt, że gdy tylko jeden z robotów natrafia na naszego protagonistę, traktuje go niczym rozebrany endoszkielet i automatycznie próbuje wcisnąć biedaka w zapasowy kostium jednej z maskotek... a to nie kończy się dla niego zbyt dobrze, że ujmę to w ten sposób.