Encyklopedia Gier Top Gry Daty premier Beta testy Screeny Redakcja poleca Katalog firm Słownik PC PS4 PS3 Xbox One Xbox 360 Switch Andro iOS

Fight Night Champion XBOX 360

Piąta odsłona sportowej gry bokserskiej od EA Sports. W tej części nowością stał się system Champion Mode, w którym możemy rozgrywać walki na tle pełnego emocji wątku fabularnego. Poza tym usprawniono silnik i fizykę gry, wyeliminowano stare błędy i odświeżono tryby gry. Gra prezentuje się bardzo dobrze pod względem graficznym.

Sportowe, boks, multiplayer, na 2 osoby.

Fight Night Champion - screen - 2011-01-17 - 201173Fight Night Champion - screen - 2011-01-17 - 201172Fight Night Champion - screen - 2011-01-17 - 201171Fight Night Champion - screen - 2011-01-17 - 201170Fight Night Champion - screen - 2010-11-16 - 198454Fight Night Champion - screen - 2010-11-16 - 198453Fight Night Champion - screen - 2010-11-16 - 198452Fight Night Champion - screen - 2010-11-16 - 198451

wersja językowa:
EN napisy i dialogi

Data premiery gry Fight Night Champion | X360

1marca2011

4marca2011

premiera PL

Microsoft Xbox 360
Okładka Fight Night Champion (X360)
Fight Night Champion

Fight Night Champion to piąta odsłona popularnego cyklu bokserskiego, zapoczątkowanego jeszcze na PlayStation 2 i pierwszym Xboksie. Za jej wyprodukowanie odpowiedzialne jest kanadyjskie studio EA z siedzibą w Vancouver, mające w dorobku także czwartą edycję serii.

Najistotniejszym elementem Fight Night Champion jest zupełnie nowy, stworzony od podstaw tryb rozgrywki dla pojedynczego gracza, o nazwie Champion Mode. Jego punktem przewodnim są emocje, wynikające z dramatyzmu, tragizmu i ekscytacji, za pomocą których odpowiednia atmosfera budowana jest nie tylko w ringu, ale również poza nim. Szeroko zakrojony wątek fabularny przybliża postać początkującego boksera wagi średniej – Andre Bishopa urodzonego w Filadelfii.

Stworzona na potrzeby gry historia przybliża zarówno dobre, jak i złe strony zmagań bokserów. Brudne akcje, wyczerpujące treningi, trudne negocjacje i konieczność toczenia nieustannej walki z mediami to tylko niektóre elementy ujęte w grze. Autorem scenariusza jest Will Rokos, hollywoodzki autor mający na koncie skrypt do wielokrotnie nagradzanego filmu Monster’s Ball (Czekając na wyrok) z Halle Berry i Billym Bobem Thorntonem w rolach głównych, a także historię opowiedzianą w grze akcji Dante’s Inferno.

Champion Mode towarzyszą inne, standardowe dla serii tryby rozgrywki. Najważniejszym z nim jest powracający Legacy Mode, czyli standardowa kariera, w trakcie której wcielamy się w jednego z 54 autentycznych bokserów z różnych kategorii wagowych lub też postać wykreowaną w edytorze. Wśród tych pierwszych nie znalazł się niestety żaden polski zawodnik, w tym Tomasz Adamek (obecny w poprzedniej odsłonie serii). W grze znalazły się jednak największe gwiazdy tego sportu (Muhammad Ali, Lennox Lewis, Roy Jones Jr, Mike Tyson, czy bracia Kliczko), a także debiutanci w Fight Night (m.in. Eric "Butterbean" Esch, Chad Dawson, Cristobal Arreola). Wszyscy bokserzy zostali przygotowani z dbałością o detale – zarówno pod kątem budowy ciała, jak i statystyk oraz charakterystycznych stylów walki, warunkujących sposób rozgrywania pojedynków.

Dodatkowo w produkcji zastosowanie znalazł system Full Spectrum Punch Control, nie tylko ułatwiający wyprowadzanie zabójczych kombinacji ciosów, ale również wpływający pozytywnie na realizm starć. Produkcja, wzorem poprzednich odsłon, posiada również świetny system fizyki, realistycznie odwzorowujący uderzenia, bloki, uniki, poruszanie się w ringu, nokauty czy nawet wejścia w klincz. Na przebieg samej walki mają wpływ także takie czynniki, jak adrenalina oraz zmęczenie. Jeśli więc na przykład nasz bokser znajdzie się blisko rywala i nie będzie mógł wykorzystać pełnego zasięgu ramion, jego ciosy staną się znacznie słabsze.

Fight Night Champion jest jednocześnie najbardziej przyjazną odsłoną serii z punktu widzenia początkującego gracza. W trybie rozgrywki wieloosobowej nie jest już jednak tak łatwo – szczególnie, że autorzy rozbudowali go o kilka nowych, interesujących opcji zabawy.

Zobacz pełny opis gry

Tryb gry: single / multiplayer   Tryb multiplayer:   Internet   / wspólny ekran     Liczba graczy: 1-2  

Nośnik: 1 DVD

Ocena gry 8.7 / 10 na podstawie 360 ocen czytelników.
Oczekiwania czytelników przed premierą gry: 9.4 / 10 na podstawie 276 głosów czytelników.

Cena gry w dniu premiery: 229,90 PLN

Gry podobne do Fight Night Champion

Klasyfikacja PEGI Fight Night Champion

Wymagania wiekowe. Rating wiekowy nie uwzględnia poziomu trudności ani umiejętności niezbędnych do korzystania z danej gry. W grze jest używany wulgarny język. Gra zawiera elementy przemocy. Gra, która pozwala łączyć się z innymi osobami poprzez Internet.

Wykorzystuje: Xbox Live

Fight Night Champion - pierwsze spojrzenie

Przed premierą 16 listopada 2010, 10:47

Prawdziwi zawodnicy muszą cały czas dbać o kondycję i rozwijać umiejętności bokserskie – oba współczynniki znajdą swoje miejsce w grze. Pierwszy z nich wyćwiczymy na siłowni, a drugi podczas sparingów i minigierek. Wpływ na nabyte zdolności będzie miało także miejsce treningu – ośrodek szkoleniowy z Kalifornii podniesie sprawność sportowca w większym stopniu, a w Filadelfii dostaniemy lepszych partnerów do sparingu (co wpłynie na hardość boksera). Poszczególne ciosy będą opatrzone osobnym poziomem – maksymalny pozwoli na rozdawanie potężnych razów, prowadzących czasami nawet do nokautu. Zarysowany w skrócie system ma w wierny sposób oddawać rzeczywistość. Młodzi zawodnicy zaczną karierę z wysoką kondycją, ale małymi umiejętnościami bokserskimi. Z biegiem lat ich siła będzie spadała, a umiejętności rosły, bo technik boksowania nie zapomina się tak po prostu.

Komentarze Czytelników (61)

Dodaj swój komentarz
Wszystkie Komentarze
03.03.2011 10:31
odpowiedz
Suchy87
5
Junior

Mam i już grałem :] Przeszedłem całą historie Championa naprawde fajnie pomyslany epizod :D Walka z Isaac Przkozacka

03.03.2011 10:32
odpowiedz
Suchy87
5
Junior

Kariera jest tylko Bishopa ale mozesz grac tak jak w FNR4 Legancy mode i wybrać np. Mike Tysona ;-)

03.03.2011 10:35
👍
odpowiedz
Suchy87
5
Junior

Fajną opcją jest też rywalizacja z innymi siłowniami online :) Mysle ze gra spodoba sie wielu. Naprawda warta swojej ceny !

06.03.2011 13:41
odpowiedz
Infinitive
27
Legionista

Naprawde świetna gra :) Najlepsze mordobicia we więzieniu.

06.03.2011 19:32
odpowiedz
masakryczny
3
Junior

szkoda ze nie ma Adamka :(

07.03.2011 18:33
odpowiedz
Mateo90
15
Legionista

Może mi ktoś odpowiedzieć czy ta gra będzie wersji PL?

09.03.2011 19:48
odpowiedz
klipsas
5
Junior

To będzie wersja pl czy nie

11.03.2011 12:59
odpowiedz
Kot_Rysiek
38
Garrus Vakarian

po obejrzeniu paru filmików w necie, nie zrobiła ta gierka na mnie zbyt dużego wrażenia

17.03.2011 18:55
odpowiedz
Marecki_KG
86
Konsul

No własnie, co z tym PL ? Bedzie czy nie ? :D

23.03.2011 11:07
odpowiedz
Jarko1980
2
Legionista

Gra jest dosyć trudna (oczywiście nie na 1 i 2 poziomie trudności ale na takich grają tylko dziewczyny) trzeba się czasami sporo natrudzić żeby wygrać. Wkurzają głupie absurdy w Kampani andre' B. Np nie możesz wygrać z przeciwnikiem jeśli go znokautujesz w głowę albo musisz walczyć jedną ręką itp.Napewno jest lepsza nisz kiczowata 4 (choć bez adamka ale pewnie pojawi się w dlc)
ale i tak stara 3 była najlepszą odsłoną serii.
Ale ogólnie historia jest kozacka ,grafa wymiata a gra w 2 i skopanie d... kumplowi jest super. Polecam

23.03.2011 12:27
odpowiedz
1 odpowiedź
MrZiomek123
22
Legionista

Jarko1980 - Po prostu jesteś słabym graczem i tyle, 1980 to na pewno nie Twój rocznik, bo piszesz jak dziecko z podstawówki. Champion mode jest super, nie rozumiem przeszkadza Ci to, że trzeba pokonać przeciwnika jedną ręką, to jest śmiech na sali, a jak Ty byś w czasie walki złamał rękę to byś napieprzał tą złamaną? Fight Night Champion jest świetny, jest lepszy od poprzednich części graficznie i w ogóle, wreszcie można było się poczuć jak boxer na ringu. A więc jak Ci się nie podoba, zagraj sobie w FNR 3, bo jest łatwiejsza bardziej dobrana pod Twój poziom intelektualny. ; )

23.03.2011 15:50
odpowiedz
Jarko1980
2
Legionista

MrZiomek123 za to twój nick wszystko mówi o twoim roczniku 1+2+3=6 i tyle masz lat . Lubisz prowokować ludzi na forum prawda? Założe się że wszyscy w twoim przedszkolu szczają ci na łeb to przynajmniej tu się możesz wyżyć i obrazić kogoś. Twoim zdaniem Bokser który łamie ręke i walczy dalej jest realne? No to gratuluje znajomości tematu weż lepiej wróć do dragon balla głąbie.

23.03.2011 17:11
odpowiedz
rextrex
5
Junior

"Specjaliści" :) Najpierw trzeba faktycznie zaznajomić się z tematem, a potem się wypowiadać. Bokser nie walczy ze złamaną ręką? Oczywiście, że walczy. Przykład choćby z naszego podwórka - nie pamiętam który to był Kołodziej czy Jackiewicz (a może ktoś inny). Porobił sobie coś z dłonią i w dalszej części tylko zasłaniał się tą ręką, a bił drugą. Jasne jest, że uderzenia przeciwnika wyłapywane na tę rękę do przyjemnych raczej nie należały. Oczywiście w przypadku bokserów "złamana ręka" przeważnie odnosi się do problemów z dłonią, a nie złamaniu np. w łokciu. Ze zwisającą ręką oczywiście nikt by nie walczył ;)

Co do samej gry, to rozczarowałem się. Jako, że w FNR4 gram praktycznie od premiery, to przyzwyczaiłem się do tego sterowania (gałką). Na wyższych poziomach trudności (na łatwych nie warto grać, bo wtedy jest to zwykła mordoklepka) robi się z tego prawdziwy boks - strategia, blokowanie, uniki, ogólnie zmęczenie przeciwnika i utrzymanie się na nogach, a nie nokaut w drugiej rundzie. Wszystkie uderzenia/uniki mam obcykane i wiem kiedy i jak atakować. W FNC jest to jakieś dziwne. Przycisków nie używam w ogóle, dalej operuję gałką, ale stało się to nieprecyzyjne. Chcę zaatakować przypuśćmy mocnym prostym, po czym uderzyć serię np. brzuch, brzuch, głowa, głowa, brzuch i odskok z blokiem. W FNR4 wychodzi to idealnie, bokser jest cały czas pod kontrolą. W FNC po odskoku wyprowadza jeszcze jakiś spóźniony cios. W przeciwnika na "gumowych" nogach chcę uderzyć z doskoku, a tu jakieś dwa ciosy wychodzą. Jest to o tyle dziwne, że osoba która ma bardzo dobrze opanowane sterowanie z poprzedniej części, ma kłopoty tutaj! Przecież to miało być ułatwione sterowanie! Niestety chyba miało być bardziej "dla wszystkich", naciskać co popadnie i walka wygląda jak młócka.
Prawdopodobnie przejdę do końca tryb Champion, zrobię kimś tryb Legacy i wrócę do FNR4, bo póki co wygląda na to, że do FNC się nie przekonam, a FNR4 jest zdecydowanie lepszy (ze swoim "prostszym" sterowaniem).

31.03.2011 23:22
odpowiedz
Kot_Rysiek
38
Garrus Vakarian

pograłem ... bardzo dobra i realistyczna gra, daje 8.5/10 :)

02.06.2011 15:13
😊
odpowiedz
Cholasin
1
Junior

Dobra gra szkoda że już nie ma takich kombinacji analogiem jak w starych częściach.

05.06.2011 01:40
odpowiedz
ViscaBarca91
1
Junior

Ok...a ja mam walke w karierze z takim murzynem w bialych spodenkach a u gory ma zielone... i jakkk go pokonac??? walka zaczyna sie od 2 rundy..caly czas mniei nokautej..prosze pomozcie...

09.07.2011 19:17
👍
odpowiedz
WerterPL
69
Pretorianin

1/3

Seria Fight Night od zawsze była jedną z moich ulubionych w branży gier komputerowych. Nie znam chyba obecnie lepszego symulatora boksu. Szczególnie cenię sobie Fight Night 3 za genialny edytor do tworzenia boksera, oraz Fight Night 4 za całokształt i Tomasza Adamka ;) Nie było możliwości, że przegapię kolejną odsłonę serii, jaką jest Fight Night Champion. Jak wypada na tle poprzedniej odsłony? O tym wszystko napiszę.

Na początek jeszcze zaznaczę, że tak jak w recenzji o FNR 4, najpierw napiszę reckę, a potem opowiadanie o mojej karierze. Wiem, że nikt nie przeczyta bo za długie, ale i tak mam satysfakcję :D

Dawaj na ring
Już po odpaleniu gry, pierwsze co rzuca się w oczy to, że Fight Night Champion ma więcej trybów w stosunku do FNR 4. Oczywiście, większość rzeczy w opcjach jest podobna, a czasem niemal identyczna, ale Champion poza trybem "Fight Now" oraz "Legacy Mode", ma jeszcze fabularny "Champion Mode", ale o tym za chwilę. Jeszcze mamy możliwość rozegrania gier treningowych, dzięki czemu możemy nauczyć się trenować boksera, zanim rozpoczniemy karierę. Może w skrócie omówię trzy najważniejsze tryby, czyli Fight Now, Karierę i Fabułę.
Fight Now - trybu chyba nie trzeba przedstawiać. Dzięki niemu możemy spokojnie zobaczyć jak wygląda gra. Mamy tutaj do wyboru wszystkich bokserów, kategorie wagowe i stadiony. W grze jest aż 50 rzeczywiście istniejących bokserów. Możemy znokautować, bądź też wcielić się w prawdziwe Legendy boksu, jak np. Muhammad Ali, Mike Tyson, Sonny Liston, Lennox Lewis a nawet Bracia Kliczko.
Co ciekawe, jeżeli chcemy możemy obejrzeć mecz bokserski swoich marzeń, gdyż gra oferuje pojedynek CPU vs CPU. Dzięki temu możemy zobaczyć walki o jakich marzą miliony promotorów, np. Kliczko vs Kliczko.
Niestety w tej części nie ma Tomasza Adamka, ale co ciekawe w grze istnieje nazwisko Adamek, oraz miejscowość Zywiec, Poland. Widocznie zostało po części czwartej :p Ogółem o Fight Now można powiedzieć, że jest to trening przed karierą ;)
Champion Mode - Nowość w serii Fight Night. Obserwujemy karierę boksera - Andre Bishop'a oraz jego konfrontacje ze skorumpowanym promotorem. Fabuła moim zdaniem była mocno oparta o serię "Rocky" i chociaż jest dosyć krótka, to jednak gra się w nią naprawdę przyjemnie :) Mamy ciekawe wydarzenia, ograniczenia na daną walkę, świetne przerywniki filmowe itp. Polecam ten tryb, bo historia Bishop'a mimo, że krótka to naprawdę wciągająca.
Legacy Mode - Chyba ulubiony tryb każdego weterana Fight Night :p I nie bez powodu. To właśnie tutaj prowadzimy karierę naszego boksera. Już istniejącego, bądź też przez nas stworzonego. O tworzeniu boksera za chwilę powiem. Zaczynamy karierę amatorską, aby przejść do zawodowej i piąć się na szczyt, od zwykłego chłopaka z sal treningowych po prawdziwą gwiazdę. Można w czasie gry przejść nawet do wyższej kategorii wagowej, jeżeli w swojej osiągniemy szczyt. Jesteśmy zasypywani e-mailami od trenera i sponsora o ofertach biznesu, informacjach a nawet wyzwaniach. Droga do sukcesu wiedzie przez mordercze treningi i jeszcze bardziej mordercze rozprawianie się z rywalami.
Podoba mi się również to, że teraz musimy uważać na to, aby zbyt mocno nie obrywać, bo szybko pójdziemy na emeryturę. Mamy oznaczenie cięć i obić, które w miarę jak jesteśmy bici się zmniejsza. Jesteśmy po kilkunastu latach kariery bardziej podatni na niebezpieczne ciosy. Jest to całkiem realistyczne. Kariera naprawdę wygląda jak z życia prawdziwego boksera.
Tu taka ciekawostka. Tryb Legacy Mode jest rozbudowany w stosunku do FNR 4. Teraz wybieramy miasto gdzie chcemy trenować i musimy uważać na pasek Staminy w czasie treningów. Tydzień przed walką najlepiej odpocząć, bo potem w czasie walki będziemy mieć krótszy pasek staminy. Treningi możemy brać klasyczne, albo coś na wzór auto, gdzie wybieramy jaką statystykę chcemy podnieść. Po walkach zdobywamy punkty i zarabiamy pieniądze. Na ringu wreszcie jest sędzia, który nie pojawia się wyłącznie przy odliczaniu i po walce. Kolejna nowość. Pieniądze przeznaczamy np. właśnie na wybór miejsca gdzie chcemy trenować. Punkty natomiast na rozwój statystyk. Wg. mnie jest to o wiele lepsze niż w FNR 4, bo możemy wybierać to co chcemy, a nie rozwinąć coś kosztem drugiego.
E-maile też są rozbudowane. Otrzymujemy o wiele więcej wyzwań od rywali, oferty aby reklamować coś związanego z boksem, umówić się na sparing z mistrzem czy nawet sponsorować w danej walce coś od Nike, czy Adidasa :) Generalnie tryb jest naprawdę ciekawy. Walczymy i mamy z tego prawdziwe zyski, a ciężkie treningi się opłacają.

Bokserze bij się sam
Tworzenie boksera to jedna z fajniejszych rzeczy w Fight Night. Nadal żałuję, że nie ma cudownego edytora z trzeciej części, ale mimo wszystko robienie swojego zawodnika wciąga. Wybieramy twarz (albo możemy za pomocą kamerki internetowej, wygenerować swoją twarz i zobaczyć ewentualnie jak wyglądamy po ostrym wpier**lu, tak zwanym :P) następnie imię, nazwisko, miejsce zamieszkania, styl walki, lewo-praworęczny, fryzurę, wzrost, posturę, ubiór i wiele wiele innych. Zabawa z robieniem swojego zawodnika jest przednia. Możemy nawet stworzyć sobie Tomasza Adamka czy Andrzeja Gołotę i potem prowadzić ich do szczytu kariery, albo stoczyć z nimi pojedynek. Dużo by tu opowiadać, to trzeba samemu zobaczyć ;) Jeżeli mamy ochotę, to możemy nawet stworzyć sobie tzw. „Boksera do testu” czyli jakiegoś totalnego ciołka, który nie wiadomo czego szuka w boksie (jak np. stworzony przeze mnie Issuck Lowitsh, który używany jest do testowania siły innych bokserów :D). Mało tego, przy tworzeniu boksera możemy ustalić jego charakter, gdyby grał nim komputer. Czyli ustalamy jak często używa np. nielegalnych ciosów, klinczy, jego styl walki itd.

Moja krew
Krwawienie to często nieodłączna część boksu. Mieliśmy już z tym do czynienia w poprzednich Fight Nightach. Jednak np. w 4 pamiętacie pewno, że krew była mocno przyczepiona do twarzy i ewentualnie czasem trochę spłynęła po policzku. Zatem tutaj oczy wam wyjdą na wierzch. Kiedy zadamy cios po którym tryśnie krew, rozlewa się ona po całej twarzy, kapie na tors, brudzi spodenki zarówno przeciwnika jak i twoje. Nawet na rękawicach może Ci zostać trochę krwi. Kiedy bokserzy są już mocno obici i krwawią, po jakimś czasie zobaczymy sporo plam krwi na ringu. Jest to wykonane po prostu świetnie :)

Tańcz w rytm pięści
Muzyka to jak zwykle mocna strona gry. W 4 moją ulubioną było „Ready for the Fight”. Tutaj tego nie ma, ale jest całe mnóstwo nowych i równie dobrych utworów. Pasują one bardzo dokładnie do bokserskiej gry. Zwłaszcza gdy wybierzemy któryś utwór jako „piosenkę na wejście”. Wśród utworów znalazło się nawet kilka hymnów narodowych. Np. francuski, niemiecki, kanadyjski, angielski itd. Niestety nie ma polskiego, ale z tego co wiem, jest możliwość wrzucenia również takiego ;) Jedno czego nie rozumiem, to dlaczego jest całkiem sporo utworów, które mają klimat hiszpańsko-meksykański, no ale pewno się nie dowiem :p

Ruszaj się, człowieku!
Kolejne różnice można zobaczyć w sterowaniu. Twórcy najwidoczniej posłuchali dzieci, które nie potrafiły posługiwać się analogiem, dlatego teraz możemy zadawać ciosy zarówno za pomocą analogu, jak i przycisków. Jeżeli chodzi o analog, to nie trzeba już robić łuków itp. Wystarczy, że przechylimy np. analog w lewo po skosie, to zadamy sierpowy. Dzięki temu ataki są szybsze i łatwiejsze. Ciężko było mi się na początku przestawić do klinczy, bo teraz trzeba wcisnąć LB i RB, a gdy klinczuje przeciwnik i chcemy go odepchnąć, to trzeba szybko naciskać LB. Dużo wygodniejsze jest za to zadawanie ciosów w korpus i głowę. Teraz wystarczy, że wciśniemy LT i nasz bokser już przestawia się na ciosy w korpus. Co do gardy, to tu również musiałem się przestawić. Teraz wystarczy nacisnąć RT. Nie trzeba do góry. Dzięki temu gra również jest prostsza w obsłudze, bo bokser sam wyczuwa gdzie ma osłaniać ciało albo głowę. Jednak nie wyobrażajcie sobie, że to czyni gierkę bardzo prostą. Gardę da się przebić, wystarczy dobrze trafić w szczelinę ;) Mamy również dodatkową umiejętność, która nie wiadomo dlaczego, została dodana do nielegalnych ciosów. Poza uderzeniami poniżej pasa, albo z główki, możemy teraz sprowokować przeciwnika. Nasz bokser np. unosi rękę w górę, pokazuje gest „no chodź tutaj” czy podrzynania gardła. Tauntów jest dużo.

Nokaut
Tradycyjnie. Wiadomo, że żadna gra nie obeszła się bez minusów, a byłbym nieobiektywny gdybym je sobie zwyczajnie pominął. Na sam początek muszę powiedzieć, że trochę zbulwersowało mnie to, że nie usunięto tych rzeczy które mnie irytowały w Fight Night Round 4. Zwłaszcza czegoś takiego – Walczysz z przeciwnikiem już wiele rund. Jest cały obity i wykończony. Wreszcie zadajesz nokdaun. Ledwo ma siły wstać, ale wstaje na 9. Po jakimś czasie obijasz go i męczysz jeszcze mocniej, po czym znowu nokdaun. Teraz stara się bardzo szybko wstać i zawsze na 4 albo 5 jakoś dziwnie się potyka i pada. Wygląda to naprawdę sztucznie i dziwię się, że jeszcze tego nie usunęli.
Kolejna rzecz jaka mnie denerwuje, to zachowanie przeciwników w ringu. Oglądał ktoś żałosną walkę Nikolaia Valuev’a z Davidem Haye’m? Zatem powiem wam, że często przeciwnik zachowuje się tak jak Haye w tej walce. Zamiast stanąć i walczyć, to on przede mną spieprza po całym ringu. Muszę go zaganiać do narożnika i dopiero wtedy mogę dosięgnąć jego gęby. Wiem, że to jest często spotykana taktyka, ale sorry. Bokser przychodzi na ring walczyć a nie tańczyć. Lepiej by było gdyby robili coś takiego jak Tomasz Adamek, to jest podskakiwali, zadawali ciosy i odskakiwali. Tymczasem oni ciągle przede mną spieprzają dookoła ringu. Na szczęście zdarzają się wyjątki i są tacy co walczą. Dlatego właśnie w trybie fabularnym Champion, uwielbiam walkę z finałowym przeciwnikiem. On praktycznie nigdy nie ucieka, tylko naciera na ciebie, zagania do narożników i zadaje mordercze ciosy. I to jest prawdziwy bokser!
Kolejny moim zdaniem minus to coś dziwnego przy nokaucie. Jak już wiadomo, że przeciwnik nie wstanie, to zwykle od razu odliczanie jest ucinane. Tak nagle. Sędzia zamiast powiedzieć np. Pięć! powie pię… i koniec. Nie wiem po co tak zrobili, ale przynajmniej teraz widzimy ciekawsze podnoszenie rywala z maty przez sędziego, albo ludzi z jego narożnika.
Jeszcze jedna rzecz, którą w sumie nie wiem czy zaliczyć do minusów, ale może być irytująca. Teraz nie mamy wpływu na to co dzieje się w czasie przerwy w narożniku. Komputer nam automatycznie dobiera uzupełniania życia i staminy. Z jednej strony jest to realistyczne, ale jednak nie każdemu może to odpowiadać. Zwłaszcza, że jakimś dziwnym cudem rywal zawsze dostaje więcej uzupełnienia i będzie miał 100% staminy przez dobre 6-7 rund jeżeli nie zadawałeś ciosów w korpus.
Kolejny punkt, też w sumie nie do minusów, ale wypomnę go, żeby wyjaśnić przy okazji. Mianowicie poziomy trudności. Są takie same jak w 4. Amateur, Pro, Champion, Greatest of All Time. Jednak osoby które by miały pierwszy styk z Fight Night mogą odnosić wrażenie że Amateur jest za łatwy (prawda) ale Pro już za trudny (nieprawda). Na początek powiem, że Amateur w ogóle nie warto ustawiać. Może tylko na sam początek, ale przez to walki są tak łatwe, że gra szybko wam się znudzi. Pro to już inna bajka. Wbrew pozorom nie jest wcale taki trudny. Będzie trudny jeżeli będziecie tylko zadawać ciosy do przodu. A wtedy oberwiecie mnóstwo kontr i do widzenia. Tutaj trzeba używać gardy, trzymać dystans odpowiedni i wyłapać kiedy można zadać cios. Jak dobrze obmyślicie strategię, to rozłożycie championa nawet w 1 rundzie ;)
Ale jeszcze muszę jedną rzecz wytknąć. Refleks refleksem i inteligencja inteligencją, ale uważam, że przesadzili czasem z tym u komputerowych przeciwników. Czasem jest tak, że zadasz ciosy z różnych stron i w różne części ciała, ale rywal i tak je wszystkie ochroni. No sorry, ale niemożliwe jest, żeby tak perfekcyjnie przewidział wszystkie ciosy jakie zadam. Np. zadam 10 ciosów w korpus i jeden w łeb. Będzie wiedział, że ten 11 cios idzie w łeb i osłoni. To już przesada.
Najgorszy chyba minus i to już wypominali recenzenci na całym świecie. Niedopracowane są treningi uderzania w worek. Gra czasami nie odczytuje dobrze danego ciosu. Mimo, że wykonaliśmy to dobrze, to i tak nie zalicza. Zwłaszcza gdy chce ruchu lewym analogiem oznaczonego na niebiesko. Nie wiem jak to działa, ale nigdy mi tego nie zaliczyło.
Jeszcze nie wiem czemu, czasem zdarza się, że zanim będzie następna walka, niepotrzebnie tracimy miesiąc życia. Nie wiem może wakacje czy coś, ale przez to lata szybciej nam przelatują.

Jednogłośna decyzja
Fight Night Champion to rewelacyjny symulator boksu. Ma wady które już widzieliśmy w części czwartej, ale za to jest od niej o wiele bardziej rozbudowany. Oferuje nowe możliwości, smaczki i dodatkowy tryb krótkiej, jednak bardzo ciekawej fabuły o losach Andre Bishopa. Jeżeli ktoś myślał, że ta część jest nokautem dla całej serii, to ma rację. Ponieważ równo znokautowała wszystkie poprzednie części i teraz ona dzierży pas championa. Uważam, że była to jedna z najlepszych gier kupionych przez mnie w tym roku. Nie żałuję ani złotówki i gorąco polecam fanom pięściarstwa. Mój werdykt dla gry 9.5/10. Byłoby równo 10 gdyby nie te błędy w treningu i nie usunięcie minusów czwórki. Ale mimo wszystko jest to moim zdaniem najlepszy Fight Night dostępny obecnie na rynku.

A teraz, żeby szanować tradycję, opiszę dokładnie swoją karierę, tak jak w Fight Night Round 4 :p Będzie to historia tego samego boksera, jednak będzie się trochę różnić. Nie będzie Tomasza Adamka i więcej szczegółów zostanie wysuniętych. No to najpierw dane:

Pseudonim: Diesel
Wzrost: 6’0
Waga: 160 lbs
Styl: Leworęczny, Szybki
Skąd: Pabianice, Polska
Kategoria wagowa: Średnia

Byłem nazywany największym. Rywale drżeli przed moimi pięściami. Moją największą bronią było moje serce i duch walki. Znany byłem jako „Diesel”. Jako „Lewa strona mocy” i „Conan znad Wisły”
Oto moja historia…
DIESEL - WEJŚCIE ORŁA BIAŁEGO

"Nie narzekaj, że masz pod górkę, skoro zmierzasz na szczyt"
Diesel

Początek
Moja przygoda bokserska zaczęła się w 2008 roku, zupełnie przez przypadek. Wracając do domu, któregoś dnia zostałem napadnięty przez dwóch wyrostków. Żądali, żebym oddał wszystkie pieniądze i komórkę. Nie wiedzieli niestety, że od bardzo młodych lat ćwiczyłem na siłowniach. Odmówiłem, na co obaj rzucili się w moją stronę. Natychmiast uskoczyłem przed chwytem i trafiłem lewym sierpowym prosto w twarz jednego z nich. Z nosa trysnęła krew, a facet padł z zaskoczenia na ziemię. Drugi przestraszył się i zwiał, a ten co padł, po chwili wstał i również uciekł, znacząc drogę krwawymi plamami. Już miałem kontynuować drogę do domu, gdy poczułem czyjąś dłoń na ramieniu.
Gwałtownie się odwróciłem, gotowy na zadanie kolejnego ciosu, lecz moim oczom ukazał się lekko starszy mężczyzna w berecie i luźnej koszuli.
Ło, spokojnie - powiedział i cofnął się, unosząc ręce w górę – nie zamierzam Cię atakować. A już na pewno nie po tym co zobaczyłem. Mogę Ci zająć chwilkę?
Może - odpowiedziałem, nadal lekko podejrzliwy - Czego pan chce?
Masz talent, chłopcze - zaśmiał staruszek - A ja zawsze powtarzam, że talent to skarb o jaki powinno się dbać całym sercem. Tamci dwaj mieli tupet, ale nie rozum. Ty wbiłeś im coś do głowy i teraz będą
mądrzejsi. Jednak nie oni są ważni teraz. Jak Cię zwą, chłopcze?
- Piotr. Ale nadal nie rozumiem o co panu chodzi. Jaki niby talent?
- Cierpliwości, wojowniku. Przyjmij moją propozycję, a zobaczysz co to
za talent.

Potem dowiedziałem się wszystkiego. Mężczyzna nazywał się Andrzej Luszyński. Był profesjonalnym trenerem boksu. Niestety przez dłuższy czas nie miał żadnego ucznia, przez co wbrew woli spędzał urlop, spacerując i szukając ludzi z "sercem wojownika" jak to określał. Zaciekawiony poszedłem z nim. Moim oczom ukazała się duża hala treningowa. Worki treningowe, ring sparingowy, gruszki i wiele innych. Jedna ze ścian oblepiona była zdjęciami bokserów. Prawdopodobnie byli to jego uczniowie.

Nie jest lekko - westchnął Andrzej - W tych czasach jest wielu młodziaków z ambicjami. Ale niestety nie mają w sobie tego czegoś, co czyni boksera wojownikiem. Nie widzę u nich głodu ani duszy bestii.
- Dlaczego w takim razie ma pan nadzieję względem mnie? Po prostu obroniłem się przed napaścią.
- Właśnie. Nie byłeś na to przygotowany, a mimo to zaczął krwawić już po pierwszym ciosie. Mało tego, był nokdaun. Więc nie wmawiaj mi, że nie masz talentu.
- Ale nigdy w życiu nie boksowałem. Ćwiczę sporo, jednak nie miałem okazji walczyć. A poza tym z moją masą, to nie sądzę, żebym nadawał się do sportu walki.
- Masz rację, Piotr. Nie nadajesz się na boksera i jesteś nikim. Ale do cholery, tak długo jak będziesz tak debilnie myślał! A ktoś kto nie chce nawet poznać swojego talentu, nigdy nie będzie prawdziwym
sukcesorem. Daję Ci teraz proste wyzwanie. Otwieram przed Tobą szansę, żebyś pokazał tym frajerom na co Cię stać. Żebyś poprzez pięści kreował swój świat. Masz teraz podjąć męską decyzję. Jeżeli jesteś zdolny do sukcesu i ciężkiej pracy aby go osiągnąć, to ze mną możesz to zdobyć. Jeżeli jesteś kolejnym, szarym niedorozwojem, co zamierza zmarnować swoje powołanie, zejdź mi z oczu!

Po tym agresywnym przemówieniu, Andrzej wstał i prychając poszedł do swojego pokoju. Słyszałem jak szura krzesłem i ciężko siada. Tego dnia coś dziwnego się ze mną działo. Moje ciało poruszało się samo. Nawet nie wiem kiedy wstałem, poszedłem do jego pokoju i kładąc rękę na jego ramieniu, zapytałem - gdzie znajdę rękawice?

Kariera amatorska
Trening trwał dwa lata. Andrzej był bardzo surowy, ale mocno motywujący. Wyciskał ze mnie wszystkie soki na treningach. Kiedyś powiedział, że jeżeli daję z siebie 100% to znaczy, że jeszcze trzymam rękę w nocniku, bo prawdziwy wojownik daje z siebie 250%. Czasami zastanawiałem
się, po cholerę się na to zgodziłem. Treningi były bardzo ciężkie i frustrujące. Dodatkowo musiałem ograniczyć jedzenie swojego ulubionego spaghetti bolognese. Jednak nie mogę zaprzeczyć, że moja kondycja, siła i szybkość mocno wzrosły. Nauczyłem się dobrze balansować ciałem i wyprowadzać szybkie, mocne ciosy. Byłem z tego bardzo zadowolony. W sparingach, moją szczególną dumą był lewy prosty, w którym czułem wielką siłę. Z czasem zacząłem zastanawiać się nad pseudonimem jaki
powinienem mieć. Siedziałem i myślałem, gdy mój wzrok padł na mój samochód - Rover'a 45. Nie wiedzieć czemu, pierwsze co przeszło mi przez myśl to jego paliwo - Turbodiesel. Od razu skojarzyło mi się to z napędem oraz niewielkim zużyciem. Mocno pasowało mi to do mojego stylu.
I tak zrodził się "Diesel" - leworęczny bokser z Polski. Andrzej zdenerwował mnie pewnego wieczora, gdy chwaliłem się swoim "ciosem-sygnaturą". Gdy odwróciłem się na chwilę, Andrzej odpowiedział na to - Masz rację. To wyjątkowy cios, bo jeszcze tak ślamazarnych uderzeń w swojej karierze nie widziałem. To zdanie podziałało na mnie jak płachta na byka. Moja duma została urażona i straciłem panowanie. Błyskawicznie odwróciłem się twarzą do Andrzeja i zadałem lewy prosty. Mój cios zatrzymał się kilka centymetrów przed jego twarzą. Nagle ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu Andrzej uśmiechnął się radośnie. Położył dłoń na mojej wycelowanej pięści i powiedział - Jesteś gotowy, chłopcze.

Wreszcie nadszedł ten dzień. Miałem stoczyć pierwszą w swoim życiu walkę amatorską. Stresowałem się jak diabli, ale nie pozwalałem aby opanowało mnie zwątpienie. Moim rywalem był niejaki Jeff Dempsey. Wyszedłem na ring wręcz nieprzytomny ze stresu, jednak wiedziałem, że muszę się przełamać. Kiedy rozległ się dzwonek, usłyszałem jeszcze od Andrzeja w narożniku - obserwuj jego ciosy. Walka się zaczęła. Dempsey podskoczył do mnie i wymierzył prawy sierpowy. Jednak pamiętałem słowa Andrzeja i odruchowo zrobiłem unik. Rywal ponawiał ciosy, ale ja robiłem uniki i blokowałem. Wreszcie, przekonując się, że mogę ustać na ring, mój stres zniknął całkowicie. Spowodowało to, że na głowę rywala posypały się ciosy. Oberwałem kilka razy, ale Dempsey natychmiast dostawał odpowiedź. Kiedy zabrzmiał dzwonek usiadłem w narożniku. Andrzej powiedział - Dobrze. Ale nie chcę oglądać w kółko takich samych ciosów. Wal w korpus i podbródkowe. Pokaż mu na co cię stać. W drugiej rundzie, zgodnie z poleceniami zacząłem zadawać ciosy na korpus. Osłabiło to trochę rywala, ale nie wstrząsnęło nim.
Cała 2 runda polegała na wymianie szybkich ciosów. Większość z nich na szczęście udało mi się zablokować. Po przerwie zabrzmiał dzwonek na 3 i ostatnią rundę. Wiedząc o tym, postanowiłem wykorzystać siłę, którą wciąż miałem i gdy tylko miałem okazję, słałem na głowę rywala mocne ciosy. Ciężko mu było się przed tym bronić, ale nadal pewnie stał na nogach. Gdy runda się skończyła, pozostało tylko czekać na werdykt sędziów. Serce stało mi w gardle. Po chwili usłyszałem - Jednogłośną decyzją sędziów wygrywa....Diesel!
Poczułem się jakby ktoś wylał na mnie kubeł zimnej wody. Nie wierzyłem własnym uszom. Udało mi się zwyciężyć już w pierwszej walce. Andrzej podszedł do mnie i powiedział - jestem z Ciebie dumny,
chłopcze. Ale to była dopiero rozgrzewka.

Zwycięstwo tak mnie zmotywowało, że treningi przestały mnie męczyć. Przeciwnie, stały się prawdziwą przyjemnością. Andrzej pilnował jednak, żebym za bardzo nie zachłysnął się szczęściem, tylko nadal uważał walki za wyzwanie. Moim drugim rywalem miał być Amerykanin Bubba Pearson. Gdy zaczęła się walka, zobaczyłem już w pierwszych sekundach, że oponent jest zestresowany. Ciosy zadawał nerwowo i niepotrzebnie wkładał w nie mnóstwo siły. Dzięki temu bez problemu mogłem
przewidzieć większość jego ciosów i zadawałem serie szybkich, prosto na twarz. W czasie przerwy dostrzegłem, że Pearson już jest wyczerpany. Zadawał mnóstwo bardzo silnych ciosów, które uderzały w powietrze, przez co był wypompowany. Postanowiłem wykorzystać to w drugiej rundzie.
Gdy odezwał się dzwonek, ruszyłem do przodu i trzymając nieduży dystans, zadawałem na głowę masę szybkich ciosów. Oponent zaczął klinczować. Wiedziałem, że jest bezradny i przestraszony, ale
odepchnąłem go i stanąłem, trzymając gardę. Bubba rzucił się do przodu i zadał mocny sierpowy. Na to właśnie liczyłem. Uchyliłem się w lewo i odpowiedziałem równie mocnym, lewym podbródkowym. Wykończony i mocno zaskoczony rywal padł na deski. Sędzia zaczął odliczanie, a Bubba starał się wstać, ale zamroczenie zrobiło swoje i ponownie stracił równowagę. Wtedy sędzia krzyknął NOKAUT! A ja uniosłem ręce w geście zwycięstwa. Mój pierwszy Nokaut. Czułem się niemal jak mistrz świata.
W tym właśnie momencie, boks stał się moją pasją. Zrozumiałem, że jestem zdolny do zwyciężania. Moja euforia rosła z każdą chwilą. Zwłaszcza podskoczyła bardzo wysoko, gdy moja trzecia walka amatorska z niejakim Lawtonem Reynolds'em zakończyła się przez TKO już w 1 rundzie! Nigdy bym nie przypuszczał, że jestem zdolny do takich rzeczy.
Wreszcie nastał ważny dzień. Andrzej powiedział, że jeszcze jedna zwycięska walka i będę mistrzem amatorów. Nie sądziłem, że pójdzie to tak szybko. Boksowałem dopiero rok, a wyniki były wspaniałe. W każdym razie, moim rywalem o mistrzostwo amatorskie był Amerykanin Scott Spencer. Do tego pojedynku przygotowywałem się bardzo poważnie. Zwłaszcza pracowałem nad zwiększeniem siły moich ciosów. Stwierdziłem, że bardzo mi się to przyda. Kiedy nastał dzień walki, wyszedłem na ring i uważnie obserwowałem każdy ruch Spencera. Oponent był spokojny i potrafił balansować ciałem, ale zadawał mnóstwo przewidywalnych ciosów, przez co raz po raz kontrowałem na jego głowie. W wyniku tego, już w połowie 1 rundy był kilkakrotnie zamroczony. Wreszcie mniej więcej w drugiej minucie walki, ruszyłem do przodu i zadałem całą serię sierpowych. Po którymś ciosie Spencer zaczął się chwiać. Pewno nie zdawał sobie w ogóle sprawy co się dzieje. Wykorzystałem to błyskawicznie. Podskoczyłem do niego i całą swoją siłę włożyłem w lewy prosty. Posłało go to prosto na deski, a sędzia zaczął liczyć. Scott nadal był zamroczony, przez co nawet nie próbował wstać. podniósł tylko głowę, którą po chwili opuścił. W ten sposób, przez KO w 1 rundzie, zostałem mistrzem amatorów!

Wejście w zawodowstwo
Byłem bardzo upojony osiągnięciami w karierze amatorskiej. Na ziemię, jak zwykle sprowadził mnie Andrzej. Powiedział - Dobra, chłopcze. Przeszedłeś rozgrzewkę. Teraz czas żeby wziąć się za to na
poważnie. Zrozumiałem, że czas najwyższy zacząć zawodową karierę. Zostałem zaklasyfikowany do średniej kategorii wagowej. Jakoś na początku 2011 roku zaplanowano moją pierwszą walkę. Dodatkowo usłyszałem, że w związku z promowaniem nowych bokserów, walkę tę będą oglądali eksperci bokserscy oraz byli mistrzowie świata, w tym sam Mike Tyson i Muhammad Ali. Moim rywalem miał być pochodzący z Argentyny, Nicky Armstrong. Słyszałem, że nazwisko do niego pasuje, dlatego wręcz fanatycznie trenowałem kondycję, siłę i szybkość. Nie dawałem sobie
wolnego mimo, że nawet Andrzej mi to proponował. Kiedy nadszedł dzień walki, przekonałem się jak wiele trener miał racji po raz kolejny. Moim błędem było to, że nie dawałem sobie odpoczynku. Byłem w dobrej formie, ale byłem bardzo wyczerpany. Rywal był w pełni sił, co dawało mu nade mną dużą przewagę. Jednak postanowiłem, że wytrwam tą walkę. Wiedziałem, że patrzą na mnie szychy świata boksu a to mój debiut.
Zadźwięczał dzwonek i Argentyńczyk ruszył na mnie. Miałem mało energii, ale zablokowałem ciosy jakie poleciały w moim kierunku. Raz oberwałem, ale w odpowiedzi oponent również oberwał serię na głowę. Niestety Armstrong zdał sobie sprawę, że jestem zmęczony i starał się ze wszystkich sił posłać mnie na deski. Pierwsze rundy były dramatyczną obroną z mojej strony. Ciosów zadawałem niewiele, w przeciwieństwie do rywala. Trwało to do 3 rundy. W czwartej postanowiłem, że mimo mojego stanu, zacznę walczyć. Armstrong też już trochę opadł z sił, więc miałem więcej możliwości ataku. Na zmianę posyłaliśmy na swoje głowy mocne i szybkie ciosy. Walczyło mi się strasznie ciężko. Po 2-3 ciosach musiałem łapać oddech. Tutaj on miał przewagę. Jednak dużo moich uderzeń trafiało w rywala i wkładałem w nie siłę. Ale ja również odczuwałem jego sierpowe, przez co wkrótce
obaj byliśmy zapuchnięci. Walka była bardzo zażarta. Armstrong też był zmęczony, ale mimo to wciąż na pewno miał więcej siły ode mnie. Co chwila na jego głowę spadał mocny cios z mojej strony, a na moją głowę uderzenie z jego strony.
Trwało to cały mecz. Pojedynek bardziej ze zmęczeniem niż z rywalem, mocne ciosy proste, sierpowe i podbródkowe, dramatyczna obrona i duch dalszej walki. Nie pamiętam nawet kiedy odezwał się dzwonek oznaczający koniec ostatniej rundy. Teraz czekaliśmy na werdykt. Nawet nie wiedziałem
który z nas był lepszy, bo byłem na skraju wyczerpania. Jak przez mgłę usłyszałem, że walka Diesel-Armstrong zakończyła się remisem. Jednak gdy sędzia poprosił o brawa dla nas obu, zdarzyło się coś
dziwnego. Sędzia najpierw prosił o brawa dla Armstronga, a potem dla mnie. Ale gdy powiedział - "...oraz brawa dla Diesla" eksperci oraz byli mistrzowie urządzili mi owację na stojąco. Zrozumiałem, że nie wygrałem walki, ale moja zawziętość właśnie przysporzyła mi ogromną popularność. Duch walki jakim się wykazałem, mimo mojego stanu, mocno zaimponował widowni, zwłaszcza Ali'emu i Tysonowi, którzy podeszli do mnie i wznieśli moje ręce w górę, jakbym zwyciężył. Ponad to, później usłyszałem od Andrzeja, że już mam promotora. Mimo remisu, dzień skończył się wspaniale.
Walka była dla mnie bardzo ważną lekcją. Zrozumiałem, że muszę trenować, ale również dawać sobie czas na odpoczynek. Dlatego postanowiłem, że ostatni tydzień przed każdą walką, będę przeznaczał na odzyskanie tchu.
Drugim moim rywalem został zawodnik z Niemiec. Niejaki Danny Ray. Tym razem jednak byłem bardzo dobrze przygotowany i Niemiec niczym mnie nie zaskoczył. Walka zakończyła się wspaniałym zwycięstwem Diesla, przez TKO w 1 rundzie. W taki sam sposób rozprawiłem się z trzecim rywalem -
Ivor'em Pryor'em. Moje szybkie zwycięstwa przykuły uwagę. Któregoś wieczora przeglądałem skrzynkę internetową i zobaczyłem, że Robbie Cooney z Australii, wyzywa mnie na pojedynek. Oczywiście przyjąłem wyzwanie.
Walka nie była tak łatwa jak z dwoma poprzednimi rywalami, ale jednak nie sprawiła mi kłopotu. Przez pierwszą rundę bez przerwy okładałem przeciwnika. Gdy usiadł w narożniku, nie widział na jedno oko. Prawdopodobnie nie docenił moich lewych prostych, które po każdym treningu stawały się co raz silniejsze. W drugiej rundzie robiłem uniki i bez przerwy zadawałem silne sierpowe. Wreszcie Australijczyk oberwał tak mocno, że zamroczony padł na deski. Sędzia natychmiast przerwał walkę, stwierdzając, że rywal nie jest zdolny do dalszej walki. Było to kolejne zwycięstwo leworęcznego Diesla. Stawałem się co raz bardziej popularny w świecie wagi średniej.
Piątą walkę miałem odbyć przeciwko Ron'owi Chacon'owi z Puerto Rico. Przed walką powiedziałem, że mam bardzo dużą motywację, żeby pokonać go szybko, ale zdradzę ją dopiero po walce.
Przez pierwszą połowę 1 rundy broniłem się. Zauważyłem, że praktycznie 90% ciosów Chacon'a to sierpowe. Postanowiłem to wykorzystać i gdy zadawał sierpowy, ja zadawałem przeciwny, silny sierpowy, który praktycznie zawsze lądował na jego twarzy. Nie minęła chwila, gdy rywal walczył ze złamanym nosem. Wykorzystałem to zadając proste, które oszołomiły go. Nie tracąc czasu zadałem kolejny sierpowy i zwaliłem oponenta na deski. W ten oto sposób walka się skończyła. Później zapytano mnie:
- Diesel, czy możesz teraz nam powiedzieć, co było twoją inspiracją?
Tak - odpowiedziałem z uśmiechem - Trener obiecał mi, że jeżeli go pokonam, to będę mógł zjeść spaghetti bolognese.

Club Fighter
Mój promotor okazał się strzałem w dziesiątkę. Moja popularność rosła każdego dnia. Dostałem kilka ofert wywiadów i promocji. Zwłaszcza butów firmy Grant, za co dostałem 5 tys. dolarów. Miejscami
gdzie miałem odtąd staczać pojedynki, nie były już obskurne sale treningowe, ale eleganckie kluby bokserskie. Trenowałem intensywnie, wciąż inspirowany przez Andrzeja oraz korzyści jakie się pojawiły. moje kolejne walki również kończyły się przez KO lub TKO w 1 bądź 2 rundzie. Zwłaszcza przeciw ostatnim rywalom, takim jak Mordecai Black z Australii, Steven Torres z Puerto Rico czy Cyprian Reed z Meksyku. Przy tej walce sponsorowałem buty Nike. Wreszcie usłyszałem, że po raz kolejny ktoś rzuca mi wyzwanie. Tym kimś okazał się, Yves Murray z Anglii. Natychmiast przyjąłem wyzwanie. Na początku kariery poprzysiągłem sobie, że jeżeli będę miał porażki w karierze, to nigdy nie dam się pokonać Anglikowi. Obiecałem sobie, że pokażę im że z Polakiem się nie zadziera. Trenowałem bardzo ostro w sparingach i uderzając w worek. Również pokonywałem wielkie dystanse dla kondycji, ale pamiętałem, że muszę dać sobie kilka dni luzu.

Wreszcie nadszedł dzień walki. Jak tylko rozległ się dzwonek, ruszyłem i zadałem masę silnych prostych prosto w twarz Murray'a. Ku mojemu zaskoczeniu wytrzymał ten atak. Jego ciosy też nie należały do przeciętnych, ale nie pozwalałem mu punktować i trzymałem dystans. Anglik starał się mnie zmęczyć, dlatego dużo defensywy poświęciłem korpusowi i słałem tak dużo ciosów na jego głowę jak to tylko możliwe. Gdy nastała przerwa, był cały obity na twarzy, ale jednak trzymał się mocno.
Druga runda wyglądała podobnie. Murray kiedy mógł zadawał ciosy, ale ja nie pozostawałem dłużny. W pewnym momencie, nieoczekiwanie zadał mocny, prawy podbródkowy, który trafił mnie centralnie w szczękę i spowodował zamroczenie. Przez chwilę miałem nogi z waty, ale wiedząc z kim walczę, błyskawicznie oprzytomniałem i zrewanżowałem się mocnym, lewym prostym w oko przeciwnika. Chwilę potem rozległ się dzwonek i usiadłem w narożniku. Andrzej powiedział - Dobra robota. Świetne zakończenie rundy. Odpowiedziałem - Prędzej zginę na ringu niż dam się znokautować Brytolowi.
Trzecia runda była bardziej dla mnie spokojna. Murray nadal wyprowadzał ciosy, ale ledwo widział na prawe oko, przez mocno zapuchniętą i obitą twarz. Postanowiłem w tej rundzie nie marnować sił. Anglik okazał się dosyć twardym przeciwnikiem, cokolwiek bym o nim nie mówił. Kręciłem się dookoła niego i zadawałem szybkie proste przy każdej okazji. Próbował się bronić i nieźle mu to szło, ale widać było wyraźnie, że siły go opuszczają. Mimo porządnego obicia i zadania mi kilku kontr,
dotrwał do końca rundy, ale jakieś 20 sekund przed końcem, udało mi się zadać szybki, lewy sierpowy, który rozciął mu łuk brwiowy. Krew rozlała się po jego twarzy, torsie i spodenkach. W czasie przerwy, w jego narożniku robili co mogli, aby powstrzymać krwawienie. Ja za to słuchałem dokładnie rad Andrzeja.
Wreszcie zaczęła się 4 runda. Tym razem byłem spokojny i trzymałem gardę. Obserwowałem dokładnie przeciwnika, robiąc unik przed każdym jego ciosem. Wyczekiwałem kiedy będzie chciał zadać prawy sierpowy i odsłoni zraniony łuk brwiowy. W międzyczasie zadałem mu kilka ciosów
na korpus, co jeszcze bardziej pozbawiło rywala tchu. Był właściwie na mojej łasce. Wreszcie zrobił to! Zbliżyłem się, a on zadał silny, prawy sierpowy. Natychmiast zrobiłem unik i zrewanżowałem się lewym, silnym sierpowym, który trafił centralnie w ranę. Anglik zachwiał się z bólu i pod wpływem ciosu, padając ciężko na ziemię. Sędzia rzucił się i przerwał walkę. Takie było moje zwycięstwo przez KO w 4 rundzie. Wtedy powiedziałem jeszcze do mikrofonu - To spotka każdego Anglika,
który ośmieli się stanąć przeciw Dieslowi.

Kilka miesięcy po walce miałem bardzo zaskakujący telefon. W słuchawce usłyszałem samego Dan'a Willis'a - ówczesnego mistrza świata wagi średniej. Powiedział mi, że bardzo podoba mu się mój styl i zapytał czy nie miałbym ochoty na sparing z nim, przed kolejną walką. Zamurowało mnie, że sam mistrz chce ze mną wyjść na sparing. Oczywiście zgodziłem się, podekscytowany. W międzyczasie trener umówił mnie na kolejną walkę z Sigmund'em Larson'em, zawodnikiem z Ukrainy. Kilka tygodni przed walką, nastała data sparingu. Przyjechała telewizja i mnóstwo dziennikarzy. Założyłem kask ochronny i podaliśmy sobie z Willisem ręce.
Już kilka chwil po rozpoczęciu sparringu, uświadomiłem sobie co to walka z mistrzem świata. Każdy jego cios odczuwałem niczym cios w łeb dużą bryłą betonu. Lecz mimo tego udało mi się przez cały sparring utrzymać na nogach. Zadawałem sporo ciosów na korpus i głowę, ale chyba nie zrobiły na nim specjalnie dużego wrażenia. Po sparringu, Willis powiedział jeszcze - Masz dobry styl, przyjacielu. Ale radzę Ci jeszcze popracować nad siłą ciosu. Popracuj nad tym, a zanim się obejrzysz, spotkamy się w walce o mistrzostwo świata. Zrobiło to na mnie ogromne wrażenie. Mistrz mówi, że mam szansę aby być jego rywalem w obronie tytułu. Było to dla mnie bardzo motywujące. Parę tygodni później miałem walkę z Ukraińcem. Larson wyszedł na ring z uniesioną ręką. Ja stałem skupiony i czekałem na dzwonek. Wreszcie walka się zaczęła, ale już 15 sekund później zdarzyło się
coś bardzo dziwnego. Zdążyłem zadać ledwo 3 ciosy, a potem napiąłem mięśnie i zadałem silny, lewy prosty w twarz Ukraińca. Ten natychmiast padł na deski i sędzia ogłosił Nokaut. Wszyscy, łącznie ze mną przecierali oczy z niedowierzania. Było to chyba najszybsze zwycięstwo tego roku. Larson powiedział potem, że czując mój lewy prosty miał wrażenie, że przenosi się na tamten świat.
Następna walka była przeciwko Marius'owi Snyder'owi z Australii. Nie trwała aż tak krótko, ale również zakończyła się KO w 1 rundzie, gdyż przeciwnik w ogóle nie miał pomysłu na walkę.
Kilka miesięcy później zostałem wyzwany na pojedynek przez Fernando Vargas'a z USA, ale został on przeze mnie pokonany przez TKO w 4 rundzie. Media były oczarowane moim talentem, a bokserzy wagi ciężkiej wręcz kipieli ze wściekłości, gdyż nawet nimi mniej się interesowano niż mną.
W późniejszym czasie, naprzeciw mnie stanęli Danny Jacobs z USA, August Jenkins z Finlandii i Peter Manfredo Jr. z USA. Wszystkich pokonałem bez większych problemów. Treningi i dobra taktyka robiły swoje. Andrzej po jakimś czasie umówił mnie na walkę z robiącym wrażenie zawodnikiem z Kuby, zwanym Erislandy Lara. Kubańczyk był bardzo agresywny, jednak szybkość nie była jego mocną stroną, przez co bardzo szybko jego twarz stała się opuchnięta, a walka ostatecznie zakończyła się przez KO w 3 rundzie. Moje walki ściągały do klubów tysiące ludzi, aż brakowało miejsca, a wszyscy mieli na ustach słowo - Diesel.

Contender
Prasa, telewizja i społeczność zaczęły co raz mocniej mnie doceniać. Gdy wychodziłem na ring, już na starcie kilkadziesiąt osób z widowni wykrzykiwało – Diesel! I niekoniecznie tacy, co trzymali biało-czerwone flagi. Krok po kroku, cios po ciosie zbliżałem się do szczytu rankingu.
Moja kolejna walka nastała bardzo szybko. Zostałem wyzwany przez Amerykanina o imieniu Kelly Pawlik. Mimo zapowiedzi, że pokaże mi gdzie moje miejsce, bez problemu rozłożyłem go przez KO w drugiej rundzie.
Następny był jednak pewien przeciwnik, który do tej pory nie zaliczył ani jednej porażki. Nazywał się Hezekiah Lowe i pochodził z Kanady. Na konferencji powiedział, że jest równie szybki jak ja, równie silny jak ja, ale bije mnie na głowę pod względem celności. Nie lekceważyłem go, ale też nie obawiałem się. Byłem spokojny, jak zalecił Andrzej i czekałem na dzień walki, trenując jak zwykle.
Wreszcie spotkaliśmy się na ringu. Pierwsza runda pokazała mi, że wcale nie żartował. Naprawdę był świetny w celowaniu, bo bardzo często jego ciosy dochodziły do mojej głowy lub korpusu. Oczywiście nie byłem mu dłużny. Przez pierwsze 2 rundy uwagę skupiłem na ciosach w korpus. Nie było to łatwe, bo wykorzystywał każdą okazję, żeby zadawać mi ciosy w głowę. W 3 rundzie bardziej skupiłem się z kolei na sierpowych w łeb. Lowe nadal zadawał ciosy, ale nie był już tak szybki jak początkowo, przez co jego ciosy przestały mnie dosięgać. Trzymałem dystans i przyjmowałem ciosy na gardę, aż zadźwięczał dzwonek. W przerwie zerknąłem w narożnik rywala. Lowe mocno dyszał, co sprawiło, że na mojej twarzy pojawił się uśmiech. Jak tylko zaczęła się 4 runda, wyskoczyłem do przodu z silnym, lewym sierpowym w korpus. Przeciwnik zasłonił ciało, a ja natychmiast posłałem całą serię na jego głowę. Rywal został ogłuszony, a ja łapiąc głęboki wdech, podskoczyłem i z całej siły uderzyłem lewym podbródkowym. Kanadyjczyk padł na deski, zamroczony i totalnie zaskoczony. Nie był już w stanie wstać i na moje konto wskoczyło następne zwycięstwo.
Kilka tygodni później dostałem zaskakującego e-maila. Lowe nie pogodził się z porażką i kategorycznie żąda ode mnie rewanżu. Oczywiście zgodziłem się odpowiadając, że chętnie pokażę co się dzieje z osobami które dwa razy ze mną zadzierają. Co ciekawe, na konferencji doszło między nami do zakładu. Założyłem się, że w tej walce również rozwalę Lowe’a nie później niż w 4 rundzie. Jeżeli wygram zakład, Lowe będzie musiał za swoje pieniądze kupić mi taki samochód jaki tylko zechcę. Miałem na oku BMW M3 GTR, więc było warto.
Parę miesięcy później, doszło do walki rewanżowej. Lowe wyszedł spokojnie na ring. Widać, że całą siłą starał się być skupiony. Po dzwonku ruszyliśmy na siebie. Ku mojemu zaskoczeniu Lowe przeszedł na ciężką ofensywę, przez co musiałem przystopować i przyjąć wszystko na gardę. Po chwili odepchnąłem go i odskoczyłem na bezpieczny dystans. Więc taka była jego taktyka. Po chwili dobił do mnie i ponownie uderzył ciężką serią. Trwało to przez całą rundę, a ja momentami całkowicie nie wiedziałem co mam robić. Na szczęście zabrzmiał dzwonek i usiadłem w narożniku.
Dobra nasza – powiedział Andrzej – Mamy go w garści.
-Że co? Przecież cały czas taranował mnie jak czołg. Jakim cudem niby mamy go w garści?
-Dokładnie. Nie widzisz tego? Napieprza w ciebie z całych sił. Zużywa całą energię. Trzymaj tak dalej, a pokonasz go bez problemu.
Słowa Andrzeja otworzyły mi oczy. Natychmiast nabrałem otuchy i wyszedłem na drugą rundę. Lowe non-stop zadawał ciężkie ciosy, a ja wszystko przyjmowałem na gardę. Teraz trochę spuścił z tonu, przez co mogłem sam zadać kilka ciosów w głowę. Przez całą rundę 2 i 3 robiłem wszystko, byle tylko Kanadyjczyk zużywał całą siłę na próżno.
Wreszcie nastała czwarta runda. Lowe był wyczerpany, ale nadal chciał zadawać ciosy. Na początek zadałem mu na twarz trzy mocne kontry, a gdy opuścił gardę, natychmiast to wykorzystałem. Rzuciłem się z silnym, lewym sierpowym, a zaraz po nim z całą serią, która w kilka chwil posłała rywala na deski. Sędzia rozpoczął odliczanie, ale Lowe wstał na 5. Nie czekając na nic, zaatakowałem ponownie. Lowe zaczął się wycofywać, ale byłem nieugięty i po chwili ponownie zarobił mocny cios na głowę i wylądował na deskach. To był koniec walki. Zwyciężyłem i rewanżowy pojedynek i zakład. Wiedziałem już, że za chwilę pojadę do domu wymarzonym BMW.
Przeglądając listę rankingową zobaczyłem, że jestem drugi. Na drodze do mistrzów świata stał mi jeszcze tylko jeden przeciwnik. Amerykanin Marvin Hagler. Zdążyliśmy już, dawno temu zmierzyć się w sparingu. Był prawdziwym wyzwaniem i teraz na pewno był jeszcze lepszy. Słynął on z potężnych uderzeń i niezłomnego ducha, ale natychmiast wyzwałem go do walki. Na konferencji zaniepokoiła mnie jedna rzecz, a przy okazji dowiedziałem się, skąd jego pseudonim „Samuraj”. Przez całą konferencję miał kamienną twarz i był niesłychanie spokojny. Mówił cicho i powoli, niczym mnisi z Shaolin. Całkowicie przeczyło to jego zachowaniu w ringu, gdzie agresywnie niszczył przeciwników. Ale wiedziałem, że jeżeli chcę walczyć z mistrzami, muszę najpierw pokonać jego.
Kilka tygodni później wyszliśmy na ring. Podczas wejścia i przedstawiania, był równie spokojny i skupiony jak na konferencji. W końcu rozbrzmiał dzwonek. Tradycyjnie ruszyłem naprzód zadając ciosy, ale Hagler większość z nich przyjął na gardę. Próbowałem zadawać ciosy, ale większość nie trafiała przez połowę rundy. Wreszcie jego mocny cios dosiągł mojej głowy. Zaskoczenie i siła ciosu mnie zamroczyła. Starałem się bronić, ale Hagler szedł za ciosem i ponownie mnie trafił. Wtedy nastało bardzo ważne wydarzenie w mojej karierze. PIERWSZY raz w życiu leżałem na deskach. Usłyszałem odliczanie sędziego, ale szybko wstałem. Widziałem jak Hagler zbliża się w moją stronę, ale nagle odezwał się dzwonek. Usiadłem w narożniku cały drżący. Andrzej wyskoczył przede mnie.
- Co jest, Piotrek? To Ci się jeszcze nie zdarzyło.
- Zaskoczył mnie. Skurwiel ma mocny cios i chce mnie zmęczyć.
- Zatem nie pozwól mu na to! Ten Jankes walczy jedną z najskuteczniejszych metod, dlatego teraz walcz głową. Skup się na jego ruchach i trzymaj dystans. Nie atakuj jak debil, bo skończy się podobnie. Weź się w garść, bo osobiście Ci wpier**lę!
Po tych słowach Andrzej wrócił za liny, a ja usłyszałem jak zaczyna się runda druga. Stanąłem na proste nogi i wzniosłem gardę. Hagler znowu był spokojny, ale nie dałem mu się zwodzić. Zbliżyłem się na bezpieczną odległość i obserwowałem. Nagle Hagler zadał mocne ciosy na mój korpus, jednak przewidziałem to i obroniłem ciało. Musiało go to zaskoczyć, bo udało mi się w odpowiedzi samemu poobijać mu korpus. Wściekły Amerykanin stracił nieco ze swojego spokoju i starał się mnie znokautować. Ale ja ciągle ruszałem głową, przyjmując na nią bardzo niewiele ciosów. Za to odwdzięczałem się celnymi i mocnymi uderzeniami w jego ciało. Trwało to aż do 4 rundy. Widziałem, że „Samuraj” jest bardzo wyczerpany i chyba trochę wystraszony, dlatego teraz zacząłem celować wyłącznie w jego głowę. Z ofensywy przeszedł w dużą defensywę, ale mimo to sporo moich ciosów sięgało celu. Między rundami 4, 5, 6 Hagler walczył z co raz to bardziej zapuchniętą twarzą. W siódmej ponownie postawiłem na ciosy w korpus. Wyczerpany Amerykanin starał się nadal uderzać, ale jego ciosy bardziej przypominały popchnięcia. Ponad to jego siły wciąż opadały, pod wpływem moich uderzeń w korpus. W przerwie robiłem wszystko, żeby odzyskać jak najwięcej sił. Patrzyłem w przeciwny róg, gdzie „Samuraj” miał bardzo kwaśną minę bólu. Wiedziałem, że jestem blisko celu.
Wreszcie nastała runda ósma. Hagler ledwo się ruszał i chyba już kompletnie nie widział na jedno oko. Postanowiłem ulżyć jego cierpieniu. Podbiłem do niego i bez chwili wahania posłałem na jego głowę dwa silne sierpowe. Natychmiast został oszołomiony, więc chciałem szybko dokończyć dzieła i silny, lewy prosty wylądował na jego twarzy. Samuraj tak jak stał, padł na deski niczym do trumny. Sędzia liczył, a Hagler ze wszystkich sił próbował wstać. Jednak przez oszołomienie stracił równowagę i padł ponownie. Publiczność zaryczała z radości, gdy sędzia krzyknął – KO! Ja również podskoczyłem w powietrze. Sędzia już czekał na mnie z mikrofonem, ale ominąłem go i podniosłem triumfalnie rękę mojego trenera. Człowieka, który sprawił, że otworzyła się przede mną droga do mistrzostwa świata.

Wejście mistrzów
Gdy wyleczyłem się po ostatniej walce, postanowiłem natychmiast brać się do roboty. Ogłosiłem publicznie coś, na co wszyscy czekali. Wyzwałem do walki mistrza świata organizacji EABC – Jake’a Lamottę z USA. Mistrz przyjął moje wyzwanie i powiedział, że czas najwyższy aby ktoś powstrzymał atak Sowietów na Stany Zjednoczone. Jego wypowiedź mnie rozwścieczyła. Nie dość, że uważał mnie za jakiegoś komunistę, to jeszcze stwierdził, że mój naród to spadkobiercy ZSRR.
Przygotowania do walki były bardzo ostre. Prasa nie mogła za nami nadążyć. Lekko mnie zdziwiło, gdy dowiedziałem się, że większość zakładów stawia na Lamottę jako zwycięzcę. Postanowiłem pokazać im, że określenie „Polak potrafi” nie jest używane bezpodstawnie.
Wreszcie nastał dzień walki. Tłumy wręcz zalały trybunę. Nie było gdzie wcisnąć szpilki. Spokojny i z podniesioną głową wszedłem na ring, skupiając się tylko na swoich pięściach. Lamotta witał się z kibicami i chodził dookoła ringu z uniesionymi rękami. Spojrzałem na niego wyzywająco i wzniosłem rękawice.
Na sam dźwięk dzwonka rzuciłem się przed siebie, ale zwiodłem rywala. Spodziewał się gradu ciosów z mojej strony, ja tymczasem w ostatniej chwili wzniosłem gardę. Odparowałem jego odruchowy cios i odpowiedziałem silnym sierpowym prosto w jego łeb. Lamotta był zaskoczony, podobnie jak całe trybuny. Wściekły rywal rzucił się, zadając ciosy i kręcąc się dookoła mnie. Broniłem się, chociaż przyznam, że nie było łatwo. Wiele razy jego ciosy mnie dosięgały, jednak zawsze odpowiadałem gradem z mojej strony. W przerwie uzgodniłem z Andrzejem, że postaram się zmęczyć go i zadawać „bolesne użądlenia”. Tak też było przez drugą i trzecią rundę. Trzymałem dystans, po czym podskakiwałem, zadawałem serię ciosów na korpus i znowu odskakiwałem. Rywal nie miał pojęcia co robić. Starał się atakować, ale słabł z każdą chwilą. Mogłem w tej chwili go mocniej zaatakować, ale wiedziałem, że kontroluję walkę i nie zamierzałem tego niszczyć. Mistrz robił wszystko, żeby osłaniać korpus, a wtedy ja słałem szybkie serie na jego głowę. Z trudem dotrwał do końca rundy.
W końcu nastała runda 4, gdzie postanowiłem dzięki zwodom pokonać go raz na dobre. Gdy zadzwonił dzwonek, wzniosłem gardę i po prostu stałem. Lamotta podszedł i starał się zadać mocny sierpowy. Na to właśnie liczyłem. Uchyliłem się przed jego ciosem, po czym odpowiedziałem bardzo silnym, lewym podbródkowym, który niczym do grobu zwalił mojego rywala na deski. Sędzia już miał zacząć odliczanie, ale narożnik Lamotty poddał boksera. Publiczność przez chwilę zaniemówiła, ale po chwili urządziła owacje na stojąco. Tak oto zostałem nowym mistrzem świata, kategorii średniej. Świętowaniu nie było końca. Ale jeszcze tego samego dnia, przeglądając skrzynkę pocztową, znalazłem mail od argentyńskiego boksera – Carlos’a Monzon’a. Napisał, że gratuluje zdobycia mistrzostwa, ale stwierdził, że nie będę się cieszył nim długo, ponieważ wyzywa mnie na pojedynek.

Była to moja pierwsza obrona tytułu. Transparenty na trybunach z napisem „Diesel” urzekły mnie. Carlos wyglądał na mocnego i skupionego, ale uznałem, że łatwo go pokonam. Jak tylko walka się zaczęła, wymieniliśmy nawzajem całą masę uderzeń. Jednak jakoś w drugiej połowie rundy, ku mojemu zaskoczeniu Carlos uderzył mnie mocno w korpus, po czym szybko dodał ciosy podbródkowe. Zaskoczony tym padłem na deski, na co publika wstrzymała oddech. Oczywiście bez problemu wstałem. Wściekły tym co zrobił, chciałem natychmiast go zmasakrować, ale usłyszałem koniec rundy. Musiałem poczekać do następnej.
Gdy zaczęła się runda druga, miałem prostą bardzo metodę. Groźnie i wściekle ruszyłem do przodu, patrząc rywalowi prosto w oczy. Gdy zauważyłem, że zląkł się, wzniosłem pięści i nie zważając na nic, całą energię włożyłem w sierpowe, które ani się obejrzałem, posłały go na deski. Carlos złapał się lin i wstał na 5 albo 6, nie pamiętam. Jednak ognie w moich oczach nie zgasły i natychmiast ruszyłem znowu. Carlos chciał odskoczyć, ale zagrodziłem mu drogę i zapędziłem do narożnika, gdzie przyjął kolejną serię silnych ciosów. Wreszcie oszołomiony Argentyńczyk zarobił silny sierpowy w łeb i zwalił się na liny. Tym razem już nie wstał. W taki sposób wygrałem swoją pierwsza obronę tytułu...

09.07.2011 19:19
👍
odpowiedz
WerterPL
69
Pretorianin

2/3

Głośno zrobiło się w prasie o tej walce. Udzieliłem wywiadów, gdzie stwierdziłem, że pozostali mistrzowie powinni się przygotować bardzo dobrze, bo to samo czeka ich.

Moim następnym celem był kolejny pas mistrzowski – organizacji EABF. Dzierżył go Eben Webb z USA. Walka była zażarta, ale podobnie jak z poprzednim pasem, udało mi się go pokonać przez KO w 4 rundzie. Zaraz po nim miałem drugą już obronę tytułu – przeciwko Elliot’owi Burton’owi z Panamy. Po tej walce zaczęto mówić – „Do trzech razy czwórka” ponieważ jego również pokonałem w 4 rundzie.
Tym sposobem stanąłem do walki o ostatni pas mistrzowski – EABA. Jego właścicielem był niepokonany Dan Willis z Ukrainy. W czasie walki stało się jednak coś co zaszokowało nie tylko widownię, ale również mnie samego. Mniej więcej w połowie rundy, wystarczył jeden mój mocny cios, by Ukrainiec padł na deski i odmówił dalszej walki. Było to jedno z moich najszybszych zwycięstw, w dodatku najszybsze chyba w historii zdobycie mistrzostwa świata. Willis tłumaczył potem w wywiadzie, że czując siłę moich ciosów zrozumiał, że nie wygra tej walki i lepiej ratować życie.

Rewanż roku
Tamten rok był bardzo dobry dla mnie. Zostałem mistrzem każdej organizacji, wziąłem ślub z moją dziewczyną i urodziła się nam córka. Razem z Andrzejem dużo świętowaliśmy, ale nie zapominaliśmy o treningach. W końcu aby zwyciężyć, trzeba zwycięstwo jeszcze utrzymać. Pierwszy był niejaki Lance Day z Portoryko. Okazał się naprawdę twardym zawodnikiem. Dopiero w 8 rundzie udało mi się go ostatecznie znokautować, a wcześniej posyłałem go na deski 5 razy. Po walce podszedłem do niego i wzniosłem jego rękę do góry. Potem był Cornelius Benevenuti z Panamy. Walka skończyła się już w 2 rundzie przez KO. Podobnie następna walka, rewanżowa z Burtonem.
Wszystko szło po mojej myśli, jednak któregoś wieczora dostałem wiadomość, że rewanżu żąda sam Dan Willis. Nikt nie mógł w to uwierzyć, jednak na konferencji oficjalnie potwierdził przed światem, że chce odzyskać tytuł.
- Diesel to wspaniały bokser. Szanuję go i podziwiam. Owszem, poddałem się po tym jak poczułem jego uderzenia. Jednak teraz jestem inny. Bardzo mocno trenowałem i stałem się mocniejszy. Czas najwyższy, żebym odzyskał tytuł.
- Oczywiście przyjmuję twoje wyzwanie
– Odpowiedziałem – ale zdajesz sobie sprawę, że przez ten czas ja też ćwiczyłem i stałem się jeszcze lepszy? I ja również ciebie szanuję oraz podziwiam, ale zapowiadam od razu, że za nic nie dam sobie odebrać tytułu.
- Zgadza się. Wiem, że jesteś lepszy i nie dasz sobie odebrać mistrzostwa. Jednak znam sposoby, by sprawić, że będzie to rewanż roku.

Po okresie na trening, stało się. Wyszliśmy ponownie na ring. Przywitały mnie oklaski i krzyki fanów. Willis pełen energii czekał w narożniku. Wreszcie zabrzmiał dzwonek. Pewny siebie ruszyłem i zadałem ciosy, które Dan przyjął na gardę, po czym odpłacił mi się kontrą w korpus. Zaskoczony tym obrotem sprawy, spróbowałem prawego sierpowego. Jednak i tym razem skończyło się na kontrze w mój korpus. Willis nie kłamał. Naprawdę się przygotował. Postanowiłem, że skupię się na ciosach szybkich oraz trzymaniu dystansu.
Moja taktyka się sprawdziła. Przez 1,2 i 3 rundę trzymałem się na odległość moich prostych, które słałem na rywala. On jednak również nie był mi dłużny i z rundy na rundę byliśmy co raz bardziej obici. To nie był już Dan Willis z pierwszej walki. Stał się twardy, pewny i strasznie zawzięty.
4 i 5 runda wyraźnie wykazała, że obaj straciliśmy cierpliwość. Nie dbając zbytnio o osłonę nawalaliśmy się niczym dresiarze. Czułem, że opadam z sił, a Willis mimo, że pogruchotany do granic nadal nie chciał się poddać.
6 i 7 runda przebiegała dosyć monotonnie. Kiedy się do siebie zbliżaliśmy, staraliśmy się nawzajem zadać rywalowi jak najmocniejszy cios w łeb. Nie wiedziałem czy 6 rundę wygrałem ja czy on, ponieważ kręciło mi się w głowie. Za to w rundzie 7 udało mi się zadać mocne cięcie z dołu, które otarło się o prawy policzek Dana i zostawiło długie rozcięcie. Na jego twarz, tors i spodenki natychmiast chlusnęła krew. Przeraził się tym trochę, ale nie zaprzestał walki. Nadal nacierał i starał się powalić mnie na deski. Jednak nie uszło mojej uwadze, że stara się teraz za wszelką cenę ochronić zranione miejsce.
Gdy zabrzmiał dzwonek, siedziałem w narożniku i już miałem plan na 8 rundę. Narożnik Dana robił wszystko aby zatamować ranę, a sam rywal wyglądał na całkowicie wyczerpanego. Po chwili zadzwoniło.
Natychmiast zbliżyłem się do Willisa, ukrytego za murem z rękawic. Bez zastanowienia zacząłem okładać go po korpusie. Odskakiwałem, po chwili znowu się zbliżałem i kolejna seria na korpus. Po chwili osiągnąłem swój cel. Dan zaczął osłaniać ciało. Natychmiast to wykorzystałem i z całej siły uderzyłem go sierpowym w zraniony policzek. Jego układ nerwowy zadziałał jak zerwany kabel pod napięciem. Paraliżujący ból zamroczył go, a ja nie czekając na nic ponowiłem uderzenie. Dan zahaczając o liny padł ciężko na ziemię. W tej chwili z narożnika padł ręcznik, co oznaczało, że zwycięstwo należy do mnie. Widownia zawyła z radości, a Andrzej wskoczył na ring i wykonał dziwny taniec triumfu. Musiałem publicznie przyznać, że była to najcięższa dotąd walka w moim życiu.

Wyższa półka
Moja ostatnia walka obiegła świat. Ja jednak nie żyłem tym, tylko teraźniejszością i nadal broniłem tytułu. Na mojej drodze stawali nowi bokserzy, ale również wiele razy walczyłem ze znanymi, którzy raz po raz starali się odebrać mi tytuły.
Na mojej drodze stanął Tanner Strum z Kanady, którego pokonałem w 2 rundzie. Potem pojawił się ponownie Lance Day, ale przegrał przez nokaut w 6 rundzie. Podobnie Jake Lamotta, który zamiast walczyć, głównie się bronił, przez co rozłożyłem go dopiero w 8 rundzie.

Jakiś czas po walce, pokonany przeze mnie kiedyś Elliot Burton stwierdził, że się starzeję. Zareagowałem rzuceniem mu wyzwania i powiedziałem, że zobaczy jak bije polski dziadek. Walka przebiegła po mojej myśli. Przez 1 rundę tylko się broniłem i pozwoliłem, aby nawalał najsilniej jak potrafi. Już na początku stracił sporo energii, dzięki czemu w 2 rundzie, to ja przejąłem ofensywę i walka skończyła się przez TKO! Powiedziałem: „Jeżeli chcesz walczyć ze starcem, to upewnij się najpierw, że nie jest z Polski”.

Kolejną walką był pojedynek z Corneliusem Benvenutim. Jednak nie był on całkowicie przygotowany do tego starcia, przez co przegrał już w 1 rundzie. 3 dni później dostałem bardzo ciekawego maila od Andrzeja.

Witaj Diesel
Piszę do Ciebie z bardzo ciekawą propozycją. Zauważyłeś pewnie, że bez problemu rozwalasz wszystkich przeciwników jakich Ci podeślemy. Dodatkowo niektórzy Ci się powtarzają i nadal mają durną nadzieję, że Cię pokonają. Dlatego postanowiłem umówić Cię na walkę z bokserem z kategorii Półciężkiej. Zobaczymy jak poradzisz sobie z kimś z wyższej kategorii i będziemy wtedy myśleć, czy nie przenieść cię wyżej w poprzeczce. Tak więc ćwicz ostro, bo półciężka to nie przelewki. Do zobaczenia, chłopcze.

Andrzej

Zaskoczył mnie jego e-mail, ale jednocześnie poczułem satysfakcję, że będę mógł walczyć z kimś z wyższej kategorii. Natychmiast zacząłem trening.
Moim rywalem okazał się Felix Hamed z Meksyku. Jego mocarne ciało wyglądało imponująco, ale nie pozwoliłem, żeby mnie to przeraziło. 1 runda wykazała różnicę miedzy nami. Zadawałem mu masę ciosów, jednak niedużo robiło to na nim wrażenia. Natomiast jego uderzenia odczuwałem jakbym był obrzucany kamieniami.
2 runda była bardzo dramatyczna. Nadal okładałem go jak tylko mogłem i chyba wreszcie do odczuł, ale w pewnym momencie trafił mnie na tyle celnie, że nie wiedziałem co się dzieje. Wykorzystał to i przygwoździł mnie ciosami. Padłem ciężko na deski, jednak tradycyjnie szybko się podniosłem. Ta runda należała do niego.
3 runda wreszcie miała dobry dla mnie skutek. Przez cały czas jej trwania zadawałem silne ciosy na głowę, które pod koniec ogłuszyły go. Tym razem to on padł na matę, jednak nie wstał już z niej. Nie mogłem uwierzyć w to co się stało. Nie dość, że pokonałem boksera z wyższej kategorii, to jeszcze już w 3 rundzie. Postanowiłem urządzić przyjęcie z tej okazji. Pojawił się na niej niezapowiadany gość, a jednocześnie mój idol, co mnie strasznie mile zaskoczyło – Andre Bishop, mistrz świata wagi ciężkiej, który sławny był z tego, że jako jedyny pokonał strasznego Isaac’a Frost’a.
Jesteś doskonałym bokserem, Diesel – powiedział Bishop – Potrafię docenić talent jak go widzę i niechaj nie ziemia pochłonie, jeżeli nie masz talentu. Wierzę, że któregoś dnia świat będzie lepiej znał Ciebie niż mnie.
Sam Andre Bishop mnie chwalił. Nie sądziłem, że dożyję tego dnia. Z czasem zostaliśmy całkiem bliskimi przyjaciółmi.
Moja następna walka była przeciw Kanadyjczykowi – Tanner’owi Strum’owi. Jednak w porównaniu z poprzednim przeciwnikiem, było mi strasznie łatwo. Kanadyjczyk przegrał już w 1 rundzie.

Po tej walce stało się dla mnie jasne, co muszę robić. Złapałem za telefon i wykręciłem do Andrzeja.
Witam, trenera. Czy oferta dla wyższej kategorii jest jeszcze aktualna?

Po mistrzostwo po raz drugi
Ogłosiłem w prasie i TV, że oddaję swoje mistrzowskie pasy i przechodzę do wyższej kategorii. Obiecałem, że również tutaj zdobędę wszystkie pasy. Moja decyzja została dobrze przyjęta, a ja natychmiast umawiałem nową walkę.
Moim pierwszym rywalem był Joshua Walters z Gujany. Tym razem przekonałem się, że walki nie są tu takie łatwe. Miałem słaby cios dla rywala, pokrytego pancerzem z mięśni. Było bardzo ciężko, ale ku mojej radości walka zakończyła się moim zwycięstwem w 8 rundzie.
Fani byli zadowoleni z mojego półciężkiego debiutu, ale zrozumiałem jak muszę odtąd trenować. Poświęcałem dużo czasu na ćwiczenie wytrzymałości, zwinności a przede wszystkim siły ciosu. Było już widać dzięki temu postępy w następnej walce z kolejnym Gujańczykiem – Tod’em Ross’em. Odniosłem imponujące zwycięstwo przez TKO w 5 rundzie.
Stwierdziłem, że nie ma na co czekać i umówiłem walkę o mistrzostwo EABA. Pas dzierżył Meksykanin Spiro Hale. Słynął z tego, że zadaje mocne ciosy, ale miał jedną słabość. Bardzo rzadko trzymał gardę.
Kiedy wreszcie nastał dzień walki i wyszliśmy na ring, przekonałem się, że z tymi mocnymi ciosami to nie przelewki. Uderzał jak młot, ale również sprawdziło się to, że nie trzyma gardy, gdyż punktowałem raz za razem. Po pierwszej rundzie, mogłem spokojnie stwierdzić, że da się go pokonać, ale muszę uważać, bo jego ciosy są niebezpieczne.
W drugiej i trzeciej rundzie skupiłem się na zadawaniu ciosów na zmianę. Szybkie w głowę, silne w korpus. Dzięki temu po 3 rundzie rywal był nie tylko obity i pogruchotany, ale także ledwo zipał. Chciałem już mieć pas mistrza, dlatego jak zaczęła się 4 runda, nie czekałem tylko wystartowałem i zasypałem jego głowę ciosami. Hale padł na deski i po chwili wstał, ale nie dałem mu wytchnąć i ponownie się rzuciłem. Po tym nokdaunie został już na macie a ja zostałem mistrzem wagi półciężkiej, ku wielkiej radości widowni i zapewne milionów ludzi przed telewizorami. Ale wiedziałem, że moje zadanie zostało wykonane dopiero w 1/3.

Superstar
Zanim mogłem sięgnąć po kolejne pasy, musiałem uzbroić się w cierpliwość. Bycie mistrzem oznaczało, że należy szykować się na wyzwania. I takie też przyszło od boksera Amory’ego Dunn’a z Australii. Walka z nim pokazała mi wyraźnie co sobie myślał. Trafił na kogoś kto pochodzi z niższej kategorii, przez co będzie łatwa okazja do zdobycia tytułu. Zdziwił się, gdy rozłożyłem go w rundzie 3. Była to już moja 40-sta walka.
Postanowiłem iść za ciosem i sięgnąć po następny pas – EABF. Nie ma co się rozgadywać, walka była bardzo łatwa i skończyła się w 2 rundzie. Pochodzący z Portoryko Nicholas Burns, strasznie bał się tej walki, przez co błyskawicznie przegrał a ja zdobyłem drugi pas. Na mojej drodze stał już tylko jeden mistrz, z USA – Al Abraham. Mówił, że nie robią na nim wrażenia moje walki, bo każdego z nich on też by bez problemu pokonał. Teraz moje zwycięstwa się skończą. Wkrótce mieliśmy się przekonać.

Hall of Famer
Długo oczekiwany przez wszystkich dzień nastał. Miałem zmierzyć się z ostatnim mistrzem – Al Abrahamem’em.
Wyszedłem na ring przywitany owacjami i powiewaniem biało-czerwonych flag. Jednak Abraham również miał na widowni sporo fanów, którzy przywitali go wiwatami. Al wzniósł pięść w górę, a następnie skierował ją w moją stronę. Po chwili usłyszeliśmy dzwonek.
Wyszedłem do przodu, ale postanowiłem sprawdzić dokładnie jego styl. Abraham zaatakował mój korpus trzy razy a następnie starał się zadać mi prawy podbródkowy. Wszystkie te ciosy odparowałem, ale gdy chciałem skontrować, okazało się, że on również wie co to porządna garda. Starałem się być jak najbardziej skupiony, ale i tak przekonałem się, że to nie wystarczy. Jego zwodzący cios wylądował na mojej głowie, a po nim następny. Odsunąłem się, po czym szybko doskoczyłem. Udało mi się go tym zaskoczyć, przez co sam parę razy poobijałem jego głowę. Niestety po chwili zarobiłem mocną kontrą. Zrozumiałem, że nie tędy droga. Trzeba go pokonać trochę inaczej. Odtąd kiedy tylko była okazja zadawałem mu szybkie ciosy na korpus. Zarobiłem nie raz w głowę, ale odwdzięczałem się seriami. Walka wyglądała tak przez 1, 2 i 3 rundę. W 4 trochę zmieniłem taktykę i zadawałem na korpus mocne ciosy. Miałem jeszcze sporo energii, a on był wyczerpany. Niestety za wcześnie stwierdziłem, że mogę działać na całego. Chciałem go mocno i szybko znokautować, a on to wyczuł, przez co nadziałem się na jego podbródkowy, który posłał mnie na deski. Zaskoczony i otumaniony potrzebowałem 5 sekund, żeby wstać na nogi. Już miałem mu odpłacić, ale rozległ się dzwonek.
Byłem podirytowany, ale zrozumiałem, że miał szczęście. Tak naprawdę nie ma siły, żeby nadal się pewnie trzymać. Czekałem na start 5 rundy i po chwili się doczekałem.
Jak tylko wstałem, ruszyłem ostrożnie w jego stronę. Starałem się imitować, że przymierzam się do ciosu na korpus. Abraham odruchowo osłonił korpus, a ja tylko na to czekając zadałem 3 szybkie ciosy na głowę i jeden potężny sierpowy. Wyczerpany Amerykanin został oszołomiony, a po moich żyłach rozlała się adrenalina. Z całym impetem zadałem bardzo silny, lewy sierpowy, który rozgniótł mu policzek, uszkodził nos i powalił z łoskotem na deski. Mistrz starał się wstać jak najszybciej, ale na 5 stracił równowagę i ponownie wylądował na macie. Sędzia krzyknął – NOKAUT! Tym sposobem w tle ogłuszających ryków publiczności i padającego konfetti podniosłem triumfalnie swój trzeci pas mistrzowski. Wtedy to pierwszy raz nazwano mnie „Conan znad Wisły”.

Oczywiście moje zwycięstwa nie zniechęciły rywali i otrzymałem maile, gdzie nadal wyzywano mnie do walki. Pierwszy był rewanż z Joshua Waltersem. Ten jednak nie docenił mnie i przez 1 rundę ciągle obrywał. Z kolei jak tylko zaczęła się runda druga, podszedłem i już po pierwszym ciosie rywal padł na deski.
Równie ciekawa walka była następna z Frank’iem Sullivan’em z Panamy. Jakieś 12 sekund po rozpoczęciu walki, zadałem sierpowy, który trafił go w twarz i znokautował. Trudniejszy jednak okazał się rewanżujący Nicholas Burns. Ciężka obrona i zwody spowodowały, że rywal przedłużał walkę, ale i tak zakończyła się przed czasem w 6 rundzie. Miałem dłuższe wakacje, gdyż zdążył mnie mocno obić.
6 dni po walce mój promotor przedstawił mi ciekawą propozycję. Zamierzał zorganizować tzw. „rewanż roku”, gdzie miałbym stanąć ponownie przeciwko Al’owi Abraham’owi. Mówił mi, że Abraham nie pogodził się z porażką i myśli tylko o tym, aby odzyskać swój pas. Nie widziałem powodów, żeby odmówić.

Wieści o „Rewanżu roku” szybko dotarły do mediów. Bilety wykupiono już pierwszego dnia, a wejście na salę było zapchane już z ulicy. Na szczęście Ja i Abraham dostaliśmy się do środka. Gdy tylko dym opadł i pojawiłem się, zmierzając w stronę ringu myślałem, że ogłuchnę od euforycznych wrzasków publiki. Przez chwilę zastanawiałem się, czy dojdę do ringu z całymi bębenkami, ale na szczęście udało się. Wzniosłem rękę w górę a za mną promotor i trener wznieśli w górę moje pasy. Po chwili wszedł Al Abraham, również powitany oklaskami. Zapowiadało się na zaciętą walkę. Przywitaliśmy się i podaliśmy rękawice. Po chwili walka się rozpoczęła.
Miałem już sporo doświadczenia w byłych mistrzach, którzy wyzywali mnie na rewanż, więc wiedziałem, że nie należy lekceważyć rywala. I nie pomyliłem się. Abraham był bardzo ciężkim przeciwnikiem. Zadawał szybkie, celne ciosy i mimo moich kontr i osłon, nie sprawiał wrażenia zmęczonego ani podłamanego. Walczył bez wytchnienia.
Publiczność na trybunach była bardzo zadowolona, gdyż daliśmy popis zaciętej walki, gdzie każda strona wymieniała ciosy kiedy tylko mogła. Trwało to tak przez 1, 2, 3 i 4 rundę. Po tej ostatniej byliśmy obici jak po ataku stada dresiarzy. Ja nie widziałem na jedno oko, a Abraham krwawił z lewej brwi. Dopiero w 5 rundzie ponownie zaczęliśmy wymieniać ciosy, ale robiąc szybkie zwody, chociaż z wielkim wysiłkiem, słałem na jego głowę mnóstwo ciosów podbródkowych, co w końcu powaliło go na deski i zakończyło walkę moim zwycięstwem. Mimo agresji, po tej walce ja i Al zaprzyjaźniliśmy się. Obydwaj szanowaliśmy się jako profesjonalni bokserzy i nigdy już nie powiedzieliśmy o sobie złego słowa.

Ring Legend
Po „rewanżu roku” zyskałem nowy przydomek „Legenda ringu”. Moja sława obiegała cały świat. Nawet bokserów z wagi ciężkiej uważano za mniej interesujących. Kariera bokserska szła wciąż do przodu. Następną walkę zacząłem w 2024, przeciwko Spiro Hale. Okazał się naprawdę wymagającym przeciwnikiem. Udało mu się nawet powalić mnie w 4 rundzie, ale walka skończyła się tradycyjnie w 8 rundzie, przez KO. Kolejnym był Amory Dunn, który jednak padł w drugiej.
Tommy Bush, który był kolejnym rywalem, został przeze mnie agresywnie zmiażdżony już w 1 rundzie. Dlaczego tak szybko? Nie dlatego, że był słaby, ale dlatego, że był anglikiem.
Po walce dowiedziałem się od przyjaciela, Al’a Abrahama, że przechodzi na emeryturę. Stwierdził, że osiągnął w boksie wszystko co chciał i teraz chce skupić się na rodzinie. Zrobiliśmy mu pożegnanie z wielkim rozmachem.
Ja tymczasem po kilku miesiącach stanąłem do swojej 50-tej w życiu walki, po raz kolejny przeciw Joshua Waltersowi. Widać było po nim, że jest zdeterminowany. Co prawda przegrał już w 2 rundzie, ale w pierwszej padł 2 razy i wstał.
Po jakimś czasie dowiedziałem się o bardzo ważnej rzeczy. Z Panamy przyjechał niejaki Elmo Norris, aby wyzwać mnie na pojedynek i odebrać pasy. Norris był podobno niekwestionowanym mistrzem swojego kraju i teraz zamierzał sięgnąć po świat.
Zdawałem sobie doskonale sprawę z mojego legendarnego talentu, ale Andrzej już dawno nauczył mnie aby NIGDY nie lekceważyć przeciwnika, dlatego porządnie trenowałem. Kilka dni później dowiedziałem się, że na tej walce będzie sam Andre Bishop, który chce ją oglądać na żywo. Postanowiłem, że go nie zawiodę.
W dniu walki tradycyjnie zostałem ogłuszony przez wrzask tłumu. Podałem rywalowi ręce i zaczęliśmy walkę. Wysunął się z uniesioną gardą i jak tylko się do mnie zbliżył, starał się mocno uderzyć. Powtarzał to za każdym razem, gdy znalazłem się blisko niego. W pewnym momencie straciłem cierpliwość. Zrobiłem unik przed jego ciosem i zadałem lewy sierpowy z dołu, który trafił go z boku w głowę. Ku mojemu zaskoczeniu walka się skończyła. Norris padł i nie był w stanie sam wstać z maty, a kiedy mi przeszło zdziwienie wzniosłem ręce ku radości moich fanów. Andre Bishop wskoczył na ring, objął mnie ramieniem i powiedział przez mikrofon: „Diesel, you are the Greatest of All Time!”.

Greatest of All Time
Słowa wypowiedziane przez Bishopa przylgnęły do mnie. Teraz prawie każda gazeta i stacja telewizyjna określała mnie tym przydomkiem. Mój ubiór też się zmienił. Przysłano mi wspaniałe rękawice z czarnej, błyszczącej pięknie skóry, podpisane „Only for the Greatest” Podobnie zmieniłem bokserki, na błyszczące, w czarno-białym kolorze. Nawet został z przodu napis „POLAND”. Z podobnego, błyszczącego tworzywa zrobiono mój nowy szlafrok.
Wbrew pozorom wciąż przybywało bokserów, którzy za wszelką cenę chcieli mi ten tytuł odebrać. Jak np. Erwin Berto z USA, który padł w 1 rundzie, albo Frank Sullivan, który przegrał też w 1 rundzie, dosłownie 3 sekundy przed zakończeniem rundy.
Któregoś dnia gdy miałem więcej wolnego czasu, postanowiłem zrobić coś wyjątkowego. Odwiedziłem osobiście Nicky’ego Armstronga. Mojego pierwszego rywala, a jednocześnie jedynego boksera, który ze mną zremisował. Gratulował mi takiego wyniku, niestety jemu niespecjalnie szło w walkach. Miał na koncie sporo zwycięstw ale również porażek. Ale moja wizyta mocno wpłynęła na jego sławę. Myślałem, że wszyscy widzą mnie w bardzo dobrej barwie. Niestety okazało się, że nie wszyscy.

Wejście Rosjanina
Żyło mi się dobrze i czas płynął spokojnie. Od czasu do czasu zaglądałem w rankingi kategorii ciężkiej. Uwagę zarówno moją jak i prasy przyciągał pewien niezwykły bokser. Nazywał się Soda Popinski i pochodził z Rosji. Był niepokonany i każdą walkę kończył nokautem. Był wieloletnim mistrzem Rosji. Jego ciało robiło wrażenie. Było niczym wyrzeźbione z marmuru przez prawdziwego artystę. Był w dodatku mierzącym 6’8 stóp wzrostu kolosem. Czyniło go to chyba najwyższym bokserem świata. Na głowie nie miał włosów, zamiast tego długie, czarne wąsy i wyglądające groźnie brwi. Ale nie z tego Popinski był najbardziej znany. Jego znaczkiem było to, że fanatycznie wręcz przepadał za gazowanymi napojami, typu Coca-Cola. Pił je kiedy tylko było to możliwe. Podobno zdarzało się to nawet w przerwach między rundami. Widziałem zdjęcie zrobione przez jego promotora, gdzie Popinski w ruskiej czapce i bokserkach idzie przez śniegi Rosji, trzymając w rękach 2 skrzynie z Colą.
Popinski błyskawicznie piął się w rankingu. W którymś wywiadzie stwierdził, że jego celem nie jest samo mistrzostwo. Chce czegoś więcej. Zadziwił w czasie wywiadu tym, że mimo sprawiania wrażenia kretyna, zna 3 języki – Rosyjski, Polski i Angielski.
Nie jestem tutaj tylko po pas mistrza wagi ciężkiej – mówił Soda – moim celem jest zdegradowanie pseudoboksera, który myśli, że osiągnął coś w walce z prawdziwymi wojownikami. Dajcie mi Diesla. Pokażę światu, że Polak zostanie zgodnie z historią zmiażdżony przez Rosjanina. Tak jak być musi!
Machina zadziałała natychmiast. Mój dom został zaszturmowany przez legiony dziennikarzy, chcących znać moje zdanie w tej sprawie.
Widziałem wywiad z Sodą Popinskim- mówiłem – Ale moim zdaniem jest to po prostu lament wrzaskliwego pieniacza, który za wszelką cenę chce się wypromować. Niech najpierw zdobędzie jakiś pas mistrzowski to wtedy pogadamy.
Mój komentarz musiał rozwścieczyć rosyjskiego kolosa, bo podobno zaczął jeszcze szybciej piąć się po szczeblach rankingu, a większość jego rywali wyglądało jak krwawa masa.
Ja w tym czasie przygotowywałem się na 30-stą już obronę tytułu. Moim rywalem był Asher Newman z Finlandii. Pokonałem go dopiero w 4 rundzie. Dlaczego dopiero? Ponieważ mogłem pokonać go dużo wcześniej, ale głowę miałem zaprzątniętą Popinskim, przez co miałem problemy z koncentracją.
Soda tymczasem atakował mnie, kiedy tylko mógł. Ciągle rzucał w wywiadach zdania typu: „Diesel, dostaniesz cios do picia albo Wypiję za twoje zdrowie, Laszku. Gdy już przejdę po twoich zwłokach
Wreszcie nastał dzień, którego szczerze mówiąc bardzo się bałem. Usłyszałem, że Soda Popinski staje do walki o mistrzostwo świata, z Andre Bishop’em. Andre stwierdził, że pokonał Frost’a, więc pokona też Popinskiego. Nie byłem tego taki pewny, ale liczyłem, że się nie pomylił.
Wieczorem w dniu walki Ja, moja żona, Andrzej i mój przyjaciel Al Abraham siedzieliśmy przed telewizorem i oglądaliśmy. Andre Bishop wyszedł skupiony i przywitał się z widownią. Sodę tymczasem roznosiło w narożniku. Widać było, że chce rozwalić Andre w szybkim tempie.
Gdy walka się zaczęła, ujrzeliśmy przerażającą scenę jak mocarne uderzenia Popińskiego rzucają Bishopem po całym ringu. Próbował walczyć, unikał, zadawał najsilniejsze ciosy jakie potrafił, ale nie robiły one wrażenia na potężnym Moskalu. Starał się stosować taktykę zmęczenia, jakiej używał gdy walczył z Isaac’iem Frost’em, ale nawet to nie pomagało. Soda zaganiał Bishopa do narożników i zadawał mordercze serie ciosów. Andre został ogłuszony, a Soda Popinski pokazując mu gest podrzynania gardła, podbił i zadał silny podbródkowy. Andre pod wpływem uderzenia padł już w 1 rundzie. Jakoś udało mu się wstać, ale nadal był oszołomiony. Uratował go dzwonek. W czasie przerwy widać było wyraźnie przerażenie na twarzy Bishopa. Jego trener chciał przerwać walkę, ale Andre nie zgodził się. Popinski tymczasem śmiał się w ringu i pociągnął zdrowy łyk z butelki Coli.
Po chwili zaczęła się 2 runda. Bishop wyszedł i trzymał wysoko gardę. Wtedy stało się coś strasznego. Popinski jednym, silnym ciosem przełamał obronę i posłał na głowę Andre masę uderzeń, niczym żelaznym młotem. W pewnym momencie usłyszeliśmy dźwięk jak pięść Rosjanina łamie Bishopowi kość szczęki. Andre padł ciężko i ledwo przytomny na ziemię. Trener nie czekał na nic, tylko natychmiast rzucił ręcznik. Bishopa wyniesiono na noszach, a Popinski wzniósł triumfalnie pas mistrza. Gdy podano mu mikrofon, powiedział po polsku –Szykuj się, Diesel. Ty będziesz następny!

Po walce wszyscy odwiedziliśmy Bishopa w szpitalu. Bardzo ciężko oberwał, ale jego życiu nie zagrażało niebezpieczeństwo. Wyglądał nadal na przerażonego tą walką.
Tego bydlaka nie da się pokonać – mówił Bishop – rozsmarował mnie po ringu. Nie wierzę, że ktoś go może pokonać
Opowiedziałem – Każdego można pokonać, Andre. A ja nie puszczę płazem tego co Ci zrobił. Zamierzam przyjąć wyzwanie Popinskiego
Nie – powiedziała moja żona – Proszę Cię. Sam widziałeś co ten potwór mu zrobił. Nie chcę, żebyś skończył w taki sposób. Nikt nie wie jak go pokonać.
Ja wiem – odezwał się nagle głos za naszymi plecami. Ku naszemu zaskoczeniu był to dawny rywal Bishopa – Isaac Frost.
Frost? – Zdziwił się Bishop – Co ty tutaj robisz?
Przyszedłem cię odwiedzić – opowiedział Frost – Nigdy się nie zgadzaliśmy, Andre. Ale przyznam, że wczoraj miałem nadzieję, że to właśnie ty wygrasz. Popinski jest taki jak ja kiedy ze mną walczyłeś. Arogancki, pewny siebie i brutalny. Tylko on może pokonać ten problem.
Frost pokazał palcem w moją stronę.
Tak zrobię – powiedziałem.

Diesel vs Soda – Walka Tysiąclecia
Wszyscy początkowo odradzali mi tą walkę. Moja żona i przyjaciele, nawet mój własny trener ani żadne branże bokserskie nie wierzyli w to, żebym miał jakiekolwiek szanse. Stwierdziłem, że jak taka ich wola to nie ma sprawy, ale nie odciągną mnie od tej walki. Powiedziałem to publicznie, ku uciesze Popinskiego. Jednak gdy wszyscy zrozumieli, że będę walczył, stanęli wręcz na głowie, żeby przygotować mnie do starcia. Ustaliliśmy, że staniemy przeciw sobie w walce pokazowej w Nowym Jorku. Promotorzy natychmiast zaczęli rozsławiać ten pojedynek jako „Walkę Tysiąclecia”. Zanim do niej doszło upłynęło wiele potu na treningach i napojów gazowanych z butelek Popinskiego. Nie powiem, że nie byłem zestresowany. Pierwszy raz w życiu miałem walczyć z bokserem wagi ciężkiej. Dodatkowo niesamowicie brutalnym i niepokonanym przez najlepszych. Mike Tyson zadzwonił do mnie któregoś dnia i powiedział krótko – I have only one wish . Please, crush this Soda Pop.
Fani wciąż we mnie wierzyli co wpływało na moją determinację. Wreszcie nastał dzień walki. Wyszedłem na ring, witany tysiącami oklasków i wiwatów. Uśmiechając się krzywo, podniosłem rękę. Po chwili wyszedł Soda Popinski. Był kolosalnie wielki. W szerokości ramion również mnie przebijał. Gdy mieliśmy podać sobie ręce, po prostu w nie uderzył, co przekonało mnie o jego ogromnej sile. Zląkłem się i przez chwilę pomyślałem – kur*a, co ja tu do cholery robię!?. Jednak szybko się opamiętałem, bo przypomniałem sobie Bishopa, który na pewno siedzi teraz przed TV i mnie ogląda. Wziąłem się w garść i uniosłem pięści.

Rozległ się dzwonek. Popinski ruszył do przodu i mocno się zamachnął, aż powietrze zafalowało. Udało mi się uniknąć ciosu, który pewno pogruchotałby mi kark. Musiałem się nieźle nagimnastykować, bo Soda raz po raz chciał mnie dosięgnąć bardzo potężnymi uderzeniami. Zdawałem sobie sprawę, że tak naprawdę walczę o życie, co mi pomagało. Udało mi się zadać kilka szybkich ciosów, ale patrząc po rywalu, były to dla niego jedynie dotknięcia. Rozwścieczyły go jednak, bo zaczął mocno napierać. Kręciłem się po ringu i musiałem ze wszystkich sił unikać ciosów. Zadawałem całą masę szybkich ciosów na jego głowę, ale wciąż żadnych skutków.
Wreszcie stało się. Jedna z jego kamiennych pięści dosięgła mojej głowy. Poczułem się tak jakby uderzył we mnie rozpędzony Nosorożec. Obraz zafalował i po chwili stał się czarny, wrzawa publiczności brzmiała jak przez echo. Nie wiedziałem w ogóle co się dzieje. Natychmiast klinczowałem, ale Popinski nie czekając na nic odepchnął mnie i ponowił cios. Jakimś cudem udało mi się uniknąć. Inaczej byłbym już na deskach, albo poza ringiem. Od kalectwa ocalił mnie dzwonek.

Usiadłem w narożniku, starając się odzyskać pełnię świadomości. Popinski uśmiechał się nieprzyjemnie z narożnika. Andrzej poklepał mnie po twarzy – Hey! Skup się, do cholery!
- Jest strasznie mocny, Andrzej. Ma siłę jak pędzący Tir.
- Więc nie napier***aj go po mordzie! Spraw, żeby Tir najpierw stracił paliwo. Wtedy nie będzie taki mocny.
Druga runda się rozpoczęła. Znowu Popinski z całych sił młocił w moją stronę, a ja robiłem uniki. Garda nic nie dawała, przełamałby ją bez kłopotu. Kilka jego ciosów mnie dosięgnęło i zawsze musiałem łapać oddech. Kiedy tylko mogłem, uderzałem w jego korpus. Ale zaraz potem odskakiwałem przed rosyjską zemstą. Soda nie oszczędzał energii, nawalał tak by zniszczyć. Trafiłem w jego korpus mnóstwo razy, ale pod koniec rundy byłem strasznie obity. Z mojego lewego policzka sączyła się krew, a twarz była napuchnięta. On tymczasem był tak świeży jak gdy wychodził na ring. Co raz bardziej wątpiłem w zwycięstwo, ale wciąż miałem nadzieję.
Trzecia runda była podobna, ale tym razem Popinski nie trafiał mnie za często. Ja za to nadal słałem całą masę szybkich ciosów na jego korpus. Miałem nadzieję, że moja taktyka się sprawdzi. Obijając mu korpus i pozwalając by zadawał mocne ciosy, zamierzałem szybko go zmęczyć. Było już widać po nim małe oznaki, ale wciąż walczył jak diabeł.
Po rundzie, widziałem w jego narożniku, że dyszy. Osiągałem powoli swój cel. W moim sercu zrodziła się nadzieja, która dodała mi sił.
Gdy zaczęła się 4 runda, krążyłem dookoła niego, unikając ciosów, które i tak czasem mnie dosięgały. Ale nadal zadawałem masę ciosów w jego potężny korpus. Mięśnie stanowiły pancerz, ale nawet on powoli rdzewiał.
Po chwili poczułem jego niebezpieczny cios na twarzy. Nie ogłuszył mnie, ale musiałem na chwilę odskoczyć, bo poczułem się jak po spirytusowej libacji. Soda Popinski ponawiał uderzenia, starając się posłać mnie na matę. Był bardzo wściekły, gdyż nigdy nie musiał tak długo walczyć. W pewnym momencie stało się coś, czego jeszcze nigdy nie widziano. Mój szybki, lewy sierpowy rozbił się na jego twarzy, powodując długie rozcięcie. Krew chlusnęła na ring. Popinski lekko przestraszony pomacał policzek. Teraz jego wściekłość wzięła górę. Ruszył energicznie przede mnie, ale musiał się cofnąć, gdyż zadzwonił dzwonek.
Patrzyliśmy wrogo na siebie z narożników. Soda był teraz o wiele bardziej niebezpieczny, ale ja zyskałem kolejną nadzieję – Zrozumiałem, że jego też da się zranić. Że jest zbudowany z ciała a nie metalu.
Po chwili dzwonek ogłosił początek 5 rundy. Moja taktyka nadal była niezmienna. Trzymałem dystans i atakowałem seriami gdy tylko mogłem. Ale tym razem w łeb. Popinski dysząc ze wściekłości również okładał mnie ciosami. Trafił mnie parę razy, ale jego ciosy nie były już aż tak silne jak na początku. Jednak wciąż bardzo niebezpieczne. Na jego twarzy wreszcie było widać rezultaty moich ciosów. Dramatyczna walka była do tego stopnia zawzięta, że na widowni panowała całkowita cisza. Wszyscy wstrzymując oddech oglądali pojedynek. Pod koniec rundy za późno od niego odskoczyłem, co było błędem. Jego potężny, prawy prosty dotarł do mojej głowy, a dodatkowa siła i kierunek uderzenia natychmiast pozbawiły mnie równowagi i posłała na deski. Sędzia zaczął odliczać, ale wstałem na trzy.
Zaraz po moim powrocie na nogi zabrzmiał dzwonek. Popinski triumfował ten nokdaun, ale nadal obaj wiedzieliśmy, że jest wyczerpany, a jego twarz pokrywała spływająca krew. Zamierzałem potem to wykorzystać, chociaż sam nie byłem lepszy. Moja twarz była czerwona, spuchnięta i zalana posoką.
W 6 rundzie nadal okładaliśmy się pięściami po twarzach. Moja zawziętość musiała go przerażać, bo mimo zarobienia kilku naprawdę mocnych uderzeń, ja wciąż walczyłem. On również co raz bardziej był opuchnięty. Ponad to robiłem wszystko, aby jak najwięcej ciosów zadawać w jego ranę. Za którymś razem udało mi się trafić centralnie w rozcięcie. Soda został ogłuszony, a ja pod wpływem adrenaliny podbiłem i chciałem natychmiast go powalić. Przeliczyłem się jednak, bo Rosjanin błyskawicznie odzyskał świadomość i zadał silny sierpowy w moją stronę. W ostatniej chwili udało mi się go uniknąć. Byłem tak zabójczo obity, że utrudniało mi to orientację, ale wciąż wiedziałem, że prędzej zginę na tym ringu niż się poddam. Publiczność śledziła wszystko jak zahipnotyzowana.

W przerwie zacząłem ustalać taktykę. Cios w ranę go oszołomił, ale nie powalił. Stwierdziłem, że jedynym dla mnie sposobem na pokonanie tego giganta, jest poprawienie rany. Przez co, gdy tylko zaczęła się runda 7, wystartowałem i celowałem lewe sierpowe w jego głowę. Soda nadal mnie okładał, ale przychodziło mu to z co raz większym trudem. Oczywiście wciąż trzymał mnie na odległość. Wolałem nie ryzykować. Jednak zaszedłem już tak daleko, że ani myślałem przegrać! Po którejś serii mocnych ciosów z mojej strony, Soda cofnął się i zasłonił gardą. Zrobiłem wtedy coś co praktycznie nigdy nie robię. Pokazałem pięściami gest mówiący – No chodź tu, tchórzu! Byłem tak zawzięty, że powoli przestawałem zwracać uwagę na jakikolwiek ból. Miałem w głodnych oczach tylko jedno – Zniszczyć tego bydlaka! Soda starał się zadać kolejną serię ciosów. Trafił parę razy, jednak w odpowiedzi otrzymał szybkie ciosy z lewej i prawej. Któryś z nich zrobił to co chciałem. Poprawił Rosjaninowi rozcięcie, przez co po raz kolejny zalał się krwią.
W czasie przerwy narożnik Popinskiego robił wszystko, żeby zatamować jego ranę. Z niedużym skutkiem. Mój narożnik z kolei robił wszystko, żeby zmniejszyć opuchliznę na moich oczach. Na rundę 8 postanowiłem zmienić trochę taktykę. Walka powoli się kończyła i wiedziałem, że jeżeli chcę go zniszczyć, to muszę się spieszyć.
Po dzwonku wyszliśmy przeciw sobie. Tym razem nie nacierałem. Stałem i czekałem na jego ruch. Trochę zdezorientowany, zaatakował jednak. Natychmiast się odsunąłem i posłałem silną kontrę na jego głowę. Popinski zachwiał się, ale ponowił cios. Ponownie zarobił kontrę, tym razem na korpus. Przez większość walki robiłem uniki i zadawałem na zmianę kontry. Po jakimś czasie jednak zadał cios na tyle silny, że ponownie mnie zamroczyło. Natychmiast starałem się zmniejszyć dystans, co się udało. Mimo tego zamroczenia, wydaje mi się, że runda należała do mnie.
Po raz kolejny zmieniłem taktykę, w 9 rundzie. On zresztą też. Nie bawiliśmy się już w uniki, gardy ani blokady. Nawalaliśmy się po twarzy i ciele jak osiedlowi chuligani. Zarówno Soda Popinski jak i Ja byliśmy wyczerpani do granic możliwości oraz tak obici, że ledwo co dostrzegaliśmy gdzie kierujemy ciosy. Wszystko mi w głowie szumiało i nawet nie wiem ile otrzymałem ciosów. Po jakimś czasie jak przez mgłę usłyszałem dzwonek.
Trzymaj się – powiedział Andrzej – To już 10 runda. Zaszedłeś cholernie daleko! Zrobiłeś z tego komunisty warzywo i on dobrze o tym wie. Dokończ dzieła i nie zawiedź Bishopa!

Na dźwięk nazwiska Andre Bishopa dostałem jakby nowego kopa. Natychmiast wziąłem głęboki oddech i rzuciłem złe spojrzenie rywalowi. Zapomniałem o wyczerpaniu i całkowicie obitej głowie. Po raz kolejny wzniosłem ręce do walki.
Z dużym wysiłkiem podaliśmy sobie ręce do ostatniej rundy, po czym zabrzmiał dzwonek. Soda jak widać też starał się robić wszystko, żeby mnie powalić. Ale nie był już na tyle mocny, żeby przełamać moją gardę. Tymczasem po raz kolejny trafiłem go kontrą. On trafił w mój korpus, co pozbawiło mnie tchu, ale na szczęście nie na długo.
W pewnym momencie Popinski zadał prawy podbródkowy, który nie trafił mnie. Wykorzystałem to, że czyniąc to odsłonił twarz i z wielkim impetem uderzyłem w jego ranę. Popinski natychmiast został zamroczony i ledwo stał na nogach, co dla mnie było wielkim zastrzykiem adrenaliny. Nie czekając na nic, rzuciłem się do przodu i wykorzystując całą resztę sił zadałem lewy prosty. Moja pięść rozbiła się na jego nosie, a twarz Moskala zafalowała. Wszyscy z westchnieniem zobaczyli jak gigantyczny Rosjanin pada ciężko na deski. Sędzia natychmiast wyszedł i zaczął odliczać. Popinski wciąż zamroczony, ze wszystkich sił starał się wstać, ale nie mógł znaleźć równowagi, przez co jego próby skończyły się fiaskiem. Wreszcie ledwo będąc przytomnym, usłyszałem – 8….9….10. NOKAUT!
Starając się nie stracić przytomności, padłem na kolana i wzniosłem ręce, wśród ogłuszającego ryku zachwytu widowni. Niedaleko ringu buchnęły ognie a z góry posypało się morze konfetti. Po chwili poczułem jak Andrzej, mimo swojego wieku rzuca się na mnie energicznie i śmieje z radości. Publiczność zeszła z trybun i wzniosła mnie na rękach, niosąc po całym pomieszczeniu. Dokonałem niemożliwego. Pokonałem najpotężniejszego rywala, z jakim kiedykolwiek miałem do czynienia. Niezwyciężony Soda Popinski został zniszczony w 10 rundzie. Moje zwycięstwo zostało wpisane na 1 miejsce największych zwycięstw w historii.
Jednak po świętowaniu przyszedł czas na wyjazd do szpitala. W walce zostałem tak obity, że potrzebowałem specjalistów. Dostałem tysiące listów z gratulacjami. W tym od Andre Bishopa i Mike’a Tysona.

Wielki mur Polski
Po walce z Sodą Popinskim i wyleczeniu obrażeń, kontynuowałem obrony tytułu. Po rozłożeniu niepokonanego kolosa, wielu bokserów odmawiało walki ze mną, ale nadal znajdowali się tacy co próbowali. Tak jak Frank Perkins z Panamy, który przegrał w 4 rundzie, jednak kolejną sensacją była moja walka z Amerykaninem Erwinem Berto. Za późno zacząłem treningi, przez co w dniu walki byłem równie zmęczony co w walce z Armstrongiem. Jednak teraz byłem lepszym bokserem, przez co wygrałem przez KO w 1 rundzie.
Na moim koncie było już 15 milionów $. A majątek wciąż się powiększał, dzięki Lamberowi Bell’owi z Panamy, który przegrał przez mój niespodziewany cios w 1 rundzie. Tak samo Elmo Norris, który rzucił mi wyzwanie. Potem przyszedł Frank Perkins. Walka trwała dłużej, ale skończyła się nokautem w 6 rundzie.
Następnym ambitnym na moje pasy był Asher Newman, ale mocarny prawy sierpowy w 4 rundzie, sprowadził go na ziemię. Kolejny, Frank Sullivan padł już w 3 rundzie, przez mocny podbródkowy. Później dowiedziałem się, że po tej walce Sullivan postanowił przejść na emeryturę.
Jorge Hanson z Australii bronił się całkiem mocno, ale dotrwał tylko do 6 rundy.
Potem przyszło wyzwanie od Lamberta Bell’a. Niczego się ten człowiek nie nauczył, przez co ciągle rzucał mi wyzwania. Ta walka skończyła się tak jak ostatnio, w 1 rundzie. Następnie ponownie Asher Newman, który przegrał 3 sekundy po rozpoczęciu walki. Nowym rywalem był Meksykanin Balthasar Lynch. Był całkiem godnym rywalem, jednak przegrał w 4 rundzie. Po tej walce znowu odezwał się Elmo Norris, który wylądował na deskach po silnym ciosie w 1 rundzie. Dzięki tym błyskawicznym nokautom, zostałem „Bokserem Roku – 2029”.

Następna walka skończyła się w 2 rundzie, przeciw Jorge Hanson’owi. Kolejny był Kanadyjczyk, Hosea Richards. Nie doceniłem go, bo mimo, że w 1 rundzie padł dwa razy to wstał i zaczął być defensywny. Bronił się, zadawał mi mocne ciosy i ciężko było go potem trafić. Od 5 rundy nawet zacząłem krwawić, tak mocno mnie obił. Ale runda 5 nie była dla niego radosna, bo właśnie w niej przegrał. Po tej walce musiałem się wyleczyć u specjalistów za 12 tys. $

Hans podnosi łeb
Któregoś dnia doszły mnie wieści, że w wadze ciężkiej znowu się coś dzieje. Pojawił się kolejny bokser, bardzo przyciągający uwagę. Nazywał się Hans Fisher i pochodził z Niemiec. Jego ciało było wielkim skupiskiem mięśni, wyglądających jak z kamienia. Słynął podobno z tego, że jest straszliwie agresywnym człowiekiem. Zamierzał zarżnąć każdego rywala, stąd jego ksywa „Razor”. Cóż, cokolwiek można było o nim powiedzieć, to na pewno, że był ogromnym patriotą. Widać to było po nim. Jego ciało było mocno wytatuowane, a najbardziej rzucała się w oczy ogromna flaga Niemiec na jego torsie. Nad flagą był niemiecki, czarny orzeł, trzymający 2 sztylety. Drugi wielki tatuaż znajdował się na jego plecach. Była to stalowa tarcza z Krzyżem Żelaznym na środku. Na tym nie koniec. Jego rękawice były barwy flagi narodowej Niemiec a na środku znajdowało się godło. Podobnie wyglądały jego spodenki, na których widniał wielki napis „GERMANY”, podobnie jak „POLAND” na moich. Jego szlafrok również był w niemieckie barwy narodowe. Ponad to jego utworem na wejście był hymn Niemiec. Razor pędził w rankingach jak błyskawica, rozwalając rywali w 1 rundach. Tylko bardzo niewielu wytrwało do drugiej. Oczywiście nazwał to Blitzkrieg’iem.

Zagwizdałem z zachwytu jak to zobaczyłem, ale stwierdziłem, że muszę się skupić na swojej karierze. Następny w kolejce był ponownie Jorge Hanson. Chwalił się, że teraz ma taktykę, która zapewni mu zwycięstwo. Zaciekawiony przyjąłem jego ofertę.
Kiedy zaczęła się walka, zobaczyliśmy wszyscy jego „genialną” taktykę. Mało moich ciosów dosięgało Hansona, bo on cały czas….uciekał. Nawet nie starał się uderzać, tylko po prostu spieprzał przede mną. Trwało to do 3 rundy, gdzie wreszcie zagoniłem go do narożnika i znokautowałem.
Po tej żałosnej walce, poszedłem do TV i udzieliłem publicznego apelu – Tu Diesel. Apeluję do wszystkich bokserów, którzy zamierzają ze mną walczyć. Kiedy wychodzę na ring, oczekuję wojownika a nie baletnicy. Dlatego proszę aby ludzie pokroju Jorge’a Hansona nie wyzywali mnie do walki, jeżeli zamierzają podwijać spódnice a potem z piskiem uciekać na paluszkach

Jednak już następny przeciwnik okazał się całkiem ciekawy. Miała to być już moja 70-ta walka. Przeciwnikiem miał być Niemiec, Barnaby Louis. Wyglądał na w miarę godnego rywala, więc przyłożyłem się do treningu. Kilka miesięcy później nastał dzień walki. Nie pomyliłem się. Louis naprawdę był dobrym bokserem. Doświadczony w walce, unikach, osłonie i zwodach. W dodatku był o wiele ode mnie młodszy. Jednak nie miał szczęścia, bo w 4 rundzie zadałem mu silny, lewy prosty, który złamał mu nos i znokautował. Moja 70-ta walka zakończyła się zwycięstwem.

Po walce jednak zostałem zaskoczony. Usłyszałem w radiu, jak Hans Fisher „Razor” zaatakował mnie w wywiadzie. Był wściekły, że znokautowałem Niemca. Padło wiele agresywnych słów, ale stwierdziłem pozostawić to bez komentarza. Nie miałem zresztą powodów, żeby zawracać sobie tym głowę. Miałem niedługo obchodzić 40-ste urodziny.

Następny w kolejce był Balthasar Lynch, ale padł przez piękne TKO w 1 rundzie. Tak samo Hosea Richards, przez KO w 1 r. Po tej walce usłyszałem, że wyzywa mnie Asher Newman. Wiele razy go pokonałem, ale przygotował się, bo dotrwał do 5 rundy.
Wokół „Razor’a” robiło się co raz głosniej. Wielu bokserów po walce z nim poszło na emeryturę. A lada moment miał nastać dzień, na który bardzo wiele osób czekało. Hans Fisher miał walczyć o mistrzostwo świata wagi ciężkiej, przeciwko Sodzie Popinskiemu. Postanowiłem, że obejrzymy tą walkę w telewizji. Chciałem zobaczyć jak walczy ten Niemiec. Popinski przegrał ze mną, ale dopiero w 10 rundzie. Mało tego, nadal nie było nikogo nowego kto by go pokonał, więc zapowiadała się ciekawa walka.
W dniu gdy mieli wyjść na ring, usiedliśmy wieczorem przed TV i oglądaliśmy. Pełen energii Soda Popinski wyszedł z uniesionymi pięściami. W tle jego trener i promotor trzymali mistrzowskie pasy. Soda pewny siebie, z Colą w ręku przeszedł przez liny i uniósł rękę, witając widownię. Po chwili zabrzmiał niemiecki hymn i wyszedł Fisher z pewną miną. Wszedł na ring i świecąc flagami Niemiec, wzniósł rękę w górę. Może mi się tylko wydawało, ale ten gest przypominał chyba od złudzenia „sieg heil”. Kiedy mieli podać sobie ręce, Popinski wystawił, ale Fisher zawarczał ostro i je odsunął.
Jak zaczęła się walka, zobaczyliśmy z przerażeniem, że Fisher wręcz gniecie Popinskiego i rzuca nim. Soda próbował walczyć, ale Razor okładał go ostro, przez co Rosjanin szybko wylądował na deskach. Podniósł się po chwili i wznowił walkę. Razor z wielką siłą uderzył w jego korpus, czym zgiął Sodę, a następnie zadał bardzo silny, prawy sierpowy w głowę. Siła ciosu pozbawiła Popinskiego równowagi i ponownie posłała na deski. Znowu się podniósł i dotrwał do końca rundy, ale tylko dlatego, że postawił wszystko na obronę. Nie wierzyłem własnym oczom. Potężny bokser, którego dopiero w 10 rundzie udało mi się rozłożyć, leżał już 2 razy w pierwszej. Gdy zaczęła się druga, Razor ponownie mocno uderzył i zasypał Rosjanina ciosami w głowę. Soda został ogłuszony, a Niemiec bez chwili wytchnienia, zadał silny prosty w twarz, czym znowu powalił Popinskiego. Ponownie wstał, ale z wielkim trudem. Wtedy Fisher z całej siły uderzył 2 razy w jego korpus, a gdy Soda starał się go odepchnąć, Hans uderzył sierpowym od góry, po czym dodał drugi od dołu. Z ust Popinskiego chlusnęła krew a on padł ciężko na deski i nawet nie próbował wstać. Tak oto Soda Popinski utracił swój pas mistrzowski. Hans Fisher w przerażający sposób zdobył mistrzostwo wagi ciężkiej.

Zbliżała się ważna walka. W tej chwili miałem stoczyć równo 50-tą obronę tytułu. Nie mogłem długo znaleźć przeciwnika, gdy nieoczekiwanie odezwał się Niemiec, Barnaby Louis. Powiedział, że pragnie rewanżu. Uważałem, że może być dobrym konkurentem i przyjąłem wyzwanie. Na nieszczęście dla Louis’a, walka skończyła się bardzo szybko, gdyż moje celne trafienia w jego głowę, zakończyły walkę już w 1 rundzie. 50-ta obrona tytułu była wielkim sukcesem. Okazało się, że jednak nie każdemu się to spodobało.

Hans Fisher pojechał udzielać wywiadu. Znajomi powiedzieli mi, żebym natychmiast włączył radio. Usłyszałem głos Fisher’a – Skandal! Ten cholerny Polaczek ośmiesza mój naród! Nie pozwolę na to. Nie pozwolę, żeby jakaś biedna, słowiańska ciota z półciężkiej kategorii myślała, że coś znaczy w boksie! Wyzywam Cię! Wyzywam zasrany Polaczku! Zobaczysz co to znaczy prawdziwa walka!

Zwołaliśmy konferencję na której mój obóz spotkał się z obozem Fisher’a. Dyskutowaliśmy o sytuacji.
chcę jego krwi- agresywnie mówił Razor –Nie będzie przedstawiał mojego narodu jako jakiegoś łatwego do pokonania bękarta. To co on robi to zniewaga dla mnie!
Nie wiem o co chodzi Razor’owi – zabrałem głos – Ale on chyba nie wie, że tak wygląda boks. Nie mam w interesie szkodzić wizerunkowi Niemiec. Rozbiłem w karierze wielu bokserów z Panamy czy USA i jakoś te kraje nie straciły na wizerunku. Louis wiedział na co się porywa, wyzywając mnie na pojedynek. Takie życie
Ja ci pokażę życie, brudny robaku! – wrzasnął Fisher i zanim ktokolwiek zdążył zareagować, wstał i ruszył na mnie niebezpiecznie. Andrzej starał się mnie zasłonić, ale Fisher brutalnie uderzył go i odepchnął. Po chwili Fishera otoczyli ochroniarze i odciągnęli.
Wyzywam cię, Polaczku!- wciąż wrzeszczał Fisher – Rozwalę ciebie i twój gówno warty naród jednym ruchem ręki!
Ja jednak byłem przerażony, bo Andrzej leżał na ziemi i nie odzyskiwał przytomności. Natychmiast zadzwoniliśmy po karetkę, która zawiozła mojego trenera do szpitala.

Przez 2 dni siedziałem w szpitalu i czekałem pełen napięcia. Niestety, mimo ogromnych starań Andrzeja nie udało się uratować. Otrzymał silny cios, co dla człowieka w jego wieku było śmiertelne. Nie mogłem się pozbierać gdy to usłyszałem. Człowiek, który mnie wychował, doprowadził do sukcesu i był dla mnie jak ojciec, został zabity bo chciał mnie osłonić. Po pogrzebie, mój żal zmienił się w furię. Zawsze chciałem, żeby Andrzej był ze mnie dumny. Postanowiłem, że i teraz też go nie zawiodę. Złapałem telefon i wykręciłem do promotora, mówiąc – Witaj, tu Diesel. To co teraz powiem, to nie prośba, tylko żądanie. Powiedz temu szwabskiemu ścierwu, że przyjmuję wyzwanie i rozerwę go na kawałki!

Diesel vs Razor – krew za krew
Cały świat nie wierzył w tą wiadomość. Wszystkimi wstrząsnęła wieść o śmierci Andrzeja, dlatego szybko zrozumieli dlaczego postanowiłem zgodzić się na walkę pokazową z Fisherem. Ten tymczasem w ogóle nie przejął się, że spowodował śmierć i nadal atakował mnie w mediach. Nie byłem mu dłużny. Dużo czasu poświęcałem na mordercze treningi i pozwalałem by rządza zemsty mnie opanowała. Przestałem bać się jego wyników.

09.07.2011 19:20
👍
odpowiedz
WerterPL
69
Pretorianin

3/3

W pewnym wywiadzie powiedziałem otwarcie –Jeżeli chcesz wygrać tą walkę Szkopie, będziesz musiał mnie zabić!

Po bardzo długim oczekiwaniu, nastał dzień tej ważnej walki. Był to marzec 2031 roku. Sala MGM Grand była tego wieczoru rozświetlona ogniem i wypełniona po brzegi wrzeszczącym tłumem. Wszyscy wznieśli jeszcze głośniejsze okrzyki, gdy zobaczyli mnie. Wyszedłem z wściekłą miną i szybko zmierzałem w stronę ringu, na którym zaraz się znalazłem. Nie zmieniając wyrazu mojej twarzy, wzniosłem rękę w górę. Po krótkiej chwili salę wypełnił hymn niemiecki. Z drugiej strony buchnęły smugi dymu i wyszedł Fisher. Od stóp do głów czerwono - czarno - złoty. Z głupim uśmieszkiem wszedł na ring i wzniósł obie ręce. Sędzia kazał nam walczyć uczciwie, ale niewiele zrozumiałem, bo z dziką wściekłością patrzyłem prosto w niebieskie oczy Niemca. Wreszcie kazał nam podać sobie ręce. Hans uderzył w moje pięści tak mocno, że miałem wrażenie, że odrobinę wgniótł je w nadgarstki. Nie przeraziło mnie to jednak. Byłem gotowy na wszystko, byle tylko pomścić Andrzeja.
Gdy tylko odezwał się dzwonek góra mięsa rzuciła się w moją stronę i skierowała w moją stronę ołowianą pięść. Uniknąłem w ostatniej chwili i próbowałem skontrować, ale Hans odparł mój cios i niespodziewanie uderzył mnie w twarz. Przez chwilę miałem wrażenie, że czaszka dosłownie wgniotła mi się do środka. Starałem się ze wszystkich sił skupić na obronie. Było to bardzo trudne, gdyż Fisher nie tylko zadawał ciosy niezwykle silne, ale również szybkie, co trochę wytrącało mnie z równowagi. Na zmianę okładałem go po głowie i korpusie, ale efekt był podobny jak w pierwszej rundzie z Popinskim. Zero efektu na rywalu.
Gdy runda zaczęła zbliżać się do końca, Razor niespodziewanie zadał mi prawy prosty. Siła uderzenia i zaskoczenie ogłuszyło mnie, a nie minęła nawet sekunda, jak poczułem drugi cios, podbródkowy, który natychmiast powalił mnie na ziemię. Hans już zaczął triumfować, ale ja szybko złapałem się lin i wstałem. Zdążyłem jeszcze zadać mu parę ciosów, ale po chwili zadzwonił dzwonek.
Wciąż byłem oszołomiony, ale wiedziałem o co toczy się gra. Poznałem już na własnej skórze siłę tego Niemca, ale również jego taktykę. Miałem już plan na drugą rundę.
Natychmiast po dzwonku, Hans rzucił się w moją stronę. Skupiłem się na robieniu uników. Wiedziałem, że to działanie doprowadza go do furii a również kosztuje sporo energii. Gdy była okazja, zadawałem mu silny cios w twarz. Było to trudne, gdyż Razor bez przerwy na mnie nacierał i starał się zagonić do narożnika. Dzielna obrona jednak nie obyła się bez kilku ciosów. Każdy z nich odczuwałem niczym zgniatanie pod ciężarem Tira. Ale osiągnąłem swój cel. Runda dobiegła końca. Ja nazbierałem punktów, a Fisher nie dość, że był wściekły, to jeszcze zmarnował całkiem sporo energii.
Trzecia runda nie była jednak już tak szczęśliwa. Postanowiłem go zmęczyć i większość ciosów kierowałem na jego korpus. Niestety nie pozostawał mi dłużny i całkiem sporo jego uderzeń wylądowało na moim ciele. Przez chwilę zastanawiałem się czy nadal mam całe żebra, albo czy przypadkiem właśnie mi nie przebił jelita. Jednak w czasie walki zdarzyła się wyjątkowa okazja, która mnie uratowała. Fiszer zamachnął się, przed czym udało mi się uciec. Korzystając z okazji, włożyłem całą dostępną mi siłę w lewy cios i przyłożyłem Niemcowi w łeb. Stało się coś co jeszcze nigdy nie miało miejsca. Policzek Razor’a pękł a ciemna krew trysnęła na moją rękawicę i spodenki. Publiczność zamilkła z szoku a Fisher zaryczał ze wściekłości. Już miał rzucić się na mnie i rozerwać na strzępy, ale zobaczył, że szykuję się do kolejnego ciosu i odruchowo osłonił twarz. Wykorzystałem to i skierowałem dwie mocne bomby w jego korpus. Więcej ciosów nie padło, gdyż rozległ się dzwonek. Siedziałem spokojnie i obserwowałem drugi narożnik, gdzie Fisher aż się gotował z wściekłości. Już wtedy dokonałem niemożliwego, bo nigdy nie musiał tak długo walczyć, ale nadal był śmiertelnie niebezpieczny, o czym pamiętałem.
Chwilę później zaczęła się kolejna runda. Wstaliśmy jednocześnie i unieśliśmy gardę. Razor robił wszystko aby jednym, potężnym ciosem złamać mi kręgosłup, ale ja bez przerwy trzymałem dystans i kiedy tylko było to możliwe okładałem go po korpusie. Musiałem tylko wiele razy pilnować swoich kroków, bo rywal ciągle próbował zapędzić mnie do narożnika. Broniłem się praktycznie przez całą rundę, ale w końcu dopiął swego i jego ołowiana rękawica dosięgła mojej twarzy, rozcinając brew i powalając mnie na matę. Przed oczami świat składał się z wymieszanych barw, ale wytężając wszystkie siły odzyskałem panowanie i po chwili wstałem, gotowy do dalszej walki. Wiedziałem, że to duża szansa na samobójstwo, ale żądza zemsty za Andrzeja wciąż była silniejsza.
Gdy tylko odzyskałem pełną sprawność, ponownie rzuciłem się do walki. Kilkanaście sekund później rozległ się dzwonek. W samą porę, moje oko puchło błyskawicznie. Narożnik zrobił co mógł, aby zmniejszyć opuchliznę. Niestety zanim na dobrze dało się ją usunąć już zaczęła się piąta runda.
Była bardzo ciężka. Robiłem co mogłem, żeby walczyć i unikać, ale opuchlizna mi to mocno utrudniała. Hans tymczasem, mimo krwawienia widział bardzo dobrze i wciąż miał mnóstwo siły. Nie minęła nawet pierwsza połowa rundy, gdy ponownie posmakowałem jego pięści. Energia uderzenie odrzuciła mnie na liny i skierowała z powrotem na matę. Opanowując drżenie tak mocno jak to tylko było możliwe, wstałem po chwili na nogi. Runda była dla mnie strasznie dramatyczna. Fisher był obity, zmęczony i zakrwawiony, ale jakimś przeklętym cudem wciąż miał mnóstwo siły w ciosach. Starałem się jak tylko mogłem, żeby obić mu korpus aż do żywej kości. Niestety, skupiając się na jego korpusie nie zauważyłem, że zagania mnie w narożnik. Gdy się zorientowałem było już za późno. Niemiec podbił bliżej i zadał 3 silne ciosy, które natychmiast wgniotły mnie w deski. Oczy zaszły mi mgłą a dźwięk był zagłuszony i totalnie niezrozumiały. Nie czując prawie w ogóle sił i bezwładnie ruszając rękami, słyszałem tylko głos sędziego – raz……dwa…… W oczach wyobraźni przeszło mi całe życie. Ciężkie treningi i zdobycie mistrzostwa wagi średniej…..trzy….cztery….. przejście do wyższej kategorii i kolejne mistrzostwo….pięć…..sześć…... ślub, pokonanie Sody Popińskiego i ogłoszenie, że jestem największym bokserem w historii…… siedem…..osiem….. wtedy pojawił się Hans „Razor” Fisher. Ten co zabił człowieka, który był dla mnie jak ojciec. W jednej chwili odzyskałem całe panowanie. Oczy zaszły mi ogniem a ja wściekle wstałem na dziewięć. Fisher wytrzeszczył oczy i nie wierzył w to co widzi. Ale ja uderzyłem pięścią o pięść oznajmiając, że walka jeszcze się nie skończyła. Krew zalewała mi pół twarzy, ale wtedy nawet tego nie zauważałem. Razor nadal walczył, ale tym razem jakimś cudem jego ciosy nie szkodziły mi aż tak. Za to on zarobił sporo ciosów prosto w twarz. Nie trwało to jednak długo, bo odezwał się dzwonek.
Fisher mocno zarobił pod koniec tej rundy, ale wiedziałem, że wygrał ją, ponieważ 2 razy udało mu się mnie powalić. Byłem w bardzo niebezpiecznej sytuacji, ale nie zamierzałem się poddawać.
Czekałem tylko na dzwonek do szóstej rundy i po chwili się doczekałem. Hans oczywiście ruszył do przodu, ale uskakiwałem mu z drogi i uderzałem najsilniej jak umiałem. Brzmi to jakbym kierował wściekłą ofensywą, ale tak naprawdę nadal moja walka przypominała bardziej obronę. Jednak gdy runda się skończyła, Fisher krwawił już z obu stron twarzy a jedno z jego oczu wyraźnie zapuchło. Widziałem w jego oczach strach i zamierzałem wykorzystać to do samego końca.
Siódma runda zaczęła się z przewagą dla niego. Udało mu się co najmniej 3 czy 4 razy skontrować moje ciosy, ale po jakimś czasie udało mi się uskoczyć przed jego sierpowym i z całej siły przywalić mu prosto w twarz. Stało się wtedy coś co jeszcze miejsca nie miało. Cios oszołomił Fishera i zamroczył. Chciałem to natychmiast wykorzystać i ponownie uderzyć, ale niestety Fisher bardzo szybko doszedł do siebie i ponownie ruszył do walki. Zrozumiałem wtedy, że moja jedyna nadzieja w rozwaleniu tego bydlaka, to wyczerpać go tak mocno jak to tylko możliwe. Uderzenia Razora wciąż były mocne jak kamień, ale teraz już przestały być szybkie, przez co większość bez problemu dało się uniknąć. Ja za to wszystkie mocne uderzenia kierowałem na jego korpus, pozbawiając rywala resztek tchu. Tą taktykę stosowałem przez całą siódmą i ósmą rundę. W ósmej ponownie udało mi się zamroczyć niemieckiego kolosa, a również wtedy utrzymał się na nogach. Jednak na skutek dziesiątek ciosów w korpus, jego płuca nie miały już prawie miejsca na powietrze. Wiedziałem, że jest już na granicy uduszenia się. Szczęśliwie dla niego (i mnie, bo oberwałem kilka ciosów, co ponownie otworzyło moje rany) rozległ się dzwonek.
Byłem wykończony, zakrwawiony, obity i ledwo trzymałem przytomność, ale wiedziałem, że zaszedłem już bardzo daleko. Zrobiłem coś czego nie zrobił żaden bokser i zamierzałem dociągnąć wszystko do końca. Cała dziewiąta runda wyraźnie ukazała, że zarówno Ja jak i Hans mamy już dosyć i chcemy zakończyć tą walkę najszybciej jak się da. Wymienialiśmy cios po ciosie i ledwo ruszaliśmy się po ringu, ale każdy z nas nadal znajdował energię, aby zagrozić przeciwnikowi. Nie patrzyliśmy już na nasze bezpieczeństwo, ile krwi z nas upływa ani cokolwiek innego. Myśleliśmy tylko o tym, aby wzajemnie się pozabijać. Rozdzielił nas sędzia oznajmiając, że runda się skończyła.
Usiedliśmy w swoich narożnikach. Miałem już nawet kłopoty z pamięcią. Dopiero menedżer przypomniał mi, że to ostatnia, dziesiąta runda. Jeżeli chciałem go pokonać, to miałem teraz ostatnią na to szansę.
Ledwo wstaliśmy gdy zaczęła się ostatnia runda. Natychmiast chciałem zadać cios, ale Fisher mnie ubiegł i trafił mnie w twarz, mocnym prostym. Zaskoczyło mnie to i natychmiast klinczowałem.
Zginiesz, skurwielu – wyszeptał do mnie Fisher – Tak jak Twój brudny trener.
Słowa te podziałały na mnie jak płachta na byka. Nagle zapomniałem o obrażeniach i zmęczeniu, bo miejsce ich zajęła wściekłość do granic, że ten szwab śmie obrażać człowieka, którego zabił. Odepchnąłem go i zacząłem zamiast silnie uderzać szybko. Fisher schował się za gardą, ale nie zwracałem na to uwagi i zasypywałem go deszczem strzał i po korpusie i po twarzy. Hans próbował walczyć i kilka razy mnie trafił, ale nawet to mnie nie zatrzymało. Wreszcie rywal zarobił długą serię po twarzy, co sprawiło, że jego nogi nie były już takie twarde jak zwykle. Zachwiał się i zaczął nieprzytomnie zataczać. Dostałem wtedy litrowy zastrzyk adrenaliny i bez opamiętania rzuciłem się do przodu i wykorzystując całą dostępną mi siłę zadałem lewy podbródkowy. Pięść rozbiła się na jego brodzie i odrzuciła jego głowę do tyłu a krew obryzgała widownię. Publiczność zamarła z wrażenia, widząc jak niemiecki kolos trafiony prosto w szczękę zatoczył się i ciężko runął na ziemię, powodując wstrząs ringu. Sędzia zaczął odliczanie, a Fisher desperacko próbował wstać. Niestety nie wiedział nawet gdzie jest góra a gdzie dół i był totalnie bezradny. Gdy sędzia doliczył do siedmiu, niemal udało mu się wstać, ale znowu stracił równowagę i wrócił na deski.
Wtedy sędziego zagłuszyła publiczność, która zawyła zanim zdążył krzyknąć nokaut. Wokół ringu wystrzeliły iskry i a ja ledwo przytomny wzniosłem obie ręce do góry i padłem na kolana. W samą porę bo rzuciło się na mnie co najmniej kilka osób. Kibice triumfowali razem ze mną. Udowodniłem, że nie ma rzeczy niemożliwych i oto człowiek, który miał opinię niemożliwego do pokonania przez śmiertelnika, leżał półżywy na ringu. Andrzej został pomszczony.
Diesel – powiedział komentator przez mikrofon – właśnie udowodniłeś, że jesteś największym wojownikiem jaki chodzi po tym świecie. Że nie ma dla ciebie starcia, którego nie można wygrać. Co chciałbyś powiedzieć?
Moje zakrwawione usta zdążyły powiedzieć tylko – lekarza.

Legenda trwa
Obudziłem się w szpitalu. Dowiedziałem się tam od rodziny i zebranych fanów, że straciłem przytomność po dojściu do mikrofonu. Menedżer słono zapłacił, aby lekarze jak najlepiej poskładali mnie do kupy. Gdy odzyskałem już wystarczająco sił, udzieliłem publicznie pierwszego wywiadu.
Hans Fisher został pokonany – mówiłem – Z tego miejsca chciałem powiedzieć, że to nie moje zwycięstwo. Należy ono do mojego trenera, Andrzeja Luszyńskiego, którego śmierć sprawiła, że chciałem aby sprawiedliwości stało się za dość. Wiem, że jego marzeniem było być ze mnie dumnym i mam nadzieję, że udało mi się spełnić to marzenie w pełni.
W trakcie mojego wystąpienia stało się coś nieprzewidywalnego. Wysoki mężczyzna z tłumu wszedł na mównicę i stanął przede mną. Był to sam Soda Popinski. Nie wiedziałem czego się po nim spodziewać, ale ku memu zaskoczeniu, jak i wszystkich, Popinski położył rękę na moim ramieniu i rzekł – Diesel. Jesteś żywą legendą, którą ja nigdy nie będę. Dopiero teraz zrozumiałem, że walka z Tobą była największym zaszczytem mojego życia. I z tego miejsca chciałem Ci podziękować.
Dziękuję, Soda – odpowiedziałem, wciąż zaskoczony – Przykro mi, że straciłeś tytuł
Lecz Popinski roześmiał się i wyjaśnił – Odzyskałem, kiedy leżałeś w szpitalu. Fisher po spotkaniu z Tobą i przebudzeniu, natychmiast stwierdził, że odchodzi na emeryturę

Po walce z Hans’em Fisher’em wciąż kontynuowałem walki. Stwierdziłem, że był to epizod a nie koniec. Cieżko było znaleźć następnych przeciwników, gdyż po pokonaniu Razora, mało kto chciał się ze mną bić. Kolejnymi rywalami byli Hosea Richards i Balthasar Lynch, którzy padli w 1 rundzie. Następnie Elmo Norris, który wytrzymał do drugiej rundy.
Kilka dni później zostałem zaskoczony wiadomością, że moim następnym przeciwnikiem chce być Jorge Hanson. Wyzywa mnie do walki. Natychmiast zwołałem konferencję.
Hanson’owi nie muszę już niczego udowadniać – mówiłem – Ponad to nie widzę powodów, żeby przyjmować to wyzwanie, po ostatnim występie w jego wykonaniu, razem z tą „genialną” taktyką maratonu po ringu
To były stare czasy – odpowiedział Hanson – taktyka się nie sprawdziła, ale teraz mam sposób na to jak rozłożyć cię na ringu
Zastanowiłem się przez chwilę, gdy nagle wpadła mi genialna myśl. Odpowiedziałem – Wiesz co? Racja. Przyjmuję twoje wyzwanie. Ale z miejsca informuję, że mam sposób, który nie da ci tym razem spieprzać po całym ringu. Będziesz zmuszony ze mną walczyć

Parę miesięcy później wyszliśmy na ring. Gdy zabrzmiał dzwonek od razu zobaczyłem po ruchach Hanson’a, że szykuje się do kolejnych ucieczek. Ale nie tym razem. Wykorzystałem swoją nową taktykę, która lekko zdziwiła publiczność. Przez całą walkę nie poruszyłem się z miejsca i ciągle prowokowałem do ataku. Jak rywal zbliżał się w zasięg moich ramion, uderzałem. Nie miał wyboru. Musiał zbliżać się do mnie aby walczyć. Dzięki temu udało mi się dłużej nacieszyć publiczność. Mimo, że w 3 rundzie Hanson lekko skaleczył mnie w policzek, udało mi się stojąc w miejscu rozwalić go w 6.

Po tej walce chęć pojedynku ze mną wysunął pewien bokser Brendan Abraham z Portoryko. Niestety, okazało się, że jest tak słabowity, że nie minęła nawet połowa pierwszej rundy gdy padł na deski.
Ostatnie lata szły po prostu doskonale. Zawodnicy jacy się ze mną mierzyli wyraźnie bali się oberwać, wciąż mając w pamięci moją walkę z agresywnym Niemcem. Moja 80-ta walka skończyła się w 2 rundzie, gdy powaliłem Ashera Newman'a. Następny był Casey Dixon. Wszyscy wiedzieli, że nienawiść do Anglików sprawi, że uwinę się bardzo szybko. Nie rozczarowali się. Dixon wytrzymał na ringu 23 sekundy i padł przez TKO. Podobnie skończył następny rywal - Balthasar Lynch. Po tej
walce wyzwanie rzucił mi Hosea Richards. Zdążył utrzymać się 3 rundy, ale w końcu uległ moim pięściom.
Następna walka była o tyle zaskoczeniem, co przyjemnością. Casey Dixon po raz kolejny postanowił spróbować szczęścia. Tym razem był lepiej przygotowany, bo wytrzymał na ringu 24 sekundy. O sekundę więcej niż poprzednia walka. Dixon stwierdził, że więcej nie zamierzam się ze mną
mierzyć.

Zmierzch boga
Zaczął się rok 2035. Nie zaczął się dla mnie zbyt dobrze. Mój menedżer przyszedł do mnie z przykrą wiadomością - Słuchaj, chłopcze. Nie znoszę przynosić złych wiadomości, ale rozmawiałem z
Twoimi lekarzami. Obejrzeli dokładnie Twój mózg i stwierdzili, że walka z Hansem Fisher'em mocno go uszkodziła. Za jakieś 2 lata powinieneś skończyć z boksem. Inaczej może to być niebezpieczne

Przyjąłem tą wiadomość bardzo ciężko. Boks był moim życiem, ale wiedziałem, że menedżer ma rację. Siły wkrótce zaczną mnie opuszczać i może to popsuć mój wspaniały wynik.
Kolejnym przeciwnikiem był niejaki Severin Corbett z Kuby. Zrobił dobre wrażenie, ale pokonałem go w drugiej rundzie. Jednak kolejny rywal - Brendan Abraham w czasie walki ogłuszył mnie, co nie zdarzyło się od bardzo dawna. Ale szybko się zrewanżowałem i wylądował na linach.
W drugich rundach rozbiłem później Asher'a Newman'a i Jorge Hanson'a, który wyzwał mnie na pojedynek.
Wreszcie nadszedł ten dzień. Z początkiem 2037 roku publicznie oświadczyłem, że przechodzę na emeryturę i przed kamerami odwiesiłem rękawice. Dla fanów był to bardzo ciężki dzień, ale pewno powód do świętowania dla innych bokserów.
Boks był całym moim życiem. Zakończyłem karierę z wynikiem 89(88) – 0 – 1 i stałem się legendą na niespotykaną skalę. Dorobiłem się gigantycznego majątku ale wiedziałem co teraz muszę zrobić.
Po konferencji wsiadłem do samochodu. Zobaczyłem w lusterku, że jadą za mną dziennikarze. Myśleli, że jadę do domu bo tam skręcili. Ja jednak zamiast skręcić pojechałem dalej i dotarłem do cmentarza.
Ściskając jedną ze swoich rękawic podszedłem do grobu Andrzeja. Człowieka, który doprowadził mnie do tego sukcesu.
Dziękuję Andrzej – powiedziałem, kładąc rękawicę na grobie – Dziękuję za wszystko

Moja kariera:

Waga średnia:

1. Nicky Armstrong (Argentyna) – remis
2. Danny Ray (Niemcy) – TKO w 1 rundzie
3. Ivor Pryor (USA) – TKO w 1 rundzie.
4. Robbie Coney (Australia) – KO w 2 rundzie
5. Ron Chacon (Portoryko) – KO w 1 rundzie.
6. Mordecai Black (Australia) – TKO w 1 rundzie.
7. Steven Torres (Portoryko) – KO w 2 rundzie.
8. Cyprian Reed (Meksyk) – KO w 1 rundzie.
9. Yves Murray (Anglia) – KO w 4 rundzie.
10. Sigmund Larson (Ukraina) – KO w 1 rundzie.
11. Marius Snyder (Australia) – KO w 1 rundzie.
12. Fernando Vargas (USA) – TKO w 4 rundzie.
13. Danny Jacobs (USA) – KO w 2 rundzie.
14. August Jenkins (Finlandia) – KO w 2 rundzie.
15. Peter Manfredo Jr. (USA) – KO w 2 rundzie.
16. Erislandy Lara (Kuba) – KO w 3 rundzie.
17. Kelly Pavlik (USA) – KO w 2 rundzie.
18. Hezekiah Lowe (Kanada) – KO w 4 rundzie.
19. „rewanż” Hezekiah Lowe (Kanada) – KO w 4 rundzie.
20. Marvin Hagler (USA) – KO w 8 rundzie.
21. Jake Lamotta (USA) – KO w 4 rundzie. (walka o mistrzostwo EABC)
22. Carlos Monzon (Argentyna) – KO w 2 rundzie.
23. Eben Webb (USA) – KO w 4 rundzie. (walka o mistrzostwo EABF)
24. Eliot Burton (Panama) – KO w 4 rundzie.
25. Dan Willis (Ukraina) – KO w 1 rundzie (walka o mistrzostwo EABA)
26. Lance Day (Portoryko) – KO w 8 rundzie.
27. Cornelius Benvenuti (Panama) – KO w 2 rundzie.
28. Ekuit Burton (Panama) – KO w 2 rundzie (rewanż)
29. Dan Willis (Ukraina) – KO w 8 rundzie (rewanż)
30. Tanner Strum (Kanada) – KO w 2 rundzie.
31. Lance Day (Portoryko) – KO w 6 rundzie.
32. Jake Lamotta (USA) – KO w 8 rundzie.
33. Eliot Burton (Panama) – KO w 2 rundzie.
34. Cornelius Benvenuti (Panama) – KO w 1 rundzie.
35. Felix Hamed (Meksyk) – KO w 3 rundzie (walka z wyższą kategorią)
36. Tanner Strum (Kanada) – KO w 1 rundzie.

Waga półciężka:

37. Joshua Walters (Guayana) – KO w 8 rundzie.
38. Tod Ross (Guayana) – TKO w 5 rundzie.
39. Spiro Hale (Meksyk) – KO w 4 rundzie. (walka o mistrzostwo EABA)
40. Amory Dunn (Australia) – KO w 3 rundzie.
41. Nicholas Burns (Portoryko) – KO w 2 rundzie. (walka o mistrzostwo EABF)
42. Al. Abraham (USA) – KO w 5 rundzie. (walka o mistrzostwo EABC)
43. Joshua Walters (Guayana) – KO w 2 rundzie.
44. Frank Sullivan (Panama) – KO w 1 rundzie.
45. Nicholas Burns (Portoryko) – KO w 6 rundzie.
46. Al. Abraham (USA) – KO w 5 rundzie. (rewanż roku)
47. Spiro Hale (Meksyk) – KO w 8 rundzie.
48. Amory Dunn (Australia) – KO w 2 rundzie.
49. Tommy Bush (Anglia) – KO w 1 rundzie.
50. Joshua Walters (Guayana) – KO w 2 rundzie.
51. Elmo Norris (Panama) – KO w 1 rundzie.
52. Erwin Berto (USA) – KO w 1 rundzie.
53. Frank Sullivan (Panama) – KO w 1 rundzie.
54. Asher Newman (Finlandia) – KO w 4 rundzie.
WALKA POKAZOWA. Soda Popinski (Rosja) – KO w 10 rundzie. (starcie tysiąclecia)
55. Frank Perkins (Panama) – KO w 4 rundzie.
56. Erwin Berto (USA) – KO w 1 rundzie.
57. Lambert Bell (Panama) – KO w 1 rundzie.
58. Elmo Norris (Panama) – KO w 1 rundzie.
59. Frank Perkins (Panama) – KO w 6 rundzie.
60. Asher Newman (Finlandia) – KO w 4 rundzie.
61. Frank Sullivan (Panama) – KO w 3 rundzie.
62. Jorge Hanson (Australia) – KO w 6 rundzie.
63. Lambert Bell (Panama) – KO w 1 rundzie.
64. Asher Newman (Finlandia) – KO w 1 rundzie.
65. Balthasar Lynch (Meksyk) – KO w 4 rundzie.
66. Elmo Norris (Panama) – KO w 1 rundzie.
67. Jorge Hanson (Australia) – KO w 2 rundzie.
68. Hosea Richards (Kanada) – KO w 5 rundzie.
69. Jorge Hanson (Australia) – KO w 3 rundzie.
70. Barnaby Louis (Niemcy) – KO w 4 rundzie.
71. Balthasar Lynch (Meksyk) – TKO w 1 rundzie.
72. Hosea Richards (Kanada) – KO w 1 rundzie.
73. Asher Newman (Finlandia) – KO w 5 rundzie.
74. Barnaby Louis (Niemcy) – KO w 1 rundzie.
WALKA POKAZOWA. Hans Fisher (Niemcy) – KO w 10 rundzie (starcie życia)
75. Hosea Richards (Kanada) – KO w 1 rundzie.
76. Balthasar Lynch (Meksyk) – KO w 1 rundzie.
77. Elmo Norris (Panama) – KO w 2 rundzie.
78. Jorge Hanson (Australia) – KO w 6 rundzie.
79. Brendan Abraham (Portoryko) – KO w 1 rundzie.
80. Asher Newman (Finlandia) – KO w 2 rundzie.
81. Casey Dixon (Anglia) – KO w 1 rundzie.
82. Balthasar Lynch (Meksyk) – TKO w 1 rundzie.
83. Hosea Richards (Kanada) – KO w 3 rundzie.
84. Casey Dixon (Anglia) – KO w 1 rundzie.
85. Severin Corbet (Kuba) – KO w 2 rundzie.
86. Brendan Abraham (Portoryko) – KO w 1 rundzie.
87. Asher Newman (Finlandia) – KO w 2 rundzie.
88. Jorge Hanson (Australia) – KO w 2 rundzie.

I to by było na tyle ;) Do zobaczenia w następnej recenzji.

31.07.2011 22:44
👍
odpowiedz
_D_R_A_G_O_N_
21
Legend

Nie grałem w FNR4 tylko w FNR3 i jak zagrałem w tą część, byłem w szoku, ile zmian tu jest. Szkoda, że nie można gardy sterować analogiem, jak było to w przypadku części 3 (nie wiem, jak w czwartej części, bo tak jak już pisałem, nie grałem w nią) Tak samo jest z klinczem. Bardzo trudno jest kogoś złapać, bo przeważnie kończy się to dechami. Gra jest bardzo realistyczna, nie powiem, że nie. Miałem taki przypadek, grając z kumplem, że w 2 rundzie jednym ciosem sprowadziłem go na dechy i było po walce, bo bokser nie był w stanie walczyć. Nawet nie miał szansy się podnieść. I trochę brakuje mi własnoręcznego leczenia ran. Wszystko to jakieś wydaje się uproszczone. No i walki w wadze lekkiej kończą się szybciej niż w wadze ciężkiej. Dodam, że w FNR3 walki w wadze lekkiej ciągnęły się niemiłosiernie, a tu wystarczy kilka haymaykerów pod rząd i witaj podłogo. Ale i tak mi się cholernie gra podoba. Mocne 9/10 jak dla mnie.

03.10.2011 08:52
👍
odpowiedz
kamilemci
1
Junior

Gra jest po prostu rewelacyjna! Grając w tryb championa, mamy wrażenie jakbyśmy oglądali wciągający film, a do tego jesteśmy głównym aktorem tego filmu!:)

Dla fanów FN i boksu pozycja obowiązkowa!

18.11.2011 19:44
odpowiedz
Sionek007
1
Legionista

Zgadzam się z powyższym komentarzem tego pana gra jest naprawdę wciągająca i warta zagrania!!!

27.11.2011 14:05
odpowiedz
patrylux14
42
Pretorianin

Siema
a powiedzcie mi czy brak dysku twardego może byc przyczyną że niemam repleyów w walce ? ;p

08.02.2012 23:25
odpowiedz
Grellenort
13
Legionista

@up Tak, póki nie masz twardego dysku nie będziesz miał powtórek.

A co do wrażeń z gry, to oceniam na 8.5. Na plus świetna grafika, piękna fizyka, genialnie dobrana muzyka i prawie idealny gameplay. Na minus za to mała ilość bokserów - na okładce twierdzą, że ponad 50, ale większość jest zablokowana i trzeba ich odblokować w trybie champion albo kupić za hajs, a niektórych tylko za hajs - lame. Nie podoba mi się też zagmatwanie w trybie Legacy.

30.06.2012 10:12
odpowiedz
Patryhinio
54
Centurion

Cholera jasna co to ma być za walka z Frostem?? Pogłupieli już czy jak..Widze że to Rocky a nie Fight Night jak pokonać tego frajera bo naprawde sie męcze już z 20 raz..w ciało 75 razy uderzyć wystarczy że on mnie 3 razy i nokdaun

16.08.2012 21:47
odpowiedz
DSLMarvel
21
Chorąży

Po nerach to go na początku 4 rundy 75 razy mam już uderzone, z tym, że te jego ciosy to przegięcie. Rund 1-2 nie da się przejść bez leżenia na dechach, a wiadomo jak ciężko jest później wstać. Do 6 rundy nie jestem w stanie dociągnąć. Nawet jeśli uda się 3x podnieść. Na dodatek to rozcięcie łuku w 5 rundzie. Frost potrafi jednym ciosem zakończyć walkę tak ,że nie ma nawet szansy wstać. Moim zdaniem trochę przegięli z jego poziomem.
Mimo to gra 10/10 . Świetnie się gra we dwóch.

26.12.2012 17:20
odpowiedz
werus81
30
Chorąży
10

Czy zawodnik z legacy mode po zakończeniu kariery będzie dostępny w fight now z uzyskanym overall?

21.01.2014 18:54
odpowiedz
beowulf117
57
Dragonslayer
9.0

bardzo dobra.

17.11.2014 00:59
odpowiedz
<<<<Raper>>>>
1
Junior

kto wie jak wydać zarobiona kase w legancy ??

25.11.2015 13:47
odpowiedz
mironen22
34
Pretorianin
10

Ciekawe kiedy wyjdzie jakiś nowy boks ten jest best ale szczerze mówiąc mogli by zrobić więcej bokserów , więcej ringów i więcej efektów krwi itd.

Dodaj swój komentarz
Wszystkie Komentarze