Recenzja gry 10 stycznia 2017, 13:17

autor: Jordan Dębowski

Miłośnik Silent Hilla, serii Dark Souls i czarnej kawy. Uwielbia Flasha, któremu zazdrości punktualności.

Recenzja gry Gravity Rush 2 – sandboks z głową w chmurach (3)

Gravity Rush 2 to „jedynka” na sterydach – oprawa jest piękniejsza, świat bardziej wciągający, a bohaterka ma jeszcze więcej możliwości manipulowania grawitacją. Szkoda, że okupione zostało to pewnymi problemami technicznymi.

Prawdziwa kobieta renesansu

Podobnie jak w pierwszej części najwięcej czasu w głównym wątku spędzamy na sekwencjach zręcznościowych i starciach z różnymi przeciwnikami. Te pierwsze zostały wzbogacone o nowe moce grawitacyjne, które z czasem stają się dostępne dla rezolutnej blondynki. Osiągając kolejne etapy w fabule, otrzymujemy moce grawitacji księżycowej i jowiszowej, które wpływają zarówno na nasze umiejętności w walce, jak i przemieszczanie się po świecie. Jako gracz, który prawie dorobił się „platyny” w „jedynce”, powitałem te nowości z otwartymi ramionami.

Grawitacja księżycowa pozwala na dalekie skoki i szybkie ataki dystansowe, zaś kontrastująca z nią jowiszowa znacząco spowalnia ruchy bohaterki, czyniąc ją cięższą, ale oferując w zamian potężne ataki i szybszy, choć trudniejszy do kontrolowania, ślizg. Z wyjątkiem kilku momentów w głównym wątku, które wymagają korzystania tylko z jednego z trzech rodzajów grawitacji, możemy w locie zmieniać typy mocy. Wprawne przełączanie się między nimi jest kluczowe dla osiągania najlepszych wyników w trudniejszych wyścigach czy walkach, dlatego fani zręcznościówek będą mieć, dosłownie, pełne ręce roboty.

W przeciwieństwie do wcześniejszej części Gravity Rush 2 nie kładzie aż tak dużego nacisku na starcia, a dodanie nowych przeciwników sprawia, że prosty i polegający na zręczności system walki nie nudzi się tak szybko. Poza dynamicznymi starciami z charakterystycznymi bossami w grze trafiamy też na ludzi wyposażonych w mechy czy maszyny latające oraz zapamiętanych z poprzedniej odsłony Nevi – istoty, które pokonujemy, atakując wyłącznie ich czułe punkty.

Recenzja gry Gravity Rush 2 – sandboks z głową w chmurach - ilustracja #1
Prawie jak Shadow of the Colossus... tylko że do góry nogami, w innym wymiarze i z grawitacją jak na Księżycu. Słowem: bomba.
Recenzja gry Gravity Rush 2 – sandboks z głową w chmurach - ilustracja #2
Jeszcze sekunda i znów stracimy bohaterkę z oczu.

System walki nie jest szalenie rozbudowany i opiera się na dobrze znanych fanom zagrywkach: kopniakach, atakach specjalnych i korzystaniu z pola grawitacyjnego, które pozwala strzelać w przeciwników znajdującymi się w pobliżu przedmiotami niczym gravity gun z Half-Life 2. Muszę pochwalić ten ostatni patent – pole grawitacyjne wypadło dość słabo w „jedynce”, ale w sequelu jest szalenie widowiskowe i satysfakcjonujące.

Sama walka do trudnych nie należy, jednak opanowanie jej do perfekcji to nie lada sztuka – zamiast wklepywać kombinacje, musimy pomyśleć, jak wymanewrować przeciwnika, i najczęściej zaatakować jego czuły punkt. Starcia prezentują się podobnie jak reszta produkcji – są przystępne dla młodszego odbiorcy, a dopiero w wyzwaniach i na przysłowiowym „hardzie” rywale pokazują pazur. Niestety, w Gravity Rush 2 naszym największym wrogiem często bywa sama kamera.

Taki pęd, że aż głowa boli

Kamera od czasu do czasu nie nadąża za zwinną Kat, co niekiedy prowadzi do dezorientacji czy frustrującej i niespodziewanej porażki. Najbardziej doskwiera to, gdy walczymy z bardzo szybkim latającym przeciwnikiem albo decydujemy się na wyścig, w którym każda sekunda ma ogromne znaczenie, a każdy najmniejszy błąd oddala nas od upragnionego złotego medalu. O ile wadliwą kamerę da się jeszcze strawić w takim np. The Last Guardian, tak w bardziej zręcznościowej produkcji, jaką jest Gravity Rush 2, trudno wybaczyć to niedopatrzenie.

Do listy problemów technicznych gry można też śmiało dopisać brak stabilnej liczby klatek, która okazyjnie spada poniżej standardowego poziomu 30 FPS-ów (ogrywałem produkcję na podstawowym PlayStation 4), oraz glicze we wspomnianych sekwencjach skradankowaych lub takie błędy, w wyniku których na ekranie pojawiają się dziwne linie czy kształty. Nie są to wady, które psują zabawę, ale przeszkadzają w czerpaniu pełnej przyjemności z obcowania z tą, bądź co bądź, bardzo dobrą produkcją – mam nadzieję, że wspomniane niedoróbki szybko doczekają się poprawek w patchach. Jeśli twórcy zakasali rękawy, to może już na premierę wszystko będzie działać płynnie i poprawnie.

Recenzja gry Gravity Rush 2 – sandboks z głową w chmurach - ilustracja #3
Walcz ze smogiem – zamień MPK/ZTM na moce grawitatorki.

Kiedy jednak kamera nie płata figli, gra potrafi wyglądać naprawdę dobrze. Jest coś szalenie rajcującego w skakaniu ze szczytu wieżowca, gdy w połowie lotu zmieniamy prawa grawitacji i łapiemy pion, a potem wzbijamy się w kierunku kolejnej unoszącej się na niebie wyspy lub kiedy rozpędzeni w ślizgu dewastujemy rynek pełen straganów i przerażonych przechodniów. Destrukcja otoczenia, która jest w serii nowością, nie wpływa jakoś szczególnie na rozgrywkę, ale efekty cząsteczkowe i latający po ekranie gruz wyglądają wprost nieziemsko, sprawiając sporą frajdę nawet podczas bezcelowego buszowania po mieście i zbierania poukrywanych kryształków.

Zostało jeszcze 49% zawartości tej strony, której nie widzisz w tej chwili ...

... pozostała treść tej strony oraz tysiące innych ciekawych materiałów dostępne są w całości dla posiadaczy Abonamentu Premium

Abonament dla Ciebie